piątek, 14 września 2018

Nowy rok we wrześniu i miodowe ciasto z duszą na ramieniu





















Zaproszenie na świętowanie Nowego Roku we wrześniu jest czymś zupełnie niespodziewanym.
Na dodatek okazało się, że 9 września zacznie się nowy 5779 rok. Rozdziawiłam mało inteligentnie buzię i zapytałam głupio: jak to nowy rok we wrześniu?

Znajomych dobieram na prostej zasadzie: musi coś wspólnie zadźwięczeć. Od kilku lat ich krąg jest stały. Było i jest mi obojętne czy ktoś jest zielonym czy weganinem, czy woli Grę o Tron od Mostu nad Sundem.
Jasne, że zazwyczaj ciągnie nas do ludzi do nas podobnych. Fajnie jeśli lubią podobną muzykę, czytają książki i nie są fanami Wesa Andersona (żartuję).   

Z jednymi lubimy się spotykać a z drugimi niekoniecznie. Po latach przeróżnych kontaktów, nadziei i rozczarowań nasz krąg jest stały.
I nagle ktoś wyskakuje z zaproszeniem na nowy rok. Nie myślcie, że jestem jak dziecko we mgle i nie wiem kim są moi znajomi. Ale ich praktyki intymne nigdy nie były głównym kryterium doboru. Czy chodzą do kościoła, czy agitują po domach, klęczą w meczecie lub zakładają jarmułkę było zawsze sprawą prywatną. I tak jest do dziś.

Zaproszenie na jedno z najważniejszych świąt w żydowskim roku to wyróżnienie. Rosz Ha-Szana dotychczas istniało dla mnie tylko jako hasło w Wikipedii. A w głowie tylko biały szum…nic, zero, porażka.
Baloniki, petardy, cekiny i sztuczne rzęsy? Czy tak ma wyglądać nowy nadchodzący we wrześniu rok?
Nic z tych rzeczy. Ten nowy rok jest witany na serio. Tu nie ma wygłupów, fontanny szampana i dekoltów do kolan.
Pierwsze co zrobiłam, to przeczytałam Internet. Teraz jestem mądra. I na pewno nie przyniosę na spotkanie karnawałowej maseczki.
A co się jada z okazji tego święta? Miód jest elementem wiążącym wszystkie dania. Słodki smak dominuje.
To wróżba na przyszły rok…by był słodki. Cymes po prostu.
Zaczęliśmy od zupy rybnej na słodko z rodzynkami. Potem był łosoś na słodko i rybne pulpety w słodkim sosie. Dalej kurczak w dwóch odsłonach ale jemu już nie dałam rady. MMŻ orzekł, że było pysznie…i na słodko. On wie co mówi.
Na deser podano jabłka z orzechami w miodzie i będą mi się one śniły do następnego nowego roku.
Podaje się też głowę ryby lub barana (tu smak nie ma znaczenia, podaje się je czysto symbolicznie). Byśmy zajmowali miejsce z przodu a nie na ogonie.

Z pustymi rękami przychodzić nie wypada więc musiałam dokonać wyboru. Biorąc pod uwagę, że szliśmy z wizytą do mistrzyni kuchni żydowskiej, prawdopodobieństwo popełnienia gafy było ogromne.
Mój wybór padł na ciasto na miodzie z sokiem pomarańczowym i migdałami.
Kiedy następnego dnia gospodyni zadzwoniła i powiedziała, że ciasto zjedzone na śniadanie przeniosło ją do Izraela pomyślałam, że swój egzamin zdałam. Kamień z serca.

Dziś wspomnienie smaku z nowego 5779 roku czyli:



miodowe ciasto na Rosz Ha-Szana:
220 g mąki pszennej
pół łyżeczki sody oczyszczonej
pół łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki soli
1 łyżeczka cynamonu
ćwierć łyżeczki mielonych goździków
pół łyżeczki mielonego ziela angielskiego
pół szklanki oleju roślinnego
pół szklanki miodu
150 g drobnego cukru
30 g brązowego cukru
2 jaja
pół szklanki mocnej kawy lub herbaty
pół szklanki świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
30 ml whisky
garść płatków migdałowych
podłużna forma  30x12

Rozgrzewamy piekarnik do 170 stopni.
Potrzebujemy dwóch misek. W jednej mieszamy mąki, proszek, sól, sodę oraz przyprawy.
W drugiej mieszamy jajka z cukrami. Następnie dolewamy olej, miód, wystudzoną kawę, sok, whisky.
Do miski z mokrymi składnikami wsypujemy zawartość pierwszej miski. Mieszamy do połączenia się składników.
Wykładamy do formy, wyłożonej papierem do pieczenia. Posypujemy płatkami migdałowymi i wstawiamy do piekarnika.
Pieczemy 45-50 minut do suchego patyczka. Jeśli ciasto za mocno przypieka się z góry (u mnie to widać na zdjęciach), przykrywamy je folią aluminiową.
Upieczone wyjmujemy i studzimy na kratce.
Mam nadzieję, że po przekrojeniu wygląda apetycznie. Swojego nie kroiłam, bo nie wypada ingerować w prezent. Powołuję się na opinię obdarowanej.


P.S. Rudzielec z pierwszego zdjęcia przyplątał się w trakcie i pasował mi kolorystycznie


 Smacznego i szczęśliwego Nowego Roku

sobota, 8 września 2018

Jesień po raz kolejny czyli piwo imbirowe


















Żółto się zrobiło dookoła. Czy was też zawsze zatrzymuje w miejscu ten widok? Sprawdziłam swoje wpisy z lat poprzednich i wychodzi na to, że albo jestem gapa, albo nieco opóźniona, albo romantyczna. Jakieś okruchy każdej z tych cech mam na pewno, bo co roku sytuacja się powtarza.

Lato, lato a potem nagle ni z tego ni z owego przeżywam uniesienia nadchodzącą jesienią.
Fajnie będzie powspominać w listopadzie czy marcu dłuuuugie i ciepłe lato. 
Ładuję akumulatory przed szarówką końca roku i magazynuję słońce gdzie się da; w słoikach, butelkach, włosach i wspomnieniach. Mogłabym mieć w spiżarni półeczkę. Na niej stałyby butelki z karteczkami:
"Zapach igliwia z 23 czerwca" lub "Wieczorne słońce z widoku na Rzędkowice" albo "Wilgoć poranna z młodego sadu" i moja ulubiona "Szorstka słodycz nagrzanej słońcem brzoskwini".

I co roku to samo. Wzruszam się kroplami rosy, brzydzę się pająkami, tłustymi jak gęsi. Nie żałuję mijającego lata. Ale nie tęsknię do chłodu i braku słońca.
Jak co roku z okazji pierwszego przymrozka pocieszam się, że dziś jest bliżej do wiosny niż było tydzień temu. 
Życie kołem się toczy. Jakbyśmy przy nim nie majstrowali, ile byśmy się nie naprotestowali, napsuli i nakombinowali wiosna zawsze przyjdzie po zimie a wrzesień to pożegnanie lata.
To dobrze. 
Wyobrażacie sobie, że pory roku następują losowo? Raz wiosna przychodzi po jesieni a zima rządzi dwie kadencje?
Ta przewidywalność to same plusy. Dostajemy nią po nosie. Niech nam się nie wydaje, że wszystko zależy od nas. Władcy świata to my - lubimy o sobie myśleć. A potem temperatura spada do minus 5 i już władca ma czerwony nos i pierwsze oznaki kataru. 
Władca z czerwonym nosem? Śmieszny widok.

Zagalopowałam się tym opisem. Na zewnątrz dzisiaj plus 23. Wieczory nie zapędzają nas jeszcze pod dach. 
Nawet piwo imbirowe dobrze się pije w tych okolicznościach.

Moje ulubione pijam czasami kiedy odwiedzam za wodą Córki. Tego lata tak za nim tęskniłam (za Córkami ma się rozumieć bardziej), że postanowiłam zamieszać swoje własne.
I wiecie co powiem? Jestem genialna! Wyszło fantastycznie.
Podaję przepis bo dni jeszcze ciepłe i spokojnie można się nim uraczyć.










