Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chleb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chleb. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 listopada 2025

Żadnych wstępów ani usprawiedliwień


 


Po prostu czysty konkret w postaci przepisu na chleb.
Nie ma nic bardziej pokojowego i ludzkiego od upieczenia chleba.
Lubię idąc w gości przynieść pachnący, zazwyczaj jeszcze ciepły bochenek.
Nie bez kozery ważnych gości czy nowożeńców wita się chlebem i solą.
Ten, który niesie ze sobą chleb zazwyczaj nie niesie ze sobą złych zamiarów. 
Od mojej ostatniej tutaj wizyty minął ponad rok. Co się dzieło w tym czasie to temat na inną okazję. 
Dziś krótko i treściwie. Będziemy piec czarny chleb.
Skąd pomysł? Z piekarni w Rudzie Śląskiej "Śląsko Pajda". Pieką chleb, który wygląda jak skarby ziemi śląskiej. Jest czarny, jest fascynujący, jest wyzwaniem.
Moja wersja jest wariacją na temat. Nie miałam przepisu. Musiałam go poskładać samodzielnie. 
Jaki składnik byłby moim pomocnikiem w osiągnięciu zamierzonego celu? 

Czarny chleb? Jak to zrobić? 
Z pomocą i podpowiedzią "Śląskiej Pajdy" użyłam sepii…. i oczywiście sera pleśniowego (on z kolorem nie miał nic wspólnego).
Sepia to raczej nie występujący powszechnie w supermarketach składnik kulinarny. 
Tu z pomocą przyszła  moja obsesja zwożenia ze świata dziwnych ingrediencji. 
„Masz sepię?
Ależ oczywiście, leży zaraz obok pióra feniksa.”
To, oczywiście żart. Nie mam w kolekcji rzeczy dziwnych ani pióra Feniksa, ani włosa z grzywy Jednorożca. Ale posiadam zapasik sepii.
 

Nie mam bladego pojęcia czym ją można zastąpić. Można ją kupić w necie na stronie Kuchni Świata.


 


A miało nie być wstępów.
Teraz konkrety czyli przepis na czarny chleb.

Musimy mieć zakwas. W moim przypadku zakwas jest pszenny. Czy tłumaczyć jak dojść do zakwasu? 
Jeśli ktoś potrzebuje instrukcji, niech się odezwie.

Kiedy mamy aktywny zakwas możemy przejść do fazy drugiej czyli zaczynu.

20 g mąki pszennej razowej

20 g mąki pszennej chlebowej

15 g aktywnego zakwasu 

40 g wody 

Mieszamy, przykrywamy, odstawiamy w ciepłe miejsce.

Jeśli jesteście klasą pracującą zróbcie zaczyn nim wyjdziecie do pracy.
Po powrocie do domu możecie przejść do fazy trzeciej czyli:

cały zaczyn
300 g mąki pszennej chlebowej 150 g mąki orkiszowej jasnej
50 g mąki pszennej razowej
10 g soli
Jeden serek pleśniowy lazur
2 saszetki sepii (w saszetce jest 4g czarnego nero di sepia)
320 g wody
 
Mieszamy wszystko oprócz soli i sera. Przykrywamy do autolizy na godzinę.
Po godzinie mieszamy i wyrabiamy ciasto przez około 8-10 minut. Dodajemy sól i wyrabiamy kolejne 5 minut.
Odstawiamy pod przykryciem na 30 minut i składamy ciasto. 
Powtarzamy co pół godziny jeszcze dwa razy. 
Kolejne dwa składania robimy po 45 minutach.

Ostatnie składanie ma miejsce po godzinie. Wtedy rozciągamy ciasto i posypujemy pokrojonym w kostkę serem. Składamy i odstawiamy na godzinę.
Po godzinie składamy kolejny raz i kładziemy w koszyku do wyrastania. 
Koszyk przykrywamy i chowamy do lodówki.
Może w niej leżeć do następnego dnia. Jeśli mamy czas rano, pieczemy go rano. Jeśli bladym świtem pędzimy do pracy, pieczemy go po przyjściu do domu. Do zimnego piekarnika wkładamy garnek. Rozgrzewamy piekarnik do 245 stopni.
Kiedy piekarnik i garnek są już gorące, wyjmujemy chleb z lodówki, smarujemy wodą i posypujemy sezamem. Nacinamy nożykiem i wkładamy do BARDZO GORĄCEGO garnka, dorzucając na boki 2, 3 kostki lodu. Przykrywamy garnek pokrywką i wkładamy do piekarnika.
Pieczemy 25 minut. Obniżamy temperaturę i zdejmujemy pokrywkę. Pieczemy kolejne 25 minut.
Gotowy chleb wyjmujemy z garnka by wystygł na kratce.
A potem przyglądamy się z niekłamaną satysfakcją.
Nie smakuje jak arkusze nori i nie, nie pachnie rybą. Smakuje jak dobry chleb.
Traktuję go jako ciekawostkę, bo po latach pieczenia chleba czasem trzeba zrobić coś inaczej. Czy zagości w stałym chlebowym repertuarze? Raczy wątpię, chociażby ze względu na rzadkie występowanie kałamarnicy z Rawie. 
Zobaczyłam, zamieszałam, wypróbowałam. Teraz dzielę się z wami.
Co o tym sądzicie? 



 

 

niedziela, 30 maja 2021

Jak to robią wilgi i pachnący chleb z czosnkiem niedźwiedzim




Wyjście rankiem na taras jest jak spora dawka medytacji. I to nic, że zimno jak w marcu a woda kapie nawet parapetów. Dziś o 8.00 wyszło nareszcie słońce. Pierwsza próba wystawienia nosa na zewnątrz spaliła na panewce bo jeszcze pół godziny temu wszystko wyglądało jakby dzień dzisiaj nie miał się zacząć. Padało, padało i padało. 

Na zewnątrz wywabiły mnie śpiewy. 

Jak najciszej wyśliznęłam się na zewnątrz by nie płoszyć przyrody. I co zobaczyłam? 

W mokrym porannym powietrzu z modrzewia na modrzewia śmigały wilgi. Jeszcze deszcz przygniatał mokre gałązki a słońce nawet nie zamierzało otworzyć jednego oka, kiedy w drzewach szumiało, dźwięczało a przede wszystkim śpiewało. Wiecie jak śpiewa wilga? 

Pięknie. A tym razem śpiew był na kilka głosów.

Stałam i stałam, słuchając. Wilgi w naszej okolicy to nie rzadkość ale rzadkością jest je zobaczyć. Tym razem okazało się, że ten poranny "festiwal w Sopocie" to lekcja latania.

Pamiętacie kiedy opowiadałam o pierwszych lotach małych dzięciołów? 

Dziś część druga: jak uczą się wilgi.

Wilgi urządziły szkółkę  latania naprzeciwko mnie. Udawałam, że jestem fragmentem drzwi i z otwartą buzią, w zachwycie porannym chłonęłam widok.

Z drzewa na drzewo sfrunął, gwiżdżąc przeciągle ptak. Chwila ciszy i za nim poleciał następny. Potem rozległo się melodyjne śpiewanie i poleciał kolejny. Sytuacja powtórzyla się czterokrotnie. Śpiewu przy tym było mnóstwo. Każdy z młodych donośnie obwieszczał światu, że zalicza właśnie swoją kolejną gałąź. Mama zachęcając maruderów też śpiewała na całe gardło. Było  w tym spektaklu mnóstwo porządku i planowania. Kolejne etapy przefruwania z drzewa na drzewo odbywały się jak w balecie, synchronicznie i z wdziękiem.

Po dłuższej chwili, kiedy wszystkie kropelki wody zostały z modrzewi strząśnięte, wilgi przeniosły się do sadu. Uf, nareszcie mogłam wypuścić powietrze z płuc.

