piątek, 18 sierpnia 2017

Moja subiektywna opowieść o Walii


Walia nie jest taka jak Toskania. To pierwsza uwaga nasuwająca się po przejechaniu mostu granicznego między Anglią a Walią.
Niezbyt odkrywcze, prawda?
Jedziemy przez most a przed nami ciężkie deszczowe chmury. Za nami słońce i błękitne niebo. Wróżba jakaś ?
Wrodzony optymizm nie pozwala zalęgnąć się obawom. Skoro Szkocję przewędrowałyśmy suchą stopą, to przecież teraz nie może być inaczej.
Naiwność?
Po dwóch dniach grzebiemy w internecie szukając najbliższego samolotu do Hiszpanii.
Za oknem deszcz pada poziomo, wyje wiatr i nawet psychodeliczne kolory B&B w Llangennith nie są w stanie podnieść nam poziomu optymizmu.
I wierzcie, gdyby nie względy niezależne od nas, to opisywałabym nasze wędrówki po barach tapas a nie zmienne nastroje walijskiej aury.
Koniec końców wycieczka odbyła się wg wcześniejszego planu i czas na podsumowania.
  1. Walia jest zielona. Ha, ha, ha, ale spostrzegawcza ta Limonka. Szkocja była zielona, Walia jest zielona. To żadna sztuka, cała Brytania jest zielona.


  2. Walia jest zalesiona. Co pojawiał się las, ja zadawałam pytanie czy rosną tutaj grzyby. I nomen omen grzyby spięły naszą wędrówkę swoją grzybową klamrą. Na pierwszą kolację jaką zjadłyśmy w przepięknym Red House w Llannvihangel-Ystern-Llewern usmażyłam kanię. Rosną one sobie na skraju pastwisk a owce i konie mają je w nosie. Ludzie też mają je w nosie. A ja aż się zapowietrzyłam, że tyle dobra się marnuje.

  3. W Walii jest więcej owiec niż ludzi. To zdanie spotkać można w każdym informatorze o Walii. Niezbyt się z nim zgadzam, ponieważ rowerzystów jest zdecydowanie więcej. Choć może to zjawisko całkiem świeże.

  4. W Walii drogi są nienormalne. Może są świetne dla rowerzystów (choć nie wiem czy ciągle z górki lub pod górkę może być czymś świetnym) ale ich wąskość na sto procent ma wybić z głowy ewentualną inwazję. Nikt nie przepchałby żadnej armaty przez walijskie odludzia. Dziecko moje ma zadatki na najeźdźcę, zdecydowanego na wszystko.

  5. Walia nie jest płaska. W ani jednym momencie nie miałam okazji by wzrok uciekł mi za horyzont. Tam nie ma horyzontu . Są tylko góry i morze. No, dobra, nad wodą jest trochę horyzontu. Ale za plecami zawsze czai się jakiś wyszczerzony klif. Moje buty do biegania nie doznały zaszczytu dotknięcia walijskich ścieżek. Za wcześnie na zawał, mam jeszcze trochę do zrobienia w życiu.



  6. W Walii o dobrą kawę trzeba się postarać. Miejsca, które dawały (złudną) nadzieję, okazywały się paśnikami dla rowerzystów, którzy ładowali proteiny by zdobywać kolejne Snowdony. Dobrze, że miejsce takie jak Cemlyn Tea Shop w Harlech uratowało Walii reputację.

  7. W Walii w miejscach zupełne nielogicznych (zajrzyjcie do The Old Sailor w Dinas Cross) można znaleźć knajpę, której ryby i owoce morza śnią się później po nocach, Ryba z frytkami, powszechna tu jak u nas schabowy, wszędzie warta jest zamówienia.

    Nie knajpa, ale widok zacny
  8. Walia podobnie jak Szkocja ma niezrozumiałą niechęć do sałatek. Zielona lekkość bytu jest tu rzadkością.

  9. Walijska godzina zamykania kuchni jest kolejnym argumentem, z powodu którego inwazja mija się z celem. Agresor umarłby z głodu w czasie lunchu. Należy bardzo pilnować, by lunch zjeść do 14.00. Potem knajpa, owszem jest otwarta, ale kuchnia już nie. Hm, czyli po 14.00 zostaje tylko głębokie patrzenie kelnerce w oczy?

  10. W Walii jest Italia. Z wodą, wieżą zegarową, cyprysami, kolorowym miasteczkiem i biletami wstępu. Ja się nie dziwię, że każą za to płacić. Takiego cuda nie spotkacie nigdzie indziej. Pomyślcie tylko jakim musiał być odjechanym gościem ten, w którego głowie myśl o wybudowaniu włoskiego miasteczka powstała. Nawet natura dała się wyprowadzić w pole, ponieważ dzień spędzony w Portmeirion był iście włoski pod względem słońca.



  11. W Walii drogowskazy są sposobem zniechęcenia i wyprowadzenia w pole ewentualnego najeźdźcę. Znak z napisem „zamek” jest tylko sugestią. Jeśli lubisz niepewną przyszłość bez wahania zjeżdżaj i jedź przed siebie. Kiedyś ten zamek znajdziesz. Pamiętaj tylko o punkcie 8, dotyczącym lunchu.

  12. Walijczycy rzadko pojawiają się pojedynczo. Nawet rowerzyści występują mniejszymi i większymi stadami. Drogi są puste (nie licząc rowerzystów oczywiście). Wszystko wskazywałoby na to, że ta zasada będzie obowiązywać wszędzie. Nic bardziej mylnego. Drogi może i są puste ale już miasteczka wręcz przeciwnie. Dlaczego nagle, po zjechaniu z wyludnionej drogi lądujesz w tysięcznym tłumie przechadzających się turystów? Odpowiedź może być jedna: drogi są puste, bo wszyscy zjechali do miasteczka. Czyżby znali zasady działania walijskich kuchni?

  13. Walia ma zamki w ilości przekraczającej średnią europejską. Jest to pouczające, bo po wydaniu majątku na bilety wstępu, dochodzisz do wniosku, że zamek najlepiej wygląda z oddali. A to prowadzi do kolejnego odkrycia, że bilet wstępu jest ci potrzebny jak Waliczykowi okulary słoneczne. Każdy, dosłownie KAŻDY zamek w środku jest nie do odróżnienia od następnego za rogiem.

    To jest co prawda katedra, ale prezentuje sie dobrze.

