Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania sałatka z ogórka, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania sałatka z ogórka, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 24 października 2011
Sałatka z ogórka i lassi też
Ja - Zrobię sobie na kolację lassi.
MMŻ - Z czym?
Ja - Z mango.
MMż - Czy to jest to zielone, co smakuje jak mydło?
Ja - Nie, to jest awokado.
MMŻ - Czyli masz na myśli to zielone w środku, a na wierzchu z włosami.
Ja - Nie, to kiwi.
MMŻ - Wiem, to będzie to okrągłe, które jemy z prosciuto.
Ja - Nie, prosciuto jemy z melonem.
Taki dialog odbyliśmy wczoraj wieczorem w kuchni, robiąc kolację razem, ale nie wspólną. Ja zaplanowałam dla siebie lassi, a MMŻ kroił ogórki do sałatki.
Ciąg dalszy nastąpił po chwili.
Ja - Gotowe. Chcesz spróbować?
A po chwili.
MMŻ - Już wiem, to smakuje jak mielona cegła. Pozwoliłam sobie wyrazić zdziwienie. Rozumiem, że MMŻ jest wyjątkowo śmiały i otwarty na wszelkie odstępstwa od kulinarnej sztampy, ale żeby szukać wrażeń smakowych w cegielni?
Pozostaliśmy przy swoich wersjach kolacyjnych. Sałatka z ogórka dla Niego, lassi dla mnie.
Jako, że napój jogurtowy z mango robi się pięć minut, zdradzę wam przepis na świetną sałatkę z ogórka. Dokładnie taką, jaką robił wczoraj MMŻ. Podobno jest wietnamska, ale w naszym domu robi się ją od tak dawna, że już zapomnielismy, skąd wzięla się w stałym menu.
Warto ją zapamiętać, bo w połączeniu z curry jest więcej niż świetna.
Potrzebujemy:
1 długi ogórek obrany
sok z jednej limonki
1,5 łyżki sosu rybnego
1 łyżka wody
1 łyżeczka brązowego cukru
1 mała papryczka chili
1 czerwona cebula
2 ząbki czosnku zmiażdżone
zielona cebulka lub szczypiorek
Zaczynamy od zrobienia sosu. W miseczce mieszamy sos rybny, sok z limonki, wodę. Dodajemy cukier, czosnek i drobniutko posiekane chili. Zamieszajmy sos, by smaki się połączyły. Czerwoną cebulę kroimy na cienkie półplasterki i wkładamy do sosu. Pomaltretujmy trochę cebulę, żeby oddała sosowi swoje aromaty. Niech przestanie być taka harda. Odkładamy miskę na bok i myjemy rączki. Zapach sosu rybnego to ostatnie co chcielibyscie czuć w czasie wieczoru we dwoje.
Kroimy ogorka na półplastry. Nie plasterki ale plastry. Niech będą konkretne, takie 2-3 milimetrowe. Łączymy ogórki z sosem i mieszamy wszystko razem. Posypujemy posiekaną cebulką lub szczypiorkiem. Kto nie lubi takich konkretów wieczorową porą, niech wróci do tej sałatki przy świetle dnia, lub zrobi sobie lassi.Niech doda do obranego mango jogurt, sporą łyżkę miodu, pół łyżeczki cynamonu i zmiksuje wszystko razem. Ta łagodna wersja kolacji też jest pycha.
Smacznego i dobrej nocy
A zgadnijcie kto wypił resztę mojego napoju?
czwartek, 31 maja 2012
Przegląd biblioteczny i sałatka z mango do książki
Nasz dom to kilogramy papieru. Tony literatury wszelakiej.
Różne fascynacje literackie napotykaliśmy w życiu. Był okres iberoamerykański,
czas literatury rosyjskiej 19 wieku, szaleństwo fantastyki czy opętanie nową
literaturą francuską. Książki leżące w domu to namacalne dowody naszego
nieopanowania i rozpasania w dziedzinie literatury. Część tego dobytku
wywiozłam na wieś. Troszkę się to odbyło na chybił trafił. Kolejna
przeprowadzka i książki lądują w pudłach. Potem na półki i znów czekają na
reaktywację. Taka nadeszła ostatnio. Kiedy ogarnęło mnie trudne do opanowania
uczucie głodu literackiego, sięgnęłam do naszych starych znajomych. Czy ktoś
pamięta jeszcze Motory Zegadłowicza? Kiedy kupowałam tę książkę, to sprzedawca
kazał mi jej szukać w dziale z motoryzacją.
A zbiór dzieł Goethego? Nawet nie wiedziałam, że je mamy.
Znam kogoś, kto byłby ze mnie dumny. Nawet stareńki Verne z jego
Piętnastoletnim Kapitanem się znalazł. Bez okładki i chyba z brakami w środku.
Ja nie byłam jego pierwszym właścicielem. Odzyskałam swojego Tajemniczego
Przybysza i Listy z Ziemi Marka Twaina, o których myślałam zawsze z żalem, że
przepadły na wieki.
Znalazłam Prawo rzymskie, z którym walczył kiedyś MMŻ i
Konwickiego, którego wyrywaliśmy sobie z ręki. Nawet komplet Chandlera i
Chmielewskiej stał sobie ramię w ramię.
Papier w większości egzemplarzy pożółkł i nieco się dziś
kruszy. Kataru dostałam kosmicznego. Oczy mnie szczypały od kurzu. Ale radość
moja była ogromna. Z większością książek związane są jakieś wspomnienia. Tak, biorąc do ręki jedną po drugiej, odkurzałam
swoje dzieciństwo (a jakże Andersen jako żywo), swoje czasy szkolne (ale
kochaliśmy wtedy Vonneguta) i studenckie
(tu szaleństwo Marqueza, Corazara,Vallejo, Llosa……) .
Tutaj zajrzałam, tam poszukałam ulubionego niegdyś
fragmentu. Najchętniej czytałabym wszystkie naraz. Uczucie dziecka w sklepie z
cukierkami jest chyba najtrafniejszym porównaniem. Dobrze jest mieć wybór.
Choć, jak ten osiołek, „któremu w żłobie dano” nie umiałam się zdecydować.
Stojąc jak słup przed półką, dokonałam wyboru w stylu Scarlett O’Hara (dla młodych odbiorców: nie ma nic wspólnego
ze Scarlett Johansson) i postanowiłam dokonać wyboru jutro. Dziś zacznę
nadgryzać prezent na dzień matki, który sprawiło mi młodsze Dziecko – Grę o
tron. Filmu nie widziałam, niewiele o książce wiem, ale gdzieś w zakamarkach
pamięci nazwisko autora majaczyło mi mgliście. W innej epoce i innym wieku w
czasopiśmie Fantastyka chyba zetknęłam się z George R.R. Martinem.
