Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania sałatka z ogórka, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania sałatka z ogórka, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 października 2011

Sałatka z ogórka i lassi też


Ja  - Zrobię sobie na kolację lassi.
MMŻ - Z czym?
Ja  - Z mango.
MMż - Czy to jest to zielone, co smakuje jak mydło?
Ja  - Nie, to jest awokado.
MMŻ - Czyli masz na myśli to zielone w środku, a na wierzchu z włosami.
Ja  - Nie, to kiwi.
MMŻ - Wiem, to będzie to okrągłe, które jemy z prosciuto.
Ja  - Nie, prosciuto jemy z melonem.
Taki dialog odbyliśmy wczoraj wieczorem w kuchni, robiąc kolację razem, ale nie wspólną. Ja zaplanowałam dla siebie lassi, a MMŻ kroił ogórki do sałatki.
Ciąg dalszy nastąpił po chwili.
Ja  - Gotowe. Chcesz spróbować?
A po chwili.
MMŻ - Już wiem, to smakuje jak mielona cegła. Pozwoliłam sobie wyrazić zdziwienie. Rozumiem, że MMŻ jest wyjątkowo śmiały i otwarty na wszelkie odstępstwa od kulinarnej sztampy, ale żeby szukać wrażeń smakowych w cegielni?
Pozostaliśmy przy swoich wersjach kolacyjnych. Sałatka z ogórka dla Niego, lassi dla mnie.

Jako, że napój jogurtowy z mango robi się pięć minut, zdradzę wam przepis na świetną sałatkę z ogórka. Dokładnie taką, jaką robił wczoraj MMŻ. Podobno jest wietnamska, ale w naszym domu robi się ją od tak dawna, że już zapomnielismy, skąd wzięla się w stałym menu.
Warto ją zapamiętać, bo w połączeniu z curry jest więcej niż świetna.
Potrzebujemy:
1 długi ogórek obrany
sok z jednej limonki
1,5 łyżki sosu rybnego
1 łyżka wody
1 łyżeczka brązowego cukru
1 mała papryczka chili
1 czerwona cebula
2 ząbki czosnku zmiażdżone
zielona cebulka lub szczypiorek

Zaczynamy od zrobienia sosu. W miseczce mieszamy sos rybny, sok z limonki, wodę. Dodajemy cukier, czosnek i drobniutko posiekane chili. Zamieszajmy sos, by smaki się połączyły. Czerwoną cebulę kroimy na cienkie półplasterki i wkładamy do sosu. Pomaltretujmy trochę cebulę, żeby oddała sosowi swoje aromaty. Niech przestanie być taka harda. Odkładamy miskę na bok i myjemy rączki. Zapach sosu rybnego to ostatnie co chcielibyscie czuć w czasie wieczoru we dwoje.
Kroimy ogorka na półplastry. Nie plasterki ale plastry. Niech będą konkretne, takie 2-3 milimetrowe. Łączymy ogórki z sosem i mieszamy wszystko razem. Posypujemy posiekaną cebulką lub szczypiorkiem. Kto nie lubi takich konkretów wieczorową porą, niech wróci do tej sałatki przy świetle dnia, lub zrobi sobie lassi.Niech doda do obranego mango jogurt, sporą łyżkę miodu, pół łyżeczki cynamonu i zmiksuje wszystko razem. Ta łagodna wersja kolacji też jest pycha.
Smacznego i dobrej nocy



A zgadnijcie kto wypił resztę mojego napoju?

czwartek, 31 maja 2012

Przegląd biblioteczny i sałatka z mango do książki



Nasz dom to kilogramy papieru. Tony literatury wszelakiej. Różne fascynacje literackie napotykaliśmy w życiu. Był okres iberoamerykański, czas literatury rosyjskiej 19 wieku, szaleństwo fantastyki czy opętanie nową literaturą francuską. Książki leżące w domu to namacalne dowody naszego nieopanowania i rozpasania w dziedzinie literatury. Część tego dobytku wywiozłam na wieś. Troszkę się to odbyło na chybił trafił. Kolejna przeprowadzka i książki lądują w pudłach. Potem na półki i znów czekają na reaktywację. Taka nadeszła ostatnio. Kiedy ogarnęło mnie trudne do opanowania uczucie głodu literackiego, sięgnęłam do naszych starych znajomych. Czy ktoś pamięta jeszcze Motory Zegadłowicza? Kiedy kupowałam tę książkę, to sprzedawca kazał mi jej szukać w dziale z motoryzacją.
A zbiór dzieł Goethego? Nawet nie wiedziałam, że je mamy. Znam kogoś, kto byłby ze mnie dumny. Nawet stareńki Verne z jego Piętnastoletnim Kapitanem się znalazł. Bez okładki i chyba z brakami w środku. Ja nie byłam jego pierwszym właścicielem. Odzyskałam swojego Tajemniczego Przybysza i Listy z Ziemi Marka Twaina, o których myślałam zawsze z żalem, że przepadły na wieki.
Znalazłam Prawo rzymskie, z którym walczył kiedyś MMŻ i Konwickiego, którego wyrywaliśmy sobie z ręki. Nawet komplet Chandlera i Chmielewskiej stał sobie ramię w ramię.
Papier w większości egzemplarzy pożółkł i nieco się dziś kruszy. Kataru dostałam kosmicznego. Oczy mnie szczypały od kurzu. Ale radość moja była ogromna. Z większością książek związane są jakieś wspomnienia. Tak,  biorąc do ręki jedną po drugiej, odkurzałam swoje dzieciństwo (a jakże Andersen jako żywo), swoje czasy szkolne (ale kochaliśmy wtedy Vonneguta)  i studenckie (tu szaleństwo Marqueza, Corazara,Vallejo, Llosa……) .
Tutaj zajrzałam, tam poszukałam ulubionego niegdyś fragmentu. Najchętniej czytałabym wszystkie naraz. Uczucie dziecka w sklepie z cukierkami jest chyba najtrafniejszym porównaniem. Dobrze jest mieć wybór. Choć, jak ten osiołek, „któremu w żłobie dano” nie umiałam się zdecydować. Stojąc jak słup przed półką, dokonałam wyboru w stylu Scarlett O’Hara  (dla młodych odbiorców: nie ma nic wspólnego ze Scarlett Johansson) i postanowiłam dokonać wyboru jutro. Dziś zacznę nadgryzać prezent na dzień matki, który sprawiło mi młodsze Dziecko – Grę o tron. Filmu nie widziałam, niewiele o książce wiem, ale gdzieś w zakamarkach pamięci nazwisko autora majaczyło mi mgliście. W innej epoce i innym wieku w czasopiśmie Fantastyka chyba zetknęłam się z George R.R. Martinem.
Dałam nura z powrotem w zakurzone zbiory. Jest! Zmurszałe okazały się tylko kartki papieru a nie moja pamięć. Mikropowieść Pieśń dla Lyanny napisana w 1975 roku. Od niej zacznę swoją znajomość z panem Martinem.