  14. W Walii im głębiej w Walię, tym więcej Walii. Przykład? Proszę bardzo. Drogowskazy po przekroczeniu mostu (płatnego tam, darmowego z powrotem) mamy w dwóch językach. Najpierw angielski, potem walijski. Gdzieś w okolicach Gower następuje dyskretna podmianka. Najpierw walijski potem angielski. Wśród mrocznych zboczy Snowdonii tylko walijski. Witajcie turyści i najeźdźcy!

  15. W Walii wszystkie drogi łączą się z autostradą M4. Nie wiem jak oni to robią ale ilość znaków kierujących na tę autostradę każe mi przypuszczać, że to kolejny zabieg, wyprowadzający w pole wroga.

  16. W Walii znajdziemy miasteczko, gdzie ilość księgarni i książek zaprowadzi na szczyty zachwytu każdego bibliofila i czytacza. Hay-on-wye byłoby uroczą dziurką na walijskiej mapie gdyby nie kolejny „myślący inaczej”. Chwała mu za to, bo dzięki jego królewskiej„zachciance” dziś miasteczko zna każdy, kto interesuje się książkami. A że pomysłodawca koronował się na króla Richarda i czasami występuje w koronie i gronostajach? Ot, kaprys władcy.



  17. W Walii, podobnie jak w Szkocji można urządzić wyścigi w rżnięciu piłą elektryczną, konkurs na najbardziej owłosione kogucie nogi i wybierać najpiękniejszą cebulę. Od koloru do wyboru.

Objechałyśmy Walię dookoła. Moje zapiski są bardzo niewielkim fragmentem naszej podróży.
Czy mi się podobało? Bardzo. Po początkowym załamaniu pogodą (u nas było plus 30 a w Walii 14) doszłyśmy do wniosku, że nadzieję trzeba mieć. A ona, jak wiadomo, umiera ostatnia.
Naprawdę piękna pogoda czekała na nas dopiero w Londynie.
Cała reszta walijskich atrakcji, tych zaplanowanych i nieoczekiwanych warta była każdej kropli benzyny.
Jako podsumowanie krótki dialog pod koniec naszej podróży:
- Dziecko – Mamo, a co chciałaś tak najbardziej w Walii zobaczyć?
- Ja – Najbardziej chciałabym zobaczyć Stonehenge.


Myślcie sobie co chcecie.


P.S.
Pierwsza kolacja była wykorzystaniem grzybów walijskich, ostatnia była zaskoczeniem totalnym. Jej głównym składnikiem były również grzyby, lecz tym razem londyńskie. W Richmond park rosną prawdziwki, podgrzybki, kanie, pieczarki i co tam jeszcze dusza grzybiarza zapragnie.
Musielibyście widzieć minę autochtona, kiedy mu oznajmiłam, że dziś zjemy je na kolację. Bezcenne!



wtorek, 1 sierpnia 2017

Ile można czekać i sernik gin z tonikiem





















Czekanie ma niejedno oblicze. Czekanie na egzamin to gorzka gula w gardle i nieco nerwowe spojrzenie. Czekanie u dentysty ma smak nieco cierpkich owoców ale jest zabarwione sporą dawką literatury (w poczekalni piętrzą się półki z książkami).
Czekanie w upale jest...nieznośne. Nad tym czekaniem w mieście unosi się gęsty swądek zmęczonego człowieka. Wszyscy bracia i siostry próbują w czekaniu miejskim utrzymywać dystans. Zbliżanie się podnosi temperaturę.
Czekanie w korku przed umówionym spotkaniem szczerzy zębiska jak kardiogram zawałowca.
Zastanawiałam się ostatnio ile życia upływa mi na czekaniu.
Nie na mannę z nieba, nie na wygraną w totka, ani nie na księcia na białym koniu. Czekanie nieoczekiwane, nieplanowane, niezależne.
Policzyłam i wyszło mi, że sporo. Te ułamkowe opóźnienia u lekarza, „nieco” przesunięte spotkania, niepunktualne przyjazdy pociągów. Tu półtorej minuty, tam pięć minut, godzina.
Potem pół dnia spóźnionego lotu, odwołany kurs autobusu i nagle jesteś nie jutro a jeszcze wczoraj.
Wiem, wiem, że pośpiech jest niewskazany i nieuzasadniony. Przecież do celu i tak dotrzemy w swoim czasie. Wszyscy.
Ja jednak lubię kiedy w lipcu jest lipiec a nie czerwiec. Lubię gazetę z dzisiejszą datą czytać dzisiaj. Jutro to jest już wczorajsza gazeta. Niby treść w niej zawarta nie zmieniła się ani na jotę ale nieco jednak trąci nieświeżą rybą.
Nie chcę spóźnionej choinki na Wielkanoc. Zajączek z kurczaczkiem pod rękę cieszą mnie wiosną. Nie chcę ich w październiku .
I dlatego, do jasnego pantałyku! Droga Poczto, jak długo mam czekać na coś, co powinno do mnie dotrzeć miesiąc temu? Co zrobiłaś z moją przesyłką?!
Kto przejął mojego lipcowego Deliciousa? Jeśli już przeczytał, to niech odda.
Czerwcowy numer znam na pamięć. Mogę go cytować na wyrywki. Czyżby wśród pracowników Poczty pojawił się typ o lepkich rączkach?
Pragnę zaznaczyć, że zaczął się sierpień a z nim w mojej skrzynce powinien pojawić się numer sierpniowy. Czekam, nie powiem, że z cierpliwością.
I proszę, żeby mi ktoś nie zasugerował wersji elektronicznej. Za takie rady dziękuję bardzo i zaproponuję w odwecie wersję elektroniczną ulubionych perfum.
Hm, jestem nieco wkurzona.

Z czerwcowego, wyrytego na blachę numeru czerwcowego Deliciosa zaproponuję wam na skołatane nerwy sernik lekarstwo czyli sernik gin z tonikiem.
Gin od zarania swych dziejów był traktowany jak lek, więc mogę go bez mrugnięcia okiem i wyrzutów sumienia polecić. Voila!

Jedzcie i pijcie bo jest pyszny.




W oryginalnym przepisie ciasto występowało inne ale biszkopt w mojej wersji też się sprawdził.
Kto brzydzi się biszkoptem niech zmiksuje dowolne ciasteczka z roztopionym masłem i wyłoży nimi okrągłą formę o średnicy 17 cm a potem schłodzi w lodówce.