Dałam nura z powrotem w zakurzone zbiory. Jest! Zmurszałe
okazały się tylko kartki papieru a nie moja pamięć. Mikropowieść Pieśń dla
Lyanny napisana w 1975 roku. Od niej zacznę swoją znajomość z panem Martinem.
Acha. Tak się zapędziłam w tych wykopaliskach książkowych,
że zapomniałam napisać o jedzeniu. Czytanie i jedzenie idą ze sobą w parze.
Uwielbiam przygotować sobie coś pysznego, a potem wtulić w kąt kanapy i czytać,
czytać, czytać.
Skoro przede mną kawał książki, to może dla odmiany do
jedzenia coś lekkiego? Nie będę stać nad garnkami, skoro książka czeka. Sałatka będzie akurat.
Zapraszam do uczty. W pełnym tego słowa znaczeniu.
Orzeźwiająca sałatka z mango, ogórka, kolendry i chili
1 mango
1 czerwona papryczka chili
1 ogórek szklarniowy
garść posiekanej kolendry
kilka porwanych liści mięty
1 łyżeczka brązowego cukru
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżka soku z limonki
Mango obieramy ze skórki i kroimy w kostkę. Ogórka myjemy i
też kroimy w kostkę (nie obieramy ze skórki). Chili pozbawiamy nasionek i
drobniutko kroimy. Mieszamy wszystko, co pokroiliśmy w sporej misce.
W małej miseczce mieszamy sos rybny, cukier, sok z limonki i
mieszamy, żeby cukier się rozpuścił. Wlewamy do miski z mango i resztą.
Dorzucamy kolendrę i miętę. Mieszamy. Zabieramy ze sobą widelec, koc, filiżankę
herbaty i swoją ulubioną książkę i czytamy pogryzając aromatyczną sałatką.
Czy trzeba czegoś więcej wieczorem po pracy?
Pozdrawiam i jak zwykle życzę smacznego
środa, 1 lutego 2017
On ci to jest czy nie on czyli kotlety z Kraju Kwitnącej Wiśni
- Słonko, może zrobiłabyś w tym tygodniu na obiad mielone?
- Co bym zrobiła?
- Mielone , takie z zasmażanymi ziemniakami i mizerią z ogórka.
No, nie, nie robi się
takich rzeczy osobie, z którą żyje się pod jednym dachem pół
życia.
Potem zrobiło się
jeszcze straszniej bo MMŻ rzucił od niechcenia:
- hm...a schabowych też dawno nie było.
Poczułam się jak zając
w świetle reflektorów. Zimny pot na karku i lodowate palce wzdłuż
kręgosłupa.
Nie było mnie ze dwie
godziny. Kiedy wychodziłam z domu MMŻ czuł się dobrze. Nic nie
zapowiadało, że przeżywa jakiś wstrząs lub przewartościowuje
swoje dotychczasowe życie.
Gdyby oznajmił mi, że od
jutra zabiera się za wyplatanie koszy z recyklingowanych butelek lub
rusza bronić żubra, moje zdumienie byłoby porównywalne.
Gorączkowo szukałam
jakiegoś racjonalnego wyjaśnienia tej nierzeczywistej sytuacji.
I wtedy padło:
- takie kotlety byś
zrobiła z imbirem...
Odetchnęłam z ulgą.
Może jeszcze nie wszystko stracone. Może to ciągle mój Mąż a
nie impostor.
Pogarda do mielonych i
poczciwego schabowego była w życiu MMŻ jak okręt flagowy. Mając
to na względzie, trudno jest się dziwić mojej konsternacji.
Obiecałam zarówno
mielone jak i schabowe a w myślach zaczęłam układać pytania
testowe, mające na celu potwierdzenie tożsamości. Tak, na wszelki
wypadek.
Kotlety cieszą się w
naszym kraju niesłabnącą popularnością. Odważyłabym się je
umieścić w pierwszej trójce, gdybym tworzyła ranking dań w
Polsce pożądanych.
Nie mam nic przeciwko
tradycji i kulinarnym gustom. Dobry kotlet, z dobrej jakości schabu
wart jest niedzielnego obiadu. Ale ile można?
Czasem trzeba mrugnąć
okiem i pójść ścieżką mniej uczęszczaną. Takim mrugnięciem
jest tonkatsu. Też kotlet, też panierowany, też smażony ale inny.
Kto nie próbował, niech
następnym razem kupując schabowego, umówi go na spotkanie z
imbirem i sosem sojowym.
Tonkatsu
czyli schabowy z Kraju Kwitnącej Wiśni
3 kotlety schabowe bez
kości
pół szklanki sosu
sojowego
kawałek imbiru wielkości
kciuka, starty na tarce (nie trzeba go obierać)
oraz do panierki:
4 łyżki mąki pszennej
2 jajka
1 szklanka okruchów panko
lub okruchów z białej bułki (tylko środek)
olej kokosowy do smażenia
Kotlety jak to kotlety
zbijamy tłuczkiem.
W miseczce mieszamy sos
sojowy i starty imbir. Wkładamy kotlety do woreczka, wlewamy
marynatę i zamykamy.
Wkładamy do lodówki na
kilka godzin.
Potem:
Wyjmujemy worek z lodówki
a z worka kotlety. Zdrapujemy z nich imbir.
Przygotowujemy 3 miski: z
mąką, rozmąconym jajkiem i panko.
Patelnię z olejem
kokosowym rozgrzewamy.
Panierujemy kotlety
najpierw w mące, potem w jajku a na końcu w panko.
Kładziemy na gorącą
patelnię i smażymy jak tradycyjne kotlety, do zezłocenia.
Zdejmujemy kotlety z
patelni i przekładamy na deskę. Od tego momentu nie mamy do
czynienia z pospolitym schabowym. O tej chwili macie przed sobą
japońskie tonkatsu.
Kroimy kotlety na paski.
Do małego rondelka
wlewamy przez sitko marynatę. Odciskamy imbir. Zagotowujemy
marynatę, dodając łyżeczkę angielskiej musztardy (jest ostra jak
samurajskie noże), łyżkę octu ryżowego, łyżeczkę sosu
worcestershire i pół łyżeczki brązowego cukru.
Lekko odparowujemy sos a
potem polewamy nim nasze tonkatsu.
Idealnie do tego dania
pasuje sałatka z kapusty pekińskiej z sosem wasabi.
Sałatka z kapusty
pekińskiej z sosem wasabi:
2 szklanki pokrojonej
kapusty pekińskiej
pęczek rzodkiewek w
plasterki
2 łyżki kaparów
1 łyżeczka czarnego
sezamu (niekoniecznie ale dobrze wygląda)
sos:
pół szklanki majonezu
pół słoiczka chrzanu
wasabi (użyłam Wasabi- ostry sos chrzanowy w psychodelicznym
zielonym kolorze. Stoi wszędzie obok zwykłych chrzanów)
2 łyżki zalewy z kaparów
Mieszamy składniki sosu a
potem wlewamy do kapusty. Mieszamy, posypujemy sezamem.
