Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mgła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mgła. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 stycznia 2014

Merdający ogon we mgle i sierpik nieco egzotyczny w czerwonym curry
























Mgła rano zalegała taka, że po drugiej stronie ulicy widziałam tylko merdający ogon. Gdzieś tam, poza moim wzrokiem, znajdowała się reszta psa. Mam nadzieję, że równie radosna jak ogon. Zapewne był tam również jakiś właściciel. Ale o jego nastroju nie świadczyło nic. Zresztą o właścicielu też nic nie świadczyło, bo sam merdający ogon nie jest gwarancją posiadania.
Dziwne takie nieme kino. Żadne dźwięki nie dochodziły z tej mgły. Samochody nie jeździły. A kiedy już jakiś przemknął, to z dość niemrawym pomrukiwaniem. Mgła jak wata. Pożarła nie tylko dźwięki ale też kolory. Moje niebieskie choinkowe dziwo naprzeciw okien stało się błękitnym obłoczkiem. Tajemniczo wyglądało. Niby widok zamknięty w kwadrat oka nudny do bólu. Oglądany codziennie bez emocji. A wystarczyła gęsta mgła i chwila zastanowienia w sobotni ranek i ruszyła wyobraźnia.
Pamiętacie opowiadanie, w którym ktoś znalazł guzik i do niego sprawił sobie płaszcz? Ja dorobiłam sobie psa do ogona.
Moja wyobraźnia ruszyła za tym merdającym ogonem. Ciekawe czy to pies machał ogonem czy ogon machał psem? Z mojej perspektywy kubka z poranną herbatą, zdecydowanie to drugie.
Jaki był ten pies? Duży czy mały? Kudłaty czy może bezwłosy? Ogon majtnął tylko przez moment. Nie miałam czasu przyjrzeć się szczegółom. Zresztą detale we mgle zmieniają swój charakter. Może tam nie było wcale psa? Może to moja wyobraźnia dorobiła sobie ogon do owianej kłębem mgły gałązki? Mgła jest zwodnicza. Nawet w mieście.

Po dwóch godzinach wszystko wróciło do szarej, styczniowej normy. Trochę szkoda, bo mgła zatarła kontury i przydała codzienności tajemnicy. Nawet pies mógł być nie psem a rybą. W końcu one też mają ogony.

Dziś tajemniczy sierpik na obiad. Ryba do zeszłego tygodnia mi nieznana. A od dzisiaj moja ulubiona. Kupiłam ją z czystej ciekawości w Tesco. Przy czyszczeniu poddałam się i porzuciłam filetowanie czy obcinanie płetw i ogona. Musiałabym mieć uścisk obcęgów żeby dać temu radę.
Jeżeli macie silne męskie ramię w okolicy lub regularnie ćwiczcie na siłowni, to spróbujcie się z nią zmierzyć, choć nie jest to konieczne. Upieczona w całości wygląda dość atrakcyjnie.


 sierpik blocha w czerwonym curry

2 sierpiki ( są pakowane próżniowo i mrożone)
sok z jednej cytryny
skórka starta z jednej cytryny
pół łyżeczki soli
1 łyżka czerwonej pasty curry
2 łyżki oleju arachidowego
1 czerwona cebula

Czystą i osuszoną rybę nacięłam nożem jak widać na zdjęciu. Skropiłam sokiem z cytryny i posypałam otartą skórką. Potem delikatnie posoliłam. Odłożyłam ją do lodówki na dwie godziny.
Potem rozgrzałam piekarnik do 190 stopni. Blaszkę wyłożyłam papierem do pieczenia. Cebulę pokroiłam w półksiężyce i wsypałam na blaszkę. Rybę wyjęłam z lodówki i posmarowałam czerwoną pastą curry od zewnątrz i od środka. Ułożyłam na cebuli, polałam olejem i włożyłam do piekarnika na pół godziny.

Po 30 minutach sierpik był gotowy do jedzenia.


Do niego zrobiłam szpinak z sezamem i miso:

opakowanie szpinaku
1 łyżka masła orzechowego
1 łyżka pasty miso
kilka kropli octu ryżowego
1 łyżeczka ziaren sezamowych

Zblanszowany szpinak dobrze osączyłam. W miseczce połączyłam 1 łyżkę masła orzechowego z 1 łyżką pasty miso i octem ryżowym.
1 łyżeczkę sezamu uprażyłam na suchej patelni.
Szpinak nałożyłam w kopczyk i polałam pastą orzechową. Na górę nasypałam ziarenka sezamu.

Gdybym mogła dałabym ogłoszenie reklamowe do prasy. Ryba pod tytułem sierpik jest genialna. Zwartość halibuta ale bez jego tłuszczowej otoczki. Absolutna rewelacja i oczarowanie. Koniecznie spróbujcie tej ryby.
























