sobota, 14 października 2017

Dziwne, niepokojące dźwięki i zakręcony strudel jabłkowy



























W czterech miastach trzech krajów cztery znane mi osoby w tym samym czasie pochorowały się na to samo.
To nie jest zapowiedź mojej książki z gatunku medical fiction. To jest oficjalne zażalenie na zepsucie mi wyjazdu. Nie robi się człowiekowi takich numerów. Nie obdarza się go kaszlem jak z głębin Mordoru, kiedy jego oczekiwania są zgoła inne.
Nie zsyła się niemocy totalnej na człowieka czekającego na gościa. Tak się nie robi i tyle.
Mój protest jest oczywiście wielką fikcją, bo do kogo to zażalenie skierować?
Pozostaje po zakupie wagonu chusteczek i rocznego zbioru imbiru położyć się na torach i czekać
na super szybki pociąg.
I teraz wyobrażam sobie jak obok mnie kładą się te wszystkie znękane ciała, wysiadujące swoją chorobę w poczekalniach. Jako, że wizyta u lekarza jest w ostatnich dniach jak wygrana w totka, to na torach przewiduję tłok.
Jestem świadoma, że przeziębienie to nie dżuma. Wiem, że cholera nie wybiera ale czasami mam naiwną nadzieję, że może nie ja. Może tym razem mnie ominie. W tym zasmarkanym, zaplutym i rozgorączkowanym świecie będę jak biała lilia. I nic.
Uciekłam za wodę i nic to nie dało. Dopadła mnie w momencie, kiedy odważyłam się poczuć bezpiecznie. Najbardziej z wyjazdu pamiętam koty i widok kubka z gorącą herbatą.
Wlokę to świństwo za sobą i zastanawiam się, czy ja zawłóczyłam je tam, czy może stamtąd
przytargałam je do ojczyzny? Tej, notabene, nic nie zaszkodzi.
Nie, przecież napisałam w pierwszym zdaniu, że w czterech miastach trzech państw. I działo się to jednocześnie. Czyli to nie ja byłam pacjentem zero, nie ja przebrałam się za jednego z jeźdźców apokalipsy. Jaka ulga. Takiej odpowiedzialności chyba nie dałabym radę udźwignąć.
Mogę spokojnie sobie słuchać koncertów dudniąco bębniących w moich płucach. Mogę wypić dwusetną filiżankę herbaty z imbirem i mogę ogłosić oficjalnie, że sezon jesienny został rozpoczęty.
Kto wątpi, niech zajrzy do dowolnej placówki tzw. służby zdrowia. Widok będzie budujący. Budujący uczucie pewności, że wszystkich was to czeka...może nie dziś, nie jutro ale już, już całkiem niedługo....
Aby was całkowicie nie załamać ale też nie przemęczać, bo wiadomo jak człowiek zmęczony, to bardziej podatny na zabójcze wpływy, upieczcie strudel jabłkowy. Błyskawiczny, nieco oszukańczy ale obiecująco smaczny.





zakręcony strudel jabłkowy w cieście francuskim

3 renety
garść rodzynków
3 łyżki cukru
sok z jednej cytryny
1 łyżeczka esencji waniliowej
jajko do posmarowania ciasta
pół szklanki soku jabłkowego
1 łyżka masła
1 opakowanie ciasta francuskiego
forma o średnicy 20 cm

Połowę jabłek czyli 1,5 jabłka obieramy ze skórki i kroimy w kostkę.
Na patelni rozgrzewamy 1 łyżkę masła i wrzucamy jabłka. Wlewamy sok cytrynowy i dodajemy cukier.
Mieszamy i dolewamy pół szklanki soku jabłkowego.
Prażymy jabłka aż prawie się rozpadną. jeśli brakuje płynu, dolewamy by się jabłka nie przypaliły.
Po około 10 minutach obieramy pozostałe 1,5 jabłka i również kroimy w kostkę. Wrzucamy do masy jabłkowej razem z rodzynkami i prażymy jeszcze pięć minut. Masa powinna być zwarta a płyn odparowany. Wyłączamy ogień i dodajemy wanilię.
Studzimy jabłka a w tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 210 stopni.
Kiedy jabłka wystygną wyjmujemy z lodówki ciasto francuskie i kroimy na dwie połówki.
Wzdłuż dłuższego boku (przy okrągłym arkuszu ciasta mam na myśli średnicę) układamy wałek z jabłek. Ich ilość musicie tak skalkulować by dało się je zwinąć w rulon.
Zawijamy rulon z ciasta z jabłkami jak cygaro (tylko dłuższe) i wkładamy do formy zwijając
ciasto od środka formy jak ślimaczka. To samo robimy z drugą połówką.
Smarujemy ciasto rozmąconym jajkiem i pieczemy 35 minut.
Wyjmujemy, studzimy i lekko ciepłe podajemy z lodami.