Sernik gin z tonikiem

biszkopt:

3 jajka
3 łyżki drobnego cukru
3 łyżki mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej.

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni a formę o średnicy 17 cm wykładamy papierem (tylko dno) do pieczenia.
Ubijamy białka na sztywno i dodajemy (wciąż ubijając) po łyżce cukru. Kolejno dorzucamy (wciąż przy włączonym mikserze) żółtka. Wyłączamy mikser i przesiewamy do masy jajecznej obie mąki. Delikatnie mieszamy.
Napełniamy formę ciastem i pieczemy około 25 minut.
Studzimy ciasto. Wystygłe(najlepiej następnego dnia) kroimy na dwa placki.

masa serowa:

1 opakowanie serka śniadaniowego np. Piątnica
250 g mascarpone
40 g drobnego cukru
skórka otarta z połowy cytryny
sok z połowy cytryny
skórka otarta z jednej limonki
sok z połowy limonki
skórka otarta z połowy pomarańczy i dwie łyżki soku pomarańczowego

Wszystko razem Ubijamy mikserem i dzielimy na dwie części. Pierwszą część wykładamy na jeden biszkoptowy placek. Wyrównujemy krem i przykrywamy drugą częścią biszkopta. Wykładamy resztę serowego kremu.
Umieszczamy ciasto w lodówce i zajmujemy się „clou” programu czyli ginem z tonikiem.

galaretka gin z tonikiem:

3 łyżeczki żelatyny
1 pasek skórki z pomarańczy
1 pasek skórki z cytryny
sok z połowy pomarańczy
sok z jednej cytryny
50 g cukru
3 kuleczki jałowca
3 łyżki dobrego ginu
150 ml toniku
gałązka tymianku (najlepszy jest cytrynowy)

Żelatynę zalewamy odrobiną wody by napęczniała. Potem stawiamy miseczkę z żelatyną nad garnkiem z gorącą wodą . Niech się rozpuści.
W małym rondelku podgrzewamy soki ze skórką pomarańczową i cytrynową, jałowcem i cukrem. Mieszamy do rozpuszczenia się cukru. Studzimy. Łączymy z żelatyną.
Potem przecedzamy przez sitko, dodajemy gin i tonik.
Obrywamy tymiankowe listki i dodajemy do galaretki.
Wyjmujemy sernik z lodówki i wlewamy ginową galaretkę.
Jeszcze raz wkładamy sernik do lodówki by galaretka stężała.
Po trzech godzinach wszystko wygląda i smakuje jak marzenie.
Jeśli na coś czekacie, to gwarantuję wam, że jest to ten sernik.




Smacznego

piątek, 28 lipca 2017

Moje dno oceanu oraz cytrynowy pstrąg z pomidorową salsą





















Dzisiaj mieszkam na dnie oceanu.
Nade mną przepływają morskie kolosy. Właśnie szary brzuch wieloryba zasłonił słońce i moje dno ogarnął półmrok. Czasami przemykają małe figlarne delfiny. Co chwila zmieniają kształty.. raz są delfinami, a za chwilę żaglówką. Do słońca wyciągają ręce podwodne modrzewie i mam wrażenie, że chcą podrapać po brzuszkach delfiny.
Moje dno oceanu jest ulotne. Dziś jest dnem jutro będzie lasem. Wszystko zależy od słońca i wiatru.
Wiatr pełni funkcję naganiacza. Na scenę przed domem zagania stada wszelkiego dobra. Majestatyczne wieloryby i tańczące delfiny to jego dzieło. Nie nadążam śledzić kolejnych odsłon. Woda dookoła potęguje wrażenie. Nawet małe rybki śmigają w rytm uderzeń wiatru. Czasami dochodzi do mnie ich śpiew ale po chwili ulatuje jak złudzenie. Czy pod wodą wieje wiatr?
Nie wiem czy pod wodą ale u mnie na pewno wieje. I przegania stada białe, szare, mokre, brzuchate, postrzępione. Groźne i skłaniające do marzeń. Bezszelestne i rozgniewane.
Dziś mam ocean na własność. Z wszystkimi jego mieszkańcami. Zadzieram głowę (ale nie za wysoko, bo tam tylko szarość) i czuję wodę na rzęsach. Czego dziś jest więcej? Powietrza w wodzie czy wody w powietrzu?
Lubię takie dni. Mogę poudawać, że jestem rafą koralową.



Pstrąg cytrynowy z pomidorową salsą

Prosto lekko i bardzo smacznie.

2 świeże pstrągi
1 umyta cytryna
pęczek tymianku cytrynowego
nieco soli i pieprzu
2 łyżki masła
1 łyżki oliwy

salsa pomidorową:
dwa dojrzale pomidory, pokrojone w kostkę
1 mała papryczka chilli, drobno posiekana
2 łyżki słodkiego arbuza, pokrojonego w kostkę
kilka listków mięty
oliwa
sól
pieprz
ocet balsamiczny (kilka kropli)

Wszystkie składniki salsy mieszamy ze sobą. Odstawiamy w chłodne miejsce.
Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni.
Rybę czyścimy, myjemy, osuszamy.
Delikatnie solimy z zewnątrz i od środka. Startą skórkę z cytryny mieszamy z 2 łyżkami soku z cytryny, pieprzem i oliwą.
Nacieramy rybę przygotowaną mieszanką. Do środka wkładamy tymianek i łyżkę masła.

Blaszkę do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia. Kładziemy na blaszce rybę i polewamy odrobiną oliwy. Na wierzch ryby kładziemy po dwa plastry cytryny.
Wkładamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy 20 minut.
Wyjmujemy rybę z pieca, usuwamy plastry cytryny i tymianek.
Przekładamy na talerze. Na wierzch ryby nakładamy po łyżce salsy pomidorowej. Skrapiamy oliwą i podajemy.




















