sobota, 21 kwietnia 2018

Kto rządzi światem i spring rolls na odtrutkę


























Szybki rzut oka i wszystko stało się jasne. Stałam się okropną zrzędą. Ostatnie wpisy to bezustanne jojczenie. A to smutno, a to staro, a to boleśnie. Ludzie be, pogoda be i świat do kitu.
Chyba na mózg mi padło.
Gruntowna inwentaryzacja życia mego i proszę oto bilans: nie mam się czego czepiać.
Nic tak dobrze nie robi na otrzeźwienie umysłu jak kartka papieru i pióro. Po lewej winien, po prawej ma. I co?
Otóż, prawa strona radosna jak kijanka w kałuży. Lewa kulawa i mikra. Czyli, Vincent? Cieszymy się?
Cieszymy, machamy ogonkiem i snujemy dalekosiężne plany. Światu wróciły kolory a mnie równowaga psychiczna. Na razie. Póki hormony są na „kiwnięciu” w górę;)
Z hormonami nie ma co zadzierać. To one rządzą światem. Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Chyba dlatego dzieciństwo zalicza się do najszczęśliwszych okresów w życiu. W tym beztroskim czasie hormonem lub hormoną może zostać np. tajemniczy stwór mieszkający sztucznej szczęce babci.
Obce nam w dzieciństwie są wszelkie szamotania i rozterki. Ale już wtedy, kiedyśmy jeszcze niewinni i nieświadomi one nami manipulują. Rośniemy…lub nie. A potem jest straszniej.
Kiedy pamięć rozgrzebuje lata nastoletnie, wtedy dopiero widać jaką nam hormony fundują jazdę. Bez trzymanki. Macie nastoletnie dziecię po dachem? Pięknie jest, prawda? Patrzysz na gnojka, który jest krew z krwi i kość z kości i myślisz czasami czy zarąbać od razu, czy może dać sobie jeszcze jedną szansę.
Kim się jest mając 14 lat? Ni to dziecko, ni dorosły, ni facet, ni kobitka. Przeciętnie niecałe 40 kg sprzeczności, frustracji i oczywiście, hormonów.
Amor vincit omnia, szczególnie w przypadku tej rodzicielskiej. Ależ świat jest przewrotnie urządzony.
I tak pchamy się przez życie, napędzani chemią. Najgorsze, że nie tylko swoją….Mąż, dzieci, rodzice, teściowie. Wszystko aż kipi. Te testosterony, progesterony, estrogeny, kortyzole, liberyny, insuliny! One stale mają coś do zrobienia. I nie pytają nas o zdanie.
Ile w nas jest wolnej woli a ile wewnętrznego przymusu.
Dopamina. Znacie ją? Wiecie, że to ona daje nam kopa. Motyle w brzuchu to jej zasługa. A w połączeniu z oksytocyną? Niech ciągle trwa maj! Jesteśmy aktywni socjalnie? Z własnej woli? Gdzie tam… to wazopresyna podobno.
Powiedzcie gdzie tu jest miejsce na wolną wolę.
Chyba, że za pomocą chemii spróbujemy zapanować nad tym wzburzonym światem. Z wszystkich znanych mi polepszaczy hormonalnych najlepsza jest czekolada. Płynna, stała, słodka, gorzka, pikantna i nadziewana. Obojętnie.
I herbata. No, ale ona jest dobra w każdej sytuacji.
Zanim więc w akcie kolejnej, ponurej desperacji sięgniecie po rozwiązania ostateczne i zaczniecie ostrzyć siekierę, weźcie głęboki oddech i pokażcie hormonom kto tu rządzi.
Od tygodnia mamy łatwiej. Jest ciepło, jest słonecznie, jest coraz bardziej zielono. Hormon szczęścia wylewa się niczym nie zmącony (alergie i wiosenne katary pominę).
Korzystajmy, bo za chwilę znów nas walnie jak obuchem w łeb.
Niech będzie kolorowo, lekko i przepysznie.