Co tam, że zimno. Co tam, że z drzew kapie woda jak z nie wyżętej skarpety. Co tam, że koniec maja a ja mam na sobie kurtkę narciarską. Takie poranki przypominają mi o jednym: przyroda robi swoje a my jako jej część nie powiniśmy jej w tym przeszkadzać. Aha, wspomniałam o medytacjach.... wiecie co się dzieje w krzakach o tej porze roku? Pojedźcie za miasto i posłuchajcie.  Może uda wam się podpatrzeć i podsłuchać co piszczy nie tylko w trawie.

A na zachętę dorzucam chleb z dodatkiem sezonowym czyli czosnkiem niedźwiedzim. 

Czosnek już co prawda kwitnie, ale nie przeszkadza to w wykorzystaniu i liści i kwiatów w kulinarnych kombinacjach.

Tym razem zachciało mi się chleba wilgotnego i obawy, że mokry chleb będzie sprawiał kłopoty zignorowałam na samym początku. Po prostu nie dopuszczałam myśli, że coś może się nie udać.

Wszystko poszło gładko i po mojej myśli. Dlatego zamieszczam tu ten wpis, bo za chwilę po czosnku niedźwiedzim zostaną tylko wspomnienia.

















Chleb z czosnkiem niedźwiedzim

150 g aktywnego zakwasu żytniego 

300 ml ciepłej wody plus dodatkowe 30 ml 

300 g mąki pszennej chlebowej

200 g mąki orkiszowej lub płaskurki

10 g soli

garść liści czosnku niedźwiedziego, pokrojonych w paseczki

Rano wyjmujemy z lodówki zakwas. Kiedy osiągnie temperaturę pokojową dokarmiamy go mąką żytnią razową i odstawiamy w ciepłe miejsce. Po 7 godzinach jest gotów do dalszej współpracy. Wtedy mieszamy zakwas z 300 ml wody i wlewamy do misy z mąkami. Mieszamy przez chwilę by mąka wchłonęła wodę i przykrywamy folią do żywności. Odstawiamy w ciepłe miejsce na godzinę.

Po godzinie wyrabiamy ciasto 3 minuty a następnie posypujemy solą i polewamy resztą czyli 30 ml ciepłej wody.

Wyrabiamy minutę i dodajemy pokrojony czosnek niedźwiedzi. Wyrabiamy jeszcze dwie minuty.

Ciasto będzie kleiste i absolutnie nie będzie przypominać zgrabnej kuleczki. 

Nic się nie martwcie, tak ma być. 

Ciasto  będziemy składać co pół godziny (czyli np pierwsze składanie o 16.00, drugie o 16.30, trzecie o 17.00, czwarte o 17. 30). 

Przez pierwsze dwie godziny czyli po 4 składaniach niewiele się będzie działo. Ale potem zauważymy, że siatka glutenowa to nie nowa nazwa zabiegu chirurgii estetycznej lecz fakt niezaprzeczalny drzemiący w naszej misce z ciastem chlebowym.

Kolejne składanie robimy po 45 minutach (czyli np o 18.15) i następne po kolejnych 45 minutach (czyli o 19.00). 

Potem składamy ciasto chlebowe co godzinę (czyli np o 20.00 i 21.00).

I pamiętajcie: gwarancją sukcesu w pieczeniu chleba jest naprawdę aktywny zakwas. Bąbelki, bąbelki i jeszcze raz bąbelki.

Zasada jest taka, że im bardziej mokre ciasto, tym więcej składań potrzebuje.

Po ostatnim składaniu posypujemy mąką koszyk do wyrastania chleba i umieszczamy w nim nasz bochenek.

Wkładamy koszyk do torby foliowej i niech sobie postoi w kuchni przez godzinę.

Po godzinie, koszyk, wciąż zapakowany w folię wkładamy do lodówki i idziemy spać. 

Garujący chlebek może mieszkać w lodówce nawet 24 godziny. Podobno, bo nigdy tego nie sprawdziłam. Moje zazwyczaj w okolicy śniadania lądują w piekarniku.

Rano wkładamy żeliwny garnek do zimnego piekarnika i rozgrzewamy piekarnik do 240 stopni. Po pół godzinie garnek powinien być odpowiednio gorący.

Wyjmujemy garnek na deskę (bardzo ostrożnie), zdejmujemy pokrywkę.

Wyjmujemy chleb z lodówki. Posypujemy z góry obficie mąką, co da nam gwarancję, że chleb się nie przyklei przy wyciąganiu go z koszyczka. Na górę chleba (jeszcze leżącego w koszyku) kładziemy karton i delikatnie odwracamy koszyk do góry nogami. Chleb powinien wylądować na umączonym kartoniku. Karton jest o tyle lepszy od każdego innego sposobu bo da się z niego zrobić rynienkę po której spłynie do garnka chlebek.

Nacinamy ostrą żyletką z góry nasz bochenek (lub nie) i bez wahania zsuwamy bochenek z kartonika do gorącego garnka. Przykrywamy garnek pokrywką i wstawiamy do piekarnika na 25 minut. Po tym czasie zdejmujemy pokrywkę i dopiekamy chleb jeszcze przez 20 minut, zmniejszając temperturę do 210 stopni.

Upieczony chleb wyjmujemy z piekarnika (razem z garnkiem) i ostrożnie, pomagając sobie nożem i rękawicą, wyjmujemy chleb z garnka. Studzimy na kratce a potem mdlejemy z przejęcia.

Smacznego i drobna sugestia. W tym przepisie czosnek niedźwiedzi można zastąpić boczkiem, morelami, rodzynkami, orzechami, bazylią, rozmarynem i co wam tam jeszcze do głowy wpadnie.




Powodzenia


sobota, 6 marca 2021

Jak odkryłam sens noszenia maseczki i pieczenie chleba z miso

 
















Noście maseczki bo to może wam uratować urodę.

Bilans na dziś: trzy palce pokaleczone, dwa kolana obite i poł twarzy spuchnięte, w najbliższej przyszłości zapewne też sine.

Winny: brak jednego stopnia w schodach, dwie zajęte ręce, rozważania o możliwościach trucicielskich kimchi.

Okoliczności łagodzące: maseczka.

Gdybym jej nie miała to ucierpiała by nie tylko moja niezaprzeczalna uroda ale też zdrowie. Wyrżnięcie kością policzkową o dość kostropate podłoże jak nic skończyłoby się i krwawo i boleśnie. A mając na twarzy maseczkę przynajmniej oszczędziałam światu krwawych widoków. 

Jak przoczyłam ostatni stopień nie mam pojęcia. Powiem tylko, że wynurzyłam się z czeluści piwnicznych dumając nad ewentualnymi konsekwencjami przechowywania w piwnicy kiszonej kapusty w formie kimchi.

Po skażeniu zielonym smrodkiem dojrzewającej kapusty pekińskiej całego mieszkania , dostałam od MMŻ ultimatum: albo on, albo śmierdziel.

Po dwóch dniach od załadowania słoika na półkę nie dało się udawać, że nic się nie dzieje. Działo się i to bardzo. Czasem miałam wrażenie, że z szafki wypełzają na wolność wyjątkowo zjadliwe i ziejące zniszczeniem stworzenia. A to tylko niewinna kapusta  w fazie transformacji.

Każde załadowanie mieszanki kapusty, sosu rybnego, pasty krewetkowej, imbiru i czosnku wiązało się z wonnymi niedogodnościami ale tym razem jakiś czort wstąpił do słoika. 

Trzeciego dni w domu unosiła się mgiełka zaawansowanego rozkładu. Otwarte okna okazały się bezradne. Odświeżacz, pachnące świece i machanie rękami nie pomagało. Pozostało się wyprowadzić...lub wyprowadzić kiszonkę.

Kimchi musiało zniknąć! Nie na dobre lecz chwilowo. Ot, taka kapuściana separacja.

Więc wyniosłam je do piwnicy.

Po dwóch dniach czyli dzisiaj postanowiłam je odwiedzić. Jak się słusznie domyślacie już na schodach do piwnicy wiedziałam, że ma się świetnie. Pod względem wydzielanych woni, a jak się potem okazało przy próbie widelca, również pod względem smaku.

Jak coś tak cuchnącego  może smakować tak dobrze!?

