niedziela, 25 czerwca 2017

Cicho, głośno, normalnie a na dodatek racuchy z czarnym bzem i tuskawkami





















Wilga śpiewa. To dobrze, bo już myślałam, że przepadła na dobre. Największy hałas jest o brzasku. Słońce jeszcze nie wstało, szarówka panuje dookoła i nie wiadomo co z takiej szarości się wykluje: deszcz popada czy może zaleje nas ukrop. Ptaki bez względu na najbliższą przyszłość robią raban jak startujący F16.
Z zaspanym okiem i powłóczystym krokiem zmierzam na taras sprawdzić czy nasze domowe włóczykije mają zamiar pokazać się przed świtem w domu. Ostrożnie stawiam kroki bo pamiątki po upojnej nocy mogą niespodziewanie znaleźć się pod bosą stopą. Kocie prezenty w postaci myszy czy nornic nie mieszczą się w grupie moich ulubionych. Ale prezentów się nie wybiera.
Z błogostanu nocnej ciszy wkraczam niespodziewanie w salę koncertową w czasie próby orkiestry symfonicznej. Jak obuchem dostaję po głowie kląskaniem, ćwileniem, kukaniem, szczebiotem.
Staję jak wmurowana i szukam źródła tego szaleństwa. A to szaleństwo nazywa się życie. To ptasie rozgorączkowanie to znak, że wszystko odbywa się jak zazwyczaj. Jest wiosna, jest gniazdo, jest partner (partnerka), są młode, jest o czym rozprawiać.
Z każdą minutą przybywa słońca a ubywa dźwięków. Te wczesne minuty przed wschodem są zarezerwowane dla przyrody. Nikt jej wtedy nie zagłusza. Nie słychać samochodów, miasto jest daleko i jeszcze trochę śpi. Nawet koguty nie włączają się o tej porze w ptasie pogaduszki. Zresztą, co taki kogut miałby do powiedzenia?
Ptaki rozprawiają w rozgorączkowaniu niedługo. Łatwo ten moment przegapić, a właściwie przespać.
Potem jeszcze przez kilkanaście minut panuje cisza wisząca między brzaskiem i świtem aż pojawia się pierwszy pierdzik zawożący sąsiada do pracy. Potem rozszczekują się psy sąsiadki i pierwsi kosiarze odpalają swoje sprzęty. Budzi się wiatr. Zaczyna się dzień.
I jest coraz głośniej i głośniej. Do głosu dochodzi cywilizacja.
Tak jest do wieczora, do momentu kiedy podkrada się wieczorna szarówka. Wtedy znów świat wyhamowuje. Cywilizacja milknie jak gdyby traciła impet. Jej odgłosy nikną w szarości jak ostatnia scena w starych filmach. Wiatr daje za wygraną i przestaje udawać groźnego.
To czas kiedy znów można usłyszeć własne myśli i prawdziwy świat dookoła. I znów odzywają się ptaki.

Może czasem trzeba przystanąć. Doznać uczucia dawno zapomnianego zachwytu nad światem. Wyjść za próg, popatrzeć w górę i wyczyścić umysł z wszystkiego, co trujące, złe, zniechęcające.
Niebiesko, zielono, biało. Podobno te trzy kolory wprowadzają nas w dobry nastrój, relaksują, pomagają ogarnąć rzeczywistość. Nie trzeba ich daleko szukać. Są wokół. A kiedy zaczniemy patrzeć, może okazać się, że odzyskaliśmy też słuch.

Na dodatek doznań dźwiękowych zafundujcie sobie doznania smakowe. Dobrego nigdy nie za dużo.








Racuchy drożdżowe z kwiatem czarnego bzu, truskawkami i syropem bzowym

Czerwiec to truskawki i czarny bez. Bez dwóch zdań.
Połączenie tych dwóch elementów jest tak oczywiste jak mariaż szparagów z jajem po benedyktyńsku.
Jest coś magicznego w produktach sezonowych. Nigdy indziej nie mają takiej pełni smaku. Kto wątpi niech zamiesza mąkę z drożdżami i dosypie bzowego kwiecia. A potem niech do mnie napisze.

2 szklanki mąki pszennej
7 dkg suszonych drożdży
szczypta soli
1,5 szklanki ciepłego mleka ( musi go być tyle by ciasto miało gęstość kwaśnej śmietany)
1 jajko
2 łyżki cukru
1 szklanka kwiatów czarnego bzu

olej do smażenia
truskawki do podania

Ja się nie bawię w żadne ceremoniały. Do mleka sypię sól i cukier by się rozpuściły. Dodaję jajko i mieszam. Pakuję wszystko do jednej michy (przesiewam mąkę i drożdże przez sito). Mieszam łychą by uzyskać gładkie ciasto. Musi być podobne w gęstości do ciasta naleśnikowego. Jeśli jest za rzadkie dodajcie nieco mąki. Jeśli wyszło za gęste dolejcie mleka.
Potem przykrywam miskę folią i zostawiam w cieple.
Zaglądam od czasu do czasu i przygotowuję kwiaty czarnego bzu.
Kiedy ciasto podwoi swoją objętość (czyli po około godzinie) wsypuję kwiatki i mieszam. To nic,że opadnie. Na patelni ponownie nabierze puszystości.

Co zrobić z bzem? Zebrać, wypuścić wszystkich mieszkańców, nożyczkami obciąć kwiatki. To wszystko.

Rozgrzewam olej na patelni i smażę placuszki na średnim ogniu. Kiedy są ciemno złote, przewracam na drugą stronę. Potem wykładam na papierowy ręcznik.
Przekładam na talerz, obsypuję truskawkami i bzowym kwieciem i polewam syropem.

Przyroda wie co robi kojarząc truskawki z czarnym bzem.






Smacznego

czwartek, 25 maja 2017

Coś mi nie pachnie i malinowy mus z żelką z białej czekolady

















Czegoś mi brakuje. Coś mi w codziennym majowym widoku zgrzyta. Jakoś tak nie majowo jest dookoła.
I nagle przychodzi olśnienie. Bzy nie kwitną! Gdzie są bzy?
Dookoła domu pod lasem rosną bzowe zarośla. Maj to moment absolutnego pachnącego szaleństwa. Jeśli do tego dodam konwaliowy zakątek schowany w kącie sadu, to można sobie wyobrazić jak wieczorem cała ta perfumeria pachnie. Poprawka: czas przeszły i na dodatek niedokonany.
Od czasu kiedy przyjeżdżamy do domu pod lasem tylko raz widok bzu wstrząsnął mną do głębi. Wielkie bzowe drzewo pod samym domem rosnące nie przetrwało potyczki z gęstym styczniowym śniegiem. Kilkanaście lat temu widok tego starego powalonego olbrzyma był wstrząsający.
Na szczęście zdążył on po okolicy rozsiać swoje dzieci i jakoś jego stratę przebolałam.
Tym razem było inaczej. Bzy rosły bez uszczerbku na zdrowiu. Pąki miały przepisowe. Podglądałam te pąki przez dwa tygodnie ciesząc się, że już już za chwilkę zakwitną.
I nie zauważyłam, że w tym czasie nic w nich nie uległo zmianie. Zarówno ich wielkość, jak i kolor tkwił na etapie wczesnego maja.
Powodem był poranny zabójca. Przymrozek. Minus siedem to nie są ulubione klimaty dla czegokolwiek. No może pingwiny tańczą wtedy hula bo panuje antarktyczne lato.
Wszystko co kwitło i pączkowało zdechło, skurczyło się, zbrązowiało i odpadło.
Bzy trwały w swoim zmumifikowaniu i skutecznie wprowadziły mnie w błąd.
Czy mogę oświadczyć, że wiosna bez bzów się nie liczy? Widziałam, że nie wszystkie krzaki zostały poddane hibernacji. Niektóre, w szczęśliwszych miejscach mają się świetnie. Może ja mieszkam w jakiejś Narni? Może coś nabroiłam i natura postanowiła się zemścić?
Do całości obrazu wspomnę też, że do niekwitnących bzów dołączyły też jaśminy (jeszcze im daleko do pory kwitnienia, ale sądząc po brązowych kiściach nic się na nich pachnącego nie wykluje). Podejrzliwie przyglądam się piwoniom i pogodziłam się, że w tym roku orzechów nie będzie.
Oj, wiosno, wiosno. Nawet ty nie masz litości. Czasy takie, że tylko natura daje jeszcze nadzieję, na lepsze. A tu taki numer! Czy to aby nie prawda, że kłopoty chodzą stadami?
Chociaż....trzęsienia ziemi są nam oszczędzone, majątku wyprzedawać nie muszę by kupić miejsce w jakiejś łupinie (póki co), nikt nie bombarduje mi domu, mam co jeść i jestem zdrowa. Czy ja przypadkiem nie przesadzam?




Malinowy mus z żelką z białej czekolady

biszkopt:

2 jajka
2 łyżki mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
szczypta soli
2 łyżki drobnego cukru

Ubijamy białka. Dodajemy cukier i ubijamy jak bezę. Do ubijanych białek dodajemy żółtka ze szczyptą soli.
Wyłączmy mikser i przesiewamy mąki do jajecznej piany. Delikatnie łączymy.
Wylewamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia.
Pieczemy 1 180 stopniach 20 minut.
Wyjmujemy i studzimy.
Wystudzony biszkopt odklejamy od papieru i ponownie spinamy obręczą formy.

malinowy mus:

400 g malin
250 ml kremówki
3 łyżeczki żelatyny
2 łyżki cukru

Podgrzewamy maliny z cukrem. Żelatynę zalewamy odrobiną wody by napęczniała. Potem stawiamy na garnku z gotującą się wodą by się rozpuściła.
Gorące maliny z cukrem przecieramy przez sito i łączymy z płynną żelatyną.
Schładzamy. Ubijamy kremówkę. Łączymy mus malinowy z obitą śmietaną i wykładamy na biszkopt.
Wkładamy do lodówki by mus stężał.

żelka z białej czekolady:

100 g białej czekolady
150 ml kremówki
2 łyżeczki żelatyny namoczonej w 50 ml wody

Podgrzewamy mocno (ale nie gotujemy) kremówkę. Wrzucamy do niej połamaną czekoladę. Po minucie mieszamy by czekolada się rozpuściła.
Żelatynę rozpuszczamy jak wyżej i łączymy na gorąco z rozpuszczoną czekoladą.
Studzimy.
Wyjmujemy ciasto z lodówki i polewamy białą żelką. Ponownie umieszczamy w lodówce.
Przed podaniem posypujemy listkami mięty.



Smacznego i pamiętajcie jutro o Mamie.

piątek, 19 maja 2017

Pająk nie waran czyli kokosowy mus z ananasem i białą żelką





















Boję się pająków. Jestem mało oryginalna, bo jakieś 60% ludzkości boi się pająków.
Odcienie tego strachu są różne: od niechęci i obrzydzenia do panicznej ucieczki gdzie pieprz rośnie.
Należę do tej ostatniej grupy.
A może powinnam powiedzieć, że należałam.
Oto historia mojego wychodzenia z fobii pająkowej.
Porządki działają relaksująco. Szczególnie kiedy jest niedziela. Nikt nie marudzi, że film, że chciałby pogadać, że znowu sprzątanie...itd.
Jestem sama z odkurzaczem i ścierą.
Macham rurą ssącą w przedpokoju i wtedy okazuje się, że tak całkiem sama jednak nie jestem.
Kątem oka widzi się czasem więcej. Niestety najczęściej są to, rzeczy, których nie chciałabym dobrowolnie oglądać. Mam czasami wrażenie, że to co widzimy kątem oka jest jakimś przekraczaniem granicy. Czasem widzę niewyraźny ruch, czasem co błyśnie, czasem się zakrzywi.
Tym razem mignęły mi nóżki, w ilości przekraczającej cztery. To był wystarczający powód do wzmożenia czujności. Pełny obrót zaowocował widokiem zmykającego ile sił w odnóżach pająka całkiem sporych (jak na moje granice wytrzymałości) rozmiarów.
Wrzask byłby bezcelowy. Od ściany do ściany naszego M nie było nikogo na kim moje wrzaski zrobiłyby wrażenie.
Nie było żadnego rycerza w zbroi, który ruszyłby na ratunek.
Uzbrojona w rurę odkurzacza próbowałam wygarnąć stworzenie spod lustra.
Akcję uznałam za zakończoną sukcesem. Pająk nie wypełzł, ja poczułam się bezpieczna. Ruszyłam dalej odkurzając resztę kątów.
Okazało się, że zwycięstwo odtrąbiłam za wcześnie.
Po godzinie zmagań z kurzem przyszedł czas na wodę.
Kiedy ponownie wkroczyłam do przedpokoju, pierwsze co zobaczyłam to pająk zapylający ile sił w nogach pod swoje z góry upatrzone miejsce pod lustrem. I po raz pierwszy zauważyłam, że ten mały pająk wygląda w wielkim przedpokoju jakby się zgubił. I zrobiło mi się go autentycznie żal.
On taki mały a ja taka wielka, na dodatek uzbrojona. Mój ty pająku, uparty jesteś. Niech ci będzie. Przysięgam uroczyście, że z mojej strony nic ci nie grozi. Żyj sobie w przedpokoju. Czas okiełznać bezpodstawne niechęci i zacząć żyć w symbiozie. Byle nasze ścieżki nie przecinały się za często.
Czy to początek końca moich pajęczych strachów? Wątpię, ponieważ na samą myśl o jesiennych krzyżakach na łące już dziś mnie ogarnia bezmyślna panika.
Ale może pierwszy krok zrobiony?

Mało kulinarna ta notka, prawda? Mnie to nie przeszkadza, a kto znudzony niech popatrzy niżej. Tam znajdzie pełną kuchenną poprawność czyli:









Kokosowy mus z ananasem pod białą żelką
(na cztery foremki)
mus pinacolada:

1 szklanka mleczka kokosowego
1 galaretka pinacolada, rozpuszczona w pół szklanki gorącej wody*
200ml kremówki
5 plastrów ananasa z puszki, odsączonych
*(jeśli robicie mus w gorący dzień lub boicie się, że galaretka nie stężeje, dodajcie 1 łyżeczkę żelatyny i rozpuśćcie razem z galaretką)

biała żelka:

1 tubka mleka skondensowanego słodzonego
100 ml kremówki
2 łyżeczki żelatyny

biszkopt:

2 jajka
2 łyżki drobnego cukru
2 łyżki mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
szczypta soli

Zaczynamy od upieczenia biszkoptu.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni.
Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia.
Ubijamy białka na sztywno. Dodajemy cukier i ubijamy do rozpuszczenia się cukru. Dodajemy żółtka i ubijamy jeszcze kilkanaście sekund.
Odkładamy mikser i dosypujemy mąki. Wcześniej mieszamy je ze sobą i przesiewamy przez sito.
Delikatnie mieszamy mąki z masą jajeczną.
Wykładamy ciasto na blaszkę i wyrównujemy powierzchnię.
Pieczemy 20 minut.
Po wystygnięciu zdejmujemy biszkopt z papieru i foremką, w której będziemy formować ciastka wycinamy kółka. One będą podstawą naszych ciastek.

Czas na mus kokosowo ananasowy. Ubijamy kremówkę i łączymy z wystudzoną i lekko stężałą galaretką. Dodajemy drobno pokroje plastry ananasa.
Delikatnie mieszamy.
Nakładamy do półkulistych, metalowych foremek (mogą być małe miseczki). Zostawiamy nieco miejsca by zmieścił się plaster biszkoptowego ciasta. Przyciskamy biszkopt do musu. Foremki wkładamy do lodówki by mus stężał.

W tym czasie przygotowujemy białą żelkę.
Żelatynę zalewamy odrobiną wody a potem stawiamy na garnku z gorącą wodą by się rozpuściła.
Kremówkę mocno podgrzewamy z mlekiem skondensowanym i łączymy z rozpuszczoną żelatyną.
Studzimy.

Kiedy mus kokosowy zastygnie (dobrze jest go włożyć na godzinę do zamrażarki) wyjmujemy go z chłodu i na kilka sekund wkładamy do wrzątku.
UWAGA: ostrożnie, by się nie oparzyć!
UWAGA: ostrożnie by nie nalać wody do foremki!
Kiedy ścianki się ogrzeją (tu wychodzi wyższość metalowych foremek nad ceramicznymi) mus wyskoczy bez trudu.
Zobaczycie przed sobą piękne białe kopułki pełne pysznego kremu. Stawiamy je na kratce by nadmiar polewy spłynął.
Wyjmujemy białą żelkę i polewamy mus. Schłodzenie musu w zamrażarce spowoduje szybkie stężenie żelki na musie.
Teraz pozostaje tylko chwilkę poczekać a potem przenieść ciastko na talerz.
Udekorowałam je białymi fiołkami. Opanowały całą grządkę z różami i aż się prosiły o użycie ich do białego deseru.

Smacznego i dużo radości w nareszcie słoneczny weekend.





A tym, którzy właśnie wybierają się oglądać warany, życzę dużo bezpiecznych wrażeń i cudnej przygody.