Spring Rolls czyli wietnamskie ryżowe zawijańce

paczka papieru ryżowego (ma go każdy nieco większy od kiosku sklep)
kiełki sojowe
ogórek, obrany i pokrojony w słupki 5-7 cm
marchewka, pokrojona zapałkę
garść ryżowego makaronu vermicelli, ugotowanego i odsączonego
garść poszatkowanej kapusty pekińskiej lub sałaty lodowej
kilkanaście obgotowanych krewetek bez pancerzyków
garść grzybków shimeji lub enoki (krótko obgotowanych)
liście tajskiej bazylii
liście mięty
liście kolendry
szczypiorek
kilkanaście liści młodego szpinaku
sos do kapusty i marchewki z makaronem:
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżka brązowego cukru
sok z jednej limonki

sos do maczania nuoc cham:
2 łyżki soku z limonki
2 łyżki sosu rybnego
2 łyżki wody
1 łyżka brązowego cukru
1 łyżeczka posiekanego imbiru
1 ząbek czosnku, drobno posiekany
pół papryczki chilli, posiekanej drobno

Powiem tak: co włożycie do papieru ryżowego i podacie z sosem do maczania będzie i tak smakowało genialnie. MMŻ twierdzi, że ten sos uszlachetniłby nawet rozgotowanego kurczaka.
Kombinacja składników do rollsów jest ograniczona tylko wyobraźnią wykonującego.
Niech mój przepis będzie wstępem do tematu.

W misce zmieszajcie kapustę, marchewkę i ogórka i makaron. Wymieszajcie z sosem.
Przygotujcie sobie resztę składników. Niech stoją przed wami miseczki z krewetkami, grzybkami, kiełkami i zieleniną.
Do dużej płaskiej miski nalejcie letniej wody. Włóżcie jeden płat papieru ryżowego i popchajcie palcem by się cały zanurzył.
Po minucie wyjmijcie płat (będzie bardzo omdlały) na czysty ręcznik kuchenny. Na brzegu ryżowego płatka nałóżcie łyżeczkę mieszanki makaronowo kapuścianej. Obok dodajcie po krewetce i grzybku.
Uzupełnijcie liściem szpinaku i ziołami wedle upodobania.
Teraz część teoretycznie najtrudniejsza. Jak zwinąć wymykającego się i delikatnego ryżowego placka.
Przede wszystkim nie należy tracić głowy. Nawet jeśli coś się rozerwie, to nie będzie to miało wpływu na smak. Wietnamczycy znają pojęcie „otwartych rollsów”. Mówiąc w skrócie, to, co teraz widzicie przed sobą czyli miseczki ze składnikami a obok papier ryżowy daje wam pełne danie. Już dobrze wygląda.
Jeśli jednak jesteście uparci i dążycie do ideału, to nie pozostaje nic innego jak, ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć.
Jeżeli umiecie zwijać krokiety z kapustą i grzybami, spring rollsy też zwinicie.
Gotowe zawijańce podajemy z sosem nuoc cham.
Jeśli coś zostanie (ha, ha, ha) usmażcie na głębokim oleju. Takie sajgonki to kolejny krok w kuchni wietnamskiej. 


Smacznego

P.S.
Na zdjęciu, w miseczce jest sos na bazie sosu hoisin. Pierwszą porcję nuoc cham (zanim złapałam na aparat fotograficzny) MMŻ wypił jako napój chłodzący.

