poniedziałek, 22 grudnia 2014

Zupełnie nie w temacie czyli ziemie zachodnie

























Zamiast stać w kolejce do wjazdu na parking supermarketu, wybraliśmy drogi jak najbardziej oddalone od wszelakich sklepów, karpia i sztucznych choinek.
Pojechaliśmy na wycieczkę. Naszym głównym kryterium był czas. I ilość godzin z odrobiną chociaż słońca. Założyliśmy, że cel musi znajdować się nie dalej niż półtorej godziny drogi od domu. Poznawanie nowych miejsc w ciemnościach nie było brane pod uwagę.
Wiecie jak to się robi? Zatacza się krąg dookoła miejsca startu i już. Kiedyś wbijało się cyrkiel. Teraz robi to google maps. Nam przypadła losowo wyprawa na zachód.
Dzień jest krótki by nie powiedzieć skarlały. Deszcz padał od rana a na dodatek wiało. Czyli warunki niezbyt zachęcające do wycieczek w Polskę.
Im dalej na zachód, tym niebo stawało się bardziej niebieskie. Szarości i deszcze zostawiliśmy za Kędzierzynem. Potem pojawiło się słońce.
Świat w ogóle nie wyglądał jakby się przejmował nadchodzącym Bożym Narodzeniem. Pola zielone, lasy przysypane brązami i rudością. Niebo po deszczu wyczyszczone jak okna na święta.
A słońce? Już dawno takiego nie widziałam.
Jechaliśmy prostą jak drut drogą przez lasy opolskie. Było niedzielne południe i wokół panowała pustka. Miasteczka przez które przejeżdżaliśmy jakby spały. W kałużach przeglądały się opuszczone bocianie gniazda i wspinające się po drabinkach Mikołaje. Nie zauważyłam ani jednej kolejki, ani jednego supermarketu.
Wpadliśmy na kawę do Głogówka i w dwie minuty obeszliśmy błyszczący pastelowymi kolorami rynek. Tylko psy wyprowadzały swoich właścicieli na przedobiedni spacer.
Co robią w taką przedświąteczną niedzielę głogówkowianie? Mam nadzieję, że nie tkwią w jakimś kolejkowym koszmarze.
Na obiad zaprowadził nad tripadvisor*.
Wpisujesz hasło „obiad”, przybliżoną okolicę, w jakiej się znajdujesz i już wiesz dokąd jechać.
Naszym celem były Krapkowice.
I tu wyjaśniła się zagadka pustych dróg i wiosek. Przekonaliśmy się, że to Krapkowice pełniły rolę magnesu przyciągającego tłumy.
Cały krapkowicki rynek został ciasno zastawiony kramami i namiotami. Na przyległych uliczkach nawet hulajnogi nie dałoby się postawić. Sądząc po tym można przypuszczać, że stawiła się tutaj cała zmotoryzowana i piesza okolica. 
Grzane wino, grillowane oscypki, chleb ze smalcem i całe stada pierniczków kusiły z każdej strony. Do tego kataryniarz i rękodzieła pod dostatkiem.
Tylko śniegu brakowało. Mikołaj jeździł dookoła rynku bryczką a renifery dostały wychodne.
Tak nas ten krapkowicki jarmark zauroczył, że nie spostrzegliśmy jak podkradł się wieczór.
Chociaż, czy o wpół do czwartej można mówić o wieczorze? Może raczej o późnym grudniowym popołudniu?
Wracaliśmy pustymi bocznymi drogami aż do wjazdu na autostradę.
I wróciło wrażenie poranka. Samochód za samochodem, sznureczkiem sunęły w kierunku jaskrawych plam światła. Do centrum, do superrmarketów, do megamarketów. Bo przecież idą święta, bo zakupy trzeba zrobić.
A my wracaliśmy z wycieczki.
























Nie myślcie, że jestem  abnegatem i mam w nosie święta.
Dziś rano grzeczniutko odpaliłam „biedronkę” i z listą zakupową w dłoni pomknęłam kupować rybę.
Bunt buntem ale potem trzeba założyć kapcie.


Życzę wam żebyście się nie dali zwariować. Jeszcze tylko dwa dni i od czwartku będzie można leżeć objedzonym brzuchem do góry.

*Z czystym sumieniem mogę tym, którzy zajrzą kiedyś do Krapkowic, polecić restaurację "Royal". 
Znajdziecie ją na rynku i kiedy już dostaniecie do ręki menu, wybierzcie absolutnie perfekcyjną zupę borowikową z grzankami. A do drugiego dania poproście o zestaw surówek.
Takich jak w Royalu nie jadłam nigdy w życiu. 
Będę za nimi tęsknić.



2 komentarze:

  1. :)Póki co uśmiecham się...a jeszcze wpadnę złożyć Wam swiąteczne życzenia!:))

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, Royal jest jak najbardziej do polecenia. Ziemie zachodnie zreszta rowniez.

    OdpowiedzUsuń