Piwo imbirowe      (bez alkoholu)

zaczyn, który musi sfermentować:
1 łyżka startego imbiru (nie musicie go obierać ze skórki)
sok z całej cytryny
starta skórka z cytryny
2 łyżki brązowego cukru
1 szklanka wody źródlanej
2 łyżki rodzynek

Pakujemy wszystko do słoika. Przykrywamy krążkiem papieru do pieczenia i zakręcamy.
Mocno potrząsamy i odstawiamy w ciepłe miejsce.
Kolejnego dnia dosypujemy 1 łyżkę cukru i 2 łyżki startego imbiru. Zakręcamy, wstrząsamy i zostawiamy w cieple.
Ta operacja musi być powtórzona przez 5-7 kolejnych dni (w zależności od szybkości fermentowania zacieru; poczujecie jego moc w okolicach 5 dnia)

Czas na zamieszanie piwa.
Potrzebujemy:
3 litry zimnej wody źródlanej
pół litra wody źródlanej gorącej
400 g cukru
sok z jednej cytryny
zacier imbirowy

Zacier imbirowy przecedzamy przez sitko wyłożone czystą gazą. Odciskamy to, co pozostało  na sitku i przefiltrowany płyn imbirowy wlewamy do 3 litrów chłodnej wody. Dodajemy sok z cytryny.
W gorącej wodzie rozpuszczamy cukier i całość chłodzimy. Schłodzony syrop łączymy z wodą imbirową.
Przelewamy napój do plastikowych butelek (wiem, że to nieekologicznie i w ogóle fuj, ale tylko tak miałam możliwość sprawdzić, czy wszystko przebiega jak powinno). Zostawiamy jakieś 10  cm przestrzeni od korka butelki. Zanim zakręcimy butelkę, ściśnijmy nieco szyjkę, by bąbelki dojrzewającego piwa miały nieco miejsca - butelkę jakbyśmy zgniatali plastikową butelkę przed wyrzuceniem.
Moje piwo imbirowe zajęło 3 półtora litrowe butelki i jedną 330 ml.
Po 3 dniach od rozlania butelki wróciły do swojej pękatej postaci - bąbelki zrobiły swoje.
A jak smakowało? Nieziemsko.
Róbcie i chwalcie się swoimi umiejętnościami.


 Smacznego

środa, 15 sierpnia 2018

Moja Konopielka i kruche ciasto z kremem z białej czekolady i frużeliną morelową


























- Ojejku, oni tu mają też mikser!!!
- No, nie. Zamiast cepa i grabi?

Oniemiałam na entuzjastyczny okrzyk znajomej. Co to znaczy "mają też mikser"? 
Rozumiem, że kiedy przybywa się z wielkiego, około stołecznego świata, to chata za wsią może się wydawać reliktem z kart książki historycznej. Ale, na boga, mamy XXI wiek i do niektórych wsi dociągnięto elektryczność a wodę przestaliśmy nosić wiadrami ze studni jakieś 50 lat temu.
Jeszcze chwila i padnie pytanie czy ciągle śpimy pokotem na jednym sienniku razem z bydłem domowym.
Albo ja jestem kosmitą albo ona.

Kiedyś moje podekscytowanie krową (O, jaka ona wielka!) wprawiło w zachwyt MMŻ ale nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy poddać w wątpliwość obecność linii telefonicznej czy bieżącej wody w kranie.
Ostrożność z jaką niektórzy „miastowi” traktują naszą zagrodę jest godna opisania.

Owszem, na początku są „ochy i achy”. Jak tu zielono!; jak tu cicho!; jak tu uroczo! Ojej! Jak w Prowansji! 
A potem okazuje się, że nie ma czarującego pałacyku z kortem tenisowym i basenem. Ha, co więcej, nie ma Jana ani Marysi, przynoszących drinki z palemką.
Co gorsza, gotowanie odbywa się na piecu węglowym jak za czasów mojej prababci.