Oto schabowe z drugiego
krańca świata.
Smacznego
wtorek, 11 lutego 2014
Genderowe przyszywanie guzików i boczek po tajsku z sałatką ogórkową
Usłyszałam ostatnio jak ktoś się
skarżył na obrywające się guziki.
Guziki w nowym płaszczu czy kurtce
trzymają się mocno do momentu, aż nie założysz ich pierwszy raz.
Zakładasz płaszcz, minuty lecą. Chwytasz za klamkę i nagle
słyszysz ten charakterystyczny dźwięk podskakującego w
przedpokoju przedmiotu. I wiesz, że masz dwa wyjścia. Albo wracasz,
przyszywasz złośliwca i w rezultacie jesteś spóźniona(y), albo
zrzucasz z siebie nowe okrycie, rezygnując z zrobienia wrażenia na
świecie i zakładasz płaszcz, z którym miałaś nadzieję już
nigdy się nie spotkać. W tym przypadku też jesteś spóźniona(y).
Co jest z tymi guzikami, że czekają
na moment najmniej dla nas odpowiedni?
Ten, kto się skarżył na odpadające
guziki, zakończył swoje westchnienie dość zaskakującym
stwierdzeniem. Szkoda, że w szkole nie uczą przyszywać guzików.
Ha, w szkole nie uczą wielu rzeczy, które przydałyby się w życiu.
Ani razu nie skorzystałam w życiu z dwumianu kwadratowego, ale za
to guzików przyszyłam kilka setek.
Nie przypominam sobie zastosowania w
praktyce umiejętności skrzyżowania muszki owocówki z inną muszką
owocówką ale zrobienie miesięcznego bilansu domowego budżetu
zdarza mi się co najmniej 12 razy w roku.
Wytłumaczenie, że jeśli będę
czegoś potrzebować, to sobie to znajdę, jest mało
satysfakcjonujące.
Wyobraźcie sobie ile czasu się
marnuje z powodu źle przyszytych guzików.
Ja jestem jeszcze w tej pięknej
sytuacji, że mnie w szkole uczyli i dwumianu kwadratowego i
przyszywania guzików. Tak samo można było dostać dwóje za
nieznajomość genotypu muszki owocówki jak i źle podłączony
kontakt. I nie było podziału w stylu: chłopcy konstruują lampę a
dziewczynki pieką ciasto. Nic z tego. Zwolennicy genederu byliby
zadowoleni.
Dało się połączyć to co niezbędne
z tym, co niepotrzebne (w moim mniemaniu oczywiście). Aby nie było
wątpliwości, mam na myśli swoją szkołę podstawową. Zwykłą
podstawówkę a nie pensję dla grzecznych panienek. Nawet wierszy
nas uczyli na pamięć. I łaciny kazali się uczyć. Ale oprócz
tych fanaberii były też zajęcia bardzo praktycznego podejścia do
życia. Komu to przeszkadzało?
Teraz na nic nie ma czasu. No tak,
jeśli się weźmie pod uwagę ile czasu zajmuje przyszywanie
guzików.....to na całą resztę czasu może zabraknąć.
Wszystkie te rozważania dopadły mnie
w trakcie masowania boczku. Dobrze, że zapachy roznoszące się w
trakcie pieczenia przegoniły większość guzikowych wątpliwości.
Boczek po tajsku
kawałek boczku ze skórką
marynata:
1 łyżka ziaren kolendry
1 łyżeczka pieprzu
1 łyżka posiekanego imbiru
2 posiekane ząbki czosnku
1 papryczka chilli
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka oleju sezamowego
1 łyżka cukru palmowego lub cukru
brązowego
ziarenka z jednej gwiazdki anyżu
olej do smażenia
oraz
2 duże cebule
1 papryka czerwona
sok z 3 pomarańczy
Wszystkie składniki marynaty miksujemy
razem. Boczek myjemy i osuszamy dokładnie. Teraz musimy naciąć
skórę na boczku. Moje noże nie dały sobie z nim rady. To tak,
jakbym próbowała pociąć podeszwy moich kaloszy. W domu walał się
nóż do tapet i on został użyty do tej czynności.
Boczek nacieramy marynatą, przykrywamy
i zostawiamy w chłodnym miejscu do następnego dnia.
Potem rozgrzewamy olej na patelni i
smażymy boczek z każdej strony aż lekko zbrązowieje.
Potem rozgrzewamy piekarnik do 200
stopni. Boczek przekładamy do naczynia żaroodpornego, obkładamy
pokrojoną w ćwiartki cebulą i kawałkami papryki. Wlewamy sok z
pomarańczy i pieczemy 20 minut. Skórką do góry. Potem zmniejszamy
temperaturę do 160 stopni i przykrywamy mięso folią aluminiową.
Pieczmy około 1,5 godziny. Na kwadrans przed wyłączeniem
piekarnika, zdejmujemy folię z naczynia.
Sprawdzamy czy boczek jest miękki i
wyjmujemy go z pieca. Kroimy na kawałki, polewamy sosem z pieczenia i podajemy z sałatką z
zielonego ogórka.
Sałatka z zielonego ogórka
1 ogórek
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soli
2 ząbki czosnku
2 łyżeczki imbiru
2 łyżki sosu sojowego
Pół łyżeczki oleju sezamowego
2 łyżki cebuli dymki
1 łyżeczka orzeszków ziemnych
Ogórek obieramy i kroimy wzdłuż na
pół. Łyżeczką wybieramy nasionka i kroimy na półkrążki.
Zasypujemy solą i cukrem. Mieszamy, przykrywamy i wstawiamy na pół
godziny do lodówki.
W tym czasie przygotowujemy dressing.
Czosnek i imbir obieramy i kroimy na drobną kostkę. Zalewamy sosem
sojowym i olejem sezamowym. Po pół godzinie wyjmujemy ogórki z
lodówki i odsączamy dokładnie. Następnie zalewamy dressingiem i
mieszamy. Posypujemy dymką i orzechami.
Smacznego
wtorek, 5 sierpnia 2014
Rola kalendarza w życiu czyli sałatka z kurczaka w aromacie chilli i limonki
Założę się, że w większości
polskich (i nie tylko) domów wisi kalendarz.
Gdzieś w okolicach grudnia zaczynamy
rozglądać się za zamianą dekoracji jeśli o niego chodzi.
Niektórzy, charakteryzujący się zaradnością lub po prostu
oczarowani pięknem danego egzemplarza, przywożą kalendarz z
wakacji.