Acha. Tak się zapędziłam w tych wykopaliskach książkowych, że zapomniałam napisać o jedzeniu. Czytanie i jedzenie idą ze sobą w parze. Uwielbiam przygotować sobie coś pysznego, a potem wtulić w kąt kanapy i czytać, czytać, czytać.

Skoro przede mną kawał książki, to może dla odmiany do jedzenia coś lekkiego? Nie będę stać nad garnkami, skoro książka czeka. Sałatka będzie akurat.

Zapraszam do uczty. W pełnym tego słowa znaczeniu.

Orzeźwiająca sałatka z mango, ogórka, kolendry i chili

1 mango
1 czerwona papryczka chili
1 ogórek szklarniowy
garść posiekanej kolendry
kilka porwanych liści mięty
1 łyżeczka brązowego cukru
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżka soku z limonki

Mango obieramy ze skórki i kroimy w kostkę. Ogórka myjemy i też kroimy w kostkę (nie obieramy ze skórki). Chili pozbawiamy nasionek i drobniutko kroimy. Mieszamy wszystko, co pokroiliśmy w sporej misce.
W małej miseczce mieszamy sos rybny, cukier, sok z limonki i mieszamy, żeby cukier się rozpuścił. Wlewamy do miski z mango i resztą. Dorzucamy kolendrę i miętę. Mieszamy. Zabieramy ze sobą widelec, koc, filiżankę herbaty i swoją ulubioną książkę i czytamy pogryzając aromatyczną sałatką.
Czy trzeba czegoś więcej wieczorem po pracy?




Pozdrawiam i jak zwykle życzę smacznego

środa, 1 lutego 2017

On ci to jest czy nie on czyli kotlety z Kraju Kwitnącej Wiśni





  • Słonko, może zrobiłabyś w tym tygodniu na obiad mielone?
  • Co bym zrobiła?
  • Mielone , takie z zasmażanymi ziemniakami i mizerią z ogórka.
No, nie, nie robi się takich rzeczy osobie, z którą żyje się pod jednym dachem pół życia.
Potem zrobiło się jeszcze straszniej bo MMŻ rzucił od niechcenia:
  • hm...a schabowych też dawno nie było.
Poczułam się jak zając w świetle reflektorów. Zimny pot na karku i lodowate palce wzdłuż kręgosłupa.
Nie było mnie ze dwie godziny. Kiedy wychodziłam z domu MMŻ czuł się dobrze. Nic nie zapowiadało, że przeżywa jakiś wstrząs lub przewartościowuje swoje dotychczasowe życie.
Gdyby oznajmił mi, że od jutra zabiera się za wyplatanie koszy z recyklingowanych butelek lub rusza bronić żubra, moje zdumienie byłoby porównywalne.
Gorączkowo szukałam jakiegoś racjonalnego wyjaśnienia tej nierzeczywistej sytuacji.
I wtedy padło:
    - takie kotlety byś zrobiła z imbirem...
Odetchnęłam z ulgą. Może jeszcze nie wszystko stracone. Może to ciągle mój Mąż a nie impostor.
Pogarda do mielonych i poczciwego schabowego była w życiu MMŻ jak okręt flagowy. Mając to na względzie, trudno jest się dziwić mojej konsternacji.
Obiecałam zarówno mielone jak i schabowe a w myślach zaczęłam układać pytania testowe, mające na celu potwierdzenie tożsamości. Tak, na wszelki wypadek.

Kotlety cieszą się w naszym kraju niesłabnącą popularnością. Odważyłabym się je umieścić w pierwszej trójce, gdybym tworzyła ranking dań w Polsce pożądanych.
Nie mam nic przeciwko tradycji i kulinarnym gustom. Dobry kotlet, z dobrej jakości schabu wart jest niedzielnego obiadu. Ale ile można?
Czasem trzeba mrugnąć okiem i pójść ścieżką mniej uczęszczaną. Takim mrugnięciem jest tonkatsu. Też kotlet, też panierowany, też smażony ale inny.
Kto nie próbował, niech następnym razem kupując schabowego, umówi go na spotkanie z imbirem i sosem sojowym.












Tonkatsu czyli schabowy z Kraju Kwitnącej Wiśni

3 kotlety schabowe bez kości
pół szklanki sosu sojowego
kawałek imbiru wielkości kciuka, starty na tarce (nie trzeba go obierać)

oraz do panierki:
4 łyżki mąki pszennej
2 jajka
1 szklanka okruchów panko lub okruchów z białej bułki (tylko środek)
olej kokosowy do smażenia


Kotlety jak to kotlety zbijamy tłuczkiem.
W miseczce mieszamy sos sojowy i starty imbir. Wkładamy kotlety do woreczka, wlewamy marynatę i zamykamy.
Wkładamy do lodówki na kilka godzin.

Potem:
Wyjmujemy worek z lodówki a z worka kotlety. Zdrapujemy z nich imbir.
Przygotowujemy 3 miski: z mąką, rozmąconym jajkiem i panko.
Patelnię z olejem kokosowym rozgrzewamy.
Panierujemy kotlety najpierw w mące, potem w jajku a na końcu w panko.
Kładziemy na gorącą patelnię i smażymy jak tradycyjne kotlety, do zezłocenia.

Zdejmujemy kotlety z patelni i przekładamy na deskę. Od tego momentu nie mamy do czynienia z pospolitym schabowym. O tej chwili macie przed sobą japońskie tonkatsu.
Kroimy kotlety na paski.

Do małego rondelka wlewamy przez sitko marynatę. Odciskamy imbir. Zagotowujemy marynatę, dodając łyżeczkę angielskiej musztardy (jest ostra jak samurajskie noże), łyżkę octu ryżowego, łyżeczkę sosu worcestershire i pół łyżeczki brązowego cukru.
Lekko odparowujemy sos a potem polewamy nim nasze tonkatsu.

Idealnie do tego dania pasuje sałatka z kapusty pekińskiej z sosem wasabi.

Sałatka z kapusty pekińskiej z sosem wasabi:

2 szklanki pokrojonej kapusty pekińskiej
pęczek rzodkiewek w plasterki
2 łyżki kaparów
1 łyżeczka czarnego sezamu (niekoniecznie ale dobrze wygląda)
sos:
pół szklanki majonezu
pół słoiczka chrzanu wasabi (użyłam Wasabi- ostry sos chrzanowy w psychodelicznym zielonym kolorze. Stoi wszędzie obok zwykłych chrzanów)
2 łyżki zalewy z kaparów

Mieszamy składniki sosu a potem wlewamy do kapusty. Mieszamy, posypujemy sezamem.
Oto schabowe z drugiego krańca świata.