Jeszcze kilka dni i kimchi zostanie spacyfikowane. Jego odurzająca woń straci na intensywności i tylko w chwilach otwierania słoika może nas jeszcze zaskoczyć niewielkim smrodkiem.

Nigdy nie jadłam durianu ale ta kontrowersja smakowo zapachowa jest chyba w jego przypadku podobna.

Z piwnicy na podjazd wychodzi okienko. Jakież było moje zaskoczenie kiedy przechodząc obok poczułam....no właśnie. 

Teraz rodzi się pytanie czy sąsiedzi nie staną się podejrzliwi? A nuż komuś wpadnie do głowy, że może w piwnicy coś oddało ducha i teraz zaczyna się rozkładać?

Zobaczymy, jeszcze ze trzy dni i kimchi wróci do domu. Może do tego czasu nie odwiedzą mnie panowie w mundurach.

Takie i podobne do nich rozważania tak oderwały moje myśli od śledzenia wlasnych kroków, że po wyjściu z piwnicy zgubiłam jeden stopień i zaczął się mój krótki lot ku ziemi;  resztę już wam opisałam na początku.

Śmiać się nie mogę, podeprzeć brody również. Ciekawe co rodzina powie kiedy wróci dziś do domu. 

Sińce, obtarcia, stłuczona gęba...Tylko policji brakuje.


Na frasunek dobry...chleb i jego upieczenie.

Blog White Plate jest jak kojący balsam na każdą bolączkę. A ksiażka CHLEB I OKRUSZKI pani Elizy Mórawskiej-Kmita to najlepsza przyjaciółka. Można jej bezgranicznie zaufać.

Z tej ufności wyszedł chleb z miso. Znajdziecie go w książce i jest wart każdego słowa napisanego przez autorkę. 





Chleb z miso 

Przepis będzie rozpisany na godziny bo po czterech próbach nareszcie wiem jak zorganizować czas by pieczenie nie wypadło o czwartej nad ranem.

składniki:

zaczyn:

20 g mąki pszennej razowej

20 g mąki pszennej chlebowej

20 g aktywnego zakwasu

20 g wody

oraz 

cały zaczyn (patrz wyżej)

350 g mąki pszennej chlebowej 

100 g mąki pszennej razowej

350 g letniej wody

50 g jasnego miso

5 g soli

50 g sezamu

proces twórczy:

wieczór:

- dokarmiamy zakwas żytni i zostawiamy na noc w cieple

następnego dnia rano około 8.00:

- mieszamy w misce składniki zaczynu, przykrywamy folią i odstawiamy na 6-8 g w ciepłe miejsce

- po 6-8 godzinach np o godzinie 14.00 mieszamy składniki zaczynu z resztą produktów oprócz soli i sezamu; mieszamy tylko do połączenia się składników i odstawiamy na 1 godzinę

- o 15.00 zaczynamy wyrabiać ciasto około 10 minut. W połowie wyrabiania dodajemy sól i sezam

- zaczynamy składać ciasto czyli wyrobione ciasto przekładamy na blat lekko posypany mąką i rozciągamy je lekko. Składamy jakbyśmy robili kopertę. Formujemy z grubsza w kulkę i wkładamy do  miski. Przykrywamy folią i odstawiamy w ciepłe miejsce na 30 minut (załóżmy, że jest godzina 15.45)

Na początku ciasto jest klejące, lekko przelewające się przez ręce ale nie zniechęcajcie się. Z każdym składaniem wasze palce poczują coraz pewniejsze wiązania glutenowe a doznanie to jest absolutnie zmysłowe.

- drugie składanie ciasta czyli godzina 16.15

- trzecie składanie ciasta czyli godzina 16.45

- czwarte składanie czyli 17.15

- piąte składanie ciasta, tym razem dopiero po 45 minutach czyli o 18.00

- szóste składanie po 45 minutach czyli o 18.45

- siódme składanie tym razem po godzinie czyli o 19.45

- ósme składanie chleba i formowanie przed włożeniem do koszyka czyli godzina 20.45

Ktoś powie ale zawracanie głowy z tym składaniem. Kto ma tyle czasu by cały dzień towarzyszyć rosnącemu chlebowi? Czy naprawdę? Dzisiaj, kiedy wychodzenie z domu jest średnio bezpieczne, pieczenie chleba jest całkiem przyjemnym sposobem na dobry nastrój. A ile w tym satysfakcji!

- po ostatnim składaniu posypujemy koszyk mąką lub otrębami i przekładamy do niego uformowany bochenek. Zostawiamy przykryty na godzinę w temperaturze pokojowej.

- około godziny 22.00 przykryty koszyk umieszczamy w lodówce i zostawiamy do rana

następnego dnia rano:

- wstawiamy żeliwny garnek do zimnego piekarnika

- włączamy piekarnik na godzinę na 240 stopni (garnek musi być naprawdę gorący)

- po godzinie wyjmujemy chleb z lodówki

- wyjmujemy (bardzo ostrożnie!!!) garnek z piekarnika

- posypujemy chleb w koszyku mąką, kładziemy na nim kawałek kartonu i delikatnie odwracamy koszyk do góry nogami. Chleb ląduje swoją płaską stroną na kartonie. Zdejmujemy koszyk.

- nacinamy chleb wg upodobań

- zdejmujemy pokrywkę z garnka i podginając karton (jakbyście chcieli zrobić rynienkę) zsuwamy chleb do garnka (nie dotykajcie garnka bo skończy się to oparzeniem!)

- przykrywamy garnek z chlebem i wstawiamy do piekarnika w tempretaurze 240 stopni

- pieczemy 25 minut

- zdejmujemy pokrywkę, zmniejszamy temperaturę do 220 stopni i pieczemy jeszcze 25 minut

- upieczony chleb wyjmujemy z piekarnika i z garnka na kratkę by wystygł.

Wiem, że można się znudzić czytaniem tego przepisu lecz wiecie: kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Tu ryzyka nie ma wcale bo po każdym chlebie może być następny, jeszcze lepszy.

A czas? Ile razy marnujemy go na zatruwające nas i do niczego nie potrzebne czynności.




Smacznego


sobota, 7 listopada 2015

Całkiem pozytywne jesienne śniadanie czyli grzanka z pieczonym awokado, tahini i jajkiem w koszulce
























Już zapomniałam jak to jest się nie śpieszyć.
Nie planować w nocy kolejnych kroków i nie martwić się na zapas brakiem lub nadmiarem.
Nie myślcie, że złowiłam złotą rybkę lub zaliczyłam przyspieszoną wizytę pewnego świętego w czerwonym kubraczku. Tak dobrze nie jest.
Wystarczył jeden tydzień, w którym wszystko szło jak po maśle a poziom zadowolenia i optymizmu wyskoczył w górę jak notowania Kukiza w wyborach prezydenckich.
Zaczęło się od rozkucia korytarza. Brzmi może mało zachęcająco ale gruz i ekipa dokonująca destrukcji byli obietnicą możliwości korzystania jednocześnie z czajnika i piekarnika. Prąd tajemniczą siłą jest i należy mu się specjalne traktowanie. Panowie od rozwałki byli jednocześnie zwiastunami nowej, lepszej przyszłości.
Pyłem pokryte zostały każde zakamarki dopiero co wyczyszczonego po przeprowadzce domu.
Nie narzekałam. 
Chyba w nagrodę, kiedy wylałam ostatnie wiadro zapylonej wody, do domu zawitał Mistrz od wszystkiego. I... alleluja!... kaloryfery ożyły i stało się ciepło.
Kolejnego dnia pojawił się kierownik od domofonu i nawiązałam kablowy kontakt z parterem. Koniec z bieganiem po schodach.
Następny w kolejce był spec od internetu i tu również obyło się bez niemiłych niespodzianek.
Kiedy w środę elektrownia łaskawie spojrzała na moje dokumenty i umówiła swojego fachowca, zaczęłam podejrzewać, że coś czyha za rogiem, bo tak dobrze jeszcze nie było.
A gdy w czwartek zastałam pod drzwiami faceta z dawno zamówioną sypialnią i na dodatek tenże facet wtargał ją do mieszkania, naprawdę zaczęłam się bać. Co więcej udało nam się z MMŻ tę sypialnię bez uszczerbku na małżeńskim życiu poskładać.
Po okresie spania na podłodze wróciliśmy do świata cywilizowanego człowieka i mamy łóżko.
Czy ja przypadkiem nie wyczerpałam swojego rocznego limitu szczęścia w tym tygodniu?
Cała ja. Jak się nie mam czym martwić, to się martwię, że powinnam się martwić.
Wczoraj wieczorem stwierdziłam, że jestem bezpieczna. Piątek, wieczór, za mną pasmo sukcesów.
I postanowiłam sobie dać spokój z martwieniem się.
Dzisiejszy poranek był ukoronowaniem udanego tygodnia.
Do niego pasowało nie byle jakie śniadanie.
Zjedzone spokojnie, powoli, bez planów na weekend.
Może uda mi się przyzwyczaić do tej normalności. Choć czujność zachować trzeba.