piątek, 6 kwietnia 2018

Jak zostałam pierwszym hipsterem w mieście czyli curry z bakłażanem i okrą



























Powiem tak: "życie jest jak pudełko czekoladek". Zaraz, zaraz, czy ja tego już nie słyszałam wcześniej z wielkiego ekranu?
Mając pudełko przed sobą nie mamy pojęcia jakie smaki będą naszym udziałem.
Pewnego pięknego dnia zauważyłam (ha, ha, ha) , że coś nietęgo z moim wzrokiem. Nie żebym wcześniej była jakimś snajperskim orłem, ale własne paznokcie u nóg mogłam zlokalizować bez pudła. I otóż, pewnego dnia, pomalowawszy sobie paznokcie krwistą czerwienią, ktoś życzliwy pochylił się nad moją urodą z niepokojem i zapytał, czy obcięłam sobie palce.
Machanie pędzlem na oślep miało konsekwencje w postaci zatroskanego znajomego.
Niby dało mi to do myślenia, ale wiecie jak jest. O sobie ma się zazwyczaj dobre zdanie.
Dopiero nie namierzenie dziurki w igle (całkiem sporych rozmiarów) naprowadziło mnie na drogę poznania. Chyba tracę wzrok! Grozi mi ślepota!
Aha, chyba tylko ta umysłowa! Nie ślepota mi zagrażała tylko okulary do czytania.
Ta czekoladka okazała się raczej cierpka w smaku.
Dalej było nie mniej zabawnie. Ilość nowości na, wydawałoby się znanej mi drodze życiowej, wprawiała mnie w zdumienie.
Idę spać jako ja, a rano budzę się jako ktoś inny. Włos gęściejszy, nos dłuższy, nieco mi się zmalało. Co jest grane?!
Jako, że jestem człowiekiem na wskroś optymistycznym, podeszłam do sprawy pogodnie.
Nowe? Czytaj: może lepsze?
Poobserwujmy a potem spróbujmy wyciągnąć wnioski. Takie podjęłam zobowiązanie.
Dni mijały. Ja dzielnie oswajałam  nową "Ja". Moje przyzwyczajanie było wystawiane na ciężką próbę, ponieważ czasami sama się ze sobą nie dogadywałam.
Całe życie lubiłam pieprz. A tu masz. Pewnego razu pieprz okazał się zabójczy. Dla tej nowej nie do zaakceptowania.
Ile we mnie zostało mnie? I kto tu rządzi?
Dzisiejszy wpis jest dowodem na to, że sprawy idą w niedobrym kierunku.
Wiecie co powoduje, że rano w ogóle otwieram oczy? Herbata z mlekiem. To dla niej warto wstać i wziąć się z realem za bary.
Wiecie co poprawia mi humor, kiedy wszystko dookoła szarzeje i drży? Herbata z mlekiem.
Wiecie o czym marzę, kiedy zmarznę lub jestem daleko od domu? O herbacie z mlekiem.
Mamy różne fiksumdyrdum. Moim jest herbata z mlekiem. A właściwie: była.
Od trzech dni piję na śniadanie (fuj!) zieloną herbatę. Co ja mówię! W ogóle, w dziedzinie herbat, piję od trzech dni tylko (fuj!) zieloną herbatę. Po południu, co prawda, nieco mniej "fuj" ale i tak daleko mi do zachwytów.
Okazało się, że zawartość czekoladek w mojej życiowej bombonierce jest zaskakująca. Tym razem trafiła mi się laktoza. A precyzyjniej, moja na nią nietolerancja.
Po tylu latach picia wiader mleka, cysternach śmietany i wagonach sera ja mam wstręt do laktozy?
To żarty jakieś? Gdzie tam, natura świadczy sama za siebie. Od tygodnia laktoza jest be.
Skąd to się wzięło? I co będzie z moją poranną herbatą?
Co "ta obca" we mnie sobie myśli?!
MMŻ przywiózł z Finlandii piękny nóż. Wygląda jakby dało się nim patroszyć łosie (tylko teoretycznie ma się rozumieć). Zerkam sobie na niego i już widzę jak wyłuskuję z siebie "tą obcą”.
Tylko, że wtedy nie groziłaby mi już ani laktoza, ani skleroza. 
By odpędzić krwawe wizje popędziłam do marketu w celu rozeznania tematu.
Będę żyć. Co prawda bez mleka od krowy ale przecież wydoić można nawet migdała. Ot co.
Witajcie kozy, owce, soje, ryże i migdały w stanie płynnym.
W ten oto sposób zostałam pierwszym w moim mieście hipsterem. Dowodem na to jest absolutny brak produktów bezlaktozowych na półkach. Moi miejscy sąsiedzi mają całkiem przyziemne alergie; na pyłki, na kurz, na psa, na dzieci, na pracę. Takiej fanaberii jak uczulenie na krowie mleko jeszcze w moim mieście nie odkryli.  
Teraz do stolicy będę przybywać z odkrytą przyłbicą. Tam wszyscy , zgodnie z panującymi trendami mają na coś uczulenie. A najlepiej jeśli jest to kombinacja laktozy i glutenu.
Zupełnie nieoczekiwanie czekoladka okazała się być super modną. Przynajmniej w stolicy.
Zaparzywszy sobie czarnej herbaty z mlekiem bez laktozy (dziwnie smakuje) usiadłam i podzieliłam się z wami nowościami w mym życiu.
Teraz czas przejść do konkretów. I coś ugotować. Bez laktozy, bez glutenu, bez ociągania.



