Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groszek cukrowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groszek cukrowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 sierpnia 2013

Co futro robi z człowiekiem i obiad awaryjny czyli naany z curry




Ile człowiek jeszcze się musi o sobie dowiedzieć!
Nigdy nie należałam do osób lubujących się w zdrobnieniach. Słysząc szczebiotanie do małego zbója w wózku: ti, ti, bobaśku. A cio bobasiek źlobił ze smoczusiem?, dostawałam mdłości. Mamusie wołające swoje pociechy: Kondzio! Sandrunia! powodowały, że ewakuowałam się na drugi koniec parku. Wszelkie tłumaczenia dzieciom zawiłości świata za pomocą infantylnego języka wywoływały wysypkę.
Niczego nie lubiłam zdrabniać. Foka nie była foczką, tylko foką, mleko było mlekiem a nie mleczusiem, a babcia babcią a nie babciunią. Twardo wymawiałam” r „ nie udając, że jako „l” jest lepiej przyswajalne. Dzieci miały ze mną ciężko. Za to problemy z wymową znałam tylko z teorii. Słowo „infantylne” zawsze było na mojej czarnej liście.
Wydawałoby się, że problemy ze zdziecinnieniem dopiero przede mną.
W życiu jak to w życiu, zdarzają się niespodzianki.
Ranek był piękny, rześki. Plan na dzień był następujący. Jedziemy z wizytą do Łodzi. Właściwie jedziemy aby dokonać wyboru. Trzy przepiękni przedstawiciele kociej arystokracji czekali na nas właśnie w Łodzi. Trzeba było tylko wybrać tego jedynego.
Byłyśmy przygotowane na mające nas spotkać niespodzianki, bo pod naszym dachem mieszka już od kilku lat jedna z uroczych kotek.
Imię zostało wybrane. Kot jeszcze na razie jest teoretyczny ale imię jak najbardziej realne.
Jak powiedziałam nic nie zapowiadało rewolucji uczuciowej. Całe 200 km piękną trasą Katowice Łódź przejechałyśmy dyskutując o przyszłości Unii Europejskiej i czy na wiosnę wrócą do mody getry.
Dwie dorosłe kobiety rozmawiające na dorosłe tematy.
To były ostatnie w tym dniu objawy zdrowego rozsądku. Potem nasze głowy zapełniły futerka, ogonki, pyszczki, prążki, kotki, koteczki, kociątka.


Jak zdziecinniałe zapomniałyśmy ludzkiego języka. Przez 2 godziny bełkotałyśmy jakimś dziecięcym narzeczem. Gdyby ktoś wtedy poprosił o nazwisko prezydenta RP na bank nie przypomniałbym go sobie.
Pojechałyśmy wybrać jednego kota. Gdyby był tylko jeden, jest nadzieja, że sprawy przybrałyby bardziej ludzki obrót. Niestety, kotów, kotków, koteczków było dużo więcej. Jak poradzić sobie emocjonalnie z taką ilością przytulności, bezbronności, miękkości, uroku, nie głupiejąc doszczętnie?
Jeśli przez całe życie unikałam z powodzeniem przesładzania języka, to nadrobiłam to w kilkadziesiąt minut. I wcale nie było mi wstyd.
W drodze powrotnej nietrudno zgadnąć, co było tematem wiodącym. Koty. A widziałaś jak…?
A pamiętasz jaki ten miał…? A kiedy ten…
Język już wrócił do normy ale emocje pozostały. Czy wybrałyśmy kotka? Nie było łatwo, bo jak wybrać tego jedynego najpiękniejszego spośród kilku najpiękniejszych? Wybór należał do Oli. To z nią mały futrzak poleci za wodę.
Wróciłyśmy do domu i stwierdziłam, że Lolo jest cieplejsze od Orlando a Citek brzmi o wiele bardziej uroczo niż Duende.  Nasze domowe koty też wydawały się być zadowolone z takiego obrotu spraw.
Czy zmieniłam zdanie na temat zdrobnień? Nie do końca. Doszłam do wniosku, że wszystko zależy od okoliczności.
Dobrze jest czasami powiedzieć do Kazimierza Kaziu. Ja niestety mam imię absolutnie nie zdrabnialne.  Może stąd niechęć do zdrabniania.