Jajko w koszulce, pieczone awokado i grzanka z tahini
(z październikowego Delicious)

2 kromki chleba
2 jajka
1 awokado
pasta sezamowa tahini
1 łyżka octu
pół łyżeczki oleju do smażenia
1 łyżka oliwy
1 łyżeczka uprażonych ziaren sezamowych
pół cytryny
sól
pieprz

Zaczynamy od jajka w koszulce.
Zagotowujemy wodę w głębokim garnku (do 3/4 wysokości garnka). Dodajemy 1 łyżkę octu. Rozbijamy jajko do miseczki. Kiedy woda się zagotuje, zmniejszamy ogień i robimy w niej wir (np. widelcem) i wlewamy delikatnie jajko. Gotujemy jajko 2 minuty. Wyjmujemy je łyżką cedzakową na ręcznik papierowy by woda ociekła (zostawiamy je na łyżce a łyżkę kładziemy na ręczniku).
Wkładamy kromki chleba do tostera. Na piecu stawiamy patelnię z odrobiną oleju. Obieramy awokado i kroimy na plastry. Kiedy patelnia jest gorąca kładziemy na niej plastry awokado i smażymy z obu stron około pół minuty. Powinno lekko się przybrązowić.
Upieczone kromki smarujemy tahini, przykrywamy upieczonymi plastrami awokado. Na górę kładziemy jajko. Posypujemy sezamem, pieprzem i solą. Polewamy oliwą i odrobiną soku z cytryny.
Podajemy.
























Nie mówcie, że to nie piękna kontynuacja tygodnia. Trzymam kciuki by dobra passa trwała. I tego wam życzę.

Smacznego

poniedziałek, 3 marca 2014

Śledzie właściwie idealne czyli w oczekiwaniu na chleb*




















Co to dzisiaj za dzień? Poniedziałek czy wtorek? Jakieś zamieszanie w głowie mojej nastąpiło. Tyle rzeczy dziś miało miejsce, że wydawało mi się w okolicy południa, że dzień trwa już ze dwanaście godzin.
Najpierw oddałam światu moje Dziecko. Wpadło jak po ogień w piątek. Jeszcze się dobrze nie ucieszyłam, że jest, a już musiałam ją wieźć z powrotem na lotnisko.
Potem uruchomiłam domową piekarnię, bo w jakiej pomroczności ciemnej obiecałam na imprezę śledziową upiec trzy bochenki chleba.
Moim problem jest, że czasami myślenie przybywa nieco spóźnione. Ani się zorientowałam a już kiwałam głową z entuzjazmem obiecując chleb własnej produkcji. Otrzeźwienie przyszło kilka godzin później. Gdzie ja upiekę te chleby? Mój kulawy piekarnik ledwo radzi sobie z jednym bochenkiem! Uprzedni entuzjazm musiałam przekuć w spełnioną obietnicę. Efekt jet taki, że w kuchni stoją trzy michy z rosnącym ciastem, a na każdym z nich leży harmonogram zajęć gimnastycznych czyli, o której muszą być składane.
Troszkę mi się to plącze, bo z perspektywy pokoju zapominam nie tylko o czasie, ale też o chlebach. Cała nadzieja w cieście chlebowym i w jego odporności na moje gapiostwo.
Jak się wywiązałam z obietnicy i jak wyglądają twory mojej prywatnej piekarni powiem jutro, bo na razie chlebki pączkują w cieple.
Jutro śledzik i oprócz chleba pożądany byłby jakiś solony, zielony, marynowany, wędzony, moczony czy smażony.
Napisałam kiedyś, że ciągle poszukuję przepisu na śledzia idealnego. Dziś mogę powiedzieć, że chyba jestem blisko.
Śledź idealny to śledź skandynawski. Duńczycy znają się na tych rybach jak mało kto. Długo prowadziłam doświadczenia na biednych śledziach i ciągle nawet się nie zbliżyłam w okolice ideału. Aż do niedawna. Jest duża szansa, że w końcu moje poszukiwania zostaną uwieńczone sukcesem.
Oto śledzie właściwie idealne.



kubełek śledzi typu matias
(około 8-10 sztuk)
1 szklanka octu winnego lub jabłkowego białego
1 szklanka wody
pół łyżeczki soli
3/4 szklanki cukru
1 łyżeczka nasion kolendry
1 łyżeczka czarnego ziarnistego pieprzu
1 łyżeczka gorczycy
1 łyżeczka czerwonego pieprzu
1 łyżeczka ziela angielskiego
pół łyżeczki goździków
1 liść laurowy
3 łyżki soku malinowego

3 cebule, kilka gałązek koperku
Śledzie odsączamy z zalewy i zalewamy zimną wodą. Moczymy kilka godzin. Jeśli są wyjątkowo słone, to moczymy je dwukrotnie. Potem wyjmujemy z wody kroimy na kawałki.

Kiedy śledzie się moczą, zagotowujemy wodę z octem, cukrem i z wszystkimi przyprawami. Gotujemy 3 minuty i wrzucamy pokrojoną cebulę. Zagotowujemy i wyjmujemy cebulę łyżką cedzakową. Nie martwcie się, że łowicie ją z przyprawami. I tak wszystko wyląduje w śledziach. Cebula dzięki gorącej kąpieli nie będzie szorstka w smaku tylko perfekcyjna.
Wszystko studzimy.
W słoiku układamy warstwy śledzi, cebuli i koperku i zalewamy zalewą malinową.
Zakręcamy słoik i odkładamy do lodówki na minimum trzy dni. Potem są gotowe do zjedzenia.

























*nieco biblijne mi wyszło, ale przysięgam, że niezamierzenie

Smacznego

niedziela, 29 grudnia 2013

Grudniowe pomidorki i chleb z czarnuszką



Dwa mamy w roku najważniejsze święta. Wiosenne i zimowe. Boże Narodzenie i Wielkanoc. I niby wszystko jest jak być powinno. Ilość się zgadza, pory roku są, tylko jakby nieco na odwrót. Wiosenne święta były zimowe a zimowe święta minęły wiosennie.
W poniedziałek wielkanocny lepiliśmy bałwana a w drugi dzień Bożego Narodzenia poszliśmy na długi, słoneczny, ciepły spacer do parku. Kiedy termometr pokazał plus 11 stopni, zaczęłam żałować, że nie zabraliśmy karpia i makówek do domu pod lasem. Choinek dookoła dostatek a pierwszą gwiazdkę byłoby widać jak na dłoni. Boże Narodzenie odbyłoby się w plenerze. Na szczęście wiosna trwa więc pojechaliśmy wczoraj.
Muchy latają na tarasie i ktoś przyniósł nam mysz. Leżała sobie pod drzwiami, choć od dwóch miesięcy nikogo za nimi nie ma.
Na pigwie znaleźliśmy malutkie świeże listeczki. Chyba ktoś ją wprowadził w błąd.
Bazie się srebrzą a na różach ciągle różowią się ostatnie jesienne pąki. Jednak największą niespodzianką było to co znalazłam w szklarni. Na dowód mam zdjęcie.