Wywołuje on ciekawość na bardzo
krótko. W momencie wyboru i może jeszcze kiedy jest wieszany na
ścianę. Potem po prostu wisi i przestajemy dostrzegać szczegóły,
które zadecydowały o jego wyborze. Ignorujemy toskańskie widoki,
rozkoszne kociaki czy uśmiechniętą buźkę Justina Bibier'a. Potem
liczą się tylko cyfry oraz dni, tygodnie, miesiące.
Do momentu, aż zaczynamy rozglądać
się za kolejnym kalendarzem.
Niektórzy pewnie pamiętają
kalendarze spotykane kiedyś najczęściej, takie ze zrywanymi
kartkami. Kartek było tyle, ile dni w roku. Kalendarz był drukowany
na papierze dziś nazywanym recyklingowym. Szare, nijakie dni
powszednie i zaznaczone wyblakłym czerwonym tuszem dni świąteczne.
Niby nic zapadającego w pamięć. Ale
ten kalendarz miał jedną ogromną zaletę. Dało się go czytać.
Na awersie każdej kartki było
wszystko to, co kalendarz mieć powinien: datę, kto obchodzi
imieniny, fazę księżyca, godzinę wschodu i zachodu słońca,
ewentualnie rocznicę.
Za to rewers był skarbnicą wiedzy.
Biografie, przepisy kulinarne, pochodzenie nazw, anegdoty,
ciekawostki podróżnicze, medyczne czy matematyczne deptały sobie
po piętach.
Jako młody człowiek uwielbiałam
czytać ten kalendarz. Lubiłam wertować go na chybił trafił i
lubiłam czytać każdą kartkę po kolei.
Do dziś mam wyrwane i schowane kartki
z dnia ślubu i urodzin Dzieci.
Na pamiątkę.
Z nowymi czasami przyszły nowe
kalendarze. Kolorowe, błyszczące.
Możemy w nich wybierać, przebierać.
Rynek stara się zadowolić najbardziej wybrednego czy wymagającego
klienta. A jeżeli czegoś na rynku nie ma, możemy sobie kalendarz
wyczarować za pomocą odpowiedniego programu. Sami.
I chociaż widuję kalendarz ze
zrywanymi kartkami w księgarni, nie zauważyłam go w żadnej ze
znanych mi kuchni. Przegrywa ze swoimi młodszymi i piękniejszymi
kuzynami.
Ja również chyba bym go już nie
kupiła. Zamiast czytania rewersu mam przecież wujka Google i ciocię
Wikipedię.
Pomyślałam o tym szarym świadku
mijających dni, kiedy zaciekawiło mnie zdjęcie z kalendarza,
wiszącego na ścianie. Jest oczywiście duży, błyszczący,
kolorowy i kulinarny. Ma piękne zdjęcia a obok proste przepisy.
Co miesiąc przewracam kartkę i nie
zwracam uwagi na słowo. Rzucam okiem na obrazek i nie zawracam sobie
głowy treścią.
Teraz widzę, że szkoda.
Trzeba było zadać sobie nieco trudu i
wrócić do czytania kalendarzy.
Można się tego i owego nauczyć.
Na przykład jak zrobić pyszną
sałatkę z kurczaka w aromacie chilli i limonki.
Chilli-limonkowa sałatka z kurczaka
(z kalendarza BBC GoodFood)
marynata:
otarta skórka i sok z 2 limonek
3 łyżki brązowego cukru
3 łyżki sosu rybnego
1 ostra papryczka chilli, drobno
posiekana
1 łyżka oliwy
2 ząbki czosnku, roztarte
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżka liści kolendry
4 pałki z kurczaka
do sałatki:
kilka zielonych cebule, pociętych na
kawałki
pół ogórka, pociętego na długie
paski
kilka małych pomidorków lub jeden
pokrojony na cząstki
łyżka liści kolendry
kilka listów bazylii
1 avocado obrane i pokrojone na plastry
garstka uprażonych orzeszków ziemnych
do posypania
limonka
Wszystkie składniki marynaty mieszamy
ze sobą i wlewamy do szczelnego woreczka. Pałki kurczaka (obrałam
je z kości i skóry, choć nie jest to konieczne) wkładamy do
marynaty. Mocno związujemy woreczek i chowamy do lodówki na co
najmniej 2 godziny lub lepiej na dobę.
Potem rozgrzewamy piekarnik do 180
stopni, wyjmujemy kurczaka z marynaty (nie wylewamy jej!) i
umieszczamy na blaszce. Wkładamy do piekarnika i pieczemy około 30
minut, obracając mięso na drugą stronę w połowie pieczenia.
Marynatę przelewamy do garnuszka i
zagotowujemy. Potem ją studzimy i mamy gotowy sos do sałatki.
Przygotowujemy duży talerz.
Rozkładamy na nim zieleninę, ogórka,
avocado, pomidorki i wystudzonego kurczaka. Posypujemy orzeszkami i
kolendrą, polewamy sosem i podajemy z cząstkami limonki.
Powiem wam, że zajrzałam na kolejną
kartkę i znalazłam pysznie wyglądającą ziołową pizzę z kozim
serem. Chyba przepisów mi nie braknie do końca roku.
P.S.
A to stworzenie odwiedziło dziś rano nasze maliny:
Smacznego
czwartek, 9 lipca 2015
Czytając cudze listy czyli bób w wersji zapiekanej
Lada moment lipiec osiągnie swoja połowę. Lato niby jest ale niezbyt zdecydowane. Zostać czy nie? Odpalić upały na dłużej czy może schłodzić aurę jak dobre białe wino?
Do niczego nie wolno się przywiązywać,
bo pogoda jest równie niestała w uczuciach jak nastolatka.
Wakacje mają jedną (ale nie jedyną )
zaletę. Czytanie.
I nie jest ono szczególnie związane z
pogodą. Kiedy leje czytanie jest oczywiste. Kiedy świeci słońce
nic nie stoi na przeszkodzie by na leżak zabrać dobrą książkę.
Najfajniejsze są te, na które nie
mogę się doczekać cały dzień. Te, które czytając, niechętnie
odkładam.
Dziś rano wróciłam do książki,
którą odłożyłam kilka dni temu. I z przerażeniem zauważyłam,
że zakładka jest włożona dużo dalej niż się spodziewałam.
Są takie książki, do których
tęsknię zanim je jeszcze skończę. Czytając martwię się, że
już niedługo książka się skończy. I będę za nią tęsknić.
Kiedy trafiam na taki egzemplarz,
czytam zachłannie aż nie zdaję sobie sprawy, że im szybciej
czytam, tym prędzej skończę. Niedobrze!
Nie chcę szybko dojść do ostatniej
strony. Chcę czytać jak najdłużej. Najlepiej od początku. Lecz
czytanie od początku nie ma niestety posmaku „pierwszego razu”.
Do skończenia książki, o której
wspomniałam zostały mi (słownie) 4 strony.
Kiedy przeczytałam pierwsze cztery,
gorączkowo zaczęłam się zastanawiać komu dam tę książkę w
prezencie. Najlepiej wszystkim moim znajomym. Obiecałam sobie, że
będę czytać powoli. Porcjami.