Po powrocie czekało nas curry i naany. Zapobiegliwie przygotowałyśmy sobie obiad wcześniej. I całe szczęście bo korek w Tuszynie był jak najedzony wąż, długi i mało mobilny.

Chlebki naan:

1,5 szklanki mąki
1 łyżeczka suchych drożdży
pół szklanki letniej wody
pół łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka oleju
2 łyżki  jogurtu
2 łyżki mleka
1 łyżka cukru
pół łyżeczki czarnuszki
pół łyżeczki  ziaren kolendry
ćwierć łyżeczki soli

Najpierw w misce mieszamy drożdże, cukier i łyżkę ciepłej wody. Odstawiamy na 5 minut. W drugiej misce mieszamy ze sobą przesianą mąkę, proszek do pieczenia.
Dodajemy olej, jogurt, mleko i zaczyn drożdżowy. Mieszamy i wyrabiamy ciasto przez 5 minut. Przykrywamy i odstawiamy na 10 minut. Po tym czasie dodajemy sól, czarnuszkę i kolendrę i wyrabiamy jeszcze 5-7 minut. Znów przykrywamy i odstawiamy w ciepłe miejsce aż podwoi swoją objętość. Dzielimy ciasto na 4 kawałki i rozwałkowujemy je na podłużne, cienkie placki.
Rozgrzewamy patelnię i dodajemy łyżeczkę oleju. Kładziemy chlebek na gorącą patelnię i pieczemy aż się pojawią brązowe plamki. Chlebek powinien nabrać powietrza, jakby go coś od spodu nadmuchało.
Potem odwracamy placek na drugą stronę i znów pieczemy do pojawienia się brązowych plamek. Pieczenie jednego placka trwa nie dłużej niż 3 minuty.
Podajemy gorące a najlepiej polane stopionym ghee.



Curry warzywne:

1 łyżka żółtego curry
kilka różyczek kalafiora
1 cebula
1 marchewka
garść zielonej fasolki
garść groszku cukrowego
200 ml mleczka kokosowego
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka oleju

Curry to najłatwiejsza potrawa na świecie. 
Najpierw kroimy cebulę w piórka a marchewkę w słupki. Rozgrzewamy patelnię z łyżką oleju i kładziemy na nią łyżkę pasty curry. Przysmażamy kilka sekund. Wrzucamy cebulę i marchewkę. Smażymy 5 minut. Dodajemy kalafior i pokrojoną fasolkę. Wlewamy mleczko i sos sojowy i zagotowujemy. Gotujemy na niedużym ogniu aż kalafior i fasolką zmiękną. Dorzucamy groszek cukrowy i zdejmujemy z ognia.
Podajemy z naami.



Smacznego 

czwartek, 1 sierpnia 2013

Makaron z przegrzebkami i straganem warzywnym oraz ani słowa o lodach.



Aż mnie korci by napisać o lodach. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie samymi lodami człowiek żyje.
Wiecie jak to jest dostać nową zabawkę. Niewiele się różnimy od dzieci. Moja sorbetiera pracuje niestrudzenie. Z każdą porcją lodów cieszę się bardziej z jej posiadania.
Najchętniej opowiadałabym wam tylko o lodach, ale zdaję sobie sprawę, że temat jest śliski. Zresztą, przecież my też nie samymi lodami żyjemy.
Od czasu do czasu muszę wykombinować coś konkretnego, bo MMŻ gotów wzniecić powstanie.
Lato się rozszalało. Nie tylko temperatury o tym świadczą ale też to, co na stole. Cały ogródek dziś wpakowałam do garnka. Chciałam by było zielono, czerwono, optymistycznie. Makaron przyjechał ze sklepu, małże i imbir też ale już wszystko co kolorowe, warzywne jest spod płotu. Chwilka…brokuł też nie jest mój, ale założę się, że rósł po sąsiedzku.
Posadziliście fasolkę na balkonie? Albo pomidory? Pochwalcie się swoimi zbiorami. Nic nie jest tak budujące jak widok tego, co sami stworzyliśmy. Nie ma to jak zrobić wrażenie na samym sobie.
Pokażcie swoje doniczkowe cuda.