Curry z bakłażanem i okrą

W mieście moim okra występuje równie często jak mleko bez laktozy. Prędzej spodziewałabym się Indianina w pełnym rynsztunku niż okry u pani Eli. Aż tak głęboko Europa tu nie zajrzała. Okrę mogę sobie przywieźć z dalekich krajów lub nabyć w ....stolicy. Tam w potopie produktów bez morderczego glutenu i zabójczej laktozy okra wygląda pewnie jak uboga krewna.

Okra wygląda jak małe zielone papryczki ale jest zupełnie czym innym. To piżmian ślazowaty. Jest chrupka i śliska jednocześnie. Można ją uwielbiać lub ją odrzucać z odrazą. Jest boska!
I nie da się jej zastąpić niczym innym.

1 bakłażan, pokrojony
2 garści okry
1 czerwona cebula, pokrojona w piórka
2 ząbki czosnku, posiekane
2 cm kawałek imbiru, posiekany
1 łyżeczka czarnej gorczycy*
4 liście curry*
1 łyżeczka mielonej kolendry
pół łyżeczki mielonego kuminu*
1 łyżeczka mielonego chilli
pół łyżeczki mielonej kurkumy*
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka miodu
1 łyżka soku z limonki
2 pomidory bez skórki
1 szklanka mleczka kokosowego
2 łyżki oleju do smażenia

Całą operację rozpoczynamy od bakłażana. Kroimy go wzdłuż, a potem w 5-7 cm słupki.
Mieszamy z olejem i odrobiną soli. Wykładamy na blachę, wyłożoną papierem do pieczenia i pieczemy w 180 stopniach około pół godziny.
Na patelni rozgrzewamy łyżkę oleju i wsypujemy ziarna gorczycy. Po kilku sekundach, dorzucamy liście curry. Po kolejnych kilku sekundach dodajemy cebulę, czosnek i imbir. Smażymy 2-3 minuty i dodajemy kolendrę, kumin, chilli, kurkumę, sól, miód, sok z limonki oraz pokrojone pomidory.
Mieszamy. Wlewamy mleczko kokosowe, ćwierć szklanki wody. Zagotowujemy.
Dorzucamy upieczonego bakłażana i umytą, pozbawioną ogonków, oraz przekrojoną wzdłuż okrę.
Zmniejszamy ogień, przykrywamy patelnię i gotujemy na małym ogniu 10 minut, mieszając od czasu do czasu.
Doprawiamy solą jeśli potrzeba i podajemy z ryżem i sałatką z ogórków.
*nie kręćcie nosem, że wymyślam jakieś cuda. Te składniki już trafiły pod strzechy. Sama widziałam.