wtorek, 9 maja 2017

Obrazek jak z Dalego a także zasznurowana makrela





















Takich numerów jeszcze nie było. 
Bałwana w Wielkanoc lepić już się zdarzyło. Boże Narodzenie w ulewnym deszczu też mamy odhaczone.
Co prawda słońce ciągle jeszcze wstaje na wschodzie a czarne wciąż jest czarne lecz chyba licho nie śpi.
Jest 9 maja, latam z kosiarką. Taką do trawy.
Czyli niby wszystko się zgadza. Tylko dlaczego, do jasnej Anielki sypie śnieg. Jakiś surrealizm mi się w ten obrazek zaplątał.
Człowiek kroczący za kosiarką zero romantycznych uniesień ma głowie. Raczej praktyczność zagadnienia zaprząta mu umysł. Ile jeszcze umownych kwadratów trawnika zostało do skoszenia, na przykład. Lub czy jest jakaś możliwość opróżniania kosza bez ciągłych wędrówek do kompostownika?
Biel płatków, sypiących się z nieba każdy rasowy kosiarz zlekceważy jako element przy goleniu trawnika zbędny. Może bardziej romantyczna natura poszuka drzew wiśniowych jako źródła sypiącej się bieli.
Tylko, że do drzew owocowych mamy spory kawałek. A płatki spadające na trawnik, znikają po chwili jak kamfora. Ki czort?
Śnieg, panie, śnieg. Tylko po co, ja się pytam. Czy ktoś potrzebuje śniegu w maju? Mój trawnik nie. Moje drzewka w sadzie na 150% nie. Kosy siedzące w gnieździe w leszczynie absolutnie nie. Magnolia jest cała na nie. Nawet koty są na nie i okupują wszystkie przypiecowe miejsca.
Nie macie wrażenia, że coś jest bardzo nie w porządku? Że komuś się coś całkiem pomerdało z pogodą?
Ciągła obecność zimowego płaszcza i czapki jest najlepszym powodem do niepokoju. Niech ktoś w końcu włączy słońce!
Tą oto odezwą żegnam dzisiejszy dzień. Pani Gardias z uroczym uśmiechem zapowiedziała, że jeszcze tylko jutro a potem się zobaczy. Optymizm mnie ogarnął bezmierny.
Na razie żałuję, że nie mam szlafmycy.





















Na pocieszenie coś dla ciała czyli:
zasznurowana makrela

(dla dwóch osób)
2 świeże makrele

nadzienie do ryby:
2 łyżki suszonych pomidorów w oliwie
2 filety anchois
1 ząbek czosnku
pół łyżeczki czosnku w proszku
pół łyżeczki peperoncino
pieprz
pół łyżeczki listków tymianku
1 łyżka natki pietruszki
skórka z połowy cytryny.

oliwa
sól
2 łyżki masła
pół ząbka startego czosnku

Zaczynamy od przygotowania ryby. Kupując makrelę, upewnijcie się, że ryba jest naprawdę świeża. Leżakująca makrela jest jednym z najbardziej przykrych doznań zapachowych. Oszczędźcie sobie tej wątpliwej przyjemności.
Jeśli macie pachnącą morzem rybę (mam nadzieję, że wypatroszoną, ponieważ nie odważę się tutaj dawać wam rady jak dokonać tego czynu), pozbawcie ją głowy.
Teraz musicie usunąć z niej kręgosłup.
Trzeba poprowadzić nóż wzdłuż kręgosłupa, w kierunku ogona, ale nie rozcinając do końca. Potem robimy dokładnie to samo z drugą połową ale usuwając kręgosłup.
Mówiąc prostym językiem, ogon powinien być wspólną częścią obu połówek ryby.
Myjemy i osuszamy makrele.

W blenderze miksujemy składniki nadzienia.
Rozkładamy ryby jak kartkę urodzinową. Smarujemy obficie pomidorowym nadzieniem. Zamykamy ryby (jak wypisaną kartkę urodzinową) i związujemy sznurkiem.
Smarujemy oliwą, posypujemy oszczędnie solą i kładziemy na blasze, wyłożonej papierem do pieczenia. Wokół rozrzucamy malowniczo małe słodkie papryczki.

Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni.
Pieczemy makrele 25 minut. Po 15 minutach polewamy ryby masłem z czosnkiem.

Upieczone wyjmujemy, układamy na talerzu i pieczołowicie wlewamy do miseczki cały płyn, który zebrał się na blaszce. Nim polewamy rybę. Podajemy z czym chcemy. Kasza pęczak z warzywami pasuje jak ulał.





Smacznego i oby jutrzejsze przebudzenie miało miejsce w maju a nie w lutym.

środa, 3 maja 2017

Mysia dieta oraz co można zrobić z oreo, pieczonych truskawek, czekolady i bezy



















Puk, puk, dzień dobry. Jest tu kto?
Sama nie wiem czy jestem. Trochę mnie nie było i szczerze powiedziawszy zniknął też kwiecień. Początek miesiąca zapowiadał wręcz cudny ciąg dalszy. Niestety na zapowiedziach się skończyło.
Potem już tylko śniegi, wiatry i problemy.
Jeszcze w tak komfortowych warunkach, na leżąco, Wielkanocy nie spędzałam. Spróbowałam i na razie podziękuję. Wolę jednak masowanie szynki i ugniatanie baby. O malowaniu jajeczek nie wspomnę.
Maj jest też dobry by zacząć celebrowanie wiosny...cóż kiedy ochota jest ale wiosny jakby tak, na lekarstwo.
Gdzieś słoneczna wiosenność utknęła. Jakieś góry, prądy czy może złe myśli trzymają ją na łańcuchu.
W desperacji związanej z datą w kalendarzu pojechałyśmy otwierać leśne podwoje. Przecież to weekend majowy! Jak tu nie spędzić go w Domu pod lasem.
A w domu pod lasem zimno, całe 13 stopni, zamarły jesienią piec i chłód nie pozwalający zdjąć rękawiczek.
A jednak życie w domu kwitło pełną piersią. W moim łóżku znalazłam dwa mysie gniazda. W nich kolekcję kasztanów, orzechów i zawartość cukierniczki (jak one przeniosły cukier?). Za kuchennymi szafkami, sądząc po intensywnym zainteresowaniu naszych futer, myszy zorganizowały swoją redutę. Głupie nie są.
Wędrówka po domu ujawniła zjedzoną część progu w łazience i kompletną sieczkę w szufladzie ze skarpetkami. Ciekawe dlaczego tylko moimi?
Mąka żytnia i pszenna okazały się być ulubionymi dla gryzoni. Kasze, ryż i mąka gryczana zostały wzgardzone. Nadgryziona została za to deska do krojenia i stolnica do zagniatania chleba.
Czyli tak: orzechy, mąka pszenna, do tego cukier i wiórki drewniane. Na okrasę kolorowe strzępy skarpetek. Ciekawa dieta.
Pół roku nieobecność obfituje w niespodzianki. Przyroda nie lubi próżni.
Na razie spenetrowałam, i mam nadzieję odzyskałam, dolną część domu. Przede mną wycieczka na strych. Póki co, zajrzę tam bez okularów. Wtedy jest szansa, że co mniejszych mieszkańców nie zauważę. Potem będę miała nadzieję, że zanim zajrzę tam uzbrojona w odpowiednie narzędzia, część nieproszonych gości się wyniesie.