Bazując na tym co w lodówce i na tym co w ogródku ugotowałam lekki makaron, idealny na ciepłe popołudnie. Nie musicie trzymać się przepisu. Każda zielenina będzie dobra. Zamiast brokułu może być kalafior, cukinia, czy fasolka. Kto nie lubi papryki, niech poeksperymentuje z bakłażanem.
Taka składanka by myself.


 Makron z przegrzebkami i straganem warzywnym
(dla dwóch osób) 

wiązka makaronu (w moim przypadku był to somen)
połówka czerwonej papryki
1 cebula
2 ząbki czosnku
dwa plastry imbiru
szklanka poszatkowanej kapusty pekińskiej
garść ugotowanego bobu
garść groszku cukrowego (można zamienić zieloną fasolka szparagową)
kilka różyczek brokułu
1 papryczka chili
2 łyżki oleju do smażenia

Sos:

2 łyżki sosu sojowego
2 łyżki sosu ostrygowego
1 łyżka octu ryżowego
kilka kropel oleju sezamowego
pół szklanki wody
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

Przegrzebki:
paczka przegrzebków (około 14 sztuk)*
szczypta soli
szczypta przyprawy pięciu smaków
olej do smażenia
Rozmrażamy małże. Osuszamy, lekko solimy i posypujemy przyprawą pięciu smaków.

Zaczynamy od przygotowania warzyw. Gotujemy wodę w garnku. Lekko ją solimy. Wrzucamy na nią groszek i brokuł podzielony na cząstki. Gotujemy minutę, wyjmujemy łyżką cedzakową i natychmiast przelewamy lodowatą wodą. Będą chrupkie, nie surowe i zabójczo zielone.
Na patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy na niego pokrojoną w piórka cebulę, drobno posiekany czosnek i imbir, pocięte na kawałki paprykę i chili (jeśli lubicie ostre smaki).
Smażymy 2 minuty mieszając od czasu do czasu. Dorzucamy kapustę pekińską i smażymy jeszcze pół minuty.
Zdejmujmy z ognia i dodajemy do nich zielone warzywa czyli bób, brokuł i groszek.
Stawiamy na piecu garnek z wodą by ugotować makaron (wg przepisu) i rondelek by zrobić sos.
Wlewamy pół szklanki wody z sosem sojowym, ostrygowym, octem ryżowym.  Odlewamy kilka łyżek do osobnej filiżanki. Łączymy z mąką ziemniaczaną i mieszamy. Gdy woda się zagotuje wlewamy rozmieszaną mąkę ziemniaczaną. Ona zagęści sos. Czekamy aż się zagotuje zdejmujemy z ognia. Dodajemy olej sezamowy. Mieszamy.
Wracamy do przegrzebków. Rozgrzewamy olej i smażymy przegrzebki po minucie z każdej strony. Usmażone kładziemy na papierowy ręcznik, by usunąć nadmiar tłuszczu.
Ugotowany makaron przecedzamy i hartujemy zimną wodą. Znów przecedzamy. Stawiamy patelnię z warzywami na piec i dodajemy makaron. Mieszamy pomagając sobie dwoma widelcami.

Rozkładamy makaron na talerze i polewamy sosem. Na górę kładziemy przegrzebki. Choć równie dobrze mogą być krewetki czy kawałek ryby.
Powiem wam w sekrecie, że bez rybnych dodatków makaron też smakuje świetnie.
Jeśli wam zostanie porcyjka, to makaron  następnego dnia, na lunch w wersji zimnej jest genialny.



*przegrzebki kupiłam w Kauflandzie , choć w Lidlu też widziałam.

A jutro napiszę o lodach!


