środa, 10 lutego 2016

Mapo tofu i pierwszy pałac

























I masz człowieku. Wczoraj włos rozwiany, szalik upchnięty do torebki i wiosenny błysk w oku. Prawie, że zaczęłam pierwszych znaków wiosny wypatrywać.
Dziś włos oklapły, szalik, czapka i rękawiczki na swoim miejscu a oko zamglone deszczem.
Zlekceważyłam rankiem parasol i droga powrotna do domu przypominała bieg sprintera.
I ani mi w głowie było szukanie pierwszej zieleni, kiedy na horyzoncie majaczył katar.
Wystarczą trzy dni słońca i optymistycznej pogody i już zapominam, że przecież jest luty.
Weekend spędziłam na wycieczce krajoznawczej. Słońce świeciło zachęcająco i nic nie zapowiadało, że w środę czyli dziś zapomnę jak może być pięknie.
Na wycieczkę zabrałam MMŻ. Nawet nie protestował.
Nie była to co prawda wyprawa daleka czy wymagająca wcześniejszych przygotowań, ale wiecie jak to jest po zimie. Schemat: samochód, kanapa, łóżko, samochód jest dość rozpowszechniony przez ciemne miesiące roku.
Blisko wcale nie znaczy, że nie ciekawie. Nasza wyprawa nie przekroczyła 100 kilometrów.
Jeździ człowiek to tu, to tam a za progiem ma atrakcje zupełnie niesłychane.
Mieszkam w domu, który swój początek ma w drugiej połowie XIX wieku. .
Ten, kto go ufundował zbudował również inne. I tak to się zaczęło.
Zaczęliśmy od Krowiarek. Nie ukrywam, że zdjęcia na forum Śląsk jest piękny” były pierwszym krokiem.
Pałac w Krowiarkach i przylegający do niego park są imponujące. Oszczędzę wam danych historycznych bo są na jedno kliknięcie myszki, powiem tylko, że takie miejsca wzbudzają skrajne uczucia. Z jednej strony zapierają dech w piersi. Są piękne, rozbuchane architektonicznie. Niosą w sobie pewien rys ludzkiej pychy. Jakby mówiły: patrz jaki jestem wspaniały, jak wspaniały jest mój rozum i ręce.
Z drugiej strony pokazują jak potrafimy być głusi i ślepi. Z jakim lekceważeniem traktujemy kruche przedmioty.
Pałac stał, opierając się pożarom i znosząc przebudowy, od początku XIX wieku. Udało mu się przemknąć przez dwie wojny. Dotrwał w używalnym stanie do drugiej połowy XX wieku.
I w latach 70 wszystko się skończyło. Komuna odwróciła się plecami do pałacu.
Potem poszło szybciutko. Dziś jest jak widać. I musi upłynąć mnóstwo wody (a przede wszystko pieniędzy) by stał się na powrót klejnotem.
Ale my jesteśmy głupi. Po nas choćby potop – ciągle jeszcze wielu z nas tak uważa.
Zostało nam jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia. Świerklaniec, Karłuszowiec, Brynek, Maciejów, Nakło, Siemanowice, Rzędziny, Repty, Ramułtowice.
Na szczęście przynajmniej niektóre mają się dobrze.



















Wycieczka jak widzicie dała do myślenia.

Wieczorem zasiedliśmy do kolacji i poszukiwania kolejnego celu podróży za tydzień.  












 Mapo tofu czyli egzotyczne mielone


250 g mielonego mięsa z karczku
300 g twardego tofu
2 łyżki oleju arachidowego
2 ząbki czosnku, pokrojonego w plastry
2 łyżki pasty sojowej
1 łyżka pasty chilli
1 szklanka wody
1 łyżka sosu ostrygowego
1 łyżeczka brązowego cukru
1 łyżka pieprzu syczuańskiego
pokrojony szczypiorek


Na suchej patelni prażymy ziarna pieprzu syczuańskiego. Potem mielimy w młynku lub ucieramy w moździerzu.

Kostkę tofu kładziemy między kilka warstw papierowych ręczników i obciążamy deską do krojenia. Na niej stawiamy coś ciężkiego np garnuszek z wodą. Dzięki temu pozbędziemy się z tofu nadmiaru wody.

Na patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy pokrojony czosnek. Dorzucamy mielone mięso. Mieszamy by mięso lekko się przypiekło. Dodajemy pastę sojową, pastę chilli, sos ostrygowy. Wlewamy wodę i wsypujemy łyżeczkę cukru. Mieszamy, przykręcamy ogień i przykrywamy patelnię. Gotujemy około 15 minut. Jeśli większość wody odparowała (ale nie cała), kroimy tofu w kostkę. Wrzucamy na patelnię i delikatnie mieszamy z mięsem. Zdejmujemy z ognia. Posypujemy pieprzem syczuańskim i rozkładamy na talerze.

Posypujemy szczypiorkiem i podajemy z makaronem udon lub chow mein




Smacznego

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz