Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pająki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pająki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 maja 2017

Pająk nie waran czyli kokosowy mus z ananasem i białą żelką





















Boję się pająków. Jestem mało oryginalna, bo jakieś 60% ludzkości boi się pająków.
Odcienie tego strachu są różne: od niechęci i obrzydzenia do panicznej ucieczki gdzie pieprz rośnie.
Należę do tej ostatniej grupy.
A może powinnam powiedzieć, że należałam.
Oto historia mojego wychodzenia z fobii pająkowej.
Porządki działają relaksująco. Szczególnie kiedy jest niedziela. Nikt nie marudzi, że film, że chciałby pogadać, że znowu sprzątanie...itd.
Jestem sama z odkurzaczem i ścierą.
Macham rurą ssącą w przedpokoju i wtedy okazuje się, że tak całkiem sama jednak nie jestem.
Kątem oka widzi się czasem więcej. Niestety najczęściej są to, rzeczy, których nie chciałabym dobrowolnie oglądać. Mam czasami wrażenie, że to co widzimy kątem oka jest jakimś przekraczaniem granicy. Czasem widzę niewyraźny ruch, czasem co błyśnie, czasem się zakrzywi.
Tym razem mignęły mi nóżki, w ilości przekraczającej cztery. To był wystarczający powód do wzmożenia czujności. Pełny obrót zaowocował widokiem zmykającego ile sił w odnóżach pająka całkiem sporych (jak na moje granice wytrzymałości) rozmiarów.
Wrzask byłby bezcelowy. Od ściany do ściany naszego M nie było nikogo na kim moje wrzaski zrobiłyby wrażenie.
Nie było żadnego rycerza w zbroi, który ruszyłby na ratunek.
Uzbrojona w rurę odkurzacza próbowałam wygarnąć stworzenie spod lustra.
Akcję uznałam za zakończoną sukcesem. Pająk nie wypełzł, ja poczułam się bezpieczna. Ruszyłam dalej odkurzając resztę kątów.
Okazało się, że zwycięstwo odtrąbiłam za wcześnie.
Po godzinie zmagań z kurzem przyszedł czas na wodę.
Kiedy ponownie wkroczyłam do przedpokoju, pierwsze co zobaczyłam to pająk zapylający ile sił w nogach pod swoje z góry upatrzone miejsce pod lustrem. I po raz pierwszy zauważyłam, że ten mały pająk wygląda w wielkim przedpokoju jakby się zgubił. I zrobiło mi się go autentycznie żal.
On taki mały a ja taka wielka, na dodatek uzbrojona. Mój ty pająku, uparty jesteś. Niech ci będzie. Przysięgam uroczyście, że z mojej strony nic ci nie grozi. Żyj sobie w przedpokoju. Czas okiełznać bezpodstawne niechęci i zacząć żyć w symbiozie. Byle nasze ścieżki nie przecinały się za często.
Czy to początek końca moich pajęczych strachów? Wątpię, ponieważ na samą myśl o jesiennych krzyżakach na łące już dziś mnie ogarnia bezmyślna panika.
Ale może pierwszy krok zrobiony?

Mało kulinarna ta notka, prawda? Mnie to nie przeszkadza, a kto znudzony niech popatrzy niżej. Tam znajdzie pełną kuchenną poprawność czyli:









Kokosowy mus z ananasem pod białą żelką
(na cztery foremki)
mus pinacolada:

1 szklanka mleczka kokosowego
1 galaretka pinacolada, rozpuszczona w pół szklanki gorącej wody*
200ml kremówki
5 plastrów ananasa z puszki, odsączonych
*(jeśli robicie mus w gorący dzień lub boicie się, że galaretka nie stężeje, dodajcie 1 łyżeczkę żelatyny i rozpuśćcie razem z galaretką)

biała żelka:

1 tubka mleka skondensowanego słodzonego
100 ml kremówki
2 łyżeczki żelatyny

biszkopt:

2 jajka
2 łyżki drobnego cukru
2 łyżki mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
szczypta soli

Zaczynamy od upieczenia biszkoptu.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni.
Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia.
Ubijamy białka na sztywno. Dodajemy cukier i ubijamy do rozpuszczenia się cukru. Dodajemy żółtka i ubijamy jeszcze kilkanaście sekund.
Odkładamy mikser i dosypujemy mąki. Wcześniej mieszamy je ze sobą i przesiewamy przez sito.
Delikatnie mieszamy mąki z masą jajeczną.
Wykładamy ciasto na blaszkę i wyrównujemy powierzchnię.
Pieczemy 20 minut.
Po wystygnięciu zdejmujemy biszkopt z papieru i foremką, w której będziemy formować ciastka wycinamy kółka. One będą podstawą naszych ciastek.

Czas na mus kokosowo ananasowy. Ubijamy kremówkę i łączymy z wystudzoną i lekko stężałą galaretką. Dodajemy drobno pokroje plastry ananasa.
Delikatnie mieszamy.
Nakładamy do półkulistych, metalowych foremek (mogą być małe miseczki). Zostawiamy nieco miejsca by zmieścił się plaster biszkoptowego ciasta. Przyciskamy biszkopt do musu. Foremki wkładamy do lodówki by mus stężał.

W tym czasie przygotowujemy białą żelkę.
Żelatynę zalewamy odrobiną wody a potem stawiamy na garnku z gorącą wodą by się rozpuściła.
Kremówkę mocno podgrzewamy z mlekiem skondensowanym i łączymy z rozpuszczoną żelatyną.
Studzimy.

Kiedy mus kokosowy zastygnie (dobrze jest go włożyć na godzinę do zamrażarki) wyjmujemy go z chłodu i na kilka sekund wkładamy do wrzątku.
UWAGA: ostrożnie, by się nie oparzyć!
UWAGA: ostrożnie by nie nalać wody do foremki!
Kiedy ścianki się ogrzeją (tu wychodzi wyższość metalowych foremek nad ceramicznymi) mus wyskoczy bez trudu.
Zobaczycie przed sobą piękne białe kopułki pełne pysznego kremu. Stawiamy je na kratce by nadmiar polewy spłynął.
Wyjmujemy białą żelkę i polewamy mus. Schłodzenie musu w zamrażarce spowoduje szybkie stężenie żelki na musie.
Teraz pozostaje tylko chwilkę poczekać a potem przenieść ciastko na talerz.
Udekorowałam je białymi fiołkami. Opanowały całą grządkę z różami i aż się prosiły o użycie ich do białego deseru.

Smacznego i dużo radości w nareszcie słoneczny weekend.





A tym, którzy właśnie wybierają się oglądać warany, życzę dużo bezpiecznych wrażeń i cudnej przygody.

piątek, 22 sierpnia 2014

Owoc z historią czyli czekoladowe ciasto z rodzynkami w rumie i bananami

























Nie macie czasem w szczycie sezonu owocowego dość tych wszystkich biszkoptów z kremem malinowym czy drożdżowych z jagodami? Szczególnie w takie dni jak ostatnio, kiedy słońca jest jak na lekarstwo a myśl o jesieni coraz odważniej pojawia się w głowie. A propos jesieni, poczyniłam pewne spostrzeżenia.
Odważnie wybrałam się przez chaszcze, wyższe ode mnie, na poszukiwanie prawdziwków.
Las, w którym rosną (teoretycznie) dzieli od mojego domu kawałek leśnej dziczy splątanych jeżyn, malin, leszczyny i młodnika. Zapuszcza się tam tylko dziki zwierz. No i ja, oczywiście. Lubię wędrówki po lesie. Tu malinka, tam jeżynka. Wiem z doświadczenia, że nie należy przyglądać się zbyt wnikliwie otaczającej mnie faunie. Można zobaczyć coś, co do przyjemnych nie należy.
Ilość pająków przerosła moje najśmielsze obawy.
Były tłuste, włochate i zdecydowanie jesienne. I na nieszczęście niektóre łaziły po moim swetrze. Wrzeszczałam, machałam rękami, pędziłam na oślep. Byle dalej od nich. Uciekłam, ale czekała mnie droga powrotna. Dużo dłuższa, bo przez pola. Ale czego się nie robi dla bezpieczeństwa.
Aby nie zanudzać i wrócić do głównego tematu czyli ciast owocowych wspomnę tylko, że prawdziwki były, a ja postanowiłam NIGDY więcej nie zapuszczać się w ostępy dzikie. A już na pewno nie na progu jesieni.
Dni tak chłodne jak ostatnio rządzą się innymi prawami. Rzadziej mam ochotę na muślinowe pianki i delikatnie biszkopty. Częściej zaglądam do puszki z kakao i na półkę z czekoladą.
Dzisiejsze ciasto do lekkich nie należy, lecz jest tak wspaniałe, że nie mam najmniejszych wyrzutów sumienia. Na dodatek jest mało wymagające, dobrze smakuje nawet po trzech dniach (choć mało prawdopodobne by tyle przetrwało). No i zawiera owoce (bo przecież rodzynki to owoce z historią).