Konstrukcja tej książki wręcz
nakłania do takiego czytania. Po fragmencie. Ta książka to „Listy
niezapomniane” Shaun'a Ushera.
Zapomnijcie o tajemnicy korespondencji.
Zresztą, żadnych tu tajemnic autor tego zbioru nie naruszył.
Idea powstania „Listów” jest
tak prosta, że aż dziwne, że nikt wcześniej na nią nie wpadł.
Listy kiedyś pisali wszyscy. Dla tych
co to tylko maile i sms-y, wyjaśnienie: list to kawałek kartki, na
którym jedna osoba pisze do drugiej osoby na tematy absolutnie
dowolne. Kiedyś mówiło się, że przelewa się myśli na papier.
Na listy się czekało dłużej niż na
sms-a.
Staroświeckie listy rzadko się
wyrzucało, a po latach przewiązywało wstążką i chowało do
szuflady.
W „Listach niezapomnianych”
jest wszystko co literatura może zaoferować: romans, science
fiction, dramat, komedia, kryminał, horror i poezja.
Wywołuje wszystkie uczucia
towarzyszące czytaniu dobrej literatury. Tylko tutaj nie trzeba
sięgnąć po kolejną książkę, by znaleźć się w innym świecie.
Tutaj wystarczy przewrócić stronę i zacząć czytać kolejny list.
Nie mogłam się powstrzymać przed
czytaniem jej na głos. To ten rodzaj książki, którą chce się
wynieść z domu i podstawiać pod nos każdemu po drodze:
„chcesz posłuchać?”
„nie chcesz?”
„to posłuchaj”...
Uwielbiam takie książki. I z ogromnym
żalem patrzę za okno. Leje i wiem co zrobię z resztą popołudnia.
Skończę „Listy” a potem będę się martwić, że to
stało się znów za szybko.
„Listy” zaczynają się
kulinarnie. Pierwszy z nich to list Królowej Elżbiety do prezydenta
Roosevelta z przepisem na ciasteczka.
Nie zniechęcajcie się sielankowym
wstępem. Potem, dla równowagi, znajdziecie utrzymany również w kulinarnym stylu list od Kuby Rozpruwacza. Udane połączenie,
prawda?
Moja kulinarna propozycja to ani
ciastka (choć przepis Królowej wykorzystam na pewno) ani danie
mięsne.
W lipcu oprócz wakacji panuje bób i
to on będzie dziś podstawą gotowania.
Bobowe kuku wg Yotama Ottolenghi
(naczynie na zdjęciu ma średnicę 18 cm)
1 szklanka ugotowanego i obranego z łupinek bobu
2 łyżki suszonych owoców berberysu
(zastąpiłam je suszonymi morelami ale można użyć suszonych
wiśni)
3 łyżki kremówki
szczypta szafranu
2 łyżki wody
1 łyżeczka cukru
1 cebula
2 ząbki czosnku
3 jajka
1 łyżka mąki pszennej
ćwierć łyżeczki proszku do
pieczenia
szczypta chilli
1 łyżka suszonej mięty
1 łyżka świeżej mięty
olej do smażenia
sól, pieprz
Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.
Wkładamy do niego naczynie żaroodporne, w którym będziemy piec
danie.
Zaczynamy od namoczenia w kremówce
szafranu. Kremówkę wlewamy do rondelka, dorzucamy szafran i
zagotowujemy. Odstawiamy do wystygnięcia.
Na małą patelnię wlewamy wodę i
sypiemy cukier. Zagotowujemy i gotujemy kilka minut. Niech się część
wody odparuje. Kroimy na kawałki morele i wrzucamy do syropu
cukrowego. Gotujemy minutę i zdejmujemy z ognia. Studzimy.
Na oliwie podsmażamy pokrojoną cebulę
i czosnek. Dodajemy ugotowany bób i smażymy minutę. Zdejmujemy z
pieca i studzimy.
Do szafranowej kremówki wbijamy jajka
i mieszamy. Wsypujemy mąkę z proszkiem i znów mieszamy. Dodajemy
chilli, obie mięty oraz sól i pieprz.
Łączymy z bobem i cebulą.
Wracamy do włożonego do piekarnika
naczynia.
Wyjmujemy je ostrożnie z piekarnika i
wlewamy łyżkę oliwy. Wkładamy ponownie do piekarnika. Bądźcie
bardzo ostrożni. Wszystko jest bardzo gorące.
Do gorącego naczynia wlewamy bób z
masą jajeczną. Na górze rozkładamy kawałki moreli.
Przykrywamy wierzch folią aluminiową
i pieczemy 10 minut. Potem zdejmujemy folię i dopiekamy jeszcze 15
minut.
Danie jest spektakularne i pyszne. Do
niego wspaniale smakuje sałatka z ogórka, ale o niej kiedy indziej.
Korzystajcie z bobu, za chwilę straci
swoją niewinną zieloność i stanie się smutno żółty. Ja
przygotowałam jeszcze dla was pierogi z bobem. Będą już wkrótce.
Smacznego
piątek, 26 lutego 2016
Jak pokonać niemoc czyli orientalna sałatka na kolację
Zapuściłam się ostatnio do marketu
budowlanego. Lubię wszelkiego rodzaju piły, strugi, szlifierki i
opalarki.
Kiedyś nie było nic nudniejszego niż
wyprawa z moim tatą do działu z narzędziami. Kiedyś...
Jak ludzie się zmieniają. Co prawda
jeszcze nie umiem wykrzesać entuzjazmu do siekier i pił
spalinowych, ale to tylko kwestia czasu.
Co mnie przywiodło do stoiska
budowlanego, skoro obecnie nawet ołówka nie umiem utrzymać w
palcach? Ha, myślę, że to jest część wytłumaczenia. Właśnie
dlatego mnie tam przywiodło, że nie groziło to żadnymi
konsekwencjami.
Moja wyprawa była właściwie
teoretyczna. Żadna z rzeczy, wzbudzających moją ciekawość nie
może być na razie użyta. Z wiadomych względów.
Czyżbym tęskniła za remontem? Jakieś
rozwalanie ścian mi się marzy? Spokój mi się znudził?
A może to wiosna się we mnie obudziła
i chęć jakiejś, choćby minimalnej zmiany.
Może chociaż paczkę gwoździ kupię?
Obrazki powieszę.
Nie wiem jak wy, ale ja czuję przypływ
sił pod koniec lutego. Coraz częściej zerkam w kalendarz i
powtarzam sobie jak mantrę: już niedługo, jeszcze tylko kawałek i
wskoczymy do marca. A marzec brzmi dużo lepiej niż luty. I jakie w
nim kryją się treści: zielono, słonecznie, jaśniej, cieplej.