Smacznego

niedziela, 25 czerwca 2017

Cicho, głośno, normalnie a na dodatek racuchy z czarnym bzem i tuskawkami





















Wilga śpiewa. To dobrze, bo już myślałam, że przepadła na dobre. Największy hałas jest o brzasku. Słońce jeszcze nie wstało, szarówka panuje dookoła i nie wiadomo co z takiej szarości się wykluje: deszcz popada czy może zaleje nas ukrop. Ptaki bez względu na najbliższą przyszłość robią raban jak startujący F16.
Z zaspanym okiem i powłóczystym krokiem zmierzam na taras sprawdzić czy nasze domowe włóczykije mają zamiar pokazać się przed świtem w domu. Ostrożnie stawiam kroki bo pamiątki po upojnej nocy mogą niespodziewanie znaleźć się pod bosą stopą. Kocie prezenty w postaci myszy czy nornic nie mieszczą się w grupie moich ulubionych. Ale prezentów się nie wybiera.
Z błogostanu nocnej ciszy wkraczam niespodziewanie w salę koncertową w czasie próby orkiestry symfonicznej. Jak obuchem dostaję po głowie kląskaniem, ćwileniem, kukaniem, szczebiotem.
Staję jak wmurowana i szukam źródła tego szaleństwa. A to szaleństwo nazywa się życie. To ptasie rozgorączkowanie to znak, że wszystko odbywa się jak zazwyczaj. Jest wiosna, jest gniazdo, jest partner (partnerka), są młode, jest o czym rozprawiać.
Z każdą minutą przybywa słońca a ubywa dźwięków. Te wczesne minuty przed wschodem są zarezerwowane dla przyrody. Nikt jej wtedy nie zagłusza. Nie słychać samochodów, miasto jest daleko i jeszcze trochę śpi. Nawet koguty nie włączają się o tej porze w ptasie pogaduszki. Zresztą, co taki kogut miałby do powiedzenia?
Ptaki rozprawiają w rozgorączkowaniu niedługo. Łatwo ten moment przegapić, a właściwie przespać.
Potem jeszcze przez kilkanaście minut panuje cisza wisząca między brzaskiem i świtem aż pojawia się pierwszy pierdzik zawożący sąsiada do pracy. Potem rozszczekują się psy sąsiadki i pierwsi kosiarze odpalają swoje sprzęty. Budzi się wiatr. Zaczyna się dzień.
I jest coraz głośniej i głośniej. Do głosu dochodzi cywilizacja.
Tak jest do wieczora, do momentu kiedy podkrada się wieczorna szarówka. Wtedy znów świat wyhamowuje. Cywilizacja milknie jak gdyby traciła impet. Jej odgłosy nikną w szarości jak ostatnia scena w starych filmach. Wiatr daje za wygraną i przestaje udawać groźnego.
To czas kiedy znów można usłyszeć własne myśli i prawdziwy świat dookoła. I znów odzywają się ptaki.

Może czasem trzeba przystanąć. Doznać uczucia dawno zapomnianego zachwytu nad światem. Wyjść za próg, popatrzeć w górę i wyczyścić umysł z wszystkiego, co trujące, złe, zniechęcające.
Niebiesko, zielono, biało. Podobno te trzy kolory wprowadzają nas w dobry nastrój, relaksują, pomagają ogarnąć rzeczywistość. Nie trzeba ich daleko szukać. Są wokół. A kiedy zaczniemy patrzeć, może okazać się, że odzyskaliśmy też słuch.

Na dodatek doznań dźwiękowych zafundujcie sobie doznania smakowe. Dobrego nigdy nie za dużo.








Racuchy drożdżowe z kwiatem czarnego bzu, truskawkami i syropem bzowym

Czerwiec to truskawki i czarny bez. Bez dwóch zdań.
Połączenie tych dwóch elementów jest tak oczywiste jak mariaż szparagów z jajem po benedyktyńsku.
Jest coś magicznego w produktach sezonowych. Nigdy indziej nie mają takiej pełni smaku. Kto wątpi niech zamiesza mąkę z drożdżami i dosypie bzowego kwiecia. A potem niech do mnie napisze.

2 szklanki mąki pszennej
7 dkg suszonych drożdży
szczypta soli
1,5 szklanki ciepłego mleka ( musi go być tyle by ciasto miało gęstość kwaśnej śmietany)
1 jajko
2 łyżki cukru
1 szklanka kwiatów czarnego bzu

olej do smażenia
truskawki do podania

Ja się nie bawię w żadne ceremoniały. Do mleka sypię sól i cukier by się rozpuściły. Dodaję jajko i mieszam. Pakuję wszystko do jednej michy (przesiewam mąkę i drożdże przez sito). Mieszam łychą by uzyskać gładkie ciasto. Musi być podobne w gęstości do ciasta naleśnikowego. Jeśli jest za rzadkie dodajcie nieco mąki. Jeśli wyszło za gęste dolejcie mleka.
Potem przykrywam miskę folią i zostawiam w cieple.
Zaglądam od czasu do czasu i przygotowuję kwiaty czarnego bzu.
Kiedy ciasto podwoi swoją objętość (czyli po około godzinie) wsypuję kwiatki i mieszam. To nic,że opadnie. Na patelni ponownie nabierze puszystości.

Co zrobić z bzem? Zebrać, wypuścić wszystkich mieszkańców, nożyczkami obciąć kwiatki. To wszystko.

Rozgrzewam olej na patelni i smażę placuszki na średnim ogniu. Kiedy są ciemno złote, przewracam na drugą stronę. Potem wykładam na papierowy ręcznik.
Przekładam na talerz, obsypuję truskawkami i bzowym kwieciem i polewam syropem.

Przyroda wie co robi kojarząc truskawki z czarnym bzem.