Czekoladowe ciasto z rodzynkami w rumie i bananami

pół szklanki rodzynków
pół szklanki rumu

Zagotowujemy rodzynki w rumie i zostawiamy do wystygnięcia.

Robimy ciasto.
2 jajka
ćwierć szklanki brązowego jasnego cukru
ćwierć szklanki ciemnego cukru muscovado (jeśli nie macie, to zastąpcie go jasnym brązowym)
4 bardzo dojrzałe banany rozgniecione widelcem
110 g masła, roztopionego i wystudzonego
1 szklanka mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki sody oczyszczonej
5 łyżek kakao
oraz
100 g czekolady połamanej na drobne kawałeczki

Ubijamy na puch jajka z cukrem. Dodajemy banany. Mieszamy i wlewamy masło.
Mieszamy wszystkie suche składniki (oprócz czekolady) i wsypujemy je do masy jajecznej. Ponownie mieszamy i dodajemy ostatnie składniki czyli połamaną czekoladę i napojone rumem rodzynki. Znów mieszamy.

Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni. Ciasto wlewamy do podłużnej formy, wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy około 1 godziny. Po godzinie sprawdzamy patyczkiem czy ciasto jest upieczone.
Podajemy z czymś orzeźwiającym np. malinami.

Jeżeli znacie inny sposób na plus osiem w sierpniu, to czekam na sugestie.




Smacznego weekendu

środa, 11 września 2013

Pierwszy muchomor i zupa dyniowo gruszkowa z szałwią



Chyba coś jest na rzeczy skoro takie przepisy zaczynają się pojawiać. Ranki zaczynają się mgliście a słońce jakby nieco senne nam świeci (jeśli w ogóle świeci). Czas zup gorących i pachnących, gęstych i energetycznych nadchodzi.  Boję się wymienić nazwę tej, która nadchodzi, żeby jej nie sprowokować do pośpiechu. Zawsze we wrześniu mam nadzieję, że w tym roku będzie inaczej. Tym razem jesień o nas zapomni i pójdzie się rządzić pod inną szerokością geograficzną. Chyba tylko ja mam nadzieję, bo cała przyroda wokół już się przygotowała.  Śliwki spadają, gruszki jeszcze się trzymają ale widzę, że już niedługo. Dziki postanowiły zrobić jesienne wykopki  i z pięknego trawnika, jak co roku, zrobiły jesień średniowiecza. W jeżyny nawet się nie zapuszczam, bo pająków tam więcej niż liści. Siedzą takie opasłe i tylko czyhają, żeby wleźć na spodnie. Dziękuję pięknie.
A najgorsze jest to, że wczoraj wypatrzyłam pierwszego czerwonego muchomora. Zgroza mnie ogarnęła. Jak nic idą zmiany. Na pocieszenia obok rósł piękny kozaczek.
Dwie rzeczy mnie jeszcze trzymają w nadziei. W sadzie rośnie brzoskwinia. Jest obsypana owocami ale na razie niedojrzałymi. Po raz pierwszy się zdarzyło, że gruszki dojrzały a brzoskwinia się leni. Czyli może coś wie? Po drugie, nasze koty nie przeniosły się jeszcze pod dach. Nawet deszcz nie jest w stanie ich zniechęcić. Tylko Panna Kota woli ciepłą poduszkę od wilgotnych spacerów.
Może lato jeszcze trochę z nami zostanie?



