Pokazywanie postów oznaczonych etykietą truskawki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą truskawki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lutego 2021

Co pan na to Panie Andersen czyli wegańskie kruche z czekoladową truflą

 
















Pamiętam z dzieciństwa Bajkę o dwunastu miesiącach Janiny Porazińskiej

A właściwie nie bajkę pamiętam tylko fanaberie czarnego charakteru w postaci złej macochy (a jakże!). Otóż życzeniem wyżej wymienionej był koszyk świeżych malin, przyniesiony przez biedną sierotkę (a jakże!). Życzenie może i nie wygórowane gdyby nie małe ale... Rzecz miała miejsce zimą.

Biedna acz o złotym sercu sierotka dostała zadanie niemożliwe do zrealizowania. Macocha była kryta na dwa sposoby. Po pierwsze gdyby niebożątku udało się jakim trafem dotrzeć do ciepłych krajów by maliny zdobyć, jak nic w drodze powrotnej jak nie wilcy to wiatry mroźne zabiłyby niebogę. I byłoby po problemie.

A jeśli szczęściara wróciłaby z niczym ale cało i zdrowo, to przecież nie wywiązawszy się z prostego zadania zasługiwałby tylko i wyłącznie na wygnanie. I też byłoby po problemie.

Na każdej linii sierotka miała przechlapane. I ten dramat fascynował mnie najbardziej. Bo przecież wiadomo było, że sierotka zadania nie wypełni. Czy ktoś wtedy słyszał o malinach z Grecji? czy porzeczkach z Maroka? W grudniu? W lutym?

Trochę wody musiało upłynąć i nieco głów posiwieć by bajka o dwunastu miesiacach straciła swój sens.

Przy trzecim akapicie, gdy zła macocha władczym acz pełnym zjadliwej satysfakcji tonem ogłasza sierotce swoje życzenie, zamiast westchnienia pełnego rozpaczy ze strony audytorium padła podpowiedź: "eee, łatwizna...kupi w Tesco. Nawet butków zimowych do tego nie potrzebuje".  

No panie Andersen, jak pan teraz sprzedasz bajkę o Dziewczynce z zapałkami?

Lód latem, maliny zimą, pomidory i ogórki cały rok.

Kiedyś moje Dzieci hodowały po lecie, w akwarium dwa ślimaki winniczki. I póki było ciepło i sałata występowała w przyrodzie, chłopaki miały się nieźle. Ale potem przyszła zima i z braku sałaty, dzieci zaserwowały ślimakom dietę kapustną. Ślimaki w ramach protestu przykuły się do ściany akwarium i w tym stanie dotrwały do wiosny. Pożytku z nich nie było żadnego oprócz jednego wniosku. Przyroda to cykliczność. Jest czas na sałatę i jest czas na jarmuż. Delektowanie się szparagami niekoniecznie odbywa się w czasie zbioru kukurydzy.

I tak sobie dumałam wypakowawszy zakupy na stół. Spojrzałam na czerwone porzeczki, różowe maliny i nieco zielonkawe truskawki. Potem zawiesiłam oko na wirujących płatkach za oknem. 

Ale postawiliśmy ten świat na głowie! I ja też mam w tym swój udział. Bo kto to widział kupować maliny w lutym!!!

Na szczęście, żadna istota, "posiadająca oczy, przyjaciół i plany na przyszłość" do tego ciasta nie została użyta.






Tarta wegańska z czekoladową truflą


kruche ciasto wegańskie:

200 g mąki

100 g vege margaryny, schłodzonej

1 łyżka oleju kokosowego, schłodzonego

szczypta soli

2 łyżki cukru pudru

2 łyżki zimnego jogurtu vege kokosowego

2 łyżki zimnej wody

1 łyżeczka drobno posiekanego, rozmarynu lub skórki z cytryny, pomarańczy lub tymianku....

