poniedziałek, 4 listopada 2013

Tajemnice niskich temperatur i frittata ze szpinakiem




Raz, dwa i już listopad. Czy tylko mnie dni uciekają jak szalone? Aż strach pomyśleć, że za miesiąc zaczniemy rozglądać się powoli za choinką. Czas najwyższy zagnieść ciasto na pierniki. Kto nie pamięta, to przypominam. Mówię to z pełnym spokojem i nawet nieco arogancko. Problem piernikowy mnie nie dotyczy. 
Po powrocie do miasta, zrobiłam remanent moich kuchennych półek. Niby kuchnia mała, niby ciągle narzekam, że mam mało miejsca, ale do upychania i zapychania mam wyjątkowy talent. Do tego dochodzi zamiłowanie do ukrywania cennych rzeczy w bezpiecznych miejscach. Tak bezpiecznych, że sama wyrzucam z pamięci ich lokalizację. Ba, nawet istnienie samych rzeczy wyrzucam z pamięci. Brzmi zagmatwanie?
Proszę, oto przykład. Kupuję w sierpniu filiżanką z żabą w prezencie. Już wiem, że będzie świetnym prezentem w styczniu. Chowam skorupę pieczołowicie i... zapominam o niej następnego dnia. W marcu szukając rękawiczek (o których oczywiście też nie pamiętam) znajduję ją wciśniętą między kostiumy kąpielowe. Zapewniam was, że to nie jest odosobniony przypadek.
Wracając do remanentu. Na szafce kuchennej, poza moim zasięgiem, stała puszka. Lubię puszki i pudełka wszelakie. Jej widok nie był więc niczym zadziwiającym. Co się będzie pusta puszka marnować? Suszone śliwki jak nic do niej pasują. Przytargałam drabinę i przeżyłam moment zaskoczenia. Puszka była pełna. Pełna pierników. Pięknych, lukrowanych, zeszłorocznych pierników. Schowałam je przed sobą? Przed światem? Na zapas? Kto może wiedzieć, co mi w grudniu chodziło po głowie. Zamknęłam puszkę i odłożyłam na miejsce. Pewnie ciekawi jesteście, czy pierniki były jadalne? Jak najbardziej. Może nie miały miękkości masła, ale zębów nie wyłamywały. Jeżeli znów o nich nie zapomnę, to w tym roku przypadnie im rola ozdób choinkowych.
Kolejnym miejscem, które wymagało przeglądu była zamrażarka. Ojejku! Nie prowadziło to do budujących wniosków. Pasta fasolowa, pojemniczki z zamrożonymi resztkami wina, sery: manchego i parmezan (nie mroźcie go, bardzo się suszy i kruszy) i jakieś zapomniane pieczywo. Oszczędzę wam szczegółów. Na samym dnie, na drugim biegunie wcześniej odkrytych pierników, leżało zawiniątko. Ciężkie i całkiem sporych rozmiarów. Ruszyła moja wyobraźnia, ale mimo wytężonej pracy nic mi się w głowie nie wykluło. Odpakować czy nie? Jakiego pochodzenia jest skamieniały fragment? Powąchanie nic nie dało. Wszystko w minus 18 pachnie tak samo.
Odpakowujemy.
W zgrabnym, solidnym bloku leżało sobie ciasto. Nie byle jakie ciasto. Ciasto piernikowe.
Czyli mam teraz dojrzewający od roku materiał na świąteczne pierniki. Jedyna wątpliwość, to czy takie zahibernowane ciasto jest jeszcze pełnowartościowym ciastem? Może ktoś spotkał się z takim problemem?
Odłożyłam je z powrotem z szczerą nadzieją, że tym razem pamięć mnie nie zawiedzie i przed świętami będzie jak znalazł. W każdym razie, ciąg dalszy nastąpi.
A odnaleziony w arktycznych warunkach manchego zużyłam do zrobienia frittaty.
To taki omlet, ale nieco grubszy i mogący być samodzielnym daniem obiadowym. I można do niego zużyć produkty po ewentualnym remanencie.




Frittata ze szpinakiem i serem manchego

3 szklanki świeżych liści szpinaku
6 ząbków czosnku
8 plasterków szynki (prosciutto, serrano czy innej)
1 szklanka startego sera (w mojej frittacie jest manchego ale podejrzewam, że cheddar też będzie pasował)
4 jajka
pół szklanki śmietany kremówki
1 łyżka mąki
pół łyżeczki wędzonej papryki
pieprz
ani odrobiny soli
1 łyżka oliwy

Umyty i dobrze odsączony szpinak (niezastąpiona jest wirówka do sałaty) wrzucamy na rozgrzaną oliwę. Smażymy kilka minut do jego omdlenia. Odparowujemy wodę i zdejmujemy patelnię z ognia. W misce mieszamy szpinak, drobno pokrojony czosnek, pokrojoną w paski szynkę, pieprz i wędzoną paprykę. W drugiej misce łączymy ze sobą jajka, starty ser, śmietanę i mąkę.
Naczynie do zapiekania smarujemy masłem. Piec rozgrzewamy do 180 stopni.
Wysypujemy zawartość pierwszej miski do naczynia żaroodpornego i wlewamy masę jajeczną.
Wkładamy na 30-35 minut do piekarnika. Po upieczeniu sprawdźcie, czy środek masy nie ma jeszcze płynnej konsystencji. Wtedy dopiekamy danie jeszcze pięć minut. Kiedy już wyłączycie piekarnik, nie wyjmujcie fritatty od razu. Dajcie jej 15 minut poleżeć. Będzie lepiej związana.
Potem spokojnie zaczynamy ją kroić na porcje.
Świetnie smakuje z sałatką lub grillowaną papryką w oliwie. Jeżeli coś wam zostanie, to na zimno, następnego dnia, smakuje genialnie.




Smacznego listopada  

6 komentarzy:

  1. Skad ja znam ten problem. Teraz mam w torebce taki maly notatnik na tego typu zapiski! Fritata piekna! Bardziej wiosenna niz jesienna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Notatnik to dobra rzecz. Tylko pewnie bym o nim nie pamiętała:))

      Usuń
  2. Czasem dobrze coś zapomnieč i milo się zaskoczyć w późniejszych miesiacach, zwlaszcza gdy coś jest...bardzo potrzebne, lasne ,smakowite, (niepotrzebne skreslić).Limonko dziękuje za serdeczny komentarz, rozcUlil mnie. Kattek nie wystawiam bo nie ma chetnych, ale jesli chcesz mnie odwiedzic to zapraszam i bez oazji.Serdecznie Cię pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ci Kasiu bardzo, bardzo:))

      Usuń
  3. znam ten problem, oj tak! a frittatę zjadłabym całą :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie jesteś odosobnionym przypadkiem :) Ja ostatnio zapomniałam, że dostałam mikser kuchenny :) I przez 2 miesiace, jak wcześniej bywało, chodziłam do sąsiadów pożyczyć mikser. W końcu stwierdziłam, że kupuję, pojechałam do sklepu i kupiłam. Dzwonię do mamy zapytać, czy w ramach prezentu mi dołoży do tego miksera. A ona na to " A co się stało z mikserem, który kupiłam Ci 2 miesiące na urodziny". Yyyy :D W szafce? :D
    A frittata wygląda okazale. Ja jeszcze nigdy nie robiłam!

    OdpowiedzUsuń