Smacznego

czwartek, 25 maja 2017

Coś mi nie pachnie i malinowy mus z żelką z białej czekolady

















Czegoś mi brakuje. Coś mi w codziennym majowym widoku zgrzyta. Jakoś tak nie majowo jest dookoła.
I nagle przychodzi olśnienie. Bzy nie kwitną! Gdzie są bzy?
Dookoła domu pod lasem rosną bzowe zarośla. Maj to moment absolutnego pachnącego szaleństwa. Jeśli do tego dodam konwaliowy zakątek schowany w kącie sadu, to można sobie wyobrazić jak wieczorem cała ta perfumeria pachnie. Poprawka: czas przeszły i na dodatek niedokonany.
Od czasu kiedy przyjeżdżamy do domu pod lasem tylko raz widok bzu wstrząsnął mną do głębi. Wielkie bzowe drzewo pod samym domem rosnące nie przetrwało potyczki z gęstym styczniowym śniegiem. Kilkanaście lat temu widok tego starego powalonego olbrzyma był wstrząsający.
Na szczęście zdążył on po okolicy rozsiać swoje dzieci i jakoś jego stratę przebolałam.
Tym razem było inaczej. Bzy rosły bez uszczerbku na zdrowiu. Pąki miały przepisowe. Podglądałam te pąki przez dwa tygodnie ciesząc się, że już już za chwilkę zakwitną.
I nie zauważyłam, że w tym czasie nic w nich nie uległo zmianie. Zarówno ich wielkość, jak i kolor tkwił na etapie wczesnego maja.
Powodem był poranny zabójca. Przymrozek. Minus siedem to nie są ulubione klimaty dla czegokolwiek. No może pingwiny tańczą wtedy hula bo panuje antarktyczne lato.
Wszystko co kwitło i pączkowało zdechło, skurczyło się, zbrązowiało i odpadło.
Bzy trwały w swoim zmumifikowaniu i skutecznie wprowadziły mnie w błąd.
Czy mogę oświadczyć, że wiosna bez bzów się nie liczy? Widziałam, że nie wszystkie krzaki zostały poddane hibernacji. Niektóre, w szczęśliwszych miejscach mają się świetnie. Może ja mieszkam w jakiejś Narni? Może coś nabroiłam i natura postanowiła się zemścić?
Do całości obrazu wspomnę też, że do niekwitnących bzów dołączyły też jaśminy (jeszcze im daleko do pory kwitnienia, ale sądząc po brązowych kiściach nic się na nich pachnącego nie wykluje). Podejrzliwie przyglądam się piwoniom i pogodziłam się, że w tym roku orzechów nie będzie.
Oj, wiosno, wiosno. Nawet ty nie masz litości. Czasy takie, że tylko natura daje jeszcze nadzieję, na lepsze. A tu taki numer! Czy to aby nie prawda, że kłopoty chodzą stadami?
Chociaż....trzęsienia ziemi są nam oszczędzone, majątku wyprzedawać nie muszę by kupić miejsce w jakiejś łupinie (póki co), nikt nie bombarduje mi domu, mam co jeść i jestem zdrowa. Czy ja przypadkiem nie przesadzam?




Malinowy mus z żelką z białej czekolady

biszkopt:

2 jajka
2 łyżki mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
szczypta soli
2 łyżki drobnego cukru

Ubijamy białka. Dodajemy cukier i ubijamy jak bezę. Do ubijanych białek dodajemy żółtka ze szczyptą soli.
Wyłączmy mikser i przesiewamy mąki do jajecznej piany. Delikatnie łączymy.
Wylewamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia.
Pieczemy 1 180 stopniach 20 minut.
Wyjmujemy i studzimy.
Wystudzony biszkopt odklejamy od papieru i ponownie spinamy obręczą formy.

malinowy mus:

400 g malin
250 ml kremówki
3 łyżeczki żelatyny
2 łyżki cukru

Podgrzewamy maliny z cukrem. Żelatynę zalewamy odrobiną wody by napęczniała. Potem stawiamy na garnku z gotującą się wodą by się rozpuściła.
Gorące maliny z cukrem przecieramy przez sito i łączymy z płynną żelatyną.
Schładzamy. Ubijamy kremówkę. Łączymy mus malinowy z obitą śmietaną i wykładamy na biszkopt.
Wkładamy do lodówki by mus stężał.

żelka z białej czekolady:

100 g białej czekolady
150 ml kremówki
2 łyżeczki żelatyny namoczonej w 50 ml wody

Podgrzewamy mocno (ale nie gotujemy) kremówkę. Wrzucamy do niej połamaną czekoladę. Po minucie mieszamy by czekolada się rozpuściła.
Żelatynę rozpuszczamy jak wyżej i łączymy na gorąco z rozpuszczoną czekoladą.
Studzimy.
Wyjmujemy ciasto z lodówki i polewamy białą żelką. Ponownie umieszczamy w lodówce.
Przed podaniem posypujemy listkami mięty.



Smacznego i pamiętajcie jutro o Mamie.

piątek, 19 maja 2017

Pająk nie waran czyli kokosowy mus z ananasem i białą żelką





















Boję się pająków. Jestem mało oryginalna, bo jakieś 60% ludzkości boi się pająków.
Odcienie tego strachu są różne: od niechęci i obrzydzenia do panicznej ucieczki gdzie pieprz rośnie.
Należę do tej ostatniej grupy.
A może powinnam powiedzieć, że należałam.
Oto historia mojego wychodzenia z fobii pająkowej.
Porządki działają relaksująco. Szczególnie kiedy jest niedziela. Nikt nie marudzi, że film, że chciałby pogadać, że znowu sprzątanie...itd.
Jestem sama z odkurzaczem i ścierą.
Macham rurą ssącą w przedpokoju i wtedy okazuje się, że tak całkiem sama jednak nie jestem.
Kątem oka widzi się czasem więcej. Niestety najczęściej są to, rzeczy, których nie chciałabym dobrowolnie oglądać. Mam czasami wrażenie, że to co widzimy kątem oka jest jakimś przekraczaniem granicy. Czasem widzę niewyraźny ruch, czasem co błyśnie, czasem się zakrzywi.
Tym razem mignęły mi nóżki, w ilości przekraczającej cztery. To był wystarczający powód do wzmożenia czujności. Pełny obrót zaowocował widokiem zmykającego ile sił w odnóżach pająka całkiem sporych (jak na moje granice wytrzymałości) rozmiarów.
Wrzask byłby bezcelowy. Od ściany do ściany naszego M nie było nikogo na kim moje wrzaski zrobiłyby wrażenie.
Nie było żadnego rycerza w zbroi, który ruszyłby na ratunek.
Uzbrojona w rurę odkurzacza próbowałam wygarnąć stworzenie spod lustra.
Akcję uznałam za zakończoną sukcesem. Pająk nie wypełzł, ja poczułam się bezpieczna. Ruszyłam dalej odkurzając resztę kątów.
Okazało się, że zwycięstwo odtrąbiłam za wcześnie.
Po godzinie zmagań z kurzem przyszedł czas na wodę.
Kiedy ponownie wkroczyłam do przedpokoju, pierwsze co zobaczyłam to pająk zapylający ile sił w nogach pod swoje z góry upatrzone miejsce pod lustrem. I po raz pierwszy zauważyłam, że ten mały pająk wygląda w wielkim przedpokoju jakby się zgubił. I zrobiło mi się go autentycznie żal.
On taki mały a ja taka wielka, na dodatek uzbrojona. Mój ty pająku, uparty jesteś. Niech ci będzie. Przysięgam uroczyście, że z mojej strony nic ci nie grozi. Żyj sobie w przedpokoju. Czas okiełznać bezpodstawne niechęci i zacząć żyć w symbiozie. Byle nasze ścieżki nie przecinały się za często.
Czy to początek końca moich pajęczych strachów? Wątpię, ponieważ na samą myśl o jesiennych krzyżakach na łące już dziś mnie ogarnia bezmyślna panika.
Ale może pierwszy krok zrobiony?