Forma 23 cm

temp. 200 stopni 

20 minut pieczenia (10 minut z obciażeniem)


Mąkę, pokrojoną na niewielkie kawałki margarynę i olej kokosowy, sól, cukier i dodatki (np skórkę cytrynową) wkładamy do malaksera. Miksujemy kilka sekund. Dodajemy jogurt i wodę i znów miksujemy kilka sekund. Jeśli ciasto zbija się w kulę, jest gotowe. Przekładamy między dwa arkusze papieru do pieczenia (będzie się bez problemu dało rozwałkować), spłaszczamy dłonią i schładzamy w lodówce. 

Jeśli ciągle w mikserze latają nam okruszki, wlewamy jeszcze łyżkę zimnej wody i miksujemy 3 sekundy.

Po godzinie wałkujemy ciasto na grubość jak kto lubi czyli między 0,5 a 1,0 centymetra i wykładamy nim formę na tartę. Nakłuwamy ciasto widelcem i schładzamy około godziny.

Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki, obciążamy papierem, na który sypiemy nn suchą fasolę i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni przez 20 minut. W połowie pieczenia zdejmujemy obciążenie wraz z papierem. 

Upieczone ciasto studzimy.


wegański krem - czekoladowa trufla:

krem kokosowy z dwóch schłodzonych puszek mleczka kokosowego

150 g gorzkiej czekolady

2 łyżki cukru pudru lub golden syrupu

4 łyżki płynnego mleczka kokosowego z jednej puszki (po wybraniu gęstej śmietanki z góry)

Miskę z połamaną czekoladą i płynnym mleczkiem kokosowym stawiamy na garnku z wrzącą wodą. Roztapiamy czekoladę, mieszamy by połączyła się z mleczkiem kokosowym. Zdejmujemy i studzimy.

Wyjmujemy z lodówki schłodzoną śmietankę kokosową. Ubijamy w mikserze (jak białka) z cukrem pudrem aż stanie się nieco puszysta (cudów nie oczekujcie, chodzi o to by ją rozbić a nie napuszyć). Dodajemy wystudzoną czekoladę i ewentualne dodatki np, płatki chilli czy kryształki soli i ubijamy kilka sekund. 

W rezultacie otrzymujemy aksamitną truflę czekoladową. Byłam mile zaskoczona bo zniknął gdzieś smak kokosa, który w potrawach wegańskich jest wszechobecny.

Kremem czekoladowym wypełniamy upieczone kruche ciasto. Wyrównujemy powierzchnię i wstawiamy do lodówki.

Po pół godzinie ciasto jest gotowe do podania. Sprawa dekoracji jest zupełnie dowolna.

Ja narysowałam czekoladą esy floresy. To nie zaspokoiło moich ambicji twórczych więc dzięki porzeczkom z Maroka, malinom z Holandii i truskawkom z Grecji ciasto nareszcie wyglądało jak chciałam. 

Kto to widział w lutym jeść czerwone porzeczki!!!!!


Ciasto polecam każdemu, bez względu czy je trawę czy trawożerców. Kruche jest autentycznie kruche a pralina...palce lizać.