A co słychać w kuchni? Coś tam słychać. Kiedy opadł kurz powielkanocny mogłam się przymierzyć do ponownych zmagań z garami. Idzie mi dobrze, choć powoli.
Na razie coś mało spektakularnie ale dajcie mi czas i pójdę na całość.
Dziś na dobry (kolejny) początek coś na osłodę. Coś, co wygląda jak główna wygrana w konkursie pt. „Rozmiar nie ma znaczenia”.
I co najważniejsze nie wyssie z was wszystkich sił, bo bądź co bądź, te trzeba zachować na zmaganie z chłodem.








Oreo, pieczona truskawka, ganasz czekoladowy i beza

200g ciasteczek oreo
1/4 szklanki rozpuszczonego masła

słoik pieczonych truskawek (lub śliwek, lub ulubionej konfitury z całych owoców)

ganasz czekoladowy:
150 g gorzkiej czekolady
1/4 szklanki kremówki
1 łyżka masła

małe bezy:

2 białka
200 g drobnego cukru
szczypta soli

bezy:
Piekarnik rozgrzewamy do 130 stopni.
Białka ubijamy dodając sól. Kiedy zaczynają przypominać górskie szczyty zimą dodajemy po łyżce cukier, wciąż ubijając.
Pod koniec piana powinna być sztywna i błyszcząca.
Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia. Ubite białka przekładamy do rękawa cukierniczego i wyciskamy na papier zgrabne gwiazdki czy kwiatuszki (takie na jeden kęs).
Wkładamy blaszkę do piekarnika i suszymy 10 minut. Potem obniżamy temperaturę do 90 stopni i suszymy godzinę.

Bierzemy się za „ciasto”. Żadne to ciasto, to po prostu okruszki oreo połączone z masłem. Wkładamy oreo do blendera i mielimy na okruchy. Potem dodajemy masło i dokładnie mieszamy.
Tym „ciastem” wylepiamy formę, dociskając boki i spód.
Po godzinie w lodówce forma jest gotowa na przyjęcie reszty składników.

W rondelku mocno podgrzewamy kremówkę z masłem. Do miski wsypujemy połamaną czekoladę.
Zalewamy ją prawie wrzącą kremówką. Po chwili mieszamy do całkowitego rozpuszczenia się czekolady.

Wyjmujemy formę z „ciastem”. Na dno wykładamy pieczone truskawki. Zalewamy je czekoladowym ganaszem. Odstawiamy na kwadrans.
Czekoladowa polewa nieco zgęstnieje i możemy udekorować ciasto bezami.
Ciasto nie wymaga przechowywania w lodówce. Lodówka ma zły wpływ na bezy. Można ciasto kroić na malutkie porcje lub ekstremaliści mogą jeść jak chcą. Ciasto jest słodkie i malutki kawałek zaspokoi głód cukru na cały dzień.






Bardzo smacznego

piątek, 7 kwietnia 2017

Mięsko na Wielkanoc czyli karczek w pończosze

















O żesz ty. Ale się porobiło. Dopiero śledź był a już jajka za chwilę wjadą na stół. Nie to, żebym czujność doszczętnie straciła, co to to nie. Łupinki cebulowe od miesiąca skrupulatnie zbieram. Jajka ciemno brązowe być muszą. Ale ogólnie rzecz biorąc kolejny raz wiosna zaskoczyła Limonkę.
Czekałam, czekałam, wypatrywałam zieleni jak Jaguś Antka i chyba w tym napięciu przysnęłam na dłużej.
Otwarłam wczoraj okna, bo słońce poranne zadziałało jak uderzenie młotem, a tu zamiast nieśmiałej, zielonej poświaty, zieloność pełną wiosenną gębą. Nawet kasztan wypuścił lepkie paluszki.
Wiem czym się wiosna różni od zimy. Wy też wiecie i pewnie patrzycie na mnie jak na wariata. Czym różni się wiosna od zimy? Jak można zadać takie pytanie?
Nie mam na myśli temperatur, słońca, kolorów. Mam na myśli dźwięki.
Posłuchajcie jak brzmi dzisiejszy wieczór, albo jutrzejszy poranek. A potem znajdźcie 7 szczegółów, którymi różni się ten obrazek od wersji zimowej.
Jest inaczej na sto procent. Jest głośniej, jest weselej. Już nie tramwaje i szum samochodów są najgłośniejsze. Wiosna ćwierka, śpiewa, szczeka. Ale macha też ogonem, kręci się na karuzeli, wisi na trzepaku (stoi taki jeden na moim podwórku) i śmieje się na całe gardło.
Pablo Neruda miał rację mówiąc, że „nawet jak wytniecie wszystkie kwiaty (i drzewa chciałoby się powiedzieć na dodatek) to wiosna i tak przyjdzie”.
Stałam w otwartym oknie i liczyłam dni do Wielkanocy. Dziś powieszę karczek w pończosze.
W sobotę sprawdzę, czy żurek ma się dobrze. W poniedziałek upiekę spody do mazurków. We wtorek będę kibicować fachowcom składającym bibliotekę.
Środowy wieczór spędzę na lotnisku oczekując rodzinnej bandy.
W czwartek przyjdzie czas na sernik. Piątek to dzień porchetty i baby drożdżowej. No i jajek ma się rozumieć.
Ale od czwartku robotę będziemy sobie wyrywali z rąk, więc dalsze liczenie nie ma sensu.
Wszystkie wpisy przed wielkanocne będą opatrzone zdjęciami nieco nieświeżymi, bo sprzed roku bądź dwóch. Święta, jednakże, mają to do siebie, że nie bardzo lubią eksperymenty. Im bardziej tradycyjnie, tym bezpieczniej.
Dziś tradycyjnie czyli z mięsem.
Karczek w pończosze pochodzi z blogosfery i jest super wędliną domowej produkcji, która nie wymaga peklowania i chemicznych czarów.
Wystarczą przyprawy, patyk, pończocha i około tygodnia cierpliwości.