Smacznego

niedziela, 18 marca 2018

Wizyta jednorożca i chorzowskie Fish and chips























Rzadko dzielę się z wami wrażeniami kulinarnymi, wyniesionymi z posiłków poza domem.
Jaki jest sens opisywania knajpy w Mugello u byłego zwycięzcy Giro d'Italia, jeśli do pokonania jest 
ponad 1500 km?
Inaczej sprawa wygląda w najbliższej okolicy. Hm, jeśli ten wpis przeczyta włoski góral z Mugello, wcześniejszy akapit traci rację bytu.
Zakładam (bardzo subiektywnie), że tylko najbliższa okolica może być opisana rzetelnie. Z tego prostego powodu, że każdą opinię można zweryfikować, odwiedzając ją ponownie.
Tzw. pobliże to krąg najbliższych korytek, karmników, knajpek, restauracji, barów i takich tam. Najważniejsze by karmiły.
Nie powinnam narzekać. Co prawda do stolicy czy Krakowa mamy jeszcze restauracyjne lata świetlne ale nie jesteśmy już czarną kulinarną dziurą w kosmosie. Szczególnie jeśli w odległości 7 km mamy Katowice.
Satysfakcjonujące napełnienie brzuszka w stolicy regionu nie jest ani trudne, ani zuchwałe, ani (czasami) nie rujnujące wieloletnich oszczędności. Katowice nadążają za ogólnokrajowymi a nawet ogólnoświatowymi trendami. Knajpy zdobywają nagrody, kucharze wypływają szeroką rzeką z rąk i garnków Mistrza nad Mistrze, legitymującego się słynną gwiazdką. Ludziska chodzą, jedzą, cmokają, udają, że wiedzą co jedzą a niektórzy wiedzą.
Jak w każdej sferze życia, tu też ulegamy modom. Sushi na nikim nie robi już wrażenia.
Pierogarnia? Proszę bardzo. Znajdziemy w niej przedstawicieli lepionych z całego świata.
Krewetki? Są. Jako zupa, przystawka, szaszłyk, zawijaniec, burger…
Pizza? Czasami mam wrażenie, że co drugi z nas jest Włochem. Tylko dlaczego kuchnia włoska najczęściej na niej się kończy?
No i gwiazda nad gwiazdami: kebab. Najlepiej ten wieprzowy. Z prawdziwie polskiej świnki. Pokażcie mi śląskie miasto bez kebaba. Kiedyś szyby kopalń teraz budka z napisem: „polski kebab” jest symbolem swojskości.
I w tym jeziorku możliwości i różnorodności pojawia się czasem coś przykuwającego uwagę.
Teraz będziecie musieli wysilić wyobraźnię. Ci, którzy oglądali którąkolwiek z serii Walking Dead, będą mieli łatwiej.
Centra naszych miast zostały zamordowane. Super, hiper, extra markety w sposób skuteczny wypędziły z centrów miast handel a z nim klientów. Małe sklepiki, gdzie pani Hilda znała cztery pokolenia swoich klientów odeszły wraz z poprzednim stuleciem.
Sklepów w centrum ubywa. Szyby zaklejane są gazetami. Ktoś próbuje coś reanimować, sprzedając „wszystko za 4 złote”. Banki pasą się na lichej kondycji handlu. 
Second handy, kasy Szewczyka, chińskie centra, gdzie smród podłego plastiku zabija wszelką nadzieję. Miejska rozpacz w czystej formie. Tak wyglądają śląskie miasta. Te mi najbliższe.
Podróż do Chorzowa Batorego to przeżycie filozoficzne. Kto i dlaczego do tej rozpaczy dopuścił? Do czego ten stan rzeczy zmierza?
Ulica Armii Krajowej ledwo dyszy. Jedziemy.
Granica ze Świętochłowicami, Gazownia. Droga prosta jak z bicza strzelił. Urząd Skarbowy ma się dobrze. Zawsze. Po drugiej stronie ulicy pięknie oczyszczona cegła byłej biblioteki pedagogicznej. Co się w niej dzieje? Cisza i bezruch.