Smacznego


sobota, 16 czerwca 2018

O zgubnych skutkach zaufania i galaretka z prosecco i kwiatem lipowym

























GPS to w obecnych czasach czasami ognie świętego Elma. Wiodą na manowce.
Nasze wiejskie siedlisko to typowe "nigdzie".
Z wszystkich naszych znajomych na palcach jednej ręki mogę policzyć tych, którzy trafili bez pudła. Reszta, błąkała się zazwyczaj po leśnych ostępach, posyłając prędzej czy później rozpaczliwe S.O.S. Ilość zagubionych, pewnych, że już a rogiem znajdą cywilizację idzie w setki.
Siedzę na tarasie i obserwuję rozwój wydarzeń.
Błądzących mogę podzielić na kilka grup, niemniej jednak zawsze zaczyna się tak samo: zza ściany drzew słychać zbliżającą się ofiarę.
Tutaj rozróżniamy zmotoryzowanych, cyklistów i pieszych.
We wszystkich grupach rozróżniamy podgrupy tych mniej profesjonalnie przygotowanych i tych, co to nie dość, że mają GPS, to zaopatrzyli się w mapy, a na dodatek dzierżą w dłoni przewodnik po Jurze.
Najpierw jest rzut oka na drogę, która nieoczekiwanie znika. Znika w gęstwinie tarniny i za nic nie przypomina nawet nędznej ścieżki. I żadne Crusery, Landrowery czy X5 jej nie dadzą rady. No, może gdyby ktoś przyjechał spychaczem...
W tym momencie powinien się włączyć instynkt przetrwania. Zakładam, że większość naszych przypadkowych gości to mieszczuchy, dla których wyjście wieczorem do apteki jest walką o przetrwanie.
A tu nagle, wbrew mapie, przed oczami i całą resztą piętrzą się najeżone jeżynami i tarniną chaszcze. Ale jak to? Ja nie dam rady? Mój stalowy rumak nie da rady? Moja najnowsza nawigacja nie da rady?
(Titanic też nie dał rady górze lodowej)
Pewien procent rezygnuje. Mija nasz taras ze spuszczonymi oczętami i chyłkiem wycofuje się rakiem.
Część, zazwyczaj to ci, którzy jeszcze pachną świeżym lakierem i testosteronem, gna do przodu, jakby znała cudowne zaklęcie na rozstąpienie się zielska.
Potem zapada dłuuuuuga cisza. Wnioskuję, że delikwent obcuje nie tylko z przyrodą ale też próbuje ugłaskać swoje, nie mieszczące się w autku ego. Może doświadcza tego pierwszego razu, kiedy to natura nie daje się zastraszyć, przekupić czy olśnić.

Cykliści to zupełnie inna bajka.
Tych, chyba nie lubię najbardziej.
Nie mam pretensji do zamkniętych w blaszanych puszkach zmotoryzowanych. Nie widzą nic oprócz GPS-a, nie rozglądają się na boki. Mają cel do osiągnięcia i tylko to się liczy. Żadne widoki za oknem czy romantyczne uniesienia nie wchodzą w grę. To wszystko dopiero po usłyszeniu hasła "osiągnąłeś cel".

Uzbrojeni w mięśnie, kierownicę i pedały powinni być mi bliżsi, a nie są. Wszyscy, którzy zabądzili w nasze ostępy byli aroganccy. Nie dość, że słowo "dzień dobry" w ich subkulturze nie istnieje, to na sugestię, że dalej chyba nie pojadą, kategorycznie oznajmiają, że mapa im mówi co innego.
No, masz, człowieku! Mapa im mówi! Jak mapa może coś powiedzieć!?
Stoję na tarasie jak neonowy drogowskaz a tu jeden z drugim, ubrany w leginsy, poddaje w wątpliwość moje terenowe kompetencje.
A jedź w cholerę! Nie chcesz słuchać dobrych rad? Droga wolna, tylko uważaj na swoje galotki, bo kolce tarniny potrafią nieco namieszać.
I wiecie, że niektórzy brną w chaszcze.
Nie wiem, czy to ośli upór, czy próba uniknięcia moich kwaśnych (domniemanych) komentarzy. Niektórzy, wracając dają upust swojemu oburzeniu i mnie obarczają odpowiedzialnością za brak drogi. Hm...bo oni na mapie ją mają. No tak, ja drogę schowałam wczoraj z rana a moją magiczną różdżką wyczarowałam tarninowe zasieki.

