piątek, 26 sierpnia 2016

Deszcz w Cisnej i spaghetti bolognese


























Jak Cisna to w deszczu. Innej opcji nie było.
Szkoda, że rzadko udaje mi się zamówić konkretną pogodę i ją dostać.
Cisna kojarzyła mi się z deszczem i deszcz był. W pakiecie dostałyśmy też deszcz w Polańczyku, Rajskich, Ustrzykach Górnych, Czarnej, Baligrodzie....wszędzie.
Plany przejażdżki kolejką porzuciłyśmy, kiedy z wagoników (bez okien) wysypało się stado mokrych Wodniczków Szuwarków.
Góry wyglądały jak....nie wiem jak, bo tonęły w chmurach. Resztę widoków zasłaniały parasole. Jak myślicie jakie plany mieli turyści na ten deszczowy dzień?
Bingo! Postanowili wyruszyć do Cisnej. Bo przecież jak deszcz, to koniecznie w Cisnej. Oni też znali tę piosenkę.
Na szczęście były ciupagi, kierpce, kartki i kilimy z JPII.
Przepychając się chodnikami i czekając na wolny stolik w kawiarni miałam wrażenie, że wszyscy umówili się właśnie tutaj.
Wystarczyło jednak tylko wyjechać za ostatni dom a okazało się, że góry świecą pustkami.
Całe były nasze, z wszystkimi zakrętami, dolinkami i lasami. Brakowało co prawda niedźwiedzia, wilków i rysia ale zaliczyłam ten fakt do pozytywów.
Moja towarzyszka podróży była innego zdania.

Na jednym z zakrętów zobaczyłyśmy napis „zwierzyniec z pipy”. I ruszyła wyobraźnia.
Niestety, rozwiązanie zagadki musiało poczekać, bo w tej okolicy wujek google miał wolne.
Wyjaśnienie było mniej ekscytujące niż nasze domysły. Zwierzyniec z pipy to lane z kurka piwo ze Zwierzyńca.
A tak ciekawie się zapowiadało.
Zanim jednak rozwiązałyśmy tę zagadkę, wpadłyśmy do Polańczyka coś zjeść.

Szansa dla nie mięsożerców na znalezienie menu bogatszego niż pierogi z serem lub placki ziemniaczane jest niewielka. Dla niektórych restauratorów pierogi ruskie są daniem wegetariańskim. Przecież nie ma w nich mięsa.
Ano nie ma. Tylko jak nazwać to, czym są polane. Czy to aby nie skwarki?
Kurczak też bywa zaliczany do dań jarskich...Swoją drogą jakoś tak swojsko mi się na duszy zrobiło, bo dawno tego określenia nie słyszałam. „Jarskie” kojarzy mi się z barem mlecznym obok Akademii Muzycznej i zajęciami z wojska na drugim roku.
Ale to było w zeszłym stuleciu.
Tak więc, dania jarskie są ale nie są absolutnie daniami wegetariańskimi.
Trochę Bieszczady muszą nad jadłospisami popracować.
Jest jednak jedna rzecz, którą Bieszczady wyprzedzają innych. To lody tajskie.
Intrygujące. Prawda?
Boks tajski znam. Masaże tajskie też. Kuchnia tajska nie jest mi obca.
Za to lody tajskie to coś nowego. Na mojej wsi jedyne lody, to te, które ukręcę sama.
Niezastąpiony wujek google służył tym razem wiadrem informacji.
Aby je zrobić potrzebujemy lodowej blachy. Wygląda to jak duża patelnia do naleśników z tą różnicą, że nie jest gorąca, a lodowata. To taka maszynka do lodów, ale płaska.
Lody tajskie to kombinacja składników; są tam owoce, orzechy, różne smaki i kolory.
Fachowcem nie jestem, więc nie ośmielę się wchodzić w szczegóły. W każdym razie, aby je zrobić potrzebujemy kilkudziesięciu składników, mrożącej patelni i dwóch szpachli (wyglądają jak murarskie).
Sądząc po popularności, za jakieś dwa tygodnia znajdziemy je w każdym mieście.

