Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania naan, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania naan, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 kwietnia 2023

Noga jako początek i buraki w mleczku kokosowym jako curry




To jest ten moment kiedy wpół kroku między krawężnikiem a ulicą dopada cię nagła, niepohamowana potrzeba wyjazdu z miasta. Już, teraz, natychmiast. Jakby coś wewnątrz mnie wierzgnęło kopytkiem. Aż tchu mi zabrakło.

MMŻ radoście ogłosił w sobotę Pierwszy Wielki Marsz Wiosenny. Spojrzałam na niego sceptycznie: ty idź Kochany w ten parkowy tłum póki cię euforia w ramionach swych trzyma. Ja sobie posiedzę, pomarudzę, może jeszcze pod kołderkę wrócę... I poszedł krokiem dziarskim w słoneczny poranek. Zniknął mi z oczu nim wypiłam poranną herbatę.

Z zapowiedzi mojego poranka niewiele wyniknęło. Nie marudziłam, o kołderce zapomniałam zaraz po otwarciu okna. A może by tak jednak na chwilkę, na słonko? Nie roiły mi się w głowie spacery długodystansowe. Cholernym wyczynowcem jest tylko MMŻ. Dla niego 17 km spaceru to pikuś.

Wyszłam więc, będąc praktyczną, w bardzo konkretnym celu. Zdobycia nóg.

Już was zaciekawiłam, prawda? Nie oczekujcie sensacji. Nogi potrzebne mi nagle i spontanicznie miały być krągłe, sześciocentymetrowe i drewniane. Meblowe po prostu. Sklep, który pamiętałam, że istniał jakieś 15 lat temu, jest niedaleko. Nie zmęczę się, a może wiosnę znajdę. 

Szłam sobie z uśmiechniętą gębą bo jak się tu nie śmiać kiedy słońce całkiem zadowalająco grzeje w plecy. Tu drzewko różowe rzuciło mi się w oko, tam forsycja kwitnąca. Jakiś obłok biały na wiśni sprawił, że przeczucie mnie ogarnęło, że zaraz coś się wydarzy. Powietrze zapachniało, niebo błysnęło błękitem tak niebieskim aż na moment zgubiłam kierunek. Dokąd ja właściwie idę?

I nagle zorientowałam się, że nogi (tym razem nie drewniane) niosą mnie w stronę przeciwną do pożądanego sklepu. Wiosna złapała mnie na wędkę i wlecze bezmyślnie od krzaka do krzaka. Zrobiłam krok ku ulicy i aż mnie zabolało. 

Ja chcę za miasto! Ja muszę do lasu!  Pal licho nogi drewniane, stalowe i gliniane. Muszą sobie radzić beze mnie. 

Czas pakować koty i ruszać pod las. 

Zanim to jednak nastąpi coś ugotujemy.

Wiecie zapewne, że moją obsesją w kuchni jest curry. A może raczej powinnam powiedzieć są curry? Ich ilość jest chyba niepoliczalna. Kto nie lubi mleczka kokosowego(!!!???), może znaleźć takie z jogurtem, lub suche. Kto jest bezmięsny znajdzie bez liku wege i wegetariańskich. Z tofu i paneerem....I długo by tak wyliczać.

Buraki nigdy nie kojarzyły mi się z kuchniami egzotycznymi. A już polączenie buraka i mleczka kokosowego, które uważam za dziewiąty cud świata nigdy do głowy by mi nie wpadło. Do czasu aż odkryłam zupę buraczano kokosową. Była pyszna i powinna mnie była zainspirować do dalszych działań w tym kierunku. 

Oto urzeczywistnienie buraczano kokosowych marzeń. Nie kombinujcie, zróbcie to curry a najbliżsi padną z wrażenia.



Przepis pochodzi z książki THE GREEN ROASTING TIN autorstwa Rukmini Iyer.