Ich smak był nieco odległy od sierpniowego i twarde były ponad przeciętną, ale były jędrne, krąglutkie i na sto procent grudniowe. Wyobrażacie sobie, grudniowe pomidory?
Postanowiłam się niczemu nie dziwić tylko cieszyć się ciepłem. Nigdy nie wiadomo jak długo potrwa. Może się okazać, że za kilka miesięcy zamiast szukać pierwszych przebiśniegów, znów będziemy zajączkowi wielkanocnemu zakładać szalik i czapkę.

Święta za nami, koniec roku przed nami. Między obfitością świąteczną a szaleństwem sylwestrowym musi być czas na normalność. Jej podstawą jest chleb.
Z radością wzięłam się za pieczenie chleba po dobrach świątecznych wszelakich. Nareszcie coś prostego, swojskiego i przywracającego porządek naturze.



Chleb pszenny na zakwasie z czarnuszką

dzień wcześniej:

100 g mąki pszennej
60 g letniej wody

Wymieszać wszystko i przykryć. Odstawić na noc w ciepłe miejsce.

kolejnego dnia:

360 g mąki pszennej chlebowej
130 g mąki pszennej pełnoziarnistej
300 g letniej wody
cały zaczyn z dnia poprzedniego
10 g soli
1 łyżeczka nasion czarnuszki

Mieszamy wszystkie składniki oprócz soli i czarnuszki.
Następnie przez 5 minut wyrabiamy ciasto (lub powierzamy to zadanie mikserowi z hakiem). Na 10 minut przykrywamy ciasto ręcznikiem i dajemy mu odpocząć 15 minut. Potem znów wyrabiamy 7-8 minut dosypując sól i czarnuszkę. Ciasto powinno być lśniące i zwarte.
Przekładamy ciasto do wysmarowanej oliwą misy i przykrywamy. Po 50 minutach składamy je jak kopertę, znów przykrywamy i odstawiamy na kolejne 50 minut. Następnie jeszcze raz składamy ciasto i formujemy bochenek. Przykrywamy ciasto czekamy aż podwoi swoją objętość.
Rozgrzewamy piekarnik do 230 stopni, spryskujemy ścianki wodą i pieczemy chleb 10 minut, po czym obniżamy temperaturę do 210 stopni i pieczemy jeszcze 45 minut.
Po upieczeniu wyjmujemy z piekarnika i czekamy aż ostygnie, choć zapach roznoszący się po domu wystawi na próbę naszą wytrzymałość.





Smacznego i wiosennego końca roku.

czwartek, 20 września 2012

Wpis nieco niepoprawny czyli jak nie piec chleba




Nie chciało mi się czekać na moment, kiedy piekarnik obwieści światu upieczenie chleba. Godzina była zbyt ekstrawagancka, jak dla mnie. O tej porze lubię raczej zakopać się w pościeli niż pilnować czy chleb ma brązową skórkę. Wiem, że to występek niewybaczalny. Jednak skoro już zaczęłam akcję „mea culpa” to powiem, że nie był on moim jedynym wczoraj wykroczeniem chlebowym.
Teoretycznie do upieczenia chleba wzięłam się dnia poprzedniego. Wtedy jeszcze wszystko szło jak należy. Zakwas został grzecznie dokarmiony, słonecznik uprażony. 
Rankiem nastąpiło jakieś dziwne przyspieszenie czasowe. Nagle zrobienie czegoś, co codziennie zajmuje mi kwadrans, zajęło mi pół godziny. A potem wszystko nabrało tempa i wyrobienie chleba odbyło się w biegu. Coś tam wymieszałam, michę przykryłam i miałam nadzieję, że w pewnym momencie czas obiektywny i  mój czas subiektywny jakoś się zsynchronizują. To nastąpiło dobrze po północy. Do tego czasu  chleb sobie żył własnym zakwasowym życiem, a mnie nękały wyrzuty sumienia. Krótka wizyta w domu uzmysłowiła mi, że być może śniadania jutro nie będzie (chyba, że sięgniemy po płatki). 
Skoro nie miałam na to wpływu, to spokojnym krokiem, po wszystkich atrakcjach wieczoru, wkroczyłam nocą do kuchni. Chleb osiągnął już postać rozpaczliwej, bladej masy. Wyrósł i chyba miał zamiar opuścić moją kuchnię, czemu się  nie dziwię, biorąc pod uwagę, jak go potraktowałam. Zanim rozgrzałam piekarnik, policzyłam sobie, że teraz muszę przy nim siedzieć najbliższe 1,5 godziny, żeby: 
                                                   a) dotrzeć do temperatury 230 stopni 
                                                   b) włożyć chleb do piekarnika
                                                   c) po dziesięciu minutach zmniejszyć temperaturę
                                                   d) posmarować chleb wodą 20 minut przed końcem pieczenia
                                                   e) wyjąć bochenek po upieczeniu z formy
                                                   f) położyć chleb na kratce
Wszystkie te czekające mnie etapy wydawały mi się czystym okrucieństwem. Próbowałam zainteresować  MMŻ nocną wartą przy piekarniku. Niestety, kiedy ja przekładałam ciasto do foremki, MMŻ zajmował już pozycję horyzontalną. Potem jeszcze rzeczowo stwierdził, że nie obudzi go nawet trzecia wojna światowa, a co dopiero jakieś nieśmiałe „ping” piekarnika.
Jeszcze raz przejrzałam punkty programu nocnego pod tytułem „pieczemy chleb” i doszłam do wniosku, że spokojnie mogę się ograniczyć  do pozycji „a” i „b”.  A z całą resztą chleb sobie sam poradzi.
Tak też zrobiłam. Zanim zasnęłam, do sypialni dotarł zapach, jakbym spała na zapleczu piekarni. Jeszcze mi przemknęła myśl, że chyba nie jest źle skoro pachnie i zasnęłam. 
Rano pomaszerowałam do kuchni aby rzucić okiem na to, co wczoraj zapowiadało się jako chleb.



Może nie jest to ósmy cud świata. Na sto procent wyjmowałam już pieca ładniejsze egzemplarze. Ale biorąc pod uwagę, że potraktowałam go po macoszemu, to rezultat i tak jest imponujący. I wiecie, że  smakował nam bardzo. Skórka, niestety, po bokach nieco rozmiękła, bo noc spędzona w foremce zrobiła swoje, a góra na pewno nie była błyszcząca,  ale śniadanie zjedliśmy z apetytem.
Do czego ta moja spowiedź prowadzi? Otóż, moi mili, nie traktujcie dosłownie tych wszystkich żelaznych zasad  pieczenia chleba. Czasami wszystko odbywa się zgodnie ze sztuką piekarniczą i chleb ma jak w raju. Zaś efekt jest żałosny. A czasami chleb ma warunki jak żołnierz w okopach i wychodzi z tego piękny okaz pieczywa.



Chleb (przypadkiem) nocny z ziarnami

Dzień wcześniej rano
Wyjąć zakwas z lodówki i dokarmić

Wieczorem:

I część:
35g siemienia lnianego
100g wody

II część:
75 g mąki pszennej chlebowej
2 łyżki zakwasu żytniego
90g wody
W dwóch miseczkach mieszamy jedną i drugą część. Obie miseczki przykrywamy folią i zostawiamy do rana.