Karczek w pończosze

Około 1,5 kg świeżego, dobrej jakości karczku
pończocha
duże naczynie by całe mięso się zmieściło
1 szklanka brązowego cukru (biały też może być)
spora garść soli
kilka ziaren jałowca
1 łyżeczka ziaren kolendry
1 łyżeczka ziaren czarnego pieprzu
pół łyżeczki suszonego chilli
1 łyżeczka suszonego czosnku
1 łyżeczka suszonego majeranku

Karczek dokładnie myjemy i osuszamy. Równie dokładanie obsypujemy cukrem, wkładamy do garnka, przykrywamy i umieszczamy w lodówce na 24 godziny.
Po upływie doby wyjmujemy karczek, myjemy i znów dokładnie osuszamy.
Garnek myjemy i wycieramy do sucha.
Karczek umieszczamy w garnku i dokładanie obsypujemy solą. Znów chowamy na 24 godziny w lodówce.
Po następnej dobie myjemy karczek z soli i obsuszamy.
Czas na ostatni etap przygotowań czyli wymasowanie karczku mieszanką przypraw.
Przyprawy wcześniej ucieramy w moździerzu.
Dokładnie otulony przyprawami karczek wkładamy do czystej pończochy i zawieszamy w suchym ,ciepłym i przewiewnym miejscu (jak widzicie u mnie zawisł w bibliotece, bo kuchnia nijak nie oferowała kawałka drążka). Niech wisi tydzień.
Potem smakuje jak rasowa włoska wędlina.





Smacznego

sobota, 11 marca 2017

Sala tortur czyli tarteletki z kremem cytrynowym i bezą włoską





















Jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem. Pokłady mojej cierpliwości i wyrozumiałości dla świata wydawały się niewyczerpalne.
Ale w czwartek mną zatrzęsło. W czwartek poczułam, że mroczna strona mojego trzymanego za mordę „ja” zaczyna torować sobie drogę ku wolności.
Gdyby nie ramki tzw „człowieka cywilizowanego” chyba toczyłabym pianę z pyska.
Jeśli nie pomaga herbata i przebieżka to znaczy, że jest groźnie.
Czy jest inna metoda rozładowania złych emocji niż ostrzenie kosy i odkurzanie granatów?
Jest. Wizyta w mojej prywatnej izbie tortur.
Codziennie otwieram szuflady kuchenne. Wiele razy. Otwieram, wyjmuję, zamykam, zapominam.
A one kryją przedmioty zaskakujące. Spróbowałam więc choć raz spojrzeć na zawartość moich kuchennych szuflad jak na obcy świat. Jak na mikroświat, który wymaga objaśnienia.
Pominę szufladę ze sztućcami, choć niektóre średnio przypominają te, którymi posługujemy się na co dzień. Ni to grabie, ni to kosa.
Dziś pochłonęła mnie szuflada z przedmiotami, na co dzień zupełnie niegroźnymi. Ale dziś też wszystko kojarzyło mi się z przemocą i odwetem.
„Łokieć meksykański”- czy coś o takiej nazwie może być przydatne w kuchni? Czy nie kojarzy się z „hiszpańskim butem”?
Hm, metoda działania jest podobna. Nawet już znalazłam kogoś, komu chętnie wyrafinowane użycie „łokcia” mogłabym zaprezentować.
Zaniepokojonych uspokajam, że łokieć wyciska sok z cytryny lub limonki. Żaden z członków nie jest zagrożony.
A teraz przyjrzyjmy się mezzalunie. Siekanie, rozdrabnianie, masakra po prostu. Jaka potrzebna przy zabawie z ziołami czy orzechami!
Poczciwy „dziadek do orzechów”? Już oczyma wyobraźni widzę biedne, poturbowane paluszki.
Pamiętacie Ewę Szykulską, prezentującą korkociąg jako narzędzie zniewolenia w Seksmisji?

No właśnie.
Kuchnia to niebezpieczne miejsce. Wyobraźnia ma tu pole do hasania.
Po godzinie przeglądania szafek i brania z lubością do ręki ostrzy i krawędzi moje emocje nieco opadły. Znów mogłam spojrzeć na życie z nadzieją. Jednak nie wszyscy powariowali.

Aby zamaskować moje nieodpowiednie zachowanie zamydlę wam oczy perfekcyjnymi tarteletkami z kremem cytrynowym i włoską bezą.










Tarteletki z kremem cytrynowym i bezą włoską


lemon curd:
2 jajka
2 żółtka
100 g cukru
70 g zimnego masła, pokrojonego na małe kawałki
3 cytryny (sok z 3, skórka starta z 2)

Na piecu stawiamy garnek z wodą do ¼ wysokości garnka. Włączamy ogień i zagotowujemy wodę.
W szklanej misce mieszamy ze sobą jajka i żółtka. Dosypujemy cukier. Mieszamy kilka sekund. Dodajemy sok i startą skórkę a na koniec pokrojone na kawałeczki masło. Miskę stawiamy na garnku z lekko gotującą się wodą. Mieszamy drewnianą łyżką aż całe masło się nie rozpuści. Potem drewnianą łyżkę zastępujemy trzepaczką. Nie ubijamy tylko mieszamy. Kremu nie trzeba napowietrzać. Mieszamy około 10 minut, dopóki krem się wyraźnie nie zagęści. Trzepaczka powinna w kremie zostawiać ślad. Wtedy zdejmujemy miskę z garnka. Nie przesadźcie z zagęszczaniem, żeby nie zrobić jajecznicy. Krem stygnąc, będzie dalej gęstniał.

