piątek, 17 kwietnia 2015

Ryba w płatkach róży czyli niecodzienny sposób na obudzenie


















Jedna kawa, druga kawa, trzecia kawa. Czy to pomoże? Czy zmusi moje powieki do bycia otwartymi? Czy czwarta kawa zmyje ze mnie umysłową budyniowatość. Myśli przedzierają się przez mgliste, lepkie zawiłości. Wiosna i pozimowe zmęczenie powoduje, że zasypiam w połowie wypowiadanego słowa. Mam wrażenie, że przyciąganie ziemskie uległo jakiejś tajemniczej zmianie. Jest bardziej przyciągające. I przyciąga mnie do pozycji horyzontalnej.
Najczęściej wypowiadanym do siebie zdaniem jest: nie śpij!
Terapia kawą średnio działa. Dziarskie spacery na świeżym powietrzu powodują, że po powrocie do domu jestem senna jak mucha jesienią.
Drastycznych metod na razie unikam, ale coraz częściej myślę o zimnym prysznicu. Tylko strach przed katarem trzyma mnie z dala od biegunowych klimatów.
Moje całe „ja” nie nadąża za czasem. Kiedy ciałem jestem już za progiem, duch jeszcze marudzi w pościeli.
Jak ja tęsknię za synchronizacją. Ciała z duchem, oczywiście.
Może ja mam coś z niedźwiedzia? One też są budzone wiosennym zewem a potem długo marudzą.
Słońce trochę pomaga. Jest go coraz więcej więc mam nadzieję, że moje baterie powoli osiągną zadowalający poziom. Na razie tyle energii zużywa utrzymanie mnie w pionie, że na wszelki wypadek się jednak położę.
A kiedy poczuję wiatr w żaglach mojego umysłu i przezwyciężę kolejny kryzys „warto czy nie warto”, powędruję do kuchni zrobię coś pysznego do jedzenia. Na przykład to....rybaę w płatkach róży.




Ryba w płatkach róży
(wg Yotama Ottolenghi)

4 filety białej ryby (dorsz, tilapia, sola lub wasza ulubiona)

marynata:
2 łyżki pasty harissa (przepis jak zrobić własną tutaj)
pół łyżeczki soli
1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
olej do smażenia

kilka łyżek mąki do panierowania ryby
2 cebule pokrojone w plastry

oraz do sosu:
1/3 szklanki czerwonego octu winnego
3/4 szklanki wody
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka harissy
szczypta soli
1 łyżeczka miodu
1 łyżeczka wody różanej
1 łyżeczka mieszanki przypraw do kibby* (niekoniecznie)
płatki róży do posypania

Mieszamy składniki marynaty i smarujemy nią rybę. Wkładamy rybę do naczynia, przykrywamy folią i chłodzimy w lodówce minimum godzinę.

Potem wyjmujemy rybę z lodówki i obtaczamy w mące. Smażymy na średnio rozgrzanym oleju z obu stron do zrumienienia.
Przekładamy usmażoną rybę na talerz a na tę samą patelnię kładziemy cebulę i na małym ogniu przysmażamy ją do momentu aż uzyska złoty kolor. Trwa to około 8 minut.
W miseczce mieszamy składniki sosu oprócz miodu i wody różanej.
Wlewamy sos do rondelka i zagotowujemy go. Gotujemy aż zmniejszy objętość o połowę. Wtedy dodajemy miód i wodę różaną. Gotujemy jeszcze minutę.
Włączamy ogień pod patelnią z cebulą. Na cebuli kładziemy rybę i polewamy całość sosem. Zagotowujemy i posypujemy różanymi płatkami.
Podajemy np. z fioletowymi ziemniakami** lub kuskusem.

*przyprawa do kibby to mieszanka ziela angielskiego, czarnego pieprzu, pieprz cayenne, papryczki chilli, cynamon, goździki, kmin rzymski, gałka muszkatołowa, majeranek i płatki róży.

** o fioletowych ziemniakach wkrótce





Smacznego i nie przejmujcie się weekendowym ochłodzeniem. Potem przyjdzie ocieplenie. Jak zawsze.

sobota, 11 kwietnia 2015

Poezja w czystej postaci czyli czekolada i róże jako tort




















Czekolada i róże. Każdy łasuch na dźwięk tych dwóch słów wpada w stan bliski ekstazie.
Czasami dopada mnie obsesyjna myśl na jeden temat. To jak muzyczny robak. Rano człowiek się budzi i ma wdrukowaną melodię w głowie. Skąd ona się wzięła? Czy to obcy wszczepili nam muzyczny implant? A może umysł robił inwentaryzację.?...nie wiem. W każdym razie budzę się rano a w głowie mi gra Modern Talking. Wyobrażacie sobie? Modern Talking!
Czy tego chcę czy nie brzęczy mi słodkie Cheri, Cheri Lady… I chociażby nie wiem jak mi się to nie podobało, nagle łapię się na tym, że nucę tę głupią melodię.