Smacznego

wtorek, 11 lutego 2014

Genderowe przyszywanie guzików i boczek po tajsku z sałatką ogórkową




Usłyszałam ostatnio jak ktoś się skarżył na obrywające się guziki.
Guziki w nowym płaszczu czy kurtce trzymają się mocno do momentu, aż nie założysz ich pierwszy raz. Zakładasz płaszcz, minuty lecą. Chwytasz za klamkę i nagle słyszysz ten charakterystyczny dźwięk podskakującego w przedpokoju przedmiotu. I wiesz, że masz dwa wyjścia. Albo wracasz, przyszywasz złośliwca i w rezultacie jesteś spóźniona(y), albo zrzucasz z siebie nowe okrycie, rezygnując z zrobienia wrażenia na świecie i zakładasz płaszcz, z którym miałaś nadzieję już nigdy się nie spotkać. W tym przypadku też jesteś spóźniona(y).
Co jest z tymi guzikami, że czekają na moment najmniej dla nas odpowiedni?
Ten, kto się skarżył na odpadające guziki, zakończył swoje westchnienie dość zaskakującym stwierdzeniem. Szkoda, że w szkole nie uczą przyszywać guzików.
Ha, w szkole nie uczą wielu rzeczy, które przydałyby się w życiu. Ani razu nie skorzystałam w życiu z dwumianu kwadratowego, ale za to guzików przyszyłam kilka setek.
Nie przypominam sobie zastosowania w praktyce umiejętności skrzyżowania muszki owocówki z inną muszką owocówką ale zrobienie miesięcznego bilansu domowego budżetu zdarza mi się co najmniej 12 razy w roku.
Wytłumaczenie, że jeśli będę czegoś potrzebować, to sobie to znajdę, jest mało satysfakcjonujące.
Wyobraźcie sobie ile czasu się marnuje z powodu źle przyszytych guzików.
Ja jestem jeszcze w tej pięknej sytuacji, że mnie w szkole uczyli i dwumianu kwadratowego i przyszywania guzików. Tak samo można było dostać dwóje za nieznajomość genotypu muszki owocówki jak i źle podłączony kontakt. I nie było podziału w stylu: chłopcy konstruują lampę a dziewczynki pieką ciasto. Nic z tego. Zwolennicy genederu byliby zadowoleni.
Dało się połączyć to co niezbędne z tym, co niepotrzebne (w moim mniemaniu oczywiście). Aby nie było wątpliwości, mam na myśli swoją szkołę podstawową. Zwykłą podstawówkę a nie pensję dla grzecznych panienek. Nawet wierszy nas uczyli na pamięć. I łaciny kazali się uczyć. Ale oprócz tych fanaberii były też zajęcia bardzo praktycznego podejścia do życia. Komu to przeszkadzało?
Teraz na nic nie ma czasu. No tak, jeśli się weźmie pod uwagę ile czasu zajmuje przyszywanie guzików.....to na całą resztę czasu może zabraknąć.

Wszystkie te rozważania dopadły mnie w trakcie masowania boczku. Dobrze, że zapachy roznoszące się w trakcie pieczenia przegoniły większość guzikowych wątpliwości.



















Boczek po tajsku

kawałek boczku ze skórką
marynata:

1 łyżka ziaren kolendry
1 łyżeczka pieprzu
1 łyżka posiekanego imbiru
2 posiekane ząbki czosnku
1 papryczka chilli
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka oleju sezamowego
1 łyżka cukru palmowego lub cukru brązowego
ziarenka z jednej gwiazdki anyżu
olej do smażenia

oraz

2 duże cebule
1 papryka czerwona
sok z 3 pomarańczy

Wszystkie składniki marynaty miksujemy razem. Boczek myjemy i osuszamy dokładnie. Teraz musimy naciąć skórę na boczku. Moje noże nie dały sobie z nim rady. To tak, jakbym próbowała pociąć podeszwy moich kaloszy. W domu walał się nóż do tapet i on został użyty do tej czynności.
Boczek nacieramy marynatą, przykrywamy i zostawiamy w chłodnym miejscu do następnego dnia.
Potem rozgrzewamy olej na patelni i smażymy boczek z każdej strony aż lekko zbrązowieje.
Potem rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Boczek przekładamy do naczynia żaroodpornego, obkładamy pokrojoną w ćwiartki cebulą i kawałkami papryki. Wlewamy sok z pomarańczy i pieczemy 20 minut. Skórką do góry. Potem zmniejszamy temperaturę do 160 stopni i przykrywamy mięso folią aluminiową. Pieczmy około 1,5 godziny. Na kwadrans przed wyłączeniem piekarnika, zdejmujemy folię z naczynia.
Sprawdzamy czy boczek jest miękki i wyjmujemy go z pieca.  Kroimy na kawałki, polewamy sosem z pieczenia i podajemy z sałatką z zielonego ogórka.


Sałatka z zielonego ogórka

1 ogórek
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soli
2 ząbki czosnku
2 łyżeczki imbiru
2 łyżki sosu sojowego
Pół łyżeczki oleju sezamowego
2 łyżki cebuli dymki
1 łyżeczka orzeszków ziemnych

Ogórek obieramy i kroimy wzdłuż na pół. Łyżeczką wybieramy nasionka i kroimy na półkrążki. Zasypujemy solą i cukrem. Mieszamy, przykrywamy i wstawiamy na pół godziny do lodówki.
W tym czasie przygotowujemy dressing. Czosnek i imbir obieramy i kroimy na drobną kostkę. Zalewamy sosem sojowym i olejem sezamowym. Po pół godzinie wyjmujemy ogórki z lodówki i odsączamy dokładnie. Następnie zalewamy dressingiem i mieszamy. Posypujemy dymką i orzechami. 




Smacznego

wtorek, 5 sierpnia 2014

Rola kalendarza w życiu czyli sałatka z kurczaka w aromacie chilli i limonki
























Założę się, że w większości polskich (i nie tylko) domów wisi kalendarz.
Gdzieś w okolicach grudnia zaczynamy rozglądać się za zamianą dekoracji jeśli o niego chodzi. Niektórzy, charakteryzujący się zaradnością lub po prostu oczarowani pięknem danego egzemplarza, przywożą kalendarz z wakacji.
Wywołuje on ciekawość na bardzo krótko. W momencie wyboru i może jeszcze kiedy jest wieszany na ścianę. Potem po prostu wisi i przestajemy dostrzegać szczegóły, które zadecydowały o jego wyborze. Ignorujemy toskańskie widoki, rozkoszne kociaki czy uśmiechniętą buźkę Justina Bibier'a. Potem liczą się tylko cyfry oraz dni, tygodnie, miesiące.
Do momentu, aż zaczynamy rozglądać się za kolejnym kalendarzem.