Absolutnie genialne kruche ciasto:
(na 16 małych foremek o średnicy 7 cm)

170 g mąki pszennej
110 g zimnego masła
20 g drobnego cukru
szczypta soli
2 żółtka

Masło kroimy w kostkę i dorzucamy do mąki z solą. Rozcieramy szybko palcami. Wsypujemy cukier i rozmącone żółtka i miksujemy aż ciasto zlepi się z jeden kawałek.
Rozpłaszczamy ciasto i wkładamy do worka a potem na minimum godzinę do lodówki.
Po tym czasie wyjmujemy ciasto z lodówki i rozwałkowujemy na grubość około 2 milimetrów. Przekładamy do foremek, wyrównując brzegi.
Znów wstawiamy na pół godziny do lodówki.
W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 175 stopni.
Schłodzone tarteletki przed pieczeniem dobrze jest obciążyć, by za bardzo nie wyrosły. W końcu musi się w nich jeszcze zmieścić co nieco.

Po latach prób z papierem do pieczenia przyszło na mnie olśnienie. Papier a to wystawał za bardzo, a to się przesuwał. Rozwiązaniem okazały się papierowe formy do muffinów.

Wkładamy do tarteletki z ciastem papierową formę, do niej sypiemy np. suchą soczewicę lub fasolę (są wielorazowego użytku) i tak wkładamy do piekarnika.
Po 10 minutach zdejmujemy bez problemu papierowe formy z zawartością a tarteletki dopiekamy jeszcze 8-10 minut.
Upieczone studzimy a wystudzone przechowujemy w zamkniętym pojemniku. Dzięki temu zachowają kruchość przez dłuższy czas.
Zapas takich ciasteczek jest gwarancją zrobienia perfekcyjnego deseru w czasie krótszym niż zaparzenie herbaty.

beza włoska:

2 białka
150 g drobnego cukru (130g + 20g)
40 ml wody

Na piecu stawiamy rondel z grubym dnem. Wsypujemy 130g cukru i wlewamy wodę. Obracamy rondlem by woda pokryła cukier. Włączmy ogień i rozpuszczamy cukier. Ogień ma być średni, nie chcemy spalić cukru w pierwszych minutach.
Rozpuszczony cukier gotujemy na niewielkim ogniu do osiągnięcia temperatury 118 stopni lub do tzw „hard ball” czyli kiedy kropla upuszczona na talerzyk nie rozlewa się i można ją kształtować w palcach.
Ja wiem, że to jest zniechęcające ale poczytajcie dalej*.
W czasie gdy cukier się powoli rozpuszcza ubijamy białka na sztywno.
Dosypujemy 20g pozostałego cukru i ubijamy jak bezę.
Kiedy cukier osiągnie odpowiednią temperaturę, zdejmujemy rondel z ognia i malutką strużką wlewamy cukier do ubijanych białek (wciąż ubijamy).
Po kolejnych 5-8 minutach powinniśmy mieć michę pięknie ubitej, sztywnej bezy włoskiej. Teraz trzeba ją wystudzić.
Wystudzona jest gotowa do użycia. Może być np. bazą do kremu do tortów. Trzeba ją wtedy połączyć z miękkim masłem.

*cukier mi się skarmelizował. Użyłam termometru cukierniczego i poniosłam klęskę. Machnęłam na to ręką i wlałam do smutnych kryształków cukru jakieś ćwierć szklanki wody. Nie ma takiego cukru, który się nie rozpuszcza w wodzie. Nie może być, żeby jakiś głupi cukier mnie pokonał.
Zagotowałam wodę z gulą cukru i cierpliwie mieszałam.
Rozpuścił się, gnojek, jak podejrzewałam bez problemu. Potem już było z górki. Gotowałam syrop cukrowy na niewielkim ogniu aż stał się zdecydowanie gęsty ale jeszcze nie zaczął zmieniać koloru.
I okazało się, że trafiłam w punkt. Beza udała się pierwszorzędnie.
Nie poddawajcie się od razu. Zawsze jest jakieś wyjście.

Miseczce mieszamy mascarpone z lemon curdem. Nakładamy do tarteletek.
Napełniamy rękaw cukierniczy bezą i wyciskamy na wierzch kremu cytrynowego. Małym palnikiem cukierniczym robimy czary mary i podajemy na stół ósmy cud świata.
Bez użycia miotacza ognia ciasteczka smakują równie dobrze. Zapewniam.





Smacznego

sobota, 25 lutego 2017

Na dobry humor i paskudną pogodę czyli czekoladowe ciasteczka z kajmakiem























Najpierw wiało, potem wyssało całe 8 stopni dość wątpliwego ciepła w powietrzu a rano okazało się, że jest biało.
Jaki człowiek naiwny. Tylko słońce w łaskawości swojej pogłaszcze nas po główkach, już nam się wydaje, że wiosna stoi za progiem. Może i stoi ale na pewno nie w mojej okolicy. U mnie dzisiaj leży i ledwo dycha.
Zamiast optymistycznego spaceru w celu wskrzeszenia romantycznych uniesień, zakopaliśmy się z MMŻ na kanapach i kontynuujemy obrastanie ochronnym tłuszczykiem.
Bardzo w tym pomocne są słodkości wszelakie.
W tej dziedzinie pobiłam w mijającym tygodniu wszelkie rekordy. I wcale tłusty czwartek nie był tu pretekstem.
Jakoś tak pod rękę nawijały się a to kakao, a to czekolada, a to kajmak. A drożdże to już po prostu mnie molestowały.
Poddałam się i przy pomocy ich i jeszcze kilku prowokatorów piekłam, mieszałam i przekładałam.
Powiecie, że będę tego żałować.
Już żałuję. Ale widać nie dość mocno bo na talerzu przed mną ciasto leży i czeka.
Moja dieta obiadowa dzisiaj będzie się składała tylko z zupy. Niezdrowo powiecie?
O tak, za to jak przyjemnie.
Może i was namówię na małe co nieco?
Kajmak, ciasteczka, czekolada; słyszycie jak to brzmi?
A jak smakuje!