Piesi są najbardziej skomplikowanym zbiorem.
Są przymilasy, którzy najchętniej zostaliby na moim tarasie, wałkując nasze koty. Droga, niknąca nieoczekiwanie przestaje ich interesować. Ci chcą się zaprzyjaźnić tu i teraz, i już opowiadają mi historię swojego życia.
Mruki udają, że żadne furtki, bramy czy tabliczki z napisem "teren prywatny" ich nie dotyczy. Oni wiedzą lepiej. Co więcej... 50 lat temu ich mamusia szła tędy na zlot harcerski. Toż to droga uświęcona. Jakim prawem ja śmiem im wmawiać, że droga....nie istnieje.
Im krzyż na nieistniejącą drogę.
No i są moi ulubieńcy: ci, którzy się ze mną chcą pokłócić. Droga jest czy jej nie ma?
Ile ja już monologów na temat niepotrzebnego wysiłku natury w produkowaniu zarośli usłyszałam. Ile pewnych głosem wyrażonych opinii, że skoro zamek jest w prawo, to ja się na bank mylę. Ile podsuwania mi pod nos mapy (rowerowej, drogowej, szlakiem Orlich Gniazd, szlakiem zamków Jury, przełajowej, fizycznej, lotniczej) z nadzieją, że to coś zmieni.
Zarośla jak stały tak stoją. Ba, nawet rozrastają się nie bacząc na oburzenie turystyczne.
Mapy swoje, ludzie swoje. Ufni jesteśmy do nieprzyzwoitości. A gdzie panowie i panie rozum? Może czasem warto z niego skorzystać?....I nie pchać się w zielsko.

Zaraz przed zielskiem rośnie lipa. Co ja mówię lipa. To lipisko, wielkie i rozłożyste. Kwitnie teraz na potęgę. Dźwięk, dochodzący z jej strony przypomina transformator. Tym, co go napędza nie jest prąd, a pszczoły. Drzewo aż huczy w środku dnia. Podkradłam pszczołom nieco kwiecia lipowego by zrobić sezonowy deser: galaretki lipowe z owocami. Ale żeby nie było do końca grzecznie i zdrowo, użyłam do galaretek prosecco.




Galaretki z prosecco i kwiatem lipowym 


2 szklanki lipowych kwiatów
1 szklanka wrzątku
3 łyżki drobnego cukru
2 łyżki żelatyny
2 szklanki prosecco
ulubione owoce: maliny, truskawki, porzeczki, wiśnie

Kwiaty lipy zalewamy wrzątkiem. Po kwadransie przecedzamy lipowy napar. Wsypujemy cukier i mieszamy do rozpuszczenia. Studzimy.
Żelatynę zalewamy kilkoma łyżkami naparu lipowego. Kiedy napęcznieje, stawiamy miseczkę z żelatyną na garnku z gorącą wodą. Żelatyna się rozpuści.
Łączymy żelatynę z naparem lipowym. Mieszamy i przecedzamy przez sito. Studzimy.
Łączymy wystudzony napar lipowy w prosecco.
Do salaterek lub szklanek wsypujemy owoce i zalewamy winną (bo z prosecco) galaretką. Wstawiamy na kilka godzin do lodówki.
Podajemy gościom, którzy po kilku godzinach błądzenia po okolicy, z ulgą lądują u progu naszego domostwa.



P.S.
Po takim deserze możecie wyłączyć wszelakie GPS-y. Po prostu otwórzcie jeszcze jedno prosecco a żadne zielsko nie będzie dla was problemem.
Smacznego