Niektórzy pewnie pamiętają kalendarze spotykane kiedyś najczęściej, takie ze zrywanymi kartkami. Kartek było tyle, ile dni w roku. Kalendarz był drukowany na papierze dziś nazywanym recyklingowym. Szare, nijakie dni powszednie i zaznaczone wyblakłym czerwonym tuszem dni świąteczne.
Niby nic zapadającego w pamięć. Ale ten kalendarz miał jedną ogromną zaletę. Dało się go czytać.
Na awersie każdej kartki było wszystko to, co kalendarz mieć powinien: datę, kto obchodzi imieniny, fazę księżyca, godzinę wschodu i zachodu słońca, ewentualnie rocznicę.
Za to rewers był skarbnicą wiedzy. Biografie, przepisy kulinarne, pochodzenie nazw, anegdoty, ciekawostki podróżnicze, medyczne czy matematyczne deptały sobie po piętach.
Jako młody człowiek uwielbiałam czytać ten kalendarz. Lubiłam wertować go na chybił trafił i lubiłam czytać każdą kartkę po kolei.
Do dziś mam wyrwane i schowane kartki z dnia ślubu i urodzin Dzieci.
Na pamiątkę.
Z nowymi czasami przyszły nowe kalendarze. Kolorowe, błyszczące.
Możemy w nich wybierać, przebierać. Rynek stara się zadowolić najbardziej wybrednego czy wymagającego klienta. A jeżeli czegoś na rynku nie ma, możemy sobie kalendarz wyczarować za pomocą odpowiedniego programu. Sami.
I chociaż widuję kalendarz ze zrywanymi kartkami w księgarni, nie zauważyłam go w żadnej ze znanych mi kuchni. Przegrywa ze swoimi młodszymi i piękniejszymi kuzynami.
Ja również chyba bym go już nie kupiła. Zamiast czytania rewersu mam przecież wujka Google i ciocię Wikipedię.
Pomyślałam o tym szarym świadku mijających dni, kiedy zaciekawiło mnie zdjęcie z kalendarza, wiszącego na ścianie. Jest oczywiście duży, błyszczący, kolorowy i kulinarny. Ma piękne zdjęcia a obok proste przepisy.
Co miesiąc przewracam kartkę i nie zwracam uwagi na słowo. Rzucam okiem na obrazek i nie zawracam sobie głowy treścią.
Teraz widzę, że szkoda.
Trzeba było zadać sobie nieco trudu i wrócić do czytania kalendarzy.
Można się tego i owego nauczyć.
Na przykład jak zrobić pyszną sałatkę z kurczaka w aromacie chilli i limonki.
























Chilli-limonkowa sałatka z kurczaka
(z kalendarza BBC GoodFood)

marynata:
otarta skórka i sok z 2 limonek
3 łyżki brązowego cukru
3 łyżki sosu rybnego
1 ostra papryczka chilli, drobno posiekana
1 łyżka oliwy
2 ząbki czosnku, roztarte
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżka liści kolendry
4 pałki z kurczaka

do sałatki:
kilka zielonych cebule, pociętych na kawałki
pół ogórka, pociętego na długie paski
kilka małych pomidorków lub jeden pokrojony na cząstki
łyżka liści kolendry
kilka listów bazylii
1 avocado obrane i pokrojone na plastry
garstka uprażonych orzeszków ziemnych do posypania
limonka

Wszystkie składniki marynaty mieszamy ze sobą i wlewamy do szczelnego woreczka. Pałki kurczaka (obrałam je z kości i skóry, choć nie jest to konieczne) wkładamy do marynaty. Mocno związujemy woreczek i chowamy do lodówki na co najmniej 2 godziny lub lepiej na dobę.
Potem rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni, wyjmujemy kurczaka z marynaty (nie wylewamy jej!) i umieszczamy na blaszce. Wkładamy do piekarnika i pieczemy około 30 minut, obracając mięso na drugą stronę w połowie pieczenia.
Marynatę przelewamy do garnuszka i zagotowujemy. Potem ją studzimy i mamy gotowy sos do sałatki.




Przygotowujemy duży talerz.
Rozkładamy na nim zieleninę, ogórka, avocado, pomidorki i wystudzonego kurczaka. Posypujemy orzeszkami i kolendrą, polewamy sosem i podajemy z cząstkami limonki.




















Powiem wam, że zajrzałam na kolejną kartkę i znalazłam pysznie wyglądającą ziołową pizzę z kozim serem. Chyba przepisów mi nie braknie do końca roku.

P.S.
A to stworzenie odwiedziło dziś rano nasze maliny:




Smacznego

czwartek, 9 lipca 2015

Czytając cudze listy czyli bób w wersji zapiekanej

























Lada moment lipiec osiągnie swoja połowę. Lato niby jest ale niezbyt zdecydowane. Zostać czy nie? Odpalić upały na dłużej czy może schłodzić aurę jak dobre białe wino?
Do niczego nie wolno się przywiązywać, bo pogoda jest równie niestała w uczuciach jak nastolatka.
Wakacje mają jedną (ale nie jedyną ) zaletę. Czytanie.
I nie jest ono szczególnie związane z pogodą. Kiedy leje czytanie jest oczywiste. Kiedy świeci słońce nic nie stoi na przeszkodzie by na leżak zabrać dobrą książkę.
Najfajniejsze są te, na które nie mogę się doczekać cały dzień. Te, które czytając, niechętnie odkładam.
Dziś rano wróciłam do książki, którą odłożyłam kilka dni temu. I z przerażeniem zauważyłam, że zakładka jest włożona dużo dalej niż się spodziewałam.
Są takie książki, do których tęsknię zanim je jeszcze skończę. Czytając martwię się, że już niedługo książka się skończy. I będę za nią tęsknić.
Kiedy trafiam na taki egzemplarz, czytam zachłannie aż nie zdaję sobie sprawy, że im szybciej czytam, tym prędzej skończę. Niedobrze!
Nie chcę szybko dojść do ostatniej strony. Chcę czytać jak najdłużej. Najlepiej od początku. Lecz czytanie od początku nie ma niestety posmaku „pierwszego razu”.
Do skończenia książki, o której wspomniałam zostały mi (słownie) 4 strony.
Kiedy przeczytałam pierwsze cztery, gorączkowo zaczęłam się zastanawiać komu dam tę książkę w prezencie. Najlepiej wszystkim moim znajomym. Obiecałam sobie, że będę czytać powoli. Porcjami.
Konstrukcja tej książki wręcz nakłania do takiego czytania. Po fragmencie. Ta książka to „Listy niezapomniane” Shaun'a Ushera.
Zapomnijcie o tajemnicy korespondencji. Zresztą, żadnych tu tajemnic autor tego zbioru nie naruszył.
Idea powstania „Listów” jest tak prosta, że aż dziwne, że nikt wcześniej na nią nie wpadł.
Listy kiedyś pisali wszyscy. Dla tych co to tylko maile i sms-y, wyjaśnienie: list to kawałek kartki, na którym jedna osoba pisze do drugiej osoby na tematy absolutnie dowolne. Kiedyś mówiło się, że przelewa się myśli na papier.
Na listy się czekało dłużej niż na sms-a.
Staroświeckie listy rzadko się wyrzucało, a po latach przewiązywało wstążką i chowało do szuflady.
W „Listach niezapomnianych” jest wszystko co literatura może zaoferować: romans, science fiction, dramat, komedia, kryminał, horror i poezja.
Wywołuje wszystkie uczucia towarzyszące czytaniu dobrej literatury. Tylko tutaj nie trzeba sięgnąć po kolejną książkę, by znaleźć się w innym świecie. Tutaj wystarczy przewrócić stronę i zacząć czytać kolejny list.
Nie mogłam się powstrzymać przed czytaniem jej na głos. To ten rodzaj książki, którą chce się wynieść z domu i podstawiać pod nos każdemu po drodze:
chcesz posłuchać?”
nie chcesz?”
to posłuchaj”...
Uwielbiam takie książki. I z ogromnym żalem patrzę za okno. Leje i wiem co zrobię z resztą popołudnia. Skończę „Listy” a potem będę się martwić, że to stało się znów za szybko.

Listy” zaczynają się kulinarnie. Pierwszy z nich to list Królowej Elżbiety do prezydenta Roosevelta z przepisem na ciasteczka.
Nie zniechęcajcie się sielankowym wstępem. Potem, dla równowagi, znajdziecie utrzymany również w  kulinarnym stylu list od Kuby Rozpruwacza. Udane połączenie, prawda?

Moja kulinarna propozycja to ani ciastka (choć przepis Królowej wykorzystam na pewno) ani danie mięsne.
W lipcu oprócz wakacji panuje bób i to on będzie dziś podstawą gotowania.






















Bobowe kuku wg Yotama Ottolenghi
(naczynie na zdjęciu ma średnicę 18 cm)

1 szklanka ugotowanego i obranego z łupinek bobu
2 łyżki suszonych owoców berberysu (zastąpiłam je suszonymi morelami ale można użyć suszonych wiśni)
3 łyżki kremówki
szczypta szafranu
2 łyżki wody
1 łyżeczka cukru
1 cebula
2 ząbki czosnku
3 jajka
1 łyżka mąki pszennej
ćwierć łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta chilli
1 łyżka suszonej mięty
1 łyżka świeżej mięty
olej do smażenia
sól, pieprz

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Wkładamy do niego naczynie żaroodporne, w którym będziemy piec danie.

Zaczynamy od namoczenia w kremówce szafranu. Kremówkę wlewamy do rondelka, dorzucamy szafran i zagotowujemy. Odstawiamy do wystygnięcia.

Na małą patelnię wlewamy wodę i sypiemy cukier. Zagotowujemy i gotujemy kilka minut. Niech się część wody odparuje. Kroimy na kawałki morele i wrzucamy do syropu cukrowego. Gotujemy minutę i zdejmujemy z ognia. Studzimy.

Na oliwie podsmażamy pokrojoną cebulę i czosnek. Dodajemy ugotowany bób i smażymy minutę. Zdejmujemy z pieca i studzimy.

Do szafranowej kremówki wbijamy jajka i mieszamy. Wsypujemy mąkę z proszkiem i znów mieszamy. Dodajemy chilli, obie mięty oraz sól i pieprz.
Łączymy z bobem i cebulą.

Wracamy do włożonego do piekarnika naczynia.
Wyjmujemy je ostrożnie z piekarnika i wlewamy łyżkę oliwy. Wkładamy ponownie do piekarnika. Bądźcie bardzo ostrożni. Wszystko jest bardzo gorące.
Do gorącego naczynia wlewamy bób z masą jajeczną. Na górze rozkładamy kawałki moreli.
Przykrywamy wierzch folią aluminiową i pieczemy 10 minut. Potem zdejmujemy folię i dopiekamy jeszcze 15 minut.

Danie jest spektakularne i pyszne. Do niego wspaniale smakuje sałatka z ogórka, ale o niej kiedy indziej.
Korzystajcie z bobu, za chwilę straci swoją niewinną zieloność i stanie się smutno żółty. Ja przygotowałam jeszcze dla was pierogi z bobem. Będą już wkrótce.

Na razie się żegnam i wracam do listów.





Smacznego

piątek, 26 lutego 2016

Jak pokonać niemoc czyli orientalna sałatka na kolację




















Zapuściłam się ostatnio do marketu budowlanego. Lubię wszelkiego rodzaju piły, strugi, szlifierki i opalarki.
Kiedyś nie było nic nudniejszego niż wyprawa z moim tatą do działu z narzędziami. Kiedyś...
Jak ludzie się zmieniają. Co prawda jeszcze nie umiem wykrzesać entuzjazmu do siekier i pił spalinowych, ale to tylko kwestia czasu.
Co mnie przywiodło do stoiska budowlanego, skoro obecnie nawet ołówka nie umiem utrzymać w palcach? Ha, myślę, że to jest część wytłumaczenia. Właśnie dlatego mnie tam przywiodło, że nie groziło to żadnymi konsekwencjami.
Moja wyprawa była właściwie teoretyczna. Żadna z rzeczy, wzbudzających moją ciekawość nie może być na razie użyta. Z wiadomych względów.
Czyżbym tęskniła za remontem? Jakieś rozwalanie ścian mi się marzy? Spokój mi się znudził?
A może to wiosna się we mnie obudziła i chęć jakiejś, choćby minimalnej zmiany.
Może chociaż paczkę gwoździ kupię? Obrazki powieszę.
Nie wiem jak wy, ale ja czuję przypływ sił pod koniec lutego. Coraz częściej zerkam w kalendarz i powtarzam sobie jak mantrę: już niedługo, jeszcze tylko kawałek i wskoczymy do marca. A marzec brzmi dużo lepiej niż luty. I jakie w nim kryją się treści: zielono, słonecznie, jaśniej, cieplej.
Chyba jednak kupię te gwoździe. I coś zielonego do zjedzenia.