Mało kulinarna ta notka, prawda? Mnie to nie przeszkadza, a kto znudzony niech popatrzy niżej. Tam znajdzie pełną kuchenną poprawność czyli:









Kokosowy mus z ananasem pod białą żelką
(na cztery foremki)
mus pinacolada:

1 szklanka mleczka kokosowego
1 galaretka pinacolada, rozpuszczona w pół szklanki gorącej wody*
200ml kremówki
5 plastrów ananasa z puszki, odsączonych
*(jeśli robicie mus w gorący dzień lub boicie się, że galaretka nie stężeje, dodajcie 1 łyżeczkę żelatyny i rozpuśćcie razem z galaretką)

biała żelka:

1 tubka mleka skondensowanego słodzonego
100 ml kremówki
2 łyżeczki żelatyny

biszkopt:

2 jajka
2 łyżki drobnego cukru
2 łyżki mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
szczypta soli

Zaczynamy od upieczenia biszkoptu.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni.
Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia.
Ubijamy białka na sztywno. Dodajemy cukier i ubijamy do rozpuszczenia się cukru. Dodajemy żółtka i ubijamy jeszcze kilkanaście sekund.
Odkładamy mikser i dosypujemy mąki. Wcześniej mieszamy je ze sobą i przesiewamy przez sito.
Delikatnie mieszamy mąki z masą jajeczną.
Wykładamy ciasto na blaszkę i wyrównujemy powierzchnię.
Pieczemy 20 minut.
Po wystygnięciu zdejmujemy biszkopt z papieru i foremką, w której będziemy formować ciastka wycinamy kółka. One będą podstawą naszych ciastek.

Czas na mus kokosowo ananasowy. Ubijamy kremówkę i łączymy z wystudzoną i lekko stężałą galaretką. Dodajemy drobno pokroje plastry ananasa.
Delikatnie mieszamy.
Nakładamy do półkulistych, metalowych foremek (mogą być małe miseczki). Zostawiamy nieco miejsca by zmieścił się plaster biszkoptowego ciasta. Przyciskamy biszkopt do musu. Foremki wkładamy do lodówki by mus stężał.

W tym czasie przygotowujemy białą żelkę.
Żelatynę zalewamy odrobiną wody a potem stawiamy na garnku z gorącą wodą by się rozpuściła.
Kremówkę mocno podgrzewamy z mlekiem skondensowanym i łączymy z rozpuszczoną żelatyną.
Studzimy.

Kiedy mus kokosowy zastygnie (dobrze jest go włożyć na godzinę do zamrażarki) wyjmujemy go z chłodu i na kilka sekund wkładamy do wrzątku.
UWAGA: ostrożnie, by się nie oparzyć!
UWAGA: ostrożnie by nie nalać wody do foremki!
Kiedy ścianki się ogrzeją (tu wychodzi wyższość metalowych foremek nad ceramicznymi) mus wyskoczy bez trudu.
Zobaczycie przed sobą piękne białe kopułki pełne pysznego kremu. Stawiamy je na kratce by nadmiar polewy spłynął.
Wyjmujemy białą żelkę i polewamy mus. Schłodzenie musu w zamrażarce spowoduje szybkie stężenie żelki na musie.
Teraz pozostaje tylko chwilkę poczekać a potem przenieść ciastko na talerz.
Udekorowałam je białymi fiołkami. Opanowały całą grządkę z różami i aż się prosiły o użycie ich do białego deseru.

Smacznego i dużo radości w nareszcie słoneczny weekend.





A tym, którzy właśnie wybierają się oglądać warany, życzę dużo bezpiecznych wrażeń i cudnej przygody.

wtorek, 9 maja 2017

Obrazek jak z Dalego a także zasznurowana makrela





















Takich numerów jeszcze nie było. 
Bałwana w Wielkanoc lepić już się zdarzyło. Boże Narodzenie w ulewnym deszczu też mamy odhaczone.
Co prawda słońce ciągle jeszcze wstaje na wschodzie a czarne wciąż jest czarne lecz chyba licho nie śpi.
Jest 9 maja, latam z kosiarką. Taką do trawy.
Czyli niby wszystko się zgadza. Tylko dlaczego, do jasnej Anielki sypie śnieg. Jakiś surrealizm mi się w ten obrazek zaplątał.
Człowiek kroczący za kosiarką zero romantycznych uniesień ma głowie. Raczej praktyczność zagadnienia zaprząta mu umysł. Ile jeszcze umownych kwadratów trawnika zostało do skoszenia, na przykład. Lub czy jest jakaś możliwość opróżniania kosza bez ciągłych wędrówek do kompostownika?
Biel płatków, sypiących się z nieba każdy rasowy kosiarz zlekceważy jako element przy goleniu trawnika zbędny. Może bardziej romantyczna natura poszuka drzew wiśniowych jako źródła sypiącej się bieli.
Tylko, że do drzew owocowych mamy spory kawałek. A płatki spadające na trawnik, znikają po chwili jak kamfora. Ki czort?
Śnieg, panie, śnieg. Tylko po co, ja się pytam. Czy ktoś potrzebuje śniegu w maju? Mój trawnik nie. Moje drzewka w sadzie na 150% nie. Kosy siedzące w gnieździe w leszczynie absolutnie nie. Magnolia jest cała na nie. Nawet koty są na nie i okupują wszystkie przypiecowe miejsca.
Nie macie wrażenia, że coś jest bardzo nie w porządku? Że komuś się coś całkiem pomerdało z pogodą?
Ciągła obecność zimowego płaszcza i czapki jest najlepszym powodem do niepokoju. Niech ktoś w końcu włączy słońce!
Tą oto odezwą żegnam dzisiejszy dzień. Pani Gardias z uroczym uśmiechem zapowiedziała, że jeszcze tylko jutro a potem się zobaczy. Optymizm mnie ogarnął bezmierny.
Na razie żałuję, że nie mam szlafmycy.





