Chyba jednak kupię te gwoździe. I coś
zielonego do zjedzenia.
Orientalna
sałatka na kolację
1 marchewka pokrojona w cienkie słupki
1 ogórek pokrojony wzdłuż na cienkie
plastry (niezastąpiona jest tu obieraczka do warzyw)
1 szklanka pokrojonej kapusty
pekińskiej
kostka tofu około 80 g (posypujemy
tofu przyprawą pięciu smaków i owijamy na godzinę folią
spożywczą)
ćwierć szklanki grzybów mun (namoczonych a potem ugotowanych zgodnie z opisem na opakowaniu)
2 łyżki zielonej kolendry
2 łyżki pokrojonej dymki
2 łyżki liści tajskiej bazylii
(jeśli nie macie w zasięgu, użyjcie zwykłej bazylii)
1 łyżka liści świeżej mięty
1 łyżka uprażonych ziaren sezamu
szczypta uprażonego pieprzu
syczuańskiego
sól, pieprz
marynata do ogórka i marchewki:
1 łyżeczka soli
ćwierć szklanki cukru
1 szklanka octu ryżowego
Wszystkie składniki marynaty
umieszczamy w garnku i na małym ogniu doprowadzamy do wrzenia.
Gotujemy mieszankę około 10 minut aby nieco odparowała. Jeśli
płyn zgęstniał, zdejmujemy garnek z ognia i studzimy.
W czasie kiedy marynata stygnie,
posypujemy marchewkę szczyptę soli, mieszamy i odstawiamy na
godzinę. To samo robimy ogórkowi: sól, mieszanie i godzina
spokoju.
Po godzinie odciskamy delikatnie
marchewkę i ogórka z wody (nieco jej się wyprodukuje pod wpływem
soli) i wkładamy do miski z marynatą. Mieszamy i odstawiamy w
chłodne miejsce.
sos do sałatki:
1 łyżka jasnego sosu sojowego
1 łyżka octu ryżowego
pół łyżeczki oliwy chilli
pół łyżeczki oleju sezamowego
Do sporej miski wkładamy marynowaną
marchewkę i ogórka. Dodajemy kapustę pekińską, pociętą dymkę
i resztę zieleniny. Grzyby odsączamy i kroimy na paski. Tofu
odwijamy z folii i kroimy w kostkę.
Mieszamy wszystko delikatnie.
W miseczce mieszamy składniki sosu.
Polewamy sałatkę, posypujemy sezamem i pieprzem syczuańskim.
Podajemy.
Do tej sałatki, na większego głoda,
możemy dodać pieczoną pierś z kurczaka, pokrojoną w paseczki lub
kilka krewetek.
Zapewniam, że będziecie do niej
wracać. Uzależnia.
Smacznego
Etykiety:
grzyby mun,
kapusta pekińska,
kolendra,
marchewka,
mięta,
ocet ryżowy,
ogórek,
olej sezamowy,
pieprz syczuański,
sezam,
sos sojowy,
tajska bazylia,
tofu
środa, 13 czerwca 2012
Ogórki małosolne a sprawa polska
Nie znam nikogo, kto byłby obojętny na urok ogórków
małosolnych. Sama nie należę do wyznawców ogórka, ale zapach świeżutkich,
zieloniutkich ogóreczków moczonych w glinianym garnku jest nawet dla mnie
obezwładniający. Potem ich wersja kiszona czy korniszonowa nie robi już takiego
wrażenia.
Może to kwestia pewnej takiej nieśmiałości smakowej.
Przecież małosolne to pierwsze sezonowe przetwory. Są jakby drzwiami do letniej
spiżarni. Nic bardziej nie kojarzy mi się z początkiem sezonu słoikowego, jak
właśnie małosolne.
W szafie czekają grzecznie kamionkowe garnki, koper kupiony,
chrzan wykopany, liście wiśniowe jeszcze na drzewie, ale to tylko kwestia
czasu, a ogórki się moczą.
Jaka jest magnetyczna siła ogórków małosolnych niech
świadczy przykład z mojego podwórka.
Ile jesteście w stanie przejechać kilometrów, żeby zrobić
sobie sałatkę z małosolnych na kolację? MMŻ, który przez cały tydzień dzielnie
walczy z materią w mieście, policzył, że wstawione do gara w sobotę ogórki
powinny już osiągnąć swój odpowiedni małosolny stan. Tyle, że ten gar jest
nieco oddalony od miasta.
Kilkadziesiąt kilometrów nie było odległością zniechęcającą.
Wabik w postaci ogórków był silniejszy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy MMŻ
stanął wczoraj w drzwiach i rozbrajająco zapytał: a ogórki się już zrobiły? A
pomyśleć, że kiedyś pędził, żeby spojrzeć mi głęboko w oczy… ; ) O tempora! O
mores!*
Najlepsze do wczesnego kiszenia są malutkie ogórki.
Zazwyczaj przygotowuję porcję z jednego kilograma, a po trzech, czterech dniach,
robię następny garnek. Tym sposobem zawsze lekko ukiszone ogórki towarzyszą nam
przez cały sezon.
Ogórki małosolne:
1 kilogram ogórków
1 litr wody
2 łyżki soli
3 ząbki czosnku
1 łodyga kopru
kilka wiórków chrzanu (jeśli macie dodajcie też jeden liść
chrzanowy)
4 liście wiśniowe (równie dobrze mogą być z czarnej
porzeczki lub dębu)
kamionkowy garnek, mały talerzyk, litrowy słoik z wodą
Ogórki wkładamy do miski i moczymy w zimnej wodzie przez
godzinę. Będą wtedy kruche.
Po godzinie wyjmujemy je z wody i przekładamy go garnka.
Wszystkie dodatki dzielimy na dwie porcje. Jedną kładziemy na dno garnka, potem
ogórki, a na koniec drugą porcję liści, czosnku, chrzanu i kopru. Zagotowujemy
litr wody (najlepsza jest źródlana, taka z butelki), wsypujemy dwie łyżki soli
i wlewamy na ogórki. Na ogórki kładziemy talerzyk mniejszy od średnicy garnka.
Na talerzyku stawiamy słoik z wodą. Taki balast spowoduje, że ogórki nam nie
wypłyną. Przykrywamy całą konstrukcję lnianym ręczniczkiem i zostawiamy w
kuchni.
Od pierwszej chwili garnek będzie źródłem świeżego ogórkowo
- koperkowego zapachu a z upływem czasu nie będzie was opuszczała myśl, kiedy
będzie już można ich spróbować.
Po trzech dniach w warunkach kuchennych można śmiało dokonać
zwiadu.
A potem kisić garnek za garnkiem.
*Okazało się, że to
nie ogórki, a chęć wspierania mnie w czasie meczu z Rosją przygnała MMŻ na
wieś. I całe szczęście, bo po strzelonej nam bramce trzeba było mnie cucić. Po
strzelonej przez nas, też.