niedziela, 25 czerwca 2017

Cicho, głośno, normalnie a na dodatek racuchy z czarnym bzem i tuskawkami





















Wilga śpiewa. To dobrze, bo już myślałam, że przepadła na dobre. Największy hałas jest o brzasku. Słońce jeszcze nie wstało, szarówka panuje dookoła i nie wiadomo co z takiej szarości się wykluje: deszcz popada czy może zaleje nas ukrop. Ptaki bez względu na najbliższą przyszłość robią raban jak startujący F16.
Z zaspanym okiem i powłóczystym krokiem zmierzam na taras sprawdzić czy nasze domowe włóczykije mają zamiar pokazać się przed świtem w domu. Ostrożnie stawiam kroki bo pamiątki po upojnej nocy mogą niespodziewanie znaleźć się pod bosą stopą. Kocie prezenty w postaci myszy czy nornic nie mieszczą się w grupie moich ulubionych. Ale prezentów się nie wybiera.
Z błogostanu nocnej ciszy wkraczam niespodziewanie w salę koncertową w czasie próby orkiestry symfonicznej. Jak obuchem dostaję po głowie kląskaniem, ćwileniem, kukaniem, szczebiotem.
Staję jak wmurowana i szukam źródła tego szaleństwa. A to szaleństwo nazywa się życie. To ptasie rozgorączkowanie to znak, że wszystko odbywa się jak zazwyczaj. Jest wiosna, jest gniazdo, jest partner (partnerka), są młode, jest o czym rozprawiać.
Z każdą minutą przybywa słońca a ubywa dźwięków. Te wczesne minuty przed wschodem są zarezerwowane dla przyrody. Nikt jej wtedy nie zagłusza. Nie słychać samochodów, miasto jest daleko i jeszcze trochę śpi. Nawet koguty nie włączają się o tej porze w ptasie pogaduszki. Zresztą, co taki kogut miałby do powiedzenia?
Ptaki rozprawiają w rozgorączkowaniu niedługo. Łatwo ten moment przegapić, a właściwie przespać.
Potem jeszcze przez kilkanaście minut panuje cisza wisząca między brzaskiem i świtem aż pojawia się pierwszy pierdzik zawożący sąsiada do pracy. Potem rozszczekują się psy sąsiadki i pierwsi kosiarze odpalają swoje sprzęty. Budzi się wiatr. Zaczyna się dzień.
I jest coraz głośniej i głośniej. Do głosu dochodzi cywilizacja.
Tak jest do wieczora, do momentu kiedy podkrada się wieczorna szarówka. Wtedy znów świat wyhamowuje. Cywilizacja milknie jak gdyby traciła impet. Jej odgłosy nikną w szarości jak ostatnia scena w starych filmach. Wiatr daje za wygraną i przestaje udawać groźnego.
To czas kiedy znów można usłyszeć własne myśli i prawdziwy świat dookoła. I znów odzywają się ptaki.

Może czasem trzeba przystanąć. Doznać uczucia dawno zapomnianego zachwytu nad światem. Wyjść za próg, popatrzeć w górę i wyczyścić umysł z wszystkiego, co trujące, złe, zniechęcające.
Niebiesko, zielono, biało. Podobno te trzy kolory wprowadzają nas w dobry nastrój, relaksują, pomagają ogarnąć rzeczywistość. Nie trzeba ich daleko szukać. Są wokół. A kiedy zaczniemy patrzeć, może okazać się, że odzyskaliśmy też słuch.

Na dodatek doznań dźwiękowych zafundujcie sobie doznania smakowe. Dobrego nigdy nie za dużo.








Racuchy drożdżowe z kwiatem czarnego bzu, truskawkami i syropem bzowym

Czerwiec to truskawki i czarny bez. Bez dwóch zdań.
Połączenie tych dwóch elementów jest tak oczywiste jak mariaż szparagów z jajem po benedyktyńsku.
Jest coś magicznego w produktach sezonowych. Nigdy indziej nie mają takiej pełni smaku. Kto wątpi niech zamiesza mąkę z drożdżami i dosypie bzowego kwiecia. A potem niech do mnie napisze.