Rano dnia następnego :

część I i II z dnia poprzedniego
15 g pestek dyniowych
20g pestek słonecznika (jeśli macie taką potrzebę, możecie te pestki uprażyć)
380g mąki pszennej chlebowej
40 g mąki żytniej razowej
170g wody
10 g soli
1 łyżka czarnuszki
szczypta kozieradki (dodatki są zupełnie nie obowiązujące, dodajecie, co lubicie)

Do sporej miski wlewamy i wsypujemy wszystkie składniki oprócz soli, czarnuszki i pestek. Mieszamy kilka minut na wolnych obrotach, dolewając wody. Kiedy składniki się połączą zwiększamy obroty i wyrabiamy jeszcze z 10 minut. Na tym etapie dosypujemy sól, przyprawy i ziarna.
Chleb może się nieco kleić, ale nie martwcie się, nie wpłynie to jego jakość.
Kulę wyrobionego ciasta przekładamy do naoliwionej miski i nakrywamy workiem foliowym. Po godzinie składamy je jak kopertę i znów zostawiamy na godzinę. Po niej przygotowujemy foremkę, czyli smarujemy ją oliwą i wysypujemy otrębami. Składamy ostatni raz ciasto i wkładamy do formy. Przykrywamy i czekamy aż urośnie. Czyli jakieś 2 godziny.
Nagrzewamy piekarnik do 230 stopni, wkładamy do niego pojemnik z lodem i nasz chleb. Po 10 minutach zmniejszamy temperaturę do 210 stopni i pieczemy jeszcze 35 minut.
Wyjmujemy z pieca, smarujemy bochenek gorący zimną wodą, żeby skórka byłą chrupiąca, wydostajemy z formy i stawiamy na kratce, żeby ostygł.
Tak wygląda upieczenie tego chleba zgodnie z literą przepisu. Ale, że nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli, to i tutaj możliwe są odstępstwa od normy.
Tym razem skończyło się bardzo smacznym śniadaniem a płatki ciągle mieszkają w szufladzie. 


Pięknego dnia życzę i smacznego

wtorek, 4 września 2012

Drugie śniadanie jako pretekst. Chleb z morelami i rodzynkami







Szkoda, że wcześniej  nie brałem kanapek do pracy- powiedział MMŻ odkrywczo. Zawsze mu mówiłam, że robię najlepsze kanapki na świecie. W szkole, nasze dziewczyny robiły kokosowe interesy wymieniając swoje śniadania na cudze. Z nawiązką. I nagle, po ponad ćwierćwieczu, okazuje się, że nawet MMZ można czymś zaskoczyć.
I pomyśleć, że właściwie został zmuszony do zabierania ze sobą drugiego śniadania. Racjonalne żywienie versus nieracjonalna waga. Koniec z żywieniem godnym drapieżnika czyli raz dziennie ale za to wiadro. Nastały czasy małych ale częstych posiłków. Stąd wzięło się drugie śniadanie.
Lubię robić kanapki. To zestawianie ze sobą składników. Dobieranie faktur i kolorów, smaków. Dwie kromki chleba są jak zagruntowane płótno. Wszystko może się na nim pojawić. Nie znoszę się powtarzać. Po tygodniu nigdy nie pamiętam czego użyłam do poniedziałkowej kanapki, a czego do wtorkowej.
Nikt nigdy nie robił dla mnie kanapek. Do szkoły robiłam je sobie sama, bo moja Mama wychodziła bardzo wcześnie do pracy. Potem nawet mi do głowy nie wpadło, żeby ktoś miał mi je zrobić. Ale wyobrażam sobie jak musi być przyjemnie i ekscytująco otworzyć pudełko z drugim śniadaniem i poczuć jego zapach a potem zgadywać jego skład.
Myślę, że taka sytuacja wywołuje uśmiech, bo kanapka też jest rodzajem informacji, którą szyfrujesz dla drugiego człowieka.
Podstawą każdej dobrej kanapki jest chleb. Warto poeksperymentować z mąką. W blogosferze aż kipi od przepisów jak upiec swój pierwszy chleb. Nawet wymówka „ja nie ma czasu” straciła na wartości od kiedy pojawiły się maszynki do pieczenia. W tym przypadku obecność piekarza jest zbędna.
Jakkolwiek byście tego chleba nie upiekli, satysfakcja jest równa zdobyciu Mont Blanc.
A musielibyście widzieć dumną minę MMŻ, kiedy tłumaczy znajomym, że w naszym domu chleb jest pieczony a nie kupowany.
Dziś więc pierwszy etap zrobienia kanapki, czyli dobry chlebek poranny, jeden z moich faworytów.



Chleb z morelami i rodzynkami czyli totalna łatwizna

400g mąki pszennej razowej
150g mąki pszennej białej
50g mąki żytniej razowej
7g suchych drożdży
300ml letniej wody
2 łyżki miodu
1,5 łyżeczki soli
garść drobno pokrojonych suszonych moreli
garść rodzynek

W wodzie rozpuszczamy miód i sól.
W dużej misce mieszamy wszystkie mąki i drożdże. Wlewamy powoli wodę i wyrabiamy ciasto. Podejrzewam, że większość z nas używa miksera. Przynajmniej w tej fazie pierwszej, klejącej. Jeśli tak, to miksujemy ciasto pięć minut powoli a potem zwiększamy prędkość i miksujemy jeszcze 7 minut. Pod koniec wsypujemy suszone owoce.
Pamiętajcie, że dolewanie wody najlepiej robić stopniowo. Jakieś tajemnicze siły sprawiają, że mając ten sam przepis, za każdym razem bywa inaczej. A to mąka jest bardziej sucha, a to warunki zewnętrzne bardziej wilgotne. Ćwiczenie czyni mistrza.
Zgrabną kulkę ciasta wkładamy do wysmarowanej oliwą miski i przykrywamy folią. Zostawiamy w spokoju na godzinę. Po godzinie składamy ciasto jak kopertę i znów zostawiamy na godzinę. Potem smarujemy olejem foremkę i wysypujemy ją otrębami. Tak przygotowana forma jest gotowa na przyjęcie ciasta chlebowego. Znów przykrywamy formę np. workiem foliowym i pozwalamy chlebkowi wyrosnąć. Trwa to około 1,5 godziny. Kiedy chleb podwoił swoją masę, włączamy piekarnik do 230 stopni. Do tak gorącego pieca wkładamy chleb (bez woreczka foliowego J).
Pieczemy z lodem czyli obok formy z chlebem stawiamy miseczkę z kostkami lodu.
Pieczemy w temperaturze 230 stopni 10 minut a potem zmniejszamy temperaturę do 210 i dopiekamy jeszcze 35 minut.  Potem wyjmujemy z foremki i smarujemy pędzelkiem zamoczonym w wodzie. Dzięki temu skórka będzie lśniąca.

Teraz czeka nas najtrudniejsze kilkadziesiąt minut. Chleb musi wystygnąć. Ale później już sama radość.



Smacznego a jutro zaproponuję wam dodatki do chleba

poniedziałek, 26 marca 2012

Imperium Rzymskie od kuchni czyli romertopf



Mój mroczny przedmiot pożądania nazywał się romertopf czyli garnek rzymski.
Naczytałam się samych ochów  na jego temat i zapragnęłam go mieć. Zrobiłam rozeznanie na rynku i okazało się, że moja desperacja nie sięga zbyt głęboko do kieszeni. Trzysta złotych za glinianą brytfannę wydawało mi się ceną kosmiczną. Te, o których słyszałam, że pojawiają się np w Ikea, miały wiele z pojawianiem się duchów. Wszyscy o nich mówią, mało kto je widział. Dałam sobie spokój. Skoro przeżyłam do tej pory bez garnka rzymskiego, to w przyszłości moje chleby też muszą sobie radzić bez niego.
I jak to bywa w życiu, w momencie kiedy przestał mi on się śnić po nocach, nastąpił cud. Moją fascynację targami, jarmarkami znacie. Niezastąpione Żarki i tym razem sprawiły mi niespodziankę. Na jednym ze straganów wciśnięty między chińskie talerze i tacki, stał sobie samotny romertopf. Cena była tak nierzeczywista, że zapytałam czy jest prawdziwa. Sprzedawca ze smutkiem odparł, że tej zamykanej doniczki nikt nie chce kupić od dawna. O! Doniczko moja! Chodź do mamusi! Musielibyście widzieć faceta, kiedy powiedziałam, że upiekę w niej chleb. Bezcenne!
Historia, którą opowiadam, zdarzyła się w zeszłym roku. Zapytacie dlaczego dopiero teraz opowiadam o nowym nabytku.Na początku przeprowadzałam na nim eksperymenty. Nie, najpierw długo sobie po prostu stał a ja pasłam nim wzrok. I cichutko powtarzałam sobie "mój ci on jest". Nic nie piekłam, niczego w nim nie gotowałam. Wystarczała mi sama świadomość posiadania. No, ale ile czasu można podziwiać garnek? Czas najwyższy upiec chleb i sprawdzić jak to cudo dokonuje rzeczy niebywałych.
Dorośli to jednak dzieci, tylko trochę większe. I zabawki nieco droższe. Każda zabawka w pierwszych dniach jest najważniejsza. Ja też chyba tylko mleka w swoim nowym garnku nie gotowałam. Wylądował w nim nie tylko chleb, ale i jarzyny, mięsa a nawet forma z ciastem (ciekawiło mnie czy zamknięte środowisko wpłynie na jakość wypieku).
Czas na podsumowanie. Taki garnek to dobry kuchenny wynalazek. Mięsko długo w nim duszone, przy niezbyt wysokiej temperaturze jest kruche, soczyste i bardzo aromatyczne. Mikroklimat garnkowy dobrze robi też warzywom. Myślę, że działanie jest tu podobne do naczynia w którym robi się tadżin. Gliniane ścianki nasiąknięte wodą i poddane wysokiej temperatutrze powodują, że chleb ma się jak w SPA. Komfortowo, ciepło i wilgotno. Czyli ma to, co pieczony chleb mieć powinien: gorąco, parę i spokój. Taka piekarnicza kapsuła.
Nie zdarzyło się, żeby chleb w romertopfie upieczony nie miał pięknej chrupiącej skórki.
Ten zaproponowany dzisiaj jest jednym z pierwszych.