Buraczano, soczewicowo, kokosowe curry:

1 cebula, pokrojona w kostkę

2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę

5 cm imbiru, startego

600 g buraków, obranych ze skórki i pokrojonych na kawałki w kęs

1 puszka ciecierzycy, odcedzona

1 czerwone chilii, posiekane

1 czubata łyżeczka mielonego kuminu

1 czubata łyżeczka mielonej kolendry

1 czubata łyżeczka mielonego imbiru

1/2 łyżeczki kurkumy

1 łyżeczka soli

1 puszka (400ml) mleczka kokosowego

1 łyżka oleju

sól do smaku.

Nie jest to potrawa, która wymaga długich przygotowń.

Zacznijmy od nagrzania piekarnika do 200 stopni. 

Wszystkie składniki oprócz mleczka kokosowego wkładamy do naczynia do zapiekania. Mieszamy dokładnie by przyprawy pokryły warzywa. Pieczemy 40 minut.

Po 40 minutach wlewamy mleczko kokosowe i dokładnie mieszamy. Wkładamy ponownie do piekarnika i pieczemy jeszcze 10 minut. Sprawdzamy czy trzeba dosolić i podajemy z ryżem basmati lub z chlebkami naan. 

Uwaga: kto lubi, może do piekących się buraków dorzucić kilka goździków lub mały anyżek. Próbowałam, było super.

I tyle. Krótko i treściwie. I smacznie.




Pięknego weekendu i smacznego tego, co na stole.


środa, 21 sierpnia 2013

Co futro robi z człowiekiem i obiad awaryjny czyli naany z curry




Ile człowiek jeszcze się musi o sobie dowiedzieć!
Nigdy nie należałam do osób lubujących się w zdrobnieniach. Słysząc szczebiotanie do małego zbója w wózku: ti, ti, bobaśku. A cio bobasiek źlobił ze smoczusiem?, dostawałam mdłości. Mamusie wołające swoje pociechy: Kondzio! Sandrunia! powodowały, że ewakuowałam się na drugi koniec parku. Wszelkie tłumaczenia dzieciom zawiłości świata za pomocą infantylnego języka wywoływały wysypkę.
Niczego nie lubiłam zdrabniać. Foka nie była foczką, tylko foką, mleko było mlekiem a nie mleczusiem, a babcia babcią a nie babciunią. Twardo wymawiałam” r „ nie udając, że jako „l” jest lepiej przyswajalne. Dzieci miały ze mną ciężko. Za to problemy z wymową znałam tylko z teorii. Słowo „infantylne” zawsze było na mojej czarnej liście.
Wydawałoby się, że problemy ze zdziecinnieniem dopiero przede mną.
W życiu jak to w życiu, zdarzają się niespodzianki.
Ranek był piękny, rześki. Plan na dzień był następujący. Jedziemy z wizytą do Łodzi. Właściwie jedziemy aby dokonać wyboru. Trzy przepiękni przedstawiciele kociej arystokracji czekali na nas właśnie w Łodzi. Trzeba było tylko wybrać tego jedynego.
Byłyśmy przygotowane na mające nas spotkać niespodzianki, bo pod naszym dachem mieszka już od kilku lat jedna z uroczych kotek.
Imię zostało wybrane. Kot jeszcze na razie jest teoretyczny ale imię jak najbardziej realne.
Jak powiedziałam nic nie zapowiadało rewolucji uczuciowej. Całe 200 km piękną trasą Katowice Łódź przejechałyśmy dyskutując o przyszłości Unii Europejskiej i czy na wiosnę wrócą do mody getry.
Dwie dorosłe kobiety rozmawiające na dorosłe tematy.
To były ostatnie w tym dniu objawy zdrowego rozsądku. Potem nasze głowy zapełniły futerka, ogonki, pyszczki, prążki, kotki, koteczki, kociątka.