Na pocieszenie coś dla ciała czyli:
zasznurowana makrela

(dla dwóch osób)
2 świeże makrele

nadzienie do ryby:
2 łyżki suszonych pomidorów w oliwie
2 filety anchois
1 ząbek czosnku
pół łyżeczki czosnku w proszku
pół łyżeczki peperoncino
pieprz
pół łyżeczki listków tymianku
1 łyżka natki pietruszki
skórka z połowy cytryny.

oliwa
sól
2 łyżki masła
pół ząbka startego czosnku

Zaczynamy od przygotowania ryby. Kupując makrelę, upewnijcie się, że ryba jest naprawdę świeża. Leżakująca makrela jest jednym z najbardziej przykrych doznań zapachowych. Oszczędźcie sobie tej wątpliwej przyjemności.
Jeśli macie pachnącą morzem rybę (mam nadzieję, że wypatroszoną, ponieważ nie odważę się tutaj dawać wam rady jak dokonać tego czynu), pozbawcie ją głowy.
Teraz musicie usunąć z niej kręgosłup.
Trzeba poprowadzić nóż wzdłuż kręgosłupa, w kierunku ogona, ale nie rozcinając do końca. Potem robimy dokładnie to samo z drugą połową ale usuwając kręgosłup.
Mówiąc prostym językiem, ogon powinien być wspólną częścią obu połówek ryby.
Myjemy i osuszamy makrele.

W blenderze miksujemy składniki nadzienia.
Rozkładamy ryby jak kartkę urodzinową. Smarujemy obficie pomidorowym nadzieniem. Zamykamy ryby (jak wypisaną kartkę urodzinową) i związujemy sznurkiem.
Smarujemy oliwą, posypujemy oszczędnie solą i kładziemy na blasze, wyłożonej papierem do pieczenia. Wokół rozrzucamy malowniczo małe słodkie papryczki.

Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni.
Pieczemy makrele 25 minut. Po 15 minutach polewamy ryby masłem z czosnkiem.

Upieczone wyjmujemy, układamy na talerzu i pieczołowicie wlewamy do miseczki cały płyn, który zebrał się na blaszce. Nim polewamy rybę. Podajemy z czym chcemy. Kasza pęczak z warzywami pasuje jak ulał.





Smacznego i oby jutrzejsze przebudzenie miało miejsce w maju a nie w lutym.

środa, 3 maja 2017

Mysia dieta oraz co można zrobić z oreo, pieczonych truskawek, czekolady i bezy



















Puk, puk, dzień dobry. Jest tu kto?
Sama nie wiem czy jestem. Trochę mnie nie było i szczerze powiedziawszy zniknął też kwiecień. Początek miesiąca zapowiadał wręcz cudny ciąg dalszy. Niestety na zapowiedziach się skończyło.
Potem już tylko śniegi, wiatry i problemy.
Jeszcze w tak komfortowych warunkach, na leżąco, Wielkanocy nie spędzałam. Spróbowałam i na razie podziękuję. Wolę jednak masowanie szynki i ugniatanie baby. O malowaniu jajeczek nie wspomnę.
Maj jest też dobry by zacząć celebrowanie wiosny...cóż kiedy ochota jest ale wiosny jakby tak, na lekarstwo.
Gdzieś słoneczna wiosenność utknęła. Jakieś góry, prądy czy może złe myśli trzymają ją na łańcuchu.
W desperacji związanej z datą w kalendarzu pojechałyśmy otwierać leśne podwoje. Przecież to weekend majowy! Jak tu nie spędzić go w Domu pod lasem.
A w domu pod lasem zimno, całe 13 stopni, zamarły jesienią piec i chłód nie pozwalający zdjąć rękawiczek.
A jednak życie w domu kwitło pełną piersią. W moim łóżku znalazłam dwa mysie gniazda. W nich kolekcję kasztanów, orzechów i zawartość cukierniczki (jak one przeniosły cukier?). Za kuchennymi szafkami, sądząc po intensywnym zainteresowaniu naszych futer, myszy zorganizowały swoją redutę. Głupie nie są.
Wędrówka po domu ujawniła zjedzoną część progu w łazience i kompletną sieczkę w szufladzie ze skarpetkami. Ciekawe dlaczego tylko moimi?
Mąka żytnia i pszenna okazały się być ulubionymi dla gryzoni. Kasze, ryż i mąka gryczana zostały wzgardzone. Nadgryziona została za to deska do krojenia i stolnica do zagniatania chleba.
Czyli tak: orzechy, mąka pszenna, do tego cukier i wiórki drewniane. Na okrasę kolorowe strzępy skarpetek. Ciekawa dieta.
Pół roku nieobecność obfituje w niespodzianki. Przyroda nie lubi próżni.
Na razie spenetrowałam, i mam nadzieję odzyskałam, dolną część domu. Przede mną wycieczka na strych. Póki co, zajrzę tam bez okularów. Wtedy jest szansa, że co mniejszych mieszkańców nie zauważę. Potem będę miała nadzieję, że zanim zajrzę tam uzbrojona w odpowiednie narzędzia, część nieproszonych gości się wyniesie.

A co słychać w kuchni? Coś tam słychać. Kiedy opadł kurz powielkanocny mogłam się przymierzyć do ponownych zmagań z garami. Idzie mi dobrze, choć powoli.
Na razie coś mało spektakularnie ale dajcie mi czas i pójdę na całość.
Dziś na dobry (kolejny) początek coś na osłodę. Coś, co wygląda jak główna wygrana w konkursie pt. „Rozmiar nie ma znaczenia”.
I co najważniejsze nie wyssie z was wszystkich sił, bo bądź co bądź, te trzeba zachować na zmaganie z chłodem.