chleb mieszany łatwiutki

200 g mąki pszennej razowej
200 g mąki pszennej chlebowej
10 0g mąki orkiszowej
200 g wody w temperaturze pokojowej
100 g mleka lekko podgrzanego
   5 g suchych drożdży
   8 g soli
   1 łyżka miodu
   3 łyżki uprażonych ziaren dyni
   2 łyżki musli

Mąkę pszenną chlebową przesiewamy przez sito i mieszamy z pozostałymi mąkami i drożdżami. Mieszamy wodę z mlekiem i rozpuszczamy w nich miód i sól. Dolewamy do misy z mąkami i mieszamy do połączenia się składników, czyli około 5 minut. Nie wlewajcie całego płynu od razu. Dawkujcie go w miarę zagniatania chleba, bo może się okazać, że wasza mąka ma inne potrzeby. Po pięciu minutach dosypcie ziarna i musli. Znów wyrabiajcie ciasto (wy, lub wasz mikser) pięć minut. Wyłączcie sprzęt i weźcie sprawy w swoje ręce. Jestem zwolenniczką tzw" przyłożenia palca." Żeby mi ktoś nie zarzucił,  że chleb zrobił się sam, kolejne kilka minut wyrabiam go własnoręcznie na blacie. Mam wtedy wrażenie nawiązywania mentalnego kontaktu z chlebem ;)
Wygnieciony chleb włóżcie do misy nieco wysmarowanej olejem i przykryjcie np folią do żywności.
Po godzinie odgazujcie chleb, składając go jak kopertę. Znów przykryjcie i dajcie mu jeszcze godzinę. Ponownie odgazujcie, składając i włóżcie go do garnka.  Pozwólcie mu podwoić swoją objętość. Teraz jest gotowy do upieczenia.

Romertopf ma tę wyższość nad innymi sposobami pieczenia, że nie wymaga formowania chleba. Ile ja się nakombinowałam, żeby z koszyczka przełożyć chleb na blachę, bez uszczerbku na jego objętości. A jeśli na dodatek ciasto nie było zbyt ścisłe, to rezultaty były opłakane. Wychodził placek zamiast bochenka. Garnek rzymski rozwiązuje te wszystkie  problemy za jednym zamachem. Ma taki kształt,  że po upieczeniu chleb jest idealnym bochenkiem.
Trzeba pamiętać jednak o kilku zasadach:
- przed pieczeniem na piętnaście minut napełnić go wodą. Pory w glinie napełnią się płynem i zadziałają  w piekarniku jak łaźnia parowa.
- po kwadransie wylać wodę i wytrzeć garnek do sucha.
- posmarować wnętrze garnka olejem
- wysypać otrębami
- zawsze, ale to zawsze wkładać  garnek z ciastem chlebowym do zimnego piekarnika



Piec nastawiamy na temperaturę 230 stopni i wkładamy zamknięty w romertopfie chleb. Pieczemy pod pokrywką pół godziny. Po tym czasie zdejmujemy pokrywkę i pieczemy jeszcze 30 minut.
Pięć minut przed końcem pieczenia możemy pędzelkiem posmarować chleb wodą, żeby był błyszczący.
Potem pozostaje nam tylko czekać z niecierpliwością aż wystygnie.



Pożyteczni byli ci Rzymianie.
Smacznego

P.S. Kto ciekaw innych zastosowań tego garnka niech zajrzy tutaj.

czwartek, 23 lutego 2012

Nieudana wyprawa z smacznym zakończeniem. Chleb pszenny nieskomplikowany


Ostatnia wyprawa do domu pod lasem skończyła się pocałowaniem klamki. Pamiętałam o zabraniu kartonów z pustymi słoikami i stosu przeczytanych gazet. Nie zapomniałam o worku ziarna dla ptaków. Prezenty dla znajomych czekały grzecznie zapakowane. Zapomniałam za to o rzeczy najważniejszej. Kluczy. Na nic powtarzanie od wieczora:"weź klucze, weź klucze". Rano po prostu spakowałam wszystkie rzeczy do bagażnika i wesoło ruszyłam w drogę. Po godzinie moja przytomna Mama raczej stwierdziła niż zapytała: klucze wzięłaś. O kurcze! Nie! Nie wzięłam tych cholernych, leżących na widoku kluczy. Na liście rzeczy, o których mogłam zapomnieć nie było kluczy. I właśnie one wyleciały mi z głowy. No cóż. Zamiast wizytacji była wizyta. Nie pytajcie co zrobiłam z z kolekcją pustych słoików. Pająki, kiedy się obudzą ze snu zimowego pewnie pomyślą, że nowoczesność im się objawiła w postaci szklanej instalacji. Jedynym miejscem, którego otwarcie nie wymaga kluczy to zielona budka z dziurą do siedzenia w środku. Nasz Mariot. I tam spoczęło wszystko, co powinno było wylądować w spiżarni. Jest w tym jakiś chichot losu. No, ale jeśli ktoś nie ma w głowie...
Zielona budka z dziurą jest ostatnim miejscem, w którym planowałabym coś przechować. Mam nadzieję, że na tym odludziu nie znajdzie nikt z naglącą potrzebą, bo czeka go niespodzianka. Zresztą, najpierw musiałby wyrąbać tunel w śniegu.
Z tematów prowincjonalnych, podzielę się z wami zachwytem nad kryształowym powietrzem i idealną ciszą wokół. Przed domem jak okiem sięgnąć pusto. Śnieg dookoła, bo zima łaskawie nam panuje, słonko świeciło. Nawet widziałam jedną muchę. Ospała była nieco i jakby się lekko zataczała. Ale nic w tym dziwnego, skoro dni w kalendarzu jej się pomyliły.
Pojedyncze jabłka w sadzie ciągle wiszą, a to najlepszy znak, że zwierzaki mają się w tym roku nieźle.    
Posiedziałyśmy na schodach, przeraziłyśmy wiewiórkę, która się nas zupełnie nie spodziewała, ogarnęłyśmy gospodarskim okiem nasze włości i pojechałyśmy z powrotem.
Po drodze wstąpiłyśmy na niezawodny targ wiejski i jak zwykle wróciłam do domu obładowana workami z mąką wszelkiego rodzaju. Posiadanie młyna w pobliżu jest sprawą nieocenioną. Mieszkając w mieście zapominamy, że mleko daje krowa a nie supermarket, a chleb powstaje z mąki a nie z mrożonych półproduktów.
Owocem tej wyprawy był chleb. Reszta zapasów zapakowana do worków będzie czekała na swoją kolej.