Jak zdziecinniałe zapomniałyśmy ludzkiego języka. Przez 2 godziny bełkotałyśmy jakimś dziecięcym narzeczem. Gdyby ktoś wtedy poprosił o nazwisko prezydenta RP na bank nie przypomniałbym go sobie.
Pojechałyśmy wybrać jednego kota. Gdyby był tylko jeden, jest nadzieja, że sprawy przybrałyby bardziej ludzki obrót. Niestety, kotów, kotków, koteczków było dużo więcej. Jak poradzić sobie emocjonalnie z taką ilością przytulności, bezbronności, miękkości, uroku, nie głupiejąc doszczętnie?
Jeśli przez całe życie unikałam z powodzeniem przesładzania języka, to nadrobiłam to w kilkadziesiąt minut. I wcale nie było mi wstyd.
W drodze powrotnej nietrudno zgadnąć, co było tematem wiodącym. Koty. A widziałaś jak…?
A pamiętasz jaki ten miał…? A kiedy ten…
Język już wrócił do normy ale emocje pozostały. Czy wybrałyśmy kotka? Nie było łatwo, bo jak wybrać tego jedynego najpiękniejszego spośród kilku najpiękniejszych? Wybór należał do Oli. To z nią mały futrzak poleci za wodę.
Wróciłyśmy do domu i stwierdziłam, że Lolo jest cieplejsze od Orlando a Citek brzmi o wiele bardziej uroczo niż Duende.  Nasze domowe koty też wydawały się być zadowolone z takiego obrotu spraw.
Czy zmieniłam zdanie na temat zdrobnień? Nie do końca. Doszłam do wniosku, że wszystko zależy od okoliczności.
Dobrze jest czasami powiedzieć do Kazimierza Kaziu. Ja niestety mam imię absolutnie nie zdrabnialne.  Może stąd niechęć do zdrabniania.



Po powrocie czekało nas curry i naany. Zapobiegliwie przygotowałyśmy sobie obiad wcześniej. I całe szczęście bo korek w Tuszynie był jak najedzony wąż, długi i mało mobilny.

Chlebki naan:

1,5 szklanki mąki
1 łyżeczka suchych drożdży
pół szklanki letniej wody
pół łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka oleju
2 łyżki  jogurtu
2 łyżki mleka
1 łyżka cukru
pół łyżeczki czarnuszki
pół łyżeczki  ziaren kolendry
ćwierć łyżeczki soli

Najpierw w misce mieszamy drożdże, cukier i łyżkę ciepłej wody. Odstawiamy na 5 minut. W drugiej misce mieszamy ze sobą przesianą mąkę, proszek do pieczenia.
Dodajemy olej, jogurt, mleko i zaczyn drożdżowy. Mieszamy i wyrabiamy ciasto przez 5 minut. Przykrywamy i odstawiamy na 10 minut. Po tym czasie dodajemy sól, czarnuszkę i kolendrę i wyrabiamy jeszcze 5-7 minut. Znów przykrywamy i odstawiamy w ciepłe miejsce aż podwoi swoją objętość. Dzielimy ciasto na 4 kawałki i rozwałkowujemy je na podłużne, cienkie placki.
Rozgrzewamy patelnię i dodajemy łyżeczkę oleju. Kładziemy chlebek na gorącą patelnię i pieczemy aż się pojawią brązowe plamki. Chlebek powinien nabrać powietrza, jakby go coś od spodu nadmuchało.
Potem odwracamy placek na drugą stronę i znów pieczemy do pojawienia się brązowych plamek. Pieczenie jednego placka trwa nie dłużej niż 3 minuty.
Podajemy gorące a najlepiej polane stopionym ghee.



Curry warzywne:

1 łyżka żółtego curry
kilka różyczek kalafiora
1 cebula
1 marchewka
garść zielonej fasolki
garść groszku cukrowego
200 ml mleczka kokosowego
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka oleju

Curry to najłatwiejsza potrawa na świecie. 
Najpierw kroimy cebulę w piórka a marchewkę w słupki. Rozgrzewamy patelnię z łyżką oleju i kładziemy na nią łyżkę pasty curry. Przysmażamy kilka sekund. Wrzucamy cebulę i marchewkę. Smażymy 5 minut. Dodajemy kalafior i pokrojoną fasolkę. Wlewamy mleczko i sos sojowy i zagotowujemy. Gotujemy na niedużym ogniu aż kalafior i fasolką zmiękną. Dorzucamy groszek cukrowy i zdejmujemy z ognia.
Podajemy z naami.



Smacznego 

niedziela, 10 lutego 2019

Lutowy kabriolet i curry tandoori masala






















Kabriolet widzieć pod lasem w lutym - niechybnie radość cię spotka lub dostaniesz zapalenia zatok.