Orientalna sałatka na kolację

1 marchewka pokrojona w cienkie słupki
1 ogórek pokrojony wzdłuż na cienkie plastry (niezastąpiona jest tu obieraczka do warzyw)
1 szklanka pokrojonej kapusty pekińskiej
kostka tofu około 80 g (posypujemy tofu przyprawą pięciu smaków i owijamy na godzinę folią spożywczą)
ćwierć szklanki grzybów mun (namoczonych a potem ugotowanych zgodnie z opisem na opakowaniu)
2 łyżki zielonej kolendry
2 łyżki pokrojonej dymki
2 łyżki liści tajskiej bazylii (jeśli nie macie w zasięgu, użyjcie zwykłej bazylii)
1 łyżka liści świeżej mięty
1 łyżka uprażonych ziaren sezamu
szczypta uprażonego pieprzu syczuańskiego
sól, pieprz

marynata do ogórka i marchewki:
1 łyżeczka soli
ćwierć szklanki cukru
1 szklanka octu ryżowego

Wszystkie składniki marynaty umieszczamy w garnku i na małym ogniu doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy mieszankę około 10 minut aby nieco odparowała. Jeśli płyn zgęstniał, zdejmujemy garnek z ognia i studzimy.

W czasie kiedy marynata stygnie, posypujemy marchewkę szczyptę soli, mieszamy i odstawiamy na godzinę. To samo robimy ogórkowi: sól, mieszanie i godzina spokoju.
Po godzinie odciskamy delikatnie marchewkę i ogórka z wody (nieco jej się wyprodukuje pod wpływem soli) i wkładamy do miski z marynatą. Mieszamy i odstawiamy w chłodne miejsce.

sos do sałatki:
1 łyżka jasnego sosu sojowego
1 łyżka octu ryżowego
pół łyżeczki oliwy chilli
pół łyżeczki oleju sezamowego

Do sporej miski wkładamy marynowaną marchewkę i ogórka. Dodajemy kapustę pekińską, pociętą dymkę i resztę zieleniny. Grzyby odsączamy i kroimy na paski. Tofu odwijamy z folii i kroimy w kostkę.
Mieszamy wszystko delikatnie.
W miseczce mieszamy składniki sosu. Polewamy sałatkę, posypujemy sezamem i pieprzem syczuańskim. Podajemy.
Do tej sałatki, na większego głoda, możemy dodać pieczoną pierś z kurczaka, pokrojoną w paseczki lub kilka krewetek.
Zapewniam, że będziecie do niej wracać. Uzależnia.





Smacznego

środa, 13 czerwca 2012

Ogórki małosolne a sprawa polska




Nie znam nikogo, kto byłby obojętny na urok ogórków małosolnych. Sama nie należę do wyznawców ogórka, ale zapach świeżutkich, zieloniutkich ogóreczków moczonych w glinianym garnku jest nawet dla mnie obezwładniający. Potem ich wersja kiszona czy korniszonowa nie robi już takiego wrażenia.
Może to kwestia pewnej takiej nieśmiałości smakowej. Przecież małosolne to pierwsze sezonowe przetwory. Są jakby drzwiami do letniej spiżarni. Nic bardziej nie kojarzy mi się z początkiem sezonu słoikowego, jak właśnie małosolne.
W szafie czekają grzecznie kamionkowe garnki, koper kupiony, chrzan wykopany, liście wiśniowe jeszcze na drzewie, ale to tylko kwestia czasu, a ogórki się moczą.

Jaka jest magnetyczna siła ogórków małosolnych niech świadczy przykład z mojego podwórka.
Ile jesteście w stanie przejechać kilometrów, żeby zrobić sobie sałatkę z małosolnych na kolację? MMŻ, który przez cały tydzień dzielnie walczy z materią w mieście, policzył, że wstawione do gara w sobotę ogórki powinny już osiągnąć swój odpowiedni małosolny stan. Tyle, że ten gar jest nieco oddalony od miasta.
Kilkadziesiąt kilometrów nie było odległością zniechęcającą. Wabik w postaci ogórków był silniejszy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy MMŻ stanął wczoraj w drzwiach i rozbrajająco zapytał: a ogórki się już zrobiły? A pomyśleć, że kiedyś pędził, żeby spojrzeć mi głęboko w oczy… ; ) O tempora! O mores!*
Najlepsze do wczesnego kiszenia są malutkie ogórki. Zazwyczaj przygotowuję porcję z jednego kilograma, a po trzech, czterech dniach, robię następny garnek. Tym sposobem zawsze lekko ukiszone ogórki towarzyszą nam przez cały sezon.



Ogórki małosolne:

1 kilogram ogórków
1 litr wody
2 łyżki soli
3 ząbki czosnku
1 łodyga kopru
kilka wiórków chrzanu (jeśli macie dodajcie też jeden liść chrzanowy)
4 liście wiśniowe (równie dobrze mogą być z czarnej porzeczki lub dębu)
kamionkowy garnek, mały talerzyk, litrowy słoik z wodą

Ogórki wkładamy do miski i moczymy w zimnej wodzie przez godzinę. Będą wtedy kruche.
Po godzinie wyjmujemy je z wody i przekładamy go garnka. Wszystkie dodatki dzielimy na dwie porcje. Jedną kładziemy na dno garnka, potem ogórki, a na koniec drugą porcję liści, czosnku, chrzanu i kopru. Zagotowujemy litr wody (najlepsza jest źródlana, taka z butelki), wsypujemy dwie łyżki soli i wlewamy na ogórki. Na ogórki kładziemy talerzyk mniejszy od średnicy garnka. Na talerzyku stawiamy słoik z wodą. Taki balast spowoduje, że ogórki nam nie wypłyną. Przykrywamy całą konstrukcję lnianym ręczniczkiem i zostawiamy w kuchni.



Od pierwszej chwili garnek będzie źródłem świeżego ogórkowo - koperkowego zapachu a z upływem czasu nie będzie was opuszczała myśl, kiedy będzie już można ich spróbować.
Po trzech dniach w warunkach kuchennych można śmiało dokonać zwiadu.
A potem kisić garnek za garnkiem.

*Okazało się,  że to nie ogórki, a chęć wspierania mnie w czasie meczu z Rosją przygnała MMŻ na wieś. I całe szczęście, bo po strzelonej nam bramce trzeba było mnie cucić. Po strzelonej przez nas, też.