Chleb pszenny nieskomplikowany

wieczorem:

325 g letniej wody
250 g mąki pszennej
  3 łyżki zakwasu żytniego

Wszystko razem trzeba ładnie przemieszać, żeby nie było grudek, przykryć i zostawić do rana.

rano:

300 g maki pszennej (zmieszałam mąkę pszenną chlebową z pszenną pełnoziarniastą w stosunku 2:1)
  1 łyżeczka suszonych drożdży
  7 g soli
  1 łyżka miodu

Część wieczorną oraz część poranną umieszczamy w misie i hakiem mieszamy aż składniki się połączą. Przez pierwsze 5 minut wyrabiajcie na wolniejszych obrotach, przez następne na szybszych. Ja jestem zwolenniczką dopieszczenia ciasta ręcznie. Poświęcam mu więc jeszcze pięć minut i biorę je w obroty. Potem formuję kulę i odkładam do wysmarowanej oliwą miski na 2 godziny i przykrywam folią. W międzyczasie, co godzina składam ciasto jak kopertę. U nas w domu nazywamy to chlebową gimnastyką.
Po dwóch godzinach jeszcze raz składam ciasto i nadaję mu kształt bochenka. Oto i cała moja praca. Reszta należy do chleba. Ile czasu mu potrzeba, żeby podwoił swoją objętość? To zależy. Zazwyczaj zajmuje to około dwóch godzin. Jeśli wasz egzempalarz jest oporny, dajcie mu jeszcze trochę czasu umieszczając go w cieplejszym miejscu. Ja w takich przypadkach wstawiam go do piekarnika i nastawiam funkcję podtrzymania temperatury, czyli 35 stopni. Ale podobno starczy samo włączenie światła w piekarniku, żeby temperatura wzrosła.
Kiedy chleb już urośnie, nacinamy go (używam żyletki) i wkładamy do nagrzanego do 230 stopni piekarnika. Jednocześnie do piekarnika dajemu foremkę z kostkami lodu.
Pieczemy 10 minut a potem obniżamy temperature do 210 i dopiekamy chleb jeszcze 35 minut. Po upieczeniu wyjmujemy na kratkę i smarujemy z wierzchu wodą. Skórka będzie błyszcząca.
Cierpliwie czekamy aż ostygnie (to bardzo trudne zadanie) a potem jemy masełkiem.





Życzę niezapominania i pysznych chlebów
Smacznego

środa, 14 września 2011

Chleb z musli i miodem na śniadanie



Chleba, chleba. Woła MMŻ.Nie znaczy to, że jest głodny czy zabiedzony. Wyprawa spod lasu do cywilizacji zawsze niesie ze sobą obowiązek upieczenia chleba. Chociaż słowo "obowiązek" nie wchodzi w grę. Pieczenie chleba to jedna z wielu przyjemności, jakie można spotkać w kuchni.Nie będę się silić na oryginalność. O pieczeniu chleba powiedziano już tak wiele i zapisano już tyle papieru, że aż dziw że piekarnie nie zbankrutowały. Chcesz piec? Nic łatwiejszego.Takie wnioski wyciągnęłam z niezliczonych blogów i książek na tzw temat.  

Zanim odważyłam się zagnieść swój pierwszy bochenek, chodziłam wokół tematu jak pies wokół jeża. I zawsze znajdowałam pretekst, żeby to jeszcze odwlec. Raz mąka była problemem. Nie bardzo wiedziałam, o co chodzi z jej numerowaniem. Myśl o zrobieniu zakwasu powodowała zakwasy w szarych komórkach. Mówiąc szczerze, masakra.

Pierwszy chleb popełniłam w sierpniu zeszłego roku. Z premedytacja użyłam słowa "popełniłam", bo to, co upiekłam było przestępstwem w dziedzinie piekarnictwa. Wstyd było mi tak bardzo, że dobre pół roku nawet nie dotykałam worka z mąka.
Ale ciekawość zrobiła swoje. Znów czytałam, czytałam, czytałam. Kolejna próba była skokiem na głęboką wodę. Co tam pieczenie chleba na drożdżach! Jeśli już piec, to na maksa. Na zakwasie. Lisko z White Plate i Tratterze. Dzięki Wam wielkie za rady i instrukcje, których nie skąpicie na swoich blogach.

Pierwsze zdanie mojego wpisu zdradza, jak potoczyła się  dalsza przygoda z wypiekiem.
Chleb styczniowy był początkiem bardzo ekscytujących spotkań z domową piekarnią. W ruch poszły zioła, korzenie, przyprawy. Wpadłam po uszy. Jeszcze dziś pamiętam to uczucie dumy, kiedy rano na stół wjechał koszyk z chlebem, który upiekłam "tymi  ręcami".Nie było fajerwerków, ani czerwonego dywanu, ale pyszne śniadanie, a po nim następne. Pierwszym wyznawcą i recenzentem moich prób, został oczywiście MMŻ. Stąd jego wołanie o chleb w czasie pobytu w mieście. Niestety piekarnik w Domu pod lasem, nie daje rady rozgrzac sie chlebowo. Daje radę biszkoptom i tartom, ale to wszystko, na co go stać. Każda, więc, wyprawa do miasta oznacza precyzyjne planowanie czasu, żeby zmieścić i naukę, i zakupy, i obowiązki, i pieczenie chleba.
Póki co, nie będę udawać,że jestem twórcą jakiegoś oryginalnego przepisu. Kto ciekaw, niech zajrzy do piekarni blogów, wcześniej wspomnianych. Dzisiejszy wpis jest podziękowaniem i zachętą dla wahających się. Nie zrażajcie się niepowodzeniami. Po prostu próbujcie. A cały świat blogowy służy wam pomocą.
Zaproponuję wam dziś upieczenie chleba najłatwiejszego z łatwych, a przy tym, jednego z moich ulubionych. Jest to Chleb razowy z miodem i musli. Fantastyczny na śniadanie. Wystarczą do niego masło i miód jako dodatki, choć MMŻ łączy go z mniej konwencjonalnymi dodatkami np. podwędzanymi sardynkami. Czyli, co kto lubi.

Chleb razowy z miodem i musli

100 g mąki pszennej pełnoziarnistej
100 g maki pszennej chlebowej
300 g mąki pszennej razowej
  5 g drożdży instant
  7 g soli
340 g wody
  2 łyżki miodu, rozpuszczonego w odrobinie letniej wody
  4 łyżki muesli jakich kto woli: tropikalnych, leśnych itp (ja używam muesli w małych paczkach, takich gotowych do zalania mlekiem na śniadanie)

Wszystkie składniki wkładamy do misy i mieszamy własnoręcznie lub pozwolimy wykazać sie mikserowi z hakiem. Ciasto jest dość gęste, więc hand made wymaga nieco wysiłku. Po około 6 minutach mieszania, zagniatania i rozciągania, ciasto zostawiamy by odpoczęło przez pół godziny.
W miedzyczasie smarujemy foremkę oliwą i wysypujemy otrębami. Dzięki temu nie będziemy mieli najmniejszych kłopotów z wydobyciem upieczonego chleba z formy.
Po 30 minutach znów krótko wyrabiamy i wkładamy do przygotowanej formy.
Pozwalamy mu teraz w ciepełku wyrastać, aż podwoi swoją objętość.

Piec rozgrzewamy do 230 stopni. Wkładamy do niego formę, spryskując ścianki pieca wodą. Po 10 minutach zmniejszamy temperaturę do 210 stopni i pieczemy jeszcze 35 minut. Wyjmujemy z pieca i z formy na kratkę, żeby wystygł.
Prawda,że nieskomplikowane?
Pamiętajcie tylko, żeby nie trzaskać drzwiami piekarnika. Mój pierwszy chleb z musli spektakularnie, na moich oczach z pięknie wyrośniętego bochenka, zamienił sie w płaską cegłę. Ale jeśli jesteście ostrożniejsi, taka wpadka wam nie grozi.

Chlebek pachnie obłędnie, a smakuje jeszcze lepiej.
Smacznego