A sałatka z ogórków smakowała nam obojgu.
Smacznego
czwartek, 4 sierpnia 2016
Uzbrojone zielone potwory czyli sałatka meksykańska z ogórków
Ogórków lato w tym roku nie skąpi.
Zielona ściana w szklarni i zielony
dywan w ogródku.
Co z nimi robić? Po pierwszej
ogórkowej euforii czyli namiętnym kiszeniu małosolnych, zapał
nieco ostygł. MMŻ je ogórki w każdej postaci i z każdym
dodatkiem, ale nawet on nie daje rady urodzajowi.
Codzienna sałatka z curry i sosem
sojowym nigdy mu się nie nudzi, ale niestety, obecnie MMŻ przebywa
w kraju łososia i śledzia i pewnie nawet nie pomyśli o ogórkach.
A te, jakby dostały zastrzyk
wspomagaczy. Już nie są wielkie, są ogromne.
I ciągle rosną. Te mniejsze staramy
się upychać w słoikach ale zawsze jakieś umkną naszej uwadze.
Wieczorem wydaje się, że sytuacja została opanowana aż tu rankiem
nagle odkrywamy ogórka mutanta.
Przecież nie urósł tak w ciągu
nocy. Sztukę kamuflażu ogórki opanowały do perfekcji.
I sztukę samoobrony.
Robię przegląd ogórkowych chaszczy.
Ręka po po omacku błądzi między liśćmi. Znajduję egzemplarz
idealny w swoim rozmiarze i już mam go w dłoni, kiedy czuję
wbijające się w dłoń igiełki. Tak, moi kochani, ogórki to
fałszywe dranie.
Nigdy nie podejrzewałabym tych z
pozoru niewinnych roślinek o taki charakterek.
Teraz do zrywania podchodzę w
rękawiczkach.
Moje słoikowe zmagania z ogórkiem
dobiega końca. Plan wykonałam i właściwie mogłabym się do
reszty ogórków odwrócić plecami. Tylko co tą resztą zielonych
potworów, czających się wśród liści?
Szkoda, że sójki i szpaki gustują w
jeżynach i renklodach. Jakoś ogórki nie znajdują się w ptasim
menu.
Sałatka
meksykańska z ogórków
(na 8 średnich słoików)
2,5 kg średniej wielkości ogórków
4 łyżki soli
1 kg cukru
1 szklanka octu winnego
duża główka czosnku
3 łyżeczki chilli w proszku lub 2
świeże papryczki chilli
Ogórki dokładnie myjemy i kroimy w
ukośne plastry grubości 2 cm.
Zasypujemy ogórki solą i mieszamy.
Zostawiamy ogórki na 12 godzin.
Gotujemy cukier z octem (nie
zostawiajcie tej mikstury samotnie na ogniu; jeśli wykipi, to
sprzątanie octowego karmelu nie będzie przyjemne).
Do ogórków dodajemy obrany i
rozgnieciony czosnek oraz chilli. Mieszamy.
Wlewamy do ogórków gorący ocet i
zostawiamy na kolejne 12 godzin.
Potem pakujemy sałatkę do wyparzonych
słoików, dopełniamy zalewą i pasteryzujemy 10 minut.
Smacznej spiżarni
środa, 14 marca 2012
Zupa miso na zakończenie
Po japońskim obiedzie już pozostało tylko wspomnienie. W międzyczasie w mojej kuchni inne klimaty zagościły, ale obiecałam sobie doprowadzić sprawę do końca. Żeby nie nudzić, przejdę od razu do konkretów. Dla dopełnienia obrazu dziś przedstawię wam moją wersję zupy miso i sałatkę ziemniaczaną z wasabi. Można je zastosować jako części dopełniające łososia w glazurze lub jako byty samodzielne. Sałatka jest dobra w całkowitym oderwaniu od obiadu. Nie wymaga żadnych uzupełnień i jest ciekawym wariantem zastosowania kartofla.
Zupa miso
zielenina:
por
zielona cebulka
fasolka
czewona papryka
kilka grzybków shitake
makaron soba
biała pasta miso spora łyżka
kilka kropel oleju sezamowego
bulion 1 litr
Zaczynamy od namoczenia przez kwadrans grzybków. Potem odcinamy ich nóżki. Brr.. (zabrzmiało okrutnie)
Do gotującego się bulionu wrzucamy pokrojone jak na zdjęciu warzywa i namoczone shitake. Po pięciu minutach dodajemy połamany makaron soba. Znów gotujemy pięć minut. Zdejmujemy z ognia i do zupy wkładamy łyżkę miso. Dokładnie mieszamy by pasta się rozpuściła. Nie gotujemy, ponieważ miso straci swój smak i aromat. Wzbogacamy smak kilkoma kroplami oleju sezamowego.
Kto ma tofu nałoży je do miseczek. Ja nie miałam i też było dobre. Posypujemy ukośnie ściętą zieloną cebulką lub szczypiorkiem i podajemy do stołu.
sałatka ziemniaczana z wasabi
6 ziemniaków ugotowanych w mundurkach
1 ogórek wężowy (nie musicie go obierać, wygląda wtedy efektowniej)
pęczek natki pietruszki
sos do sałatki
pół szklanki majonezu (dla dbających o poziom cholesterolu może być dobry jogurt)
1 łyżka octu ryżowego
pasta wasabi (tu sprawa jest trudniejsza, bo każdy lubi inny stopień ostrości), mnie zależało na zielonkawym kolorze, więc użyłam takiego wściekle zielonego chrzanu z wasabi, który znajdziecie w dziale z musztardami i chrzanem
Przepis oryginalny zawiera jeszcze pokrojone w paski plastry szynki, ale nigdy nie robiłam wersji szynkowej. Jeśli ktoś spróbuje, niech się podzieli wrażeniami.
Sałatka jak to sałatka. Kroimy, mieszamy, zalewamy, mieszamy, jemy. To w skrócie. Dla lubiących wdawać się w szczegóły mam rozwinięcie.
Ugotowane i wystudzone ziemniaki kroimy na ćwiartki, ogórka na półplasterki a natkę siekamy z grubsza. Składniki sosu mieszmy dokładnie i wylewamy na ziemniaki z ogórkiem. Delikatnie mieszamy, żeby nam się nie zrobił ziemniaczany hummus. Posypujemy resztą natki i podajemy z łososiem w glazurze.
Jeden obiad a ile pisania. Dochodzę do wniosku, że kucharzenie jest łatwiejsze niż pisanie. Jak do tego dodać latanie po piętrach w poszukiwaniu światła do zdjęć, to macie pełny obraz sytuacji.
A potem się dziwię, że moja porcja zdążyła wystygnąć.