A sałatka z ogórków smakowała nam obojgu.
Smacznego

czwartek, 4 sierpnia 2016

Uzbrojone zielone potwory czyli sałatka meksykańska z ogórków




















Ogórków lato w tym roku nie skąpi.
Zielona ściana w szklarni i zielony dywan w ogródku.
Co z nimi robić? Po pierwszej ogórkowej euforii czyli namiętnym kiszeniu małosolnych, zapał nieco ostygł. MMŻ je ogórki w każdej postaci i z każdym dodatkiem, ale nawet on nie daje rady urodzajowi.
Codzienna sałatka z curry i sosem sojowym nigdy mu się nie nudzi, ale niestety, obecnie MMŻ przebywa w kraju łososia i śledzia i pewnie nawet nie pomyśli o ogórkach.
A te, jakby dostały zastrzyk wspomagaczy. Już nie są wielkie, są ogromne.
I ciągle rosną. Te mniejsze staramy się upychać w słoikach ale zawsze jakieś umkną naszej uwadze. Wieczorem wydaje się, że sytuacja została opanowana aż tu rankiem nagle odkrywamy ogórka mutanta.
Przecież nie urósł tak w ciągu nocy. Sztukę kamuflażu ogórki opanowały do perfekcji.
I sztukę samoobrony.
Robię przegląd ogórkowych chaszczy. Ręka po po omacku błądzi między liśćmi. Znajduję egzemplarz idealny w swoim rozmiarze i już mam go w dłoni, kiedy czuję wbijające się w dłoń igiełki. Tak, moi kochani, ogórki to fałszywe dranie.
Nigdy nie podejrzewałabym tych z pozoru niewinnych roślinek o taki charakterek.
Teraz do zrywania podchodzę w rękawiczkach.
Moje słoikowe zmagania z ogórkiem dobiega końca. Plan wykonałam i właściwie mogłabym się do reszty ogórków odwrócić plecami. Tylko co tą resztą zielonych potworów, czających się wśród liści?
Szkoda, że sójki i szpaki gustują w jeżynach i renklodach. Jakoś ogórki nie znajdują się w ptasim menu.




Sałatka meksykańska z ogórków
(na 8 średnich słoików)

2,5 kg średniej wielkości ogórków
4 łyżki soli
1 kg cukru
1 szklanka octu winnego
duża główka czosnku
3 łyżeczki chilli w proszku lub 2 świeże papryczki chilli

Ogórki dokładnie myjemy i kroimy w ukośne plastry grubości 2 cm.
Zasypujemy ogórki solą i mieszamy.
Zostawiamy ogórki na 12 godzin.
Gotujemy cukier z octem (nie zostawiajcie tej mikstury samotnie na ogniu; jeśli wykipi, to sprzątanie octowego karmelu nie będzie przyjemne).
Do ogórków dodajemy obrany i rozgnieciony czosnek oraz chilli. Mieszamy.
Wlewamy do ogórków gorący ocet i zostawiamy na kolejne 12 godzin.

Potem pakujemy sałatkę do wyparzonych słoików, dopełniamy zalewą i pasteryzujemy 10 minut.




Smacznej spiżarni

środa, 14 marca 2012

Zupa miso na zakończenie



Po japońskim obiedzie już pozostało tylko wspomnienie. W międzyczasie w mojej kuchni inne klimaty zagościły, ale obiecałam sobie doprowadzić sprawę do końca. Żeby nie nudzić, przejdę od razu do konkretów. Dla dopełnienia obrazu dziś przedstawię wam moją wersję zupy miso i sałatkę ziemniaczaną z wasabi. Można je zastosować jako części dopełniające łososia w glazurze lub jako byty samodzielne. Sałatka jest dobra w całkowitym oderwaniu od obiadu. Nie wymaga żadnych uzupełnień i jest ciekawym wariantem zastosowania kartofla.


Zupa miso

zielenina:
por
zielona cebulka
fasolka
czewona papryka
kilka grzybków shitake
makaron soba
biała pasta miso spora łyżka
kilka kropel oleju sezamowego
bulion 1 litr


Zaczynamy od namoczenia przez kwadrans grzybków. Potem odcinamy ich nóżki. Brr.. (zabrzmiało okrutnie)
Do gotującego się bulionu wrzucamy pokrojone jak na zdjęciu warzywa i namoczone shitake. Po pięciu minutach dodajemy połamany makaron soba. Znów gotujemy pięć minut. Zdejmujemy z ognia i do zupy wkładamy łyżkę miso. Dokładnie mieszamy by pasta się rozpuściła. Nie gotujemy, ponieważ miso straci swój smak i aromat. Wzbogacamy smak kilkoma kroplami oleju sezamowego.
Kto ma tofu nałoży je do miseczek. Ja nie miałam i też było dobre. Posypujemy ukośnie ściętą zieloną cebulką lub szczypiorkiem i podajemy do stołu.


sałatka ziemniaczana z wasabi




6 ziemniaków ugotowanych w mundurkach
1 ogórek wężowy (nie musicie go obierać, wygląda wtedy efektowniej)
pęczek natki pietruszki

sos do sałatki

pół szklanki majonezu (dla dbających o poziom cholesterolu może być dobry jogurt)
1 łyżka octu ryżowego
pasta wasabi (tu sprawa jest trudniejsza, bo każdy lubi inny stopień ostrości), mnie zależało na zielonkawym kolorze, więc użyłam takiego wściekle zielonego chrzanu z wasabi, który znajdziecie w dziale z musztardami i chrzanem

Przepis oryginalny zawiera jeszcze pokrojone w paski plastry szynki, ale nigdy nie robiłam wersji szynkowej. Jeśli ktoś spróbuje, niech się podzieli wrażeniami.


Sałatka jak to sałatka. Kroimy, mieszamy, zalewamy, mieszamy, jemy. To w skrócie. Dla lubiących wdawać się w szczegóły mam rozwinięcie.
Ugotowane i wystudzone ziemniaki kroimy na ćwiartki, ogórka na półplasterki a natkę siekamy z grubsza. Składniki sosu mieszmy dokładnie i wylewamy na ziemniaki z ogórkiem. Delikatnie mieszamy, żeby nam się nie zrobił ziemniaczany hummus. Posypujemy resztą natki i podajemy z łososiem w glazurze.



Jeden obiad a ile pisania. Dochodzę do wniosku, że kucharzenie jest łatwiejsze niż pisanie. Jak do tego dodać latanie po piętrach w poszukiwaniu światła do zdjęć, to macie pełny obraz sytuacji.
A potem się dziwię, że moja porcja zdążyła wystygnąć.

Na tym kończę moją obiadową serię japońszczyzny. Obiecuję, że w tym tygodniu nie będzie więcej wasabi, nori, miso i samurajów. Za to będzie sernik. Czyli raczej swojsko.