Pycha!

czwartek, 21 września 2017

Karygodne marzenia i gnocchi z palonym masłem, dynią i szpinakiem
























- co robisz?
- nic
- jak to nic?
- nic nie robię, myślę.
- o czym myślisz?
- pozwalam myślom płynąć swobodnie

Patrzę na moją mamę, kiedy po obiedzie leży wygodnie na kanapie. nie śpi.
Po prostu leży. Nie ogląda tv. Nie czyta książki. Nie przegląda prasy. Nie słucha radia.
Co robi?
Jest sam na sam ze swoimi myślami.
Skonfrontowałam ten widok z moim spędzaniem wolnego czasu.
Nawet jeśli usiądę, to zaraz szukam wzrokiem gazety lub telefonu.
Kiedy się kładę, to tylko z myślą o spaniu. Jeśli spanie zwleka, to próbuję je
przywabić czytając bądź słuchając książki. Nawet rozmawiając przez telefon zezuję
w kierunki świeżej gazety lub pływam w jałowych wodach facebooka.
Oszaleliśmy czy tylko mi się wydaje?
Publiczne przyznanie  się do posiadania wolnego czasu jest dziś równie naganne jak ogłoszenie,
że bije się dzieci.
Fuj! Znajomi zaczną cię unikać, bo a nuż mogą się zarazić. Jak to wolny czas!? Jak to nic nierobienie?!
Nie wypada, nie wolno.
To kiedy, przepraszam jest czas na marzenia?
Poganiając synka w drodze do przedszkola czy może omawiając kolejną strategię
zdobycia świata?
Wiecie co to są marzenia? Niektórzy pewnie rozglądają się teraz nerwowo.
Czy można je kupić na eBayu? Może rzucili ostatnio do Biedronki?
Otóż nie moi kochani. Marzenia to takie małe coś, co trzeba sobie wyhodować, pielęgnować, dokarmiać by wyrosły mężne i śmiałe. I by się spełniły.
Marzenia to nie coś, co możesz mieć na pstryknięcie palcami. Potrzebują czasu i naszej uwagi.
Nikt nas nie zastąpi w posiadaniu marzeń. Są nasze i tylko nasze.
Tylko cóż z tego jeśli my nie mamy czasu by się nad nimi pochylić. By nadać im kształt.
Tzw nic nierobienie to piękna okazja by pozwolić podkraść się do nas marzeniom.
Ten moment jest tylko wasz.
Połóżcie się wygodnie, przestańcie się zadręczać niewyprasowanym praniem i dziurą w budżecie.
I spróbujcie wyobrazić sobie swoje marzenie. Nie róbcie gwałtownych ruchów,
nie śpieszcie się. Po chwilowym zamęcie i myślowym bałaganie zza rozlewiska wczorajszego spalonego mleka wychynie nieśmiało to coś. I zobaczycie jakie jest piękne. Jak warte jest chwili wolnego czasu.
Nasze całodzienne obowiązki rzadko kiedy mają wymiar uniwersalny. Kto z czytających ten tekst wynalazł dziś lekarstwo na Parkinsona? A może ktoś wykrył czym wyleczyć w jeden dzień katar? Jakieś propozycje na zmniejszenie ilości worków foliowych w oceanach?
No właśnie.
Oprócz nieodłącznego cienia towarzyszą nam codziennie sprawy raczej przyziemne. To nie wstyd. Musimy jeść, pić, spać i zarabiać na czynsz. Nasze "umarzennienie" jest odwrotnie proporcjonalne do upływu czasu. Im jesteśmy młodsi tym marzeń więcej. Im starsi, tym marzenia bledsze, anemiczne bądź żadne.
Przypomnijcie sobie czasy, kiedy byliście władcami czasu. Nie było takich czasów? To teraz jest świetna okazja by nimi zostać.
Pada deszcz, obiad nie ugotowany, koty ryczą nad pustą miską.
10 minut. Tylko tyle wystarczy. 10 minut wolnego czasu. Otoczone zasiekami i zaminowane. Należą tylko do mnie. Niech reszta świata poczeka.
Moje marzenia nie są wcale mniej ważne.






Gnocchi z palonym masłem, dynią i szpinakiem

2 szklanki pieczonej dyni (hokkaido lub butternut)
2 szklanki umytego i wysuszonego szpinaku
4 łyżki masła
pół łyżeczki gałki muszkatołowej
parmezan 
2 łyżki mozzarella di bufala
sól, pieprz

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.
Dynię obieramy i kroimy w kostkę na jeden kęs. Posypujemy gałką muszkatołową, odrobiną soli i pieprzu i polewamy oliwą. Wysypujemy na blaszkę i pieczemy aż dynia będzie miękka (około 20 minut)
W rondelku rozpuszczamy masło i na malutkim ogniu gotujemy je aż zacznie pachnieć orzechowo.
Nie przeoczcie tego momentu, bo za chwilę zamiast słodko orzechowego aromatu po kuchni
rozpełznie się smród spalenizny.
Pachnące palone masło odstawiamy na bok.
Gotujemy gnocchi.