Z pomysłem aby pożenić czekoladę z konfiturą różaną było podobnie.
Czekolada z różanym aromatem. Róże czekoladowe w smaku.
Uwielbiam zapach róż. Wszystkie moje perfumy pachniały i pachną różą.
Z zamierzchłej wycieczki do Bułgarii najlepiej pamiętam małe drewniane flakoniki skrywające fiolkę z upojnie pachnącym olejkiem róży damasceńskiej. Gdyby jeszcze dało się ją zjeść.
Wtedy może nie ale dziś? Dziś wszystko jest możliwe. I lody o smaku kaszanki, i jabłko smakujące gruszką, i arbuz jako składnik curry.


Od samego początku miałam pod górkę. Biszkopt zamiast zamienić się w puszystą chmurkę urósł jakieś 5 centymetrów i ani centymetra więcej.
Postałam nad nim jak żona Lota i pogodziłam się z faktem.
Najważniejsze przecież, że urósł. Reszta będzie kremem...I różami oczywiście.



Tort różano czekoladowy

Biszkopt kakaowy:
(forma o średnicy 20 cm)

4 jajka
4 łyżki cukru pudru
4 łyżki mąki pszennej
2 łyżki kakao

Zaczynamy od oddzielenia białek od żółtek. Następnie ubijamy białka na sztywno i dodajemy do nich cukier puder. Chwilę ubijamy i po jednym dodajemy żółtka.
Wyłączamy mikser i ostrożnie mieszamy pianę jajeczną z przesianą mąką z kakao.
Dno formy wykładamy papierem do pieczenia i wlewamy masę.
Wstawiamy formę do piekarnika i pieczemy w temperaturze 180 stopni przez 35 minut.
Upieczone ciasto chłodzimy a potem zostawiamy w spokoju najlepiej do następnego dnia.
Wtedy kroimy je na dwie części i przekładamy kremem.

Krem różany:

300 ml kremówki
3 łyżeczki żelatyny
4 łyżki konfitury różanej
oraz
3 łyżeczki żelatyny
odrobina różowego barwnika (niekoniecznie)

Zagotowujemy kremówkę z konfiturą. Studzimy a potem przecedzamy. Bardzo dokładnie odciskamy konfiturę. Jej aromat jest na wagę złota.
Wystudzoną różaną kremówkę przykrywamy folią i chowamy w lodówce na 24 godziny.

Krem czekoladowy:

400 ml kremówki
1,5 tabliczki mlecznej czekolady
oraz
3 łyżeczki żelatyny

Poncz do nasączenia:

1 szklanka herbaty earl grey
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka wody różanej

Podgrzewamy kremówkę prawie do punktu wrzenia i zdejmujemy z pieca. Wrzucamy do gorącej śmietany połamaną czekoladę i zostawiamy na minutę. Potem dokładnie mieszamy do rozpuszczenia się czekolady. Studzimy czekoladową śmietanę i przykrywamy folią. Wkładamy do lodówki na 24 godziny.

Następnego dnia.
Zaparzamy szklankę herbaty earl grey. Studzimy i wlewamy łyżeczkę wody różanej i 2 łyżeczki cukru.

Do miseczki wsypujemy 3 łyżeczki żelatyny i zalewamy letnią wodą (tyle aby żelatyna była przykryta). Zostawiamy do nasączenia. Potem stawiamy miseczkę z napęczniałą żelatyną na garnuszku z gotującą się wodą. Kiedy żelatyna się rozpuści, zdejmujemy miseczkę z garnka.
Studzimy żelatynę.
Ubijamy mikserem różaną kremówkę, wyjętą z lodówki.
Kiedy krem jest gęsty wlewamy schłodzoną żelatynę i jeszcze chwilę miksujemy.

Nasączamy dolny blat ponczem i wykładamy cały krem różany. Wyrównujemy powierzchnię i wkładamy ciasto do lodówki.

Robimy krem czekoladowy tym samym sposobem jak krem różany. Rozpuszczamy żelatynę i schłodzoną dodajemy do ubitego kremu.
Wyjmujemy dolną część ciasta z lodówki i nakrywamy drugą częścią ciasta. Znów nasączmy ponczem i smarujemy górę i boki kremem czekoladowym.
Ponownie schładzamy ciasto w lodówce.

Ostatnim elementem jest polewa czekoladowa.

100 g gorzkiej czekolady
1 łyżka masła
100 ml kremówki
1 łyżka golden syrupu

Doprowadzamy kremówkę z masłem i golden syrupem prawie do wrzenia i zdejmujemy z pieca. Dorzucamy połamaną czekoladę i po minucie mieszamy dokładnie aż nie otrzymamy gładkiej, aksamitnej polewy czekoladowej.
Studzimy ją a potem polewamy górę tortu. Grawitacja zrobi resztę i polewa płynnie spłynie na boki, zasłaniając miłosiernie maleńkie niedostatki.
Tort był urodzinowy i solenizantka była nim zachwycona.
Czekolada i róże... to brzmi jak bajka.