My szukałyśmy czegoś do jedzenia i padło na pizzerię. I znalazłyśmy. I możemy z ręką na sercu polecić. Miejsce nazywa się Stanica i znajdziecie je w Polańczyku na ulicy Zdrojowej 34.
Pizza pycha a porcje słuszne. Zamówiłyśmy dwie i jedną jadłyśmy jeszcze następnego dnia na lunch. Też była bardzo dobra. I dobrą muzykę grali. Nareszcie jakieś wytchnienie po łomoczącym zewsząd disco polo.

Pożegnałyśmy Bieszczady z uczuciem niedosytu (wiadomo: nie było wilków) i z uczuciem, że chyba warto tu wrócić w innej porze roku. Może jesienią? Wszystkie przewodniki i pocztówki bieszczadzkie pokazują je właśnie wtedy.
Zobaczymy. Do następnego urlopu daleka droga.

Pizzy wam dziś nie zaproponuję a tym bardziej tajskich lodów ale makaron i owszem. Tradycyjny, prosty, nie jarski. A na dodatek włoski.
Wakacje nie byłyby zaliczone w pełni, gdyby choć malutki element włoski się w nich nie plątał. Padło na spaghetti bolognese.














Spaghetti bolognese

makaron spaghetti

sos:

2 łyżeczki oliwy
kilka plastrów boczku, drobno pokrojonych
pół kilograma mielonej wołowiny
1 marchewka, starta na tarce z grubymi oczkami
1 cebula, pokrojona w kostkę
1 łodyga selera naciowego, pokrojona drobno
1 puszka pomidorów
1 łyżka przecieru pomidorowego
kieliszek czerwonego wina
pół szklanki mleka
1 łyżka masła
1 szklanka bulionu
1 łyżeczka suszonego oregano
natka pietruszki
garść bazylii
parmezan
sól. Pieprz

Rozgrzewamy patelnię z olejem. Smażymy boczek z cebulą, marchewką i selerem. Gdy cebula się zeszkli dodajemy mięso, posypujemy oregano i obsmażamy do lekkiego zbrązowienia. Wlewamy mleko i masło i gotujemy aż odparuje połowa płynu. Teraz wlewamy bulion, wino, pomidory i przecier pomidorowy. Solimy do smaku i gotujemy na małym ogniu około pół godziny. Mięso powinno być miękkie a sos odparowany. Sypiemy łyżkę pietruszki i dodajemy do smaku sól i pieprz.

Gotujemy makaron jak lubimy (choć al dente to ideał). Odcedzamy makaron, zostawiając kilka łyżek wody z gotowania (a nuż okaże się, że sos trzeba nieco rozrzedzić).
Nakładamy na talerze porcje makaronu a na nie sos bolognese. Posypujemy tartym na świeżo parmezanem, dekorujemy np. bazylią i podajemy szybciutko, by gościom ślina nie ciekła na koszule.




Smacznego

P.S.
Dla tych co ciekawi cudzego urlopu mam zdjęcia:






















czwartek, 25 sierpnia 2016

"Polska w ruinie" i malinowa pannacotta


























Jak tu podsumować urlop? Był zaskakujący. Był przegadany (ale to było do przewidzenia).
Był w drodze. I oczywiście, był za krótki.
W tym roku popędziło nas w Bieszczady. Ale za nim do nich dotarłyśmy, odwiedziłyśmy Bochnię, Wiśnicz, Łańcut, Wielkie Oczy i Przemyśl.

Urlop zawsze kończy się za szybko, prawda?