Na patelnię wlewamy połowę palonego masła, wrzucamy dynię i mieszamy. Po minucie dorzucamy liście szpinaku. Lekko solimy. Teraz dodajemy gniocchi. Podrzucamy składniki na patelni by się wymieszały.
Doprawiamy solą i pieprzem i wlewamy resztę masła.
Przekładamy na talerze, kładąc na środku kulkę mozzarelli i posypujemy startym parmezanem. 

Można to danie zrobić wcześniej. Potem tylko włożyć na 10 minut do gorącego piekarnika.




Smacznego 






piątek, 15 września 2017

Co mąci w głowie i śliwkowe ciasto z kremem patissierie i kokosowo cynamonową kruszonką



























Ale numer. Czy u was też tak wieje? Przez taras przelatują szybkością zbliżoną do
nad świetlnej liście, pająki, skoszona trawa i wypowiedziane słowa.
Każde z nich mknie za szybko. Czy właśnie usłyszałam, że mleko wykipiało? Za późno.
Czy o donicę z miętą zahaczył kolejny krzyżak? Wyszedł z tego bez szwanku.
Nici pajęcze mają większą odporność na wietrzne podmuchy niż słowa.
Te ostatnie ulatują i już nie mają możliwości powrotu. Żyły chwilę i zniknęły.
Na trawniku tańczą liście. Jeszcze walczą o hegemonię zieleni ale bitwa przegrana.
Czerwień jest jeszcze w mniejszości ale z każdą godziną śmierć zieleni oznacza zwycięstwo
tej pierwszej.
Potem oba kolory polegną ramię w ramię z pierwszym przymrozkiem.
Przez taras mknie pociąg pośpieszny donikąd. Dudni i stuka. Zaznacza swoją obecność,
choć zupełnie niepotrzebnie. Nigdzie nie staje, donikąd nie zmierza, nikogo nie wozi.
Zagłusza myśli, mąci w głowie, połyka słowa.
Jest tylko posłańcem. Zwiastuje szarość, chłód i przegraną lata.
Tak być musi. Taka jest kolej rzeczy. Nie podoba mi się taka oczywistość.
Nie nadążam za śpieszącym się wiatrem. Nie lubię pośpiechu. Połyka czas, słowa, uczucia,
niuanse.
Ja lubię mieć czas na smakowanie, zamyślenie, zatrzymanie.
Wiatr zamącił mi w głowie. 





Ciasto śliwkowe z kremem patissierie i cynamonowo kokosową kruszonką
Okrągła forma o średnicy 17 cm
Kruchy spód:
75 g zimnego masła
75 g mąki pszennej
1 łyżka drobnego cukru
1 żółtko
1 łyżka zimnej wody
szczypta soli

krem patissierie:
pół szklanki mleka
pół szklanki kremówki
2 żółtka
2 łyżki cukru
1,5 łyżeczki mąki pszennej
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka esencji waniliowej

kruszonka kokosowo cynamonowa:
70 g zimnego masła
50 g mąki pszennej
2 łyżki brązowego cukru
szczypta soli
pół łyżeczki cynamonu
50 g wiórków kokosowych

Śliwki, przekrojone na pół, wypestkowane

Jak w przypadku każdego ciasta kruchego, szybko zagniatamy składniki i schładzamy
przez godzinę w lodówce.
Po tym czasie rozwałkowujemy ciasto na placek i wykładamy nim dno okrągłej formy.
Wstawiamy na kolejne pół godziny do lodówki. Potem nakłuwamy widelcem i wkładamy
do nagrzanego piekarnika
Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni i pieczemy 15 minut.
Podpieczony spód schładzamy.

Robimy kruszonkę.
Wszystkie składniki rozcieramy w palcach i wstawiamy do lodówki.

Przygotowujemy krem.
Zagotowujemy mleko z wanilią. Na puch ubijamy jajka z cukrem. Dosypujemy mąki i delikatnie mieszamy.
Wlewamy wąską strużką gorące mleko, ciągle mieszając.
Potem stawiamy garnek z mieszanką jajeczną na piec i mieszamy do zgęstnienia kremu. Nie spuszczajmy go z oczu, by uniknąć katastrofy pod postacią jajecznicy.
Gęsty krem przykrywamy folią spożywczą by zapobiec powstaniu kożucha. Studzimy.
Na wystudzony kruchy spód wykładamy wystudzony krem. Na nim, środkiem do góry, ciasno układamy śliwki. Posypujemy kruszonką i wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 170 stopni i pieczemy jeszcze 25 minut.
Wyjmujemy z piekarnika i studzimy.
Posypujemy cukrem pudrem i podajemy zdezorientowanym wiatrem gościom.




Smacznego