Widziałam dziś kabriolet. Na ulicy. BMW Z3. Jadący. Z otwartym dachem, żeby nie było wątpliwości. Ten widok tak mnie ucieszył, że postanowiłam przełamać mój blogowy impas i podzielić się ze światem tą radością.
Świeciło dziś słońce? Świeciło.
Termometry pokazywały plus sześć? Pokazywały.
Czy kalendarz świecił po oczach datą 10 luty? Bez wątpienia.
Czy miewam omamy wzrokowe? Nigdy.
Zresztą mam świadka tego wydarzenia. Obok siedział MMŻ i podobnie jak mnie, jemu też odjęło mowę w niemym zachwycie.
My, jadący w zamkniętej kapsule, wspomagani ogrzewanymi fotelami, uzbrojeni w czapki i szaliki i tenże kierowca, jadącego z naprzeciwka samochodu bez dachu i bez czapki!!!!

Zamknijcie oczy i spróbujcie to sobie wyobrazić. Jest luty, może i słoneczny przez jakieś trzy godziny, ale jednak luty.
Są rzeczy na świecie, które mogą zaskoczyć.

Kierowco czarnego kabrioletu, spotkanego na przedmieściach Zawiercia. Cokolwiek skłoniło cię dziś do przejażdżki z otwartym dachem (mam nadzieję, że to nie konsekwencja prozaicznej awarii dachu) nie ustawaj w wysiłkach przywoływania wiosny.
Co prawda jeden kabriolet wiosny nie czyni ale budzi zahibernowany umysł. Sądząc po ogonku samochodów sunących za wspomnianym cudem, nie nas jednych wprawiłeś w oszołomienie. Droga się wiła (Mody pamiętasz Smutnego Faceta?), my czekaliśmy na wjazd a przed nami roztaczał się widok jak na Via Panoramica przed Florencją.
Twój widok zadziałał jak iskra przystawiona do lontu. Przestałam ziewać, wciągnęłam brzuch, założyłam okulary słoneczne i uśmiechnęłam się do MMŻ jak mogłam najpiękniej.

Niektórzy jednak mają fantazję. Nie ma znaczenia kalendarz, pora roku, godzina, zdanie ogółu, i zalecenia lekarza rodzinnego.
Co tam katary i kaszle. Duch jest najważniejszy.

Idąc za ciosem ruszyliśmy na stację benzynową zaszaleć. Skoro inni mogą, to my nie będziemy gorsi.
I kupiliśmy sobie po lodzie.
Po powrocie do domu, zgodnie z zasadą "panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek", ugotowałam coś rozgrzewającego.
Curry, które uleczy absolutnie wszystko, nie wyłączając łupieżu:





Curry


(przepis dostałam od Modego)

5 łyżek oleju
2 duże białe cebule, posiekane w kostkę
5cm kawałek imbiru, starty
6 ząbków czosnku przeciśnięte
2 łyżeczki mielonego kuminu
2 łyżeczki mielonych ziaren kolendry
0.5 łyżeczki mielonego kardamonu
0.5 łyżeczki mielonego cynamonu
0.5 łyżeczki mielonych ziaren kozieradki
0.5 łyżeczki mielonej kurkumy
0.5 łyżeczki chilli
2 łyżki przecieru pomidorowego
400g pomidorów z puszki
5 łyżek jogurtu greckiego
750g mięsa/krewetek/paneeru/łososia
2 łyżki tandoori masali*
2 łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru
80g masła

*tandori masala paste to przyprawa, którą bez wysiłku możecie zrobić w domu:

3 ząbki czosnku
1 łyżka słodkiej papryki
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1 łyżeczka mielonego kuminu
Pół łyżeczki mielonej kolendry
Pół łyżeczki mielonego chilli (najlepiej kashmiri)
Szczypta mielonych goździków
Odrobina czerwonego barwnika spożywczego
200 ml jogurtu (jeśli używacie pasty od razu. W innym wypadku jogurt dodajemy krótko przed użyciem)

Wszystkie składniki mieszamy, zamykamy w słoiku i używamy, kiedy zachodzi taka potrzeba. Jeśli zmieszamy pastę z jogurtem to może przetrwać w lodówce ze 3-4 dni.