A teraz idźcie i cieszcie się piękną wiosenną pogodą.


środa, 8 kwietnia 2015

Jak fioletowy stał się pomarańczowym i marchewkowe tagliatelle





















Podobno prawdziwy kolor marchewki daleki jest od pomarańczowego. Podobno bliżej marchewce w kolorze do buraka niż mandarynki. Podobno, podobno...
Marchewka, którą ja znam od zawsze jest pomarańczowa. Sok marchewkowy jest taki. I ciasto marchewkowe jest takie. I w parze z groszkiem marchewka zawsze jest ognistego koloru.
Kto i dlaczego pozbawił marchewkę jej naturalnego koloru?
Słyszeliście historię o tym jak marchewka oddała kolor w sprawie politycznej?
Chęć przypodobania się władcy w przypadku poczciwej marchewki skończyło się w rezultacie dyktaturą koloru.
Bo cóż z tego, że pierwsza marchew była fioletowa. Miała korzenie afgańskie, ale kto by się tam pytał Afgańczyków o zdanie. Tym bardziej, że sprawa miała miejsce ponad 900 lat temu.
Chińczycy też nie mieli wiele do powiedzenia z swoimi kremowymi i żółtymi korzeniami marchewkowymi.
Od szesnastego wieku Holendrzy ustanowili, że kolor marchewki będzie idealny kolorystycznie z ich barwami narodowymi. Oranje. Czy to na cześć Willema van Oranje? W końcu był dla Holendrów bohaterem narodowym, stawiając czoło hiszpańskiej potędze Habsburgów.
W każdym razie od tego momentu nie tylko Holandia jest pomarańczowa ale i marchewka zyskała nową, można powiedzieć, historyczną barwę. Od tego momentu żółci, kremowi, czarni kuzyni marchewki zeszli do podziemia.
Zaczęła się i twa do dziś hegemonia pomarańczowej marchewki.
Nie mam nic przeciwko jej obecnemu kolorowi. W końcu nic tak dobrze nie robi na poprawę ducha zimą jak ogniste kolory. Szkoda tylko, że nie bardzo mamy wybór. A ja lubię mieć wybór.
Dziś ugotowałabym zupę krem w kolorze pomarańczy a jutro podałabym fioletową marchewkę z zielonym groszkiem.
Jeżeli więc napotkacie na swojej drodze fioletową lub białą marchewkę nie zastanawiajcie się nad jej losem. Po prostu ją kupcie a potem bawcie się kolorami na talerzu.




pomarańczowe i fioletowe tagliatelle

4 marchewki (kolor nie ma znaczenia)
skórka otarta z jednej pomarańczy
sok z jednej pomarańczy
2 łyżki masła
szczypta soli
2 łyżki cukru
do wyboru szczypta mielonego kuminu lub imbiru
oraz uprażone orzeszki np. piniowe

Marchewki obieramy obieraczką do warzyw. Potem je myjemy i osuszamy np. ręcznikiem papierowym. Tą samą obieraczką ścieramy kolejne paski marchewki. Ta metoda jest najskuteczniejsza i najłatwiejsza. Paski wychodzą cieniutkie i marchewka naprawdę wygląda jak szeroki makaron.
Zagotowujemy rondel z niewielką ilością wody (wody powinno być tyle by marchewka była przykryta). Do wody dodajemy szczyptę soli i łyżkę cukru.
Wrzucamy do wody marchewki (oddzielnie fioletową, oddzielnie pomarańczową) i gotujemy minutę.
Odcedzamy marchewki.
W rondlu rozgrzewamy masło i wlewamy sok pomarańczowy i strartą skórkę. Zagotowujemy i odparowujemy sos. Potem wrzucamy marchewkowe paski (również oddzielnie), wsypujemy resztę cukru. Gotujemy marchewkę do momentu aż większość soku wyparuje.
Teraz musimy użyć kubków smakowych. Od naszego gustu zależy czy dodamy cukru czy nie. Od nas zależy czy dodamy np. mielonego kuminu czy może mielonego imbiru. A może do każdego koloru dodamy inną przyprawę?
Czy zjemy makaron jako samodzielne danie? Wtedy świetnie przysłużą mu się np. podpieczone orzechy.
Jeżeli tagliatelle będą dodatkiem np. do ryby w pomarańczowym sosie, wystarczy posypać je np. tymiankiem.
Możliwości jest sporo. Bez względu na to czy marchewka jest kremowa czy czarna.




P.S.
A wiecie, że ziemniaki też mogą być fioletowe?


Smacznego