Smacznego czwartku i pamiętajcie, że weekend już niedaleko

czwartek, 6 czerwca 2013

Buraczane gnocchi z groszkowym pesto czyli kolory grudniowe




Dziś będzie świątecznie. I na dodatek grudniowo. Nie będę was co prawda zachęcać do kupowania jemioły czy robienia makówek, ale źródło dzisiejszej obiadowej propozycji jest jak najbardziej bożonarodzeniowe.
W miejscach, gdzie obcy sobie ludzie spędzają razem sporo czasu, przychodzi taki moment, kiedy potrzebujesz czegoś więcej niż zdawkowe „dzień dobry”. Takim momentem są święta. Szczególnie te spędzane z dala od najbliższych. Wtedy następuje koncentracja sił i środków i bez względu na dietę, kolor skóry czy poglądy polityczne, ludzie siadają do jednego stołu. A wcześniej gotują to, co potrafią najlepiej.
Oprócz niezaprzeczalnych szoków w postaci np. wegańskiego haggisu są zapachy zdecydowanie nie polskie, kolory absolutnie nie świąteczne i smaki zupełnie nieoczekiwane.
W moim dzisiejszym opowiadaniu występuje potrawa kolorystycznie adekwatna do Bożego Narodzenia. Jej wykonawcami byli…Polacy. Ale podobno jej autora trzeba szukać w Australii.
Pojawienie się dania na stole wywołało podobno furorę. Z relacji naocznego świadka wiem, że z równą euforią zostało ono zjedzone. 
Wyprosiłam przepis i dziś jest ten moment by powołać go do życia w mojej kuchni.

Świeże buraczki i rosnące w donicach bazylia i rozmaryn przyśpieszyły moją decyzję. Tym bardziej, że kolor kolorem a potrawa wydawała mi się idealnym wyjściem na letni obiad. Lekka, pachnąca… no i te kolory!
Dookoła mokro. Chmura od poniedziałku wisi nad łąką. Niby kwiaty kwitną ale jakoś tak blado. Zamiast czerwcowego szaleństwa barw, wszystko zdecydowanie rozmyte, blade i mało energetyczne.

Jak się nie ma co się lubi, to się zakasuje rękawy i kombinuje w garach.


Buraczane gnocchi z groszkowym pesto

3 małe buraki
1 jajko
2 i pół szklanki mąki
375 ml ricotty
¾ szklanki startego parmezanu
1 i 1/3 łyżeczki soli
¼ łyżeczki pieprzu

Buraki myjemy i zawijamy w folię. Pieczemy w piekarniku aż będą miękkie. Buraki to odporne dranie i co najmniej godzinę muszą siedzieć w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni, żeby zmięknąć.
Potem je studzimy i ścieramy na najdrobniejszej tarce.
W misce łączymy wszystkie składniki czyli starte buraki, mąkę, parmezan, jajko, sól i pieprz. Jeśli okaże się, że masa jest za wilgotna, dodajcie więcej mąki. Buraki mogą być mniej lub bardziej wilgotne i od nich zależy konsystencja ciasta. Nie powinno kleić się do rąk. Jeśli kiedykolwiek robiliście kluski, to wiecie o czym mówię. Z ciasta muszą się dać uturlać małe kluseczki.
W garnku zagotowujemy wodę z solą i wrzucamy kluseczki.
Gnocchi są gotowe, kiedy wypłyną na powierzchnię gotującej się wody.  
Polewamy je masłem rozmarynowym i serwujemy z groszkowym pesto.


Masło rozmarynowe
2 łyżki masła
gałązka rozmarynu
W rondelku roztopić masło z igiełkami rozmarynu. 

Groszkowe pesto:
225 g mrożonego groszku
pęczek świeżej bazylii
2 łyżki tartego parmezanu
1/3 szklanki podprażonych orzechów nerkowca
1 łyżka śmietany
1 łyżka oliwy
1 ząbek czosnku, zmiażdżony
sól, pieprz

Wszystkie składniki  pakujemy do blendera i miksujemy do momentu uzyskania zarąbiście zielonego pesto. Kolor jest tak porażający, że obawiam się, że wiosna może się  nieco zawstydzić. 



A na koniec domowa anegdota na temat. 
Jest lipcowy wieczór. Stoimy na tarasie i gapimy się w niebo. Gwiazdy, Mleczna droga i nagle Dziecko pyta: a co tam tak mruga na czerwono i zielono?
Ja spokojnie: to nadchodzące Boże Narodzenie.
Dziecko: No, tak. przecież to logiczne.



Słonecznej drogi do weekendu i smacznego