Oreo, pieczona truskawka, ganasz czekoladowy i beza

200g ciasteczek oreo
1/4 szklanki rozpuszczonego masła

słoik pieczonych truskawek (lub śliwek, lub ulubionej konfitury z całych owoców)

ganasz czekoladowy:
150 g gorzkiej czekolady
1/4 szklanki kremówki
1 łyżka masła

małe bezy:

2 białka
200 g drobnego cukru
szczypta soli

bezy:
Piekarnik rozgrzewamy do 130 stopni.
Białka ubijamy dodając sól. Kiedy zaczynają przypominać górskie szczyty zimą dodajemy po łyżce cukier, wciąż ubijając.
Pod koniec piana powinna być sztywna i błyszcząca.
Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia. Ubite białka przekładamy do rękawa cukierniczego i wyciskamy na papier zgrabne gwiazdki czy kwiatuszki (takie na jeden kęs).
Wkładamy blaszkę do piekarnika i suszymy 10 minut. Potem obniżamy temperaturę do 90 stopni i suszymy godzinę.

Bierzemy się za „ciasto”. Żadne to ciasto, to po prostu okruszki oreo połączone z masłem. Wkładamy oreo do blendera i mielimy na okruchy. Potem dodajemy masło i dokładnie mieszamy.
Tym „ciastem” wylepiamy formę, dociskając boki i spód.
Po godzinie w lodówce forma jest gotowa na przyjęcie reszty składników.

W rondelku mocno podgrzewamy kremówkę z masłem. Do miski wsypujemy połamaną czekoladę.
Zalewamy ją prawie wrzącą kremówką. Po chwili mieszamy do całkowitego rozpuszczenia się czekolady.

Wyjmujemy formę z „ciastem”. Na dno wykładamy pieczone truskawki. Zalewamy je czekoladowym ganaszem. Odstawiamy na kwadrans.
Czekoladowa polewa nieco zgęstnieje i możemy udekorować ciasto bezami.
Ciasto nie wymaga przechowywania w lodówce. Lodówka ma zły wpływ na bezy. Można ciasto kroić na malutkie porcje lub ekstremaliści mogą jeść jak chcą. Ciasto jest słodkie i malutki kawałek zaspokoi głód cukru na cały dzień.






Bardzo smacznego

piątek, 7 kwietnia 2017

Mięsko na Wielkanoc czyli karczek w pończosze

















O żesz ty. Ale się porobiło. Dopiero śledź był a już jajka za chwilę wjadą na stół. Nie to, żebym czujność doszczętnie straciła, co to to nie. Łupinki cebulowe od miesiąca skrupulatnie zbieram. Jajka ciemno brązowe być muszą. Ale ogólnie rzecz biorąc kolejny raz wiosna zaskoczyła Limonkę.
Czekałam, czekałam, wypatrywałam zieleni jak Jaguś Antka i chyba w tym napięciu przysnęłam na dłużej.
Otwarłam wczoraj okna, bo słońce poranne zadziałało jak uderzenie młotem, a tu zamiast nieśmiałej, zielonej poświaty, zieloność pełną wiosenną gębą. Nawet kasztan wypuścił lepkie paluszki.
Wiem czym się wiosna różni od zimy. Wy też wiecie i pewnie patrzycie na mnie jak na wariata. Czym różni się wiosna od zimy? Jak można zadać takie pytanie?
Nie mam na myśli temperatur, słońca, kolorów. Mam na myśli dźwięki.
Posłuchajcie jak brzmi dzisiejszy wieczór, albo jutrzejszy poranek. A potem znajdźcie 7 szczegółów, którymi różni się ten obrazek od wersji zimowej.
Jest inaczej na sto procent. Jest głośniej, jest weselej. Już nie tramwaje i szum samochodów są najgłośniejsze. Wiosna ćwierka, śpiewa, szczeka. Ale macha też ogonem, kręci się na karuzeli, wisi na trzepaku (stoi taki jeden na moim podwórku) i śmieje się na całe gardło.
Pablo Neruda miał rację mówiąc, że „nawet jak wytniecie wszystkie kwiaty (i drzewa chciałoby się powiedzieć na dodatek) to wiosna i tak przyjdzie”.
Stałam w otwartym oknie i liczyłam dni do Wielkanocy. Dziś powieszę karczek w pończosze.
W sobotę sprawdzę, czy żurek ma się dobrze. W poniedziałek upiekę spody do mazurków. We wtorek będę kibicować fachowcom składającym bibliotekę.
Środowy wieczór spędzę na lotnisku oczekując rodzinnej bandy.
W czwartek przyjdzie czas na sernik. Piątek to dzień porchetty i baby drożdżowej. No i jajek ma się rozumieć.
Ale od czwartku robotę będziemy sobie wyrywali z rąk, więc dalsze liczenie nie ma sensu.
Wszystkie wpisy przed wielkanocne będą opatrzone zdjęciami nieco nieświeżymi, bo sprzed roku bądź dwóch. Święta, jednakże, mają to do siebie, że nie bardzo lubią eksperymenty. Im bardziej tradycyjnie, tym bezpieczniej.
Dziś tradycyjnie czyli z mięsem.
Karczek w pończosze pochodzi z blogosfery i jest super wędliną domowej produkcji, która nie wymaga peklowania i chemicznych czarów.
Wystarczą przyprawy, patyk, pończocha i około tygodnia cierpliwości.










Karczek w pończosze

Około 1,5 kg świeżego, dobrej jakości karczku
pończocha
duże naczynie by całe mięso się zmieściło
1 szklanka brązowego cukru (biały też może być)
spora garść soli
kilka ziaren jałowca
1 łyżeczka ziaren kolendry
1 łyżeczka ziaren czarnego pieprzu
pół łyżeczki suszonego chilli
1 łyżeczka suszonego czosnku
1 łyżeczka suszonego majeranku

Karczek dokładnie myjemy i osuszamy. Równie dokładanie obsypujemy cukrem, wkładamy do garnka, przykrywamy i umieszczamy w lodówce na 24 godziny.
Po upływie doby wyjmujemy karczek, myjemy i znów dokładnie osuszamy.
Garnek myjemy i wycieramy do sucha.
Karczek umieszczamy w garnku i dokładanie obsypujemy solą. Znów chowamy na 24 godziny w lodówce.
Po następnej dobie myjemy karczek z soli i obsuszamy.
Czas na ostatni etap przygotowań czyli wymasowanie karczku mieszanką przypraw.
Przyprawy wcześniej ucieramy w moździerzu.
Dokładnie otulony przyprawami karczek wkładamy do czystej pończochy i zawieszamy w suchym ,ciepłym i przewiewnym miejscu (jak widzicie u mnie zawisł w bibliotece, bo kuchnia nijak nie oferowała kawałka drążka). Niech wisi tydzień.
Potem smakuje jak rasowa włoska wędlina.





Smacznego