Od świateł do świateł po obu stronach ulicy szare, smutne domy. Sklepy spożywcze przycupnęły w nich mimochodem, jakby wstydziły się swojej obecności.
Wreszcie samo centrum Batorego. Dworzec kolejowy. Krzyżówka.
Tu spotykają się tramwaje łączące Bytom, Chorzów i Świętochłowice z wielkim światem, z Katowicami.
Z prawej puste szyby sklepu, a na kolejnym rogu brud ściekający po witrynie mówi sam za siebie. Już dawno nikt w tym lokalu nie zapalił świateł.
Dworzec jak mamidło, sprawia wrażenie przysłoniętego siatką maskującą. Właściwie można by go nie zauważyć.
Co przyciąga uwagę, to bar mleczny. O niebiosa! Jak udało mu się przetrwać? Jakie dobre duchy mają nad nim pieczę? Też poszarzały, jakiś taki malutki. Mam wrażenie, że wstydliwie próbuje się schować a rogiem. Ale wciąż jest! I sądząc z ilości klientów nie wygląda na chylący się ku zamknięciu.
Trwaj malutki, trwaj.
Kolejne metry ulicy pokonuję bardzo wolno, zachęcona powiewem barowego optymizmu. Może to początek nadziei?
Rzut oka na ślepe oka naprzeciwko. Puste, brudne, choć napis uchował się zachęcający.
Kolejny fajny pomysł zabity i pogrzebany.
I tak jadę, mijam kolejne przecznice, najsłynniejszą w okolicy piekarnię (żyje, ma się dobrze…ale chleb jeść trzeba). Kamieniczki są niskie, żadna tu wielka zabudowa, trzy piętra góra. Ale nawet tych trzech pięter nikt nie siły umyć, odświeżyć, wyremontować. I jak na całej ulicy, mam wrażenie, że czas się tu zatrzymał 60 lat temu. Nie, nie, nie mam na myśli zabytków To by się dopiero mieszkańcy zdumieli, gdyby ich ktoś o zabytki zapytał.
Przed sobą widzę ciemną sylwetkę. Toż to żywy dowód, że życie całkiem tu nie wygasło. Tylko czemu to życie kwitnie na środku ulicy? Ulica, co prawda, szeroka, ale i krok osobnika przede mną do wstrzemięźliwych nie należy. Zwisające ramiona, kiwnięcie w prawo, kiwnięcie w lewo. Chwieje się i zatacza. Zombie? Środek dnia, sobota. Dookoła pusto. Ja, zombie i konsternacja.
Widok przede mną pięknie uzupełnia otaczającą mnie architekturę.
I kiedy mam się już pochylić na tym przygnębiającym obrazkiem, na rogu ulicy, widzę coś, co przeczy wcześniejszym obserwacjom.
Co prawda domy jak stały, tak stoją, zombie sunie z uporem w sobie znanym kierunku i celu, nawet słoneczniej się nie zrobiło. Wszystko jest jak minutę temu, ale inaczej.
Na rogu ulicy widzę czysty, zachęcający i zdecydowanie z innego czasu i wymiaru napis: Fish and chips.
Rozglądam się nerwowo by, po pierwsze: nie spuścić z oka zataczającej się sylwetki, bo kto wie czy nie zmieni kierunku, po drugie: wypatrzeć ekipę filmową, która jak nic, rozstawiła tu swoje dekoracje.
Ulica wciąż wionie smutkiem, ale napis na rogu już wyczynia swoje czary. Co tu robi knajpka z rybą i frytką? Kto oszalał? Kto tu dotrze, by odnaleźć brytyjskie smaki?
Porzucam pojazd, obserwuję przez chwilę oddalającego się chybotliwie osobnika i ruszam do restauracji.
Pachnie. To pierwsze wrażenie po otwarciu drzwi. Smażalnia, w której nie śmierdzi olejem, to ewenement. Ta pachnie nie śmierdzi.
Wnętrze pomalowane jest na biało i to się sprawdza. Kilka angielskich gadżetów wskazuje kierunek, z którego brali przykład właściciele. Stoły i drewniane ławy nie podobają mi się wcale, ale to sprawa gustu.