Jako osoba przezorna lubię mieć plan awaryjny. Na wypadek porannego lub wieczornego przymrozka. Krótkich gaci jeszcze nie chowam, ale zupę dyniową mam przygotowaną. Licho nie śpi.



Zupa dyniowo gruszkowa z szałwią

1 gruszka
1 cebula
2 ząbki czosnku
2 szklanki  upieczonej dyni (hokkaido lub butternuta)
kilkanaście liści szałwii
ser manchego do starcia
litr bulionu
2 łyżki topionego serka
2 łyżki śmietanki kremówki
1 łyżka oliwy
1 łyżka masła
sól
pieprz

Piekarnik  rozgrzewamy do 180 stopni. Dynię kroimy na ćwiartki i pieczemy polaną oliwą i lekko posoloną aż będzie miękka.* Obieramy cebulę i gruszkę a potem kroimy w kostkę.
Na patelnię wlewamy oliwę i wrzucamy 4 liście szałwii. Podgrzewamy oliwę, żeby nabrała szałwiowego aromatu (około 4 minut) i wyjmujemy liście. Dodajemy masło i kiedy się stopi wrzucamy pokrojoną cebulę i gruszkę.
Kiedy będą lekko karmelizowane, wlewamy bulion i dodajemy dynię. Gotujemy dwie minuty i miksujemy zupę. Ostrożnie, bo gorąca zupa jest niebezpieczna.
Do miksowanej zupy wlewamy śmietanę i dodajemy serek. Doprawiamy solą i pieprzem.
Jeżeli zupa jest za gęsta, dolewamy do niej bulionu.
Na patelni rozgrzewamy kilka łyżek oleju i wrzucamy liście szałwii. Nie spuszczajcie patelni z oka. Szałwia powinna pozostać zielona. Gorący olej sprawi, że liście będą chrupkie.
Wlewamy porcję zupy na talerz. Ścieramy obieraczką do warzyw kilka pasków sera i kładziemy na środek talerza. Obok kładziemy chrupkie liście szałwii. Jeszcze nieco świeżo zmielonego pieprzu i jemy ze smakiem.

* nadmiar dyni możemy zamrozić 

Druga zupa to pomidorówka z anyżem. Ta zupa była produktem ubocznym sosu pomidorowego. Dzieci za dyniową raczej nie przepadają  za to pomidorowa to zawsze  celny strzał.



Potrzebujemy na zupę pomidorową:
2 kilogramy pomidorów
1 gwiazdkę anyżu
1 gałązkę bazylii
1 łyżeczkę soli
pół łyżeczki cukru
3 łyżki serka mascarpone
bulion
ewentualnie parmezan lub makaron

2 kilogramy pomidorów zalewamy wrzątkiem, żeby się pozbyć skórek. Zalane gorącą wodą pomidory przykrywamy i odstawiamy  do przestygnięcia. Kiedy wystygną skórka zejdzie bez problemów.
Potem wrzucamy je do garnka z łyżeczką soli, połową łyżeczki cukru, jedną gwiazdką anyżku i gałązką bazylii. Gotujemy pół godziny i wyjmujmy anyż i bazylię. Miksujmy i dolewamy tyle bulionu, żeby całość miała waszą ulubioną gęstość. Na koniec miksujmy z dwiema łyżkami mascarpone. Doprawiamy (jeśli trzeba) solą i pieprzem.

Wlewamy na talerz. Na widelec nabieramy mascarpone i zataczamy kręgi w zupie. Sypiemy na górę nieco parmezanu i podajemy. 
Dzieci zadowolą się nieco bardziej płynną wersję z dodatkiem makaronu.

Obie zupy spełniają wszystkie oczekiwania zupowe na zbliżającą się, "sami wiecie kogo".


Smacznego i kolorowego środka tygodnia