Zwykła łazienka z prysznicem (ONI MAJĄ ŁAZIENKĘ!!), ciepła woda, kawiarka i MIKSER! to nieco rozczarowujące minimum.

Konopielka wciąż krąży we krwi.

Tarnina została wzięta za borówkę amerykańską, ogórki były jedzone ze skórką, a grzyby usmażono robaczywe. Dziwni ci miastowi.

Nie wiem czy jedzenie podane na stół nie było zgrzytem w tej naszej siermiężnej rzeczywistości. Gazpacho, koreańskie skrzydełka, leczo, curry z bakłażanem brzmią z lekka nie na miejscu. Ale były też racuszki drożdżowe z świeżutką konfiturą i naleśniki z miodem.
Powinnam dla dodania kolorytu podawać kaszę ze skwarkami we wspólnej misie i drewniane łychy.

Jeśli jednak dodam do tego świeże powietrze, zapach macierzanki, śliwki i jabłka zrywane z drzewa oraz zęby zanurzone w dopiero co własnoręcznie zerwanym pomidorze, to myślę, że nawet ten wielki świat nie ma powodów do narzekania.


















A jeśli ma, to zapraszam go ponownie na
ciasto z kremem z białej czekolady i frużeliną morelową.

Kruche ciasto:
100 g zimnego masła
30 g smalcu
200 g mąki
2 łyżki drobnego cukru
otarta skórka z cytryny
Szczypta soli
1 żółtko
2 łyżki lodowatej wody
okrągła forma do tarty (najlepiej z wyjmowanym spodem) o średnicy 24 cm

Wszystkie składniki siekamy nożem lub miksujemy w mikserze, owijamy folią na godzinę i chłodzimy godzinę w lodówce.
Wyjmujemy ciasto z lodówki i rozwałkowujemy. Wykładamy nim formę do pieczenia. Znów chłodzimy formę z ciastem pół godziny.
W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 190 stopni. Przykrywamy ciasto (po wyjęciu z lodówki) papierem do pieczenia i wsypujemy np. fasolę lub ciecierzycę, by je obciążyć.
Pieczemy ciasto 14 minut a następnie zdejmujemy papier z obciążeniem i pieczemy jeszcze 10 minut.
Upieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika do wystygnięcia.

Krem z białej czekolady:
100 g białej czekolady
200 ml kremówki
250 g mascarpone
W kąpieli wodnej rozpuszczamy białą czekoladę (patrz tutaj) a następnie studzimy.
Do misy miksera wkładamy mascarpone i kremówkę. Ubijamy na krem; nie za długo bo przy obecnych upałach o zwarzenie się kremu nietrudno.
Do kremu dodajemy łyżkę białej czekolady. Delikatnie mieszamy. Kiedy zawarcie znajomości mascarpone z czekoladą zakończy się sukcesem, dodajemy resztę czekolady i delikatnie mieszamy. Wykładamy krem na upieczone ciasto i umieszczamy w lodówce.

Frużelina morelowa:
1 kg moreli
2 łyżki cukru
1 łyżka żelatyny
1 łyżka mąki ziemniaczanej
Morele myjemy, osuszamy, wyjmujemy pestki, dzieląc owoc na połówki.
Zasypujemy cukrem i zostawiamy na 10 minut. Potem stawiamy na małym ogniu. Podgrzewamy morele do zagotowania. Mąkę mieszamy z łyżką wody. Wlewamy mieszankę do moreli i doprowadzamy do wrzenia. Zdejmujemy natychmiast po zagotowaniu.
Żelatynę zalewamy 2 łyżkami wody. Kiedy napęcznieje, stawiamy ją na garnuszku z gorącą wodą by się rozpuściła. Gorącą, płynną żelatynę wlewamy do moreli i dokładnie ale delikatnie mieszamy.
Studzimy a kiedy wystygną przykrywamy nimi krem z białej czekolady. Znów wkładamy ciasto do lodówki na pół godziny.

Przed podaniem możemy posypać ciasto listkami tymianku cytrynowego, paseczkami mięty lub posiekanym rozmarynem. 


Smacznego bardzo