Restauracja sprawia wrażenie, jakby nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w urządzaniu wnętrza.
Miejsca Fish i chips na wyspach też nie grzeszą nadmiernym przywiązaniem do estetyki. Lecz tutaj, kiedy ta jedna jest jak tęcza po deszczu, może warto byłoby popracować nad większą dbałością o szczegóły?
Sądząc po minach klientów, mają w nosie kable na ścianie za telewizorem i ławy jak z baru pod Pilskiem.
Najważniejsza jest tutaj ona. Ryba. A właściwie on. Dorsz.
Menu jest wstydliwie skromne. Ryba z frytkami, ryba bez frytek, frytki, coleslaw, krążki cebulowe, kalmarowe i drobiazg rybny. Jedyną rybą, jedynym królem jest tutaj dorsz.
I jest zrobiony wspaniale. Ciasto otulające soczystą rybę jest chrupkie i nie znajdziemy w nim ani kropli zbędnego oleju. Wszystko wskazuje na to, że ten, kto go smażył, robi użytek z termometru i talentu.
Zestaw ryba z frytkami to porcja wyzwanie. Jeśli nie kładziecie na co dzień bruku lub nie ładujecie łopatą gruzu na ciężarówkę, nie zamawiajcie po porcji na każdego. My z MMŻ nie daliśmy rady ani rybie, ani frytkom. Jedna porcja jest ogromna. I przepyszna. Frytki krojone niedbale a usmażone perfekcyjnie dopełniają radość obcowania z idealnym dorszem. A wszystko to za 26 zł.
Czego mi tylko brakowało? Dwóch rzeczy: dobrego sosu tatarskiego i groszkowego puree.
Sosy w menu są ale do ryby mają się nijak. Do frytek i owszem: barbecue, majonezowy, czosnkowy, tzatziki. Jednak do zestawu „fish and chips” pasuje tylko sos tatarski. Mój apel do władz tego smacznego miejsca: poproszę o sos tatarski.
Pal licho tłuczony groszek, nigdy za nim nie przepadałam ale sos tatarski to wisienka na torcie w zestawie „ryba z frytkami”.
Wychodzę z restauracji najedzona jak wieloryb (wiem, że to nie ryba). Z pełnym brzuchem inaczej patrzy się na świat.
Jak daleko od swojego miejsca pochodzenia zawędrowały „ryba i frytki”? Powiem wam szczerze, że odkrycie tego miejsca było równie nierzeczywiste jak spotkanie z jednorożcem.
Pojechałam w tamtym kierunku dziś raz jeszcze. A nuż, okaże się, że to był tylko omam, może mi się śniło sugestywnie. Albo ktoś rozdarł tkaninę rzeczywistości i zajrzała do nas na chwilę ta lepsza jej wersja.
Nie, nic mi się nie zwidziało. Jest.
Jedźcie więc, do Batorego. Jedźcie póki czary trwają. Mrok otaczający okolicę może okazać się zbyt gęsty by to miejsce przetrwało. Trzymam kciuki z całych sił. I naiwnie wierzę, że jakaś dobra wróżka otoczy je opieką.



P.S.
Może to niezbyt poprawne ale muszę coś dodać. "Fish and chips" w Batorym ma jeszcze jedną zaletę. Oferuje genialne belgijskie, klasztorne piwo Grimbergen. Do ryby jest uzupełnieniem idealnym.