2 szklanki mąki pszennej
7 dkg suszonych drożdży
szczypta soli
1,5 szklanki ciepłego mleka ( musi go być tyle by ciasto miało gęstość kwaśnej śmietany)
1 jajko
2 łyżki cukru
1 szklanka kwiatów czarnego bzu

olej do smażenia
truskawki do podania

Ja się nie bawię w żadne ceremoniały. Do mleka sypię sól i cukier by się rozpuściły. Dodaję jajko i mieszam. Pakuję wszystko do jednej michy (przesiewam mąkę i drożdże przez sito). Mieszam łychą by uzyskać gładkie ciasto. Musi być podobne w gęstości do ciasta naleśnikowego. Jeśli jest za rzadkie dodajcie nieco mąki. Jeśli wyszło za gęste dolejcie mleka.
Potem przykrywam miskę folią i zostawiam w cieple.
Zaglądam od czasu do czasu i przygotowuję kwiaty czarnego bzu.
Kiedy ciasto podwoi swoją objętość (czyli po około godzinie) wsypuję kwiatki i mieszam. To nic,że opadnie. Na patelni ponownie nabierze puszystości.

Co zrobić z bzem? Zebrać, wypuścić wszystkich mieszkańców, nożyczkami obciąć kwiatki. To wszystko.

Rozgrzewam olej na patelni i smażę placuszki na średnim ogniu. Kiedy są ciemno złote, przewracam na drugą stronę. Potem wykładam na papierowy ręcznik.
Przekładam na talerz, obsypuję truskawkami i bzowym kwieciem i polewam syropem.

Przyroda wie co robi kojarząc truskawki z czarnym bzem.






Smacznego

sobota, 18 czerwca 2016

Piękny, słodki drobiazg czyli ciastka princesse z dwoma kremami i marcepanem

























Tak się rozszalałam z przepisem, że nie mam sumienia obciążać was dodatkowymi efektami mojej twórczości. Miało być o moich ulubionych blogach ale co tam. Wrócę do nich kiedy indziej.
Dziś wspomnę o jednym, z którego pochodzi przepis na słodkie drobiazgi zwane princesse
To „call me cupcake”. Trafiłam na niego jak na większość blogów, pływając swobodnie po bezbrzeżnych przestrzeniach blogosfery.
I zostałam fanką. Chciałbym upiec wszystkie, dosłownie wszystkie ciasta i ciasteczka, jakie tam występują. Zdjęcia są przepiękne a trudność pieczenia oceniam w skali od 1 do 10 na jakieś 5.
Podejrzewam, że podobnych do niego znalazłabym w necie jeszcze kilka, ale na ten trafiłam jako pierwszy więc dla mnie jest najlepszy.
Nie zawracam więc wam głowy w ten sobotni poranek i zostawiam was z tym pięknym blogiem i może planem na upieczenie efektownych i pysznych cukierniczych drobiazgów.




Małe ciastka princesse z dwoma kremami i marcepanem

biszkopt (najlepiej upiec go dzień wcześniej):
użyłam 6 dużych foremek do muffinków

30 g mąki pszennej
40 g mąki ziemniaczanej
pół łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
2 duże jajka
70 g cukru
1 łyżeczka esencji waniliowej

krem waniliowy:

1 szklanka mleka
3 łyżki cukru
2 łyżki skrobi kukurydzianej
1 duże jajko
1 żółtko
szczypta soli
pół łyżeczki esencji waniliowej

krem truskawkowy: (w oryginalnym przepisie są maliny)

80 g truskawek
1 łyżka cukru pudru
starta skórka z jednej cytryny
1/4 szklanki śmietany kremówki

oraz

250 ml schłodzonej kremówki
2 łyżki cukru pudru

marcepan
odrobina zielonego barwnika
cukier puder do podsypywania marcepanu


Biszkopt ma to do siebie, że najlepiej współpracuje po jakimś czasie.
Upieczmy więc ciasto dzień przed przygotowaniem mini princesse.

Rozgrzewamy piekarnik do 175 stopni.
Obie mąki, proszek i sól przesiewamy przez sito. Jajka i żółtko ubijamy z cukrem na puszystą masę (około 3 minut).
Do puszystej masy jajecznej wsypujemy suche składniki i delikatnie mieszamy.
Napełniamy ciastem formy na muffinki do 3/4 wysokości i pieczemy 15 minut.