Ciasteczka czekoladowe z kajmakiem

na 13-15 sztuk

55 g masła
130 g brązowego cukru
25 g kakao
50 g chipsów czekoladowych lub pokrojonej drobno czekolady
1 duże jajko
szczypta soli
130 g mąki
1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
oraz
kilka łyżek dulce leche czyli kajmaku

W rondelku topimy masło. Wsypujemy cukier i kakao. Mieszamy, zdejmujemy z pieca i studzimy.
W miseczce rozbijamy jajko i lekko je ubijamy. Dodajemy do mieszanki kakowo maślanej. Mieszamy.
Mąkę przesiewamy z sodą i solą. Wsypujemy do masy.
Mieszamy (jest ciężko) w miarę dokładnie.
Odkładamy ciasto na pół godziny do lodówki.
Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia. Piekarnik rozgrzewamy do 175 stopni.
Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki.
Dzielimy na 13-15 porcji i formujemy kulki.
Rozpłaszczamy je w dłoni i do środka nakładamy łyżeczkę kajmaku. Zaklejamy ciasto (trochę jak przy robieniu pierogów). Starajmy się dobrze nadzienie schować, bo kajmak lubi się w piekarniku przypalić.
Kto lubi perwersję kulinarną niech posypie kulki z góry gruboziarnistą solą.
Wstawiamy blaszkę do piekarnika na 20 minut.
Upieczone wyjmujemy i studzimy.





Smacznego
P.S.
Zapomniałam, to z góry to cukier puder. Ta opcja wchodzi w grę, jeśli wcześniej nie posypaliście ciastek solą:)


czwartek, 23 lutego 2017

Pączki, margarita i przepis od rzeczy czyli sałatka z dynią i nasionami






















Wszystkiego najlepszego z okazji dnia margarity!

Odważylibyście się powiedzieć głośno i wyraźnie, że nie lubicie małych kotków?
Jeśli wciąż chcecie mieć znajomych, to lepiej nie ryzykujcie.
Ktoś pokazuje wam 643 filmik na youtubie roniąc łzy wzruszenia a wy liczycie od końca gwiazdy w gwiazdozbiorze Wega z pamięci dla uspokojenia morderczych myśli.
Mieliście tak kiedyś?.
Kotki są słodkieeee, kjuuuuud, łoooooo, i tak dalej.
No, są słodkie. Ale żeby z ich powodu zachowywać się jak... No właśnie...jak?
Nie jak dziecko, bo widziałam co dziecię ukochane z ogonkiem pluszakowym może zrobić. I na pewno nie jest to bezkresny zachwyt. Już raczej nieodparta ochota by zajrzeć do wnętrza.
Dzieci też lepiej w towarzystwie potraktować na zasadzie: im mniejszy bobas tym zachwyt większy. A dzieci brudzą, zakłócają ciszę, przeszkadzają i nieciekawie pachną.
Powiedzcie to głośno. Przy stole. Głośno i wyraźnie przy rodzicach takich małych „skarbów”.
Po ostatniej wizycie znajomych z „słodkim skarbem” okruchy ciastek wyjmuję z miejsc całkiem zaskakujących. I to po dwóch tygodniach. Dziecko potrafi.
Dobrze, że w końcu rośnie. I potem wpada w zachwyt nad kotkiem, świnką, puszystą kuleczką.
Poprawność towarzyska, poprawność społeczna, poprawność polityczna. Dziwne rozważania przy okazji pączków.
Bo o pączkach miał być wstęp.
A pączki lubicie czy może jecie dzisiaj bo tak wypada? No, tak z ręką na sercu.
Ja nie lubię pączków. I zjadłam dziś jednego. Czy to ze strachu przed, podobno czekającym mnie pechem, jeśli nie zjem choć malutkiego pączusia? Czy może z obawy przed znaczącymi spojrzeniami: „aha, znów się odchudza”.
Bo tak trzeba, bo się powinno, bo wypada, bo inni, bo tradycja....
MMŻ nie był dziś rano szczęśliwy. Policzył, że przyjdzie mu zjeść w pracy co najmniej cztery pączki. Dobrze, że nie zatrudnia tuzina kobiet, bo każda czułaby się w obowiązku przynieść torbę ciastek. I każda postawiłaby do kawy talerzyk z pączkiem. Nie trzeba być matematykiem, żeby się doliczyć 12 pączków w ciągu dnia.
Nikt normalny nie ładuje w siebie takiej porcji. Biedny MMŻ.
W nosie mam pączki. Wolę margaritę.
Dobrze, że niektóre dobre dusze czuwają i odkryły, że dziś jest jej dzień. I to nie lokalny a globalny.
Międzynarodowy dzień margarity!
Zapominam o pączkach ruszam na poszukiwanie tequilli.
Niech żyje margarita!

No tak, zapomniałbym o przepisie.
Nie będzie, jak się domyślacie, o pączkach. O margaricie też nie, choć mnie kusi.


Będzie o czymś lekkim i kolorowym, stojącym w opozycji do tego, co za oknem.
Ale narzekać na szarość będę kiedy indziej.


Dziś sałatka z dynią i nasionami.

  • mieszanka sałat ulubionych
  • 1 mała dynia, pokrojona w kawałki (na jeden kęs) i upieczona w piekarniku (tu przepis)
  • garść ulubionych ziaren:słonecznika, dyni, sezamu, siemienia lnianego czy orzechów, uprażone na suchej patelni
  • 1 mała cukinia pokrojona na cienkie plastry wzdłuż
  • garść ulubionych pomidorków
  • 1 nieduży ogórek, potraktowany jak cukinia
dressing:
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżka soku z pomarańczy
  • 2 szczypty otartej skórki z pomarańczy
  • 4 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka oleju z dyni
  • pół łyżeczki soli
  • 2 szczypty mielonego pieprzu

Na talerzu rozkładamy w składniki sałatki (oprócz nasion) w mniej lub bardziej artystyczny sposób.
W słoiczku miksujemy składniki dressingu.
Polewamy sałatkę sosem i posypujemy ziarnami.
Kto bardziej żarłoczny niech dorzuci do sałatki jakiś zacny kozi lub wędzony serek.
Smacznego




P.S.

Wszystkich miłośników słodkich filmików, rodziców przesłodkich bobasów, pączkożerców i innych, jeśli poczuli się dotknięci, serdecznie i szczerze przepraszam