Dobrej soboty, słonecznej niedzieli i dużo smacznego

sobota, 4 maja 2013

Chmury, metamorfoza i warzywa w tempurze






Jak tu nie wierzyć w złośliwość losu. Dano nam długi weekend ale nie zagwarantowano pogody. To tak, jakby zapewniono nam wyjazd do Tajlandii ale nie zarezerwowano noclegów. Radość z wyjazdu ogromna a rozczarowanie na miejscu nie mniejsze.
Spakowałyśmy koszyki piknikowe, zamroziły wino musujące, odprasowałyśmy letnie sukienki a tu figa z makiem. Zamiast romantycznego pikniku, ogień w piecu. W miejsce schłodzonych bąbelków przyrządzałam grzane wino. A ciepły polar okazał się najlepszym przyjacielem.
Siedzę przy piecu i widzę, że zaraz za tarasem, na las spadła chmura. Wszystko w niej utonęło.
Podobnie jak koty, czekam z niecierpliwością na spacer. Ile można siedzieć przy piecu? Ja mam kalosze, nasze futrzaki nie. Jestem w lepszej sytuacji. Idę. Sprawdzę czy ta chmura da się polizać.
Gdy byłam mała, byłam przekonana, że chmury są jadalne.
Deszcz nie pada, ale wystarczy 10 minut na zewnątrz a wszystko jest przemoczone. Tylko włosy lubią taką pogodę. Okazuje się, że mogą pokazać swoją drugą kręconą naturę. Chowam te dziwne loczki pod kapturem i dziwię się, że ciągle mnie to dziwi.
Z tej mokrej waty wynurzają się drzewka w naszym sadzie. Okazuje się, że nie tylko moje włosy przeszły metamorfozę. Rano sad zapowiadał się kwitnąco. Teraz po prostu kwitnie. Różowe i białe wiśnie i czereśnie, brzoskwinie i morele. I już nie jest mi smutno. Już nie przeszkadza mi kapiąca z liści woda. Sad jest piękny. Zamglony, nierzeczywisty, odrealniony. Jutro w słońcu będzie zupełnie innym miejscem. Cieszę się, że dziś wygląda jak na impresjonistycznym obrazie.
To, co dziś zrobię na obiad jest bezpośrednim efektem tego spaceru. Kwitnące wiśnie, chmury kierują moje myśli do lekkiego jedzenia. Japonia. Tempura. Tylko warzywa, kilka krewetek i super lekkie ciasto.



Tempura:

brokuły, kilka różyczek
1 cebula
10 krewetek
pół papryki
1 cukinia
kilkanaście małych pieczarek

ciasto:
szklanka wody i pół szklanki piwa (310 ml)
2 łyżki mąki ziemniaczanej
1 i 1/3 szklanki mąki pszennej
¼ łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki soli



Robienie tempury na obiad czy kolację łączy się z pewnymi niedogodnościami. Smaży się ją partiami czyli zajmuje nieco czasu. Nie lubi być podawana na zimno, bo przestaje być chrupka. Jeśli zechcecie nakarmić nią pół tuzina osób, to zapomnijcie o siedzeniu przy stole. Chyba, że możecie liczyć na czyjąś pomoc. Innym wyjściem jest smażenie tempury w kilku garnkach.
To tyle tytułem wstępu.  Może zabrzmiało to zniechęcająco, ale nie dajcie się zniechęcić. Obiecuję wam, że warto trochę postać przy piecu. W takiej wersji warzywa czy ryby są skończoną doskonałością.



Zaczynamy.
Przygotowujemy składniki. Brokuł (lub kalafior) dzielimy na różyczki. Cebulę obieramy i dzielimy na płatki. Paprykę czyścimy i dzielimy na kawałki wielkości np. kostki domina. Cukinię kroimy na plasterki. Możemy też użyć niedużych pieczarek. Rybę dzielimy na kawałeczki. Surowe krewetki obieramy z pancerzyków, zostawiając ogonek.
Potrzebujemy raczej wysokiego garnka na olej. Nalewamy go tyle, żeby różyczka brokułu mogła swobodnie popływać. Stawiamy garnek na piec i włączamy nieduży ogień. Niech się podgrzewa a my zajmiemy się ciastem. W wersji idealnej powinno przypominać mgiełkę, welon. Powinno otulać krewetę czy plasterek cukinii jak druga skóra.
Jak je zrobić? Szybko i w arktycznych okolicznościach. Potrzebujemy zimnego piwa i zimnej wody. A właściwie nie zimniej. Potrzebujemy lodowatej wody i prawie mrożonego piwa.
Lejemy je do miski i sypiemy mąkę pszenną. Dodajemy przyprawy i krótko mieszamy. Jaka powinna być konsystencja ciasta? Jak śmietany 18%. Nieco rzadsze niż ciasto naleśnikowe.
Nie katujcie ciasta mikserem. Wystarczy łyżka. Grudki są mile widziane.
Mając ciasto gotowe, podkręcamy na maksa ogień. Kawałki warzyw, ryby lub krewetki moczymy w garnku z ciastem. Lekko strącamy nadmiar ciasta i wrzucamy  otulone ciastem kawałki do oleju. Smażymy z minutę i obracamy na drugą stronę. Wyjmujemy na papierowy ręcznik a po chwili na talerz. Podajemy natychmiast i sosem teryaki. 




Życzę wam smacznego i wesołej soboty