Na tym kończę moją obiadową serię japońszczyzny. Obiecuję, że w tym tygodniu nie będzie więcej wasabi, nori, miso i samurajów. Za to będzie sernik. Czyli raczej swojsko.
Pozdrawiam wesołym Ja mata i życzę smacznego
Wpis bierze udział w akcji Kuchnia japońska
czwartek, 15 sierpnia 2013
Musaka, horiatika i macedonia czyli dzień grecki
Znów wolne. Czy tylko mnie się wydaje czy tych wolnych dni
jest tak dużo? Czy to coś zmienia, że jest dzień wolny? Sądząc po wczorajszych
zakupach chyba tak. Ilości chleba skłaniały do zastanowienia nad menu
świątecznym.
Nieco mnie zdumiały te bochenki pakowane do wózków, bo
przecież po czwartku nastąpi jak najbardziej normalny piątek. Czy ludzie zjedzą
te chleby czy może nakarmią nimi kosze na śmieci?
Wczorajsze zakupy nie bardzo mnie dotyczyły, bo w moim
koszyku były bakłażan, pomidory i ser.
Moje plany obiadowe były zbyt zachęcające, żebym się głębiej
zastanawiała nad cudzym menu.
Jednak refleksja mnie naszła i chyba do tematu wrócę.
Niebieskie niebo, białe chmury, totalne słońce. Wszystko
kieruje myśli w stronę śródziemnomorskich klimatów.
MMŻ pyta co dziś będzie na obiad. Musaka, horiatika i
macedonia odpowiadam.
Wakacje na wyspach greckich raczej mi w tym roku nie grożą,
ale co mi szkodzi wyczarować namiastkę tych smaków na swoim tarasie.
Goście się zapowiedzieli ,więc zamiast opowiadać wam o
smakach Folegandros i Milos pójdę wykombinować zupę. Bo cała reszta czeka już w
gotowości.
Dziś dzień grecki. Zapraszam.
Musaka:
pół kilograma mięsa mielonego (np. indyczego)
1 cebula
3 ząbki czosnku
1 łyżeczka oregano
1 łyżeczka cynamonu
pół łyżeczki kminu rzymskiego
1,5 szklanki pomidorów w sosie (pelatti)
sól
pieprz
1 łyżka oliwy do smażenia
Oraz:
3 bakłażany
2 łyżki oliwy do smarowania bakłażanów
sól
Sos beszamelowy:
1 szklanka mleka
1 łyżka masła
1 łyżka mąki
sól
pieprz
gałka muszkatołowa
1 szklanka tartego żółtego sera (np. cheddara)
1 żółtko
Zaczynamy od bakłażanów. Kroimy je na plastry centymetrowej
grubości i solimy. Odstawiamy na pół godziny, po czym spłukujemy wodą i
osuszamy papierowymi ręcznikami. Smarujemy po obu stronach oliwą i smażymy na
suchej patelni aż nie zbrązowieją. Gotowe odkładamy na bok.
Pora na mięso. Rozgrzewamy na patelni olej i kładziemy pokrojoną
w kostkę cebulę i czosnek. Nie brązowimy tylko szklimy. Do nich dodajemy
mielone mięso. Mieszamy, żeby całe mięso miało kontakt z dnem patelni. Sypiemy
oregano, cynamon, kmin, sól, pieprz. Kiedy mięso zacznie brązowieć wlewamy
pomidory i dokładnie mieszamy. Zmniejszamy ogień i lekko dusimy sos przez pół
godziny.
Sos powinien być dobrze zagęszczony. Jeśli na dnie zbiera
się płyn, pogotujcie sos jeszcze parę minut.
Potem sos studzimy i bierzemy się za sos beszamelowy. Będzie
on pełnił rolę spoiwa w musace.
Na patelnię kładziemy masło i topimy je. Na gorące masło
sypiemy mąkę i mieszamy, żeby się pozbyć grudek. Lekko złocimy mąkę. Uważajcie,
żeby jej nie przypalić, bo będzie gorzka.
Zdejmujemy patelnię z ognia i lejemy mleko, energicznie
mieszając trzepaczką. Jeśli sos jest za gęsty, dolejcie mleka. Stawiamy sos na
małym ogniu i mieszamy aż się zagotuje. W tym czasie sos gęstnieje. W efekcie
końcowym powinien być na tyle gęsty, żeby okleić drewnianą łyżkę. Za rzadki sos
możecie podgotować a za gęsty rozrzedzić mlekiem. Kiedy osiągniemy efekt zadowalający,
zdejmujemy sos z ognia i dosmakowujemy solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Do
gorącego sosu wtrzepujemy żółtko i wsypujemy starty ser. Mieszamy.
Pora na ułożenie warstw musaki w naczyniu.
Dowolne naczynie do zapiekania smarujemy łyżką sosu
beszamelowego. Na nim układamy warstwę upieczonych bakłażanów. Na nie kładziemy
szczodrze sos mięsny. Polewamy go cienką warstwą sosu beszamelowego.
Przykrywamy resztą bakłażanów (ja robię to na zakładkę) i polewamy resztą sosu
beszamelowego.
Wkładamy naczynie do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na
45 minut. Górna część naszej zapiekanki powinna się pięknie na brzegach
przypiec na brązowo.
O wydrapanie brzegów najzacieklej wszyscy walczymy.
Upieczoną musakę dobrze jest zostawić w spokoju do
wystygnięcia. Wtedy następuje idealna
integracja składników. Potem można ją
podgrzać i pokroić na porcje. Przyznam szczerze, że najlepiej smakuje na drugi
dzień.
Do niej idealnie
pasuje horiatika czyli prosta sałatka z ogórka, pomidora, papryki, cebuli,
oliwek i fety. Do tego kilka kropli dobrej oliwy i trochę octu i już mamy wyspy
greckie .
Horiatika:
1 zielona papryka
1 duży pomidor
1 ogórek
1 cebula
garść oliwek
feta
Sos:
1 ząbek czosnku
2 łyżki octu białego
6 łyżek oliwy
pół łyżeczki oregano
sól
pieprz
Na zakończenie, żeby pozostać w temacie, podajemy deser
stary jak Bałkany czyli Macedonię.
dwie szklanki kulek z arbuza
1 szklanka jagód lub borówek amerykańskich
pół szklanki malin
pół szklanki pokrojonych moreli
4 listki mięty
2 łyżeczki cukru
pudru
1 łyżeczka soku z cytryny
2 łyżeczki likieru amaretto lub waszego ulubionego
Mieszamy wszystkie składniki, posypujemy cukrem, polewamy ulubionym
likierem, dodajemy posiekaną miętę i mieszamy. Wkładamy na pół godziny do
lodówki.
Częstując się tym bałkańskim posiłkiem prawie słyszymy
cykady na Cykladach. I widzimy jak gwiazdy spadają.
Przepięknego lenistwa i smacznego
Subskrybuj:
Posty (Atom)