Zdaję sobie sprawę, że czytając składniki niektórzy już odpadli. Nuda straszliwa. Zgoda, ale jak zrobić jajecznicę nie rozbijając jajka.
Przypomnijcie sobie faceta w lutowym kabrio. On dał radę a wy nie dacie rady przebrnąć przez przepis?
Aby was pocieszyć przepis będzie wyjątkowo lakoniczny.

Smażymy cebulę, imbir i czosnek. Sypiemy przyprawy i dodajemy całą resztę oprócz ryby (mięsa, krewetek czy paneeru), masła, jogurtu i pasty tandoori. Smażymy z pięć minut. Potem blendujemy na aksamitny krem.
Łososia (mięso, krewetki czy paneer) obtaczamy skrupulatnie w paście tandoori i smażymy na oleju. Usmażone dodajemy do kremowego sosu. Zagotowujemy, dodajemy masło, cukier i jogurt. Delikatnie mieszamy. Zdejmujemy z ognia.
Podajemy z chlebkami naan lub ryżem.




Trzymajcie się ciepło i pielęgnujcie swoje fantazje.
Smacznego

wtorek, 21 października 2014

Co tak pachnie czyli ziemniaki z kalafiorem w wersji indyjskiej


























Nie ma kuchni bardziej aromatycznej niż kuchnia indyjska. Podobno dotyczy to nie tylko aromatów
przyjemnych dla naszych zmysłów ale i tych całkiem odmiennych.
Ci, którzy byli są zgodni. Indie to kraj oszałamiających doznań zapachowych. Może kiedyś to sprawdzę. Na razie trwa skuteczna kampania zniechęcania mnie do podróży. Bo brudno, bo niebezpiecznie, bo śmierdzi, bo, bo, bo.....
Ja swoje wiem i póki się sama nie przekonam będę tkwić w bollywódzkich klimatach.
Dzisiejsza kolacja właściwie czekała w lodówce pod postacią ziemniaków i ugotowanego kalafiora. Nie wiem jak wy, ale ja lubię resztki. Ich zastosowanie w niekonwencjonalny sposób jest jedną z moich ulubionych czynności kuchennych.
Drugie życie makaronu nie jest żadnym wyzwaniem. Równie łatwo ugotowany ryż szybko da się zastosować np. w arancini. Pieczone mięsa można wsadzić w pieróg, naleśnik czy sałatkę.
Ziemniaki aż proszą się by je odsmażyć i zjeść z kefirem. Albo w duecie z kalafiorem zanurzyć je w mleczku kokosowym z dodatkiem curry.
Lub można z nich zrobić małe zgrabne kuleczki i podać z gorącym sosem jogurtowo pomidorowym.
Z resztek z wczorajszego obiadu wyjdzie pięknie pachnące i przyjemnie chrupiące danie egzotyczne. Jedząc wczoraj na obiad ziemniaki z kalafiorem i jajkiem sadzonym nie spodziewałam się, że dziś będzie wycieczka do Indii.
Polecam ją wam, bo resztki są pyszne.



















































Alu kofta

5-6 ugotowanych ziemniaków
połówka ugotowanego na pół twardo kalafiora
5 łyżek mąki z ciecierzycy*
pęczek posiekanej kolendry
1 łyżeczka przyprawy garam masala**
sól
pieprz
*Mąka z ciecierzycy jest dość istotna w kuchni indyjskiej. Można ją kupić w sklepach ze zdrową żywnością. Ona nadaje cudnej chrupkości smażonym plackom bhaji czy pakorom.
Jeżeli jednak nie możecie jej zdobyć, to użyjcie mąki pszennej. Nie polecam własnoręcznego mielenia ciecierzycy, bo grozi to utratą słuchu.

**Garam masala to jedna z popularniejszych mieszanek przyprawowych. Nie zawiera żadnych tajemniczych składników i bez problemów można ją zrobić się samodzielnie. Potem zamknąć w słoiku i chwalić się znajomym naszymi zdolnościami.