Pozdrawiam wesołym  Ja mata i życzę smacznego


Wpis bierze udział w akcji Kuchnia japońska

czwartek, 15 sierpnia 2013

Musaka, horiatika i macedonia czyli dzień grecki



Znów wolne. Czy tylko mnie się wydaje czy tych wolnych dni jest tak dużo? Czy to coś zmienia, że jest dzień wolny? Sądząc po wczorajszych zakupach chyba tak. Ilości chleba skłaniały do zastanowienia nad menu świątecznym.
Nieco mnie zdumiały te bochenki pakowane do wózków, bo przecież po czwartku nastąpi jak najbardziej normalny piątek. Czy ludzie zjedzą te chleby czy może nakarmią nimi kosze na śmieci?
Wczorajsze zakupy nie bardzo mnie dotyczyły, bo w moim koszyku były bakłażan, pomidory i ser.
Moje plany obiadowe były zbyt zachęcające, żebym się głębiej zastanawiała nad cudzym menu.
Jednak refleksja mnie naszła i chyba do tematu wrócę.
Niebieskie niebo, białe chmury, totalne słońce. Wszystko kieruje myśli w stronę śródziemnomorskich klimatów.
MMŻ pyta co dziś będzie na obiad. Musaka, horiatika i macedonia odpowiadam.
Wakacje na wyspach greckich raczej mi w tym roku nie grożą, ale co mi szkodzi wyczarować namiastkę tych smaków na swoim tarasie.
Goście się zapowiedzieli ,więc zamiast opowiadać wam o smakach Folegandros i Milos pójdę wykombinować zupę. Bo cała reszta czeka już w gotowości.
Dziś dzień grecki. Zapraszam.



Musaka:

pół kilograma mięsa mielonego (np. indyczego)
1 cebula
3 ząbki czosnku
1 łyżeczka oregano
1 łyżeczka cynamonu
pół łyżeczki kminu rzymskiego
1,5 szklanki pomidorów w sosie (pelatti)
sól
pieprz
1 łyżka oliwy do smażenia

Oraz:
3 bakłażany
2 łyżki oliwy do smarowania bakłażanów
sól

Sos beszamelowy:

1 szklanka mleka
1 łyżka masła
1 łyżka mąki
sól
pieprz
gałka muszkatołowa
1 szklanka tartego żółtego sera (np. cheddara)
1 żółtko


Zaczynamy od bakłażanów. Kroimy je na plastry centymetrowej grubości i solimy. Odstawiamy na pół godziny, po czym spłukujemy wodą i osuszamy papierowymi ręcznikami. Smarujemy po obu stronach oliwą i smażymy na suchej patelni aż nie zbrązowieją. Gotowe odkładamy na bok.
Pora na mięso. Rozgrzewamy na patelni olej i kładziemy pokrojoną w kostkę cebulę i czosnek. Nie brązowimy tylko szklimy. Do nich dodajemy mielone mięso. Mieszamy, żeby całe mięso miało kontakt z dnem patelni. Sypiemy oregano, cynamon, kmin, sól, pieprz. Kiedy mięso zacznie brązowieć wlewamy pomidory i dokładnie mieszamy. Zmniejszamy ogień i lekko dusimy sos przez pół godziny.
Sos powinien być dobrze zagęszczony. Jeśli na dnie zbiera się płyn, pogotujcie sos jeszcze parę minut.
Potem sos studzimy i bierzemy się za sos beszamelowy. Będzie on pełnił rolę spoiwa w musace.
Na patelnię kładziemy masło i topimy je. Na gorące masło sypiemy mąkę i mieszamy, żeby się pozbyć grudek. Lekko złocimy mąkę. Uważajcie, żeby jej nie przypalić, bo będzie gorzka.
Zdejmujemy patelnię z ognia i lejemy mleko, energicznie mieszając trzepaczką. Jeśli sos jest za gęsty, dolejcie mleka. Stawiamy sos na małym ogniu i mieszamy aż się zagotuje. W tym czasie sos gęstnieje. W efekcie końcowym powinien być na tyle gęsty, żeby okleić drewnianą łyżkę. Za rzadki sos możecie podgotować a za gęsty rozrzedzić mlekiem. Kiedy osiągniemy efekt zadowalający, zdejmujemy sos z ognia i dosmakowujemy solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Do gorącego sosu wtrzepujemy żółtko i wsypujemy starty ser. Mieszamy.
Pora na ułożenie warstw musaki w naczyniu.
Dowolne naczynie do zapiekania smarujemy łyżką sosu beszamelowego. Na nim układamy warstwę upieczonych bakłażanów. Na nie kładziemy szczodrze sos mięsny. Polewamy go cienką warstwą sosu beszamelowego. Przykrywamy resztą bakłażanów (ja robię to na zakładkę) i polewamy resztą sosu beszamelowego.
Wkładamy naczynie do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na 45 minut. Górna część naszej zapiekanki powinna się pięknie na brzegach przypiec na brązowo.
O wydrapanie brzegów najzacieklej wszyscy walczymy.
Upieczoną musakę dobrze jest zostawić w spokoju do wystygnięcia.  Wtedy następuje idealna integracja składników.  Potem można ją podgrzać i pokroić na porcje. Przyznam szczerze, że najlepiej smakuje na drugi dzień.



Do  niej idealnie pasuje horiatika czyli prosta sałatka z ogórka, pomidora, papryki, cebuli, oliwek i fety. Do tego kilka kropli dobrej oliwy i trochę octu i już mamy wyspy greckie .



Horiatika:

1 zielona papryka
1 duży pomidor
1 ogórek
1 cebula
garść oliwek
feta
 Sos:
1 ząbek czosnku
2 łyżki octu białego
6 łyżek oliwy
pół łyżeczki oregano
sól
pieprz

Na zakończenie, żeby pozostać w temacie, podajemy deser stary jak Bałkany czyli Macedonię.


 Macedonia:

dwie szklanki kulek z arbuza
1 szklanka jagód lub borówek amerykańskich
pół szklanki malin
pół szklanki pokrojonych moreli
4 listki mięty
2 łyżeczki  cukru pudru
1 łyżeczka soku z cytryny
2 łyżeczki likieru amaretto lub waszego ulubionego

Mieszamy wszystkie składniki, posypujemy cukrem, polewamy ulubionym likierem, dodajemy posiekaną miętę i mieszamy. Wkładamy na pół godziny do lodówki.



Częstując się tym bałkańskim posiłkiem prawie słyszymy cykady na Cykladach. I widzimy jak gwiazdy spadają.




Przepięknego lenistwa i smacznego