Objazdowa wycieczka po pałacach, kopalni soli, uroczych ryneczkach i zagubionych wioskach była pouczająca. Wszędzie może być pięknie. Im mniej turystycznie tym piękniej. Choć są wyjątki. Pałac w Łańcucie, Wiśniczu czy Krasiejowie to perełki warte odwiedzenia.
Rozglądałyśmy się za Polską w ruinie. Jedyne ruiny, które znalazłyśmy miały dobrych kilkaset lat i były w ruinie już w poprzednim wieku.
Nie skupiałyśmy się na minusach ale czasami trudno było nie mieć skwaszonej miny, kiedy kolacja okazywała się fatamorganą. Dzień wolny to dzień wolny. I nieważne, że tłumy turystów snują się po okolicy jak zombi w Walking Dead. Mogą się napić kawy (dobre i to) i polizać lody.
Restauracja to miejsce oblegane jak Jerozolima przez krzyżowców. Kto bardziej zdesperowany rzuci się do kebabów.
Wszystkie, absolutnie wszystkie pamiątkarnie, cepelie, starganiki, sklepiki są zamknięte na głucho.
Szeroko otwarte są tylko drzwi do kościołów.
Gdyby ta zasada działała we Włoszech nikt nie słyszałby o Toskanii..
Przemyśl jest uroczy.
Tylko dlaczego tak nie lubi turystów?
Pod tym względem...ruina.

Kilka razy wrażenia estetyczne odbierały nam mowę. Po co opisywać skoro możecie zobaczyć sami...Dwór Boratyn i jego komnaty: Wenecka, Garderoba Klauna czy Grota Nietoperza zwalają z nóg. Dosłownie.
To trzeba zobaczyć.
Hotel Karino w Berezce to kolejne miejsce robiące piorunujące wrażenie. Nie wiem kto był autorem wystroju i autorem licznych fresków. Gdybym go spotkała zapytałabym o symboliczne znaczenie fresku w sali recepcyjnej. Zrywane kajdany, Jan Paweł II, huragan porywający cerkiew...
O ludzie! Niech ktoś wezwie tłumacza.
Gdyby komuś było mało wrażeń artystycznych, niech zajrzy do jadalni. Chełmoński zaspokoi najbardziej wybredne gusta.
Pod tym względem ruina nam nie grozi. Raczej przesyt.
Po drugiej stronie tych estetycznych uniesień był rynek w Pruchniku. Cudo nie rynek. Nie wiedziałam, że znajdę miejsce tak poukładane architektonicznie. Niczego nie było za dużo, niczego nie brakowało.
Najbardziej cieszące było jednak co innego. Efekt spójności to zasługa mieszkańców. Widać potrafią się dogadać. Tutaj ruina nie ma dostępu.
Krótko mówiąc hasło „Polska w ruinie” jest kłamstwem.
Ale przecież od dawna wiadomo, że media kłamią.

Jak widać urlop w Bieszczadach na razie opisuję bez Bieszczad. Następnym razem za to będzie tylko o nich i jeszcze o tajskich lodach, zwierzyńcu z pipy i deszczu w Cisnej.
Dziś na deser maliny i śmietana czyli deser typowo bieszczadzki...ha, ha, ha.






Malinowa pannacotta

1 szklanka malin
200 ml kremówki
1/4 szklanka mleka
1/4 szklanki cukru
1 laska wanilii
2 łyżeczki żelatyny

Żelatynę wsypujemy do miseczki i zalewamy odrobiną zimnej wody by napęczniała.
Napęczniałą stawiamy na garnuszku z gorącą wodą i rozpuszczamy.
Maliny miksujemy i przecieramy przez sito.
Kremówkę i mleko wlewamy do rondla i zagotowujemy. Wsypujemy cukier i mieszamy do jego rozpuszczenia.
Zdejmujemy rondel z pieca i wlewamy do mleka płynną żelatynę. Mieszamy i łączymy z puree malinowym. Znów mieszamy a potem przecedzamy przez sito.

Wlewamy malinowy płyn do miseczek i schładzamy. Kiedy wystygnie, do środka wciskamy jedną malinę (niech utonie) i wstawiamy miseczki do lodówki.

Stężałą pannacottę wykładamy na talerzyki, ozdabiamy malinami i listkiem mięty.


























Smacznego

A dla ciekawych naszej wycieczki kilka zdjęć:





piątek, 12 sierpnia 2016

Kot w pułapce czyli ciasto jogurtowe z serem i jeżynami


























I dla mnie przyszedł czas urlopu.
Co prawda dziś rano przeżyłam mały szok, bo trawa w cieniu przybrała zdecydowanie srebrzysty kolor. Zerknęłam na termometr i doszłam do wniosku, że do przymrozków brakuje tylko 8 stopni.
Na szczęście srebrzystość na trawie nie była szronem a drobinkami wilgoci. Potem słońce zrobiło porządki i rozwiało moje wątpliwości co do pory roku.
Nie jestem na tyle naiwna by spodziewać się tropikalnych upałów w drugiej połowie sierpnia, ale jakieś marne 25 stopni byłoby całkiem przyjemne. Szczególnie na urlopie.
Ciasto, które upiekłam, a które jest jeszcze gorące, miało być w pierwotnej wersji jagodowe. I pewnie by było, gdyby nie drący się wniebogłosy kot.
Szary jest średnio rozmowny, za to każda niedogodność jest przez niego ogłaszana wrzaskiem.
I takiż właśnie poderwał mnie na równe nogi w czasie błogiego śniadania.
Wiem, że Szary jest panikarzem. Wiem, że zaliczył ostatnio kilka potyczek, walcząc o życie i naszą wolność ale ten wrzask należał do rodzaju „pomocy!”.
Jajeczko na miękko wylądowało w trawie a herbata chlusnęła na Pannekotę.
Ruszyłam z odsieczą. Byłam to winna kotu, Naszemu Dzielnemu Obrońcy.
Z sadu dobiegały jęki i postękiwania więc na wszelki wypadek uzbroiłam się w miotłę.
Okazała się niepotrzebna. Bardziej przydałyby się rękawice i sekator.
Mój pieszczoszek, obdarzony przez naturę bardzo obfitym włosem, stał splątany jeżynami i głośno przeciw skrępowaniu protestował.
Nie jest łatwo uwięzionego puchacza uwolnić. On się miota, jeżyny ofiary łatwo nie oddają, ja walczę z dzikością natury gołymi rękami.
Efekt był łatwy do przewidzenia: zamiast jagód postanowiłam użyć jeżyn. Takie ich mnóstwo czekało na kocie, obok kota, za kotem, pod kotem, że nie miałam wątpliwości.
A kot? Ocalony i chyba nieco obrażony.
Ja, podrapana (jeżynami, nie kotem) i zadowolona, choć na urlopie przyjdzie mi występować w rękawiczkach.












Ciasto jogurtowe z serem i jeżynami

ciasto:
blaszka 22 x 28

1 szklanka mąki
ćwierć szklanki oleju słonecznikowego
pół szklanki drobnego cukru
360 ml greckiego jogurtu
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 cukier waniliowy
1 jajko

200 g serka śmietankowego np. Philadelphia
2 łyżki cukru
1 łyżeczka esencji waniliowej
około 1,5 szklanki jeżyn i jagód

Miksujemy olej z cukrem. Dodajemy jajko i jogurt. Przesiewamy mąkę z proszkiem. Wsypujemy do mokrych składników. Mieszamy.

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia.
Wykładamy ciasto i wyrównujemy powierzchnię. Nakładamy serek na całą powierzchnię. Sypiemy na górę owoce i wkładamy ciasto do piekarnika.
Pieczemy 50 minut.
Po ostygnięciu posypujemy cukrem pudrem i podajemy z bitą śmietaną lub lodami.






Smacznego i dużo słońca