Są nam potrzebne:
1 łyżka czarnego pieprzu
1 łyżka nasion kminu rzymskiego
1 łyżka cynamonu
pół łyżki goździków
pół łyżki kardamonu
ćwierć łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej

Wszystko mielimy w młynku lub ucieramy w moździerzu. Zamykamy w słoiku.

Najlepiej ugotować ziemniaki i kalafiora dzień wcześniej (tu kłaniają się resztki z obiadu).
Na tarce z grubymi oczkami ścieramy ziemniaki i kalafiora. Dodajemy mąkę i resztę składników.
Formujemy w dłoniach kuleczki wielkości orzecha włoskiego. Ja dodatkowo obtaczam je jeszcze w mące z ciecierzycy.
Odstawiamy je na chwilkę i rozgrzewamy olej w głębokiej patelni.
Smażymy kuleczki na gorącym oleju aż będą złote. Obracamy w połowie smażenia.
Usmażone wyjmujemy na papierowe ręczniki i robimy sos.

Sos pomidorowo jogurtowy:

1 łyżka masła ghee (może być olej)
1 łyżeczka startego imbiru
1 mała papryczka chilli, drobno posiekana
1 puszka pomidorów bez skórki
pół łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
pół łyżeczki kurkumy
sól
oraz 1 szklanka jogurtu

W rondelku rozgrzewamy ghee i smażymy imbir i chilli kilka sekund. Następnie dodajemy przyprawy i znów smażymy mieszając kilka sekund. Kiedy cała kuchnia zapachnie jak marzenie o Indiach wlewamy pomidory i gotujemy aż całość zgęstnieje.
Dodajemy sól i jogurt, mieszamy i zdejmujemy z ognia.
Podajemy do wszelkich kulek warzywnych, do smażonego paniru, czy po prostu moczmy w nim chlebki naan.

Ale pycha!
Kto leniwy bądź zbyt głodny by czekać na gorący sos niech weźmie jogurt, doda do niego zmiażdżony czosnek, odrobinę mielonego kuminu i łyżkę oliwy. Taki sos do moczenia tez jest zabójczo smaczny.



Aromatycznych wrażeń i smacznego

piątek, 22 lutego 2019

Kaizena miejsce na półce czyli paneer w sosie butter masala



























Dziś dzień zaskoczeń.... w mojej Biedronce trafiłam na paneer. 
Nie żebym go intensywnie szukała. Niczego nie szukałam. Do Biedronki nie lubię chodzić. Bo bałagan, bo zawsze tylko jedna kasa, bo ogonek sięga najciemniejszych zakątków sklepu. 
Niestety, jest to również jedyny sklep w mojej najbliższej okolicy, w którym kupię cięte kwiaty (w miarę świeże).
Jeśli więc nie chcę mordować środowiska "spalinami" mojego Eljota czy po prostu leń mnie przytłoczy, nie mam wyboru. Mam Biedronkę.
I tu natknęłam się na panner.

Jeśli ogarnęło mnie podniecenie, to tylko z racji szukania motywów. Kto wpadł na pomysł by do mojej "dziury" sprowadzić taki egzotyk. Przecież w moim "city" nawet tofu na półce wzbudziłoby sensację na miarę koalicji prawicy z lewicą. Wiem, bo w pierwszych dniach mojego bytowania wprawiłam w konsternację panią w sklepie ze zdrową żywnością: tofu? a kto by to kupił?

Codziennie modły wznoszę , że przynajmniej imbir nie jest na półkach dziwolągiem. Naród, co prawda coraz głębiej zanurza się w egzotyce ale raczej lokalnego gatunku. Pytania typu: a co pani z TYM zrobi (dotyczące świeżej kurkumy) przestały mnie już dziwić (programy pani Gessler zrobiły swoje). 
Zastanawia mnie bardziej kto decyduje o asortymencie sklepu w poszczególnych miastach. Kto rzuca stek z tuńczyka do sklepu, gdzie udko z kurczaka bez kości i skóry jest fanaberią (na własne uszy słyszałam bardzo dokładnie co ktoś myśli o tych, którzy to kupują oraz komu i gdzie się poprzewracało).

Zakupy kształcą.

Widać, ktoś uznał, że moje city rozwinęło się na tyle, że można zafundować mu ser pod tytułem paneer. 
Ludziska z ręki go sobie nie wyrywali więc nie wróżę mu błyskotliwej kariery.

Kiedy tak stałam przed półką z serem, opływana z każdej strony przez koszyki pełne bułek mrożonych i sztucznych pomidorów pomyślałam, że może warto wnikliwiej przyjrzeć się ofercie.

I tu kolejna niespodzianka: pierożki gyoza! Gdzie ja żyję?! Ja pojęcia o życiu nie mam?!

Uderzyłam się w pierś (dyskretnie) i już chciałam niewidzialnego stratega od dostaw przepraszać, kiedy jak żmija wredna, wpełzła mi do głowy wątpliwość. A jeśli ktoś się po prostu nie zastanowił. Może to zwykły rozdzielnik odgórny a nie potrzeba niesienia kaganka kulinarnej oświaty?

Ta lepsza strona mnie gwałtownie zaprzeczyła. No, co ty, przecież to czysty Kaizen. Metoda działania małymi kroczkami. Najpierw imbir, potem humus, kiedyś może galangal....
Przecież tofu czasem uda ci się kupić.
Dałam się przekonać. Zawsze moją cechą główną była naiwność.

Wracając do bohatera mojej historyjki, nie podniecajcie się paneerem. Każdy może go zdobyć. Leży na półce, każdego, nawet najmniejszego sklepu osiedlowego i nazywa się: twaróg. Taki w kostce, raczej twardy, by dało się go pokroić.
Jako wisienkę na torcie dodam, że każdy może go zrobić. U siebie w domu. Własnoręcznie.
I taki będzie nam potrzebny do dzisiejszego gotowania.
Danie oryginalnie ma w nazwie penner i dzięki temu brzmi profesjonalnie. Ja użyłam twarogu i wierzcie mi, smakowało jak to, które ma w tytule paneer.



Paneer butter masala (z Fresh India Merry Sodha)
300g paneeru lub twardego twarogu, pokrojonego w kostkę
3 łyżki klarowanego masła tzw. ghee
1 średnia cebula, pokrojona w piórka
Kawałek imbiru (około 4 cm) drobno pokrojony
5 ząbków czosnku, przeciśnięte przez praskę
Puszka pomidorów (tzw. passata)
1 łyżeczka kozieradki
1 łyżeczka mielonego cynamonu
Ćwierć łyżeczki mielonych goździków
Pół łyżeczki chilli
1 łyżka miodu
1 łyżeczka soli
Garść zielonego mrożonego groszku
1 łyżka uprażonych płatków migdałowych (ja o nich zapomniałam)
100 ml kremówki

Rozgrzewamy na patelni ghee i smażymy paneer do zbrązowienia. Wyjmujemy na talerz i odstawiamy.
Na tej samej patelni, na średnim ogniu smażymy (po dodaniu łyżki masła) pokrojoną cebulę. Smażymy około 10 minut aż lekko zbrązowieje. 
Dorzucamy imbir i czosnek. Smażymy ze 3 minuty i wlewamy pomidory. Przykrywamy patelnię, zmniejszamy ogień i niech bulgocze około 10 minut. 
W tym czasie na innej patelni (suchej) prażymy cynamon, goździki i kozieradkę. Do momentu aż poczujemy, że pachną. 
Potem w moździerzu próbujemy kozieradkę zmienić w proszek. Piszę „próbujemy”, bo kozieradka do łatwych nie należy. Jeśli uda się połowicznie lub nie uda się wcale, lekceważymy ów fakt i dorzucamy przyprawy do bulgoczącego garnka. 
Dodajemy miód, chilli i sól oraz paneer. Mieszamy delikatnie, przykrywamy i na malutkim ogniu zostawiamy jeszcze na 5 minut.
Potem dorzucamy groszek i wlewamy kremówkę. Przykrywamy i po kolejnych 3 minutach zdejmujemy garnek z ognia.

Podajemy posypane płatkami migdałowymi, zagryzając chlebkami naan lub nurzając w ryżu.





Smacznego