Upieczone ciastka studzimy i wyjmujemy z papierowych foremek.

Przygotowujemy krem waniliowy.
Wlewamy mleko do garnka, dodajemy wanilię i na średnim ogniu zagotowujemy. Zdejmujemy z ognia.
W osobnej misce miksujemy resztę składników kremu.
Wlewamy do nich połowę gorącego mleka by zahartować jajka. Mieszamy a potem łączymy z resztę mleka. Stawiamy garnek z masą jajeczną na niewielkim ogniu i podgrzewamy do momentu aż masa mocno zgęstnieje. Kiedy na powierzchni pojawią się duże bąble, zdejmujemy krem z ognia.
Wstawiamy garnek z kremem do miski z lodowatą wodą i mieszamy do wystudzenia.
Zimny krem przykrywamy folią spożywczą i wstawiamy do lodówki.

Czas na krem truskawkowy.
Kroimy truskawki na kawałki, dodajemy cukier i skórkę z cytryny. Miksujemy by otrzymać sos truskawkowy.
Odkładamy 2 łyżki sosu a do reszty dodajemy ubitą kremówkę. Wstawiamy do lodówki.

Czas na ostatnie ruchy.
Ubijamy 250 ml kremówki i dodajemy cukier.
Każdą babeczkę kroimy na trzy części. Dolny krążek smarujemy grubo kremem waniliowym. Na nim kładziemy drugi krążek. Smarujemy go sosem truskawkowym a potem kładziemy warstwę kremu truskawkowego. Przykrywamy go trzecim krążkiem ciasta.
Delikatnie całą babeczkę smarujemy ubita śmietaną. Nie smarujemy grubo, ponieważ babeczka zostanie jeszcze przykryta płaszczykiem marcepanu. Śmietana ma być tylko rodzajem kleju, do którego przylgnie marcepan.
Posmarowane śmietaną ciastka umieszczamy w lodówce.
Bierzemy się do barwienia marcepanu.
Marcepan szybko schnie. Najlepiej więc będzie, jeśli będziemy przygotowywać po kawałku aby reszta nie wyschła za szybko
Do porcji marcepanu dodajemy odrobinkę barwnika i zagniatamy jak plastelinę.
Potem posypujemy stół i kawałek marcepanu cukrem pudrem i wałkujemy na cienki placek.
Wyjmujemy jedną babeczkę z lodówki i delikatnie przykrywamy płaszczykiem marcepanu. Staramy się by marcepan jak najściślej przylegał do ciastka. Tak samo postępujemy z resztą ciastek.

Ta praca nie była satysfakcjonująca. Na oryginalnych zdjęciach ciastka wyglądały perfekcyjnie. Moje nie prezentują się tak idealnie. Ale i tak jestem zadowolona z efektu. Szczególnie w połączeniu z kwiatami.
Zresztą oceńcie sami.
A jak smakują? Są lekkie, puszyste i urocze. Na pewno ten przepis będę szlifować. Szczególnie użycie masy marcepanowej.





Smacznego bardzo  

piątek, 10 czerwca 2016

Wiedeń w Londynie i truskawkowe millefeuille z kremem patisserie

























Jeśli ma się dość łażenia po Londynie ale nie chce się wyjeżdżać z wielkiego miasta, trzeba wypić kawę.
Miejsc odpowiednich dla uzależnionych od kofeiny stolica Wielkiej Brytanii oferuje bez liku. Od najbardziej niewyszukanych po najbardziej wyrafinowane.
Przyznam, że jestem uzależniona od kawy a to pociąga za sobą pewną wybredność.
Nie każda kawa mi smakuje. Marudzę, wybrzydzam i kręcę nosem.
Oczywiście czasami, nie zawsze.
Wiem, że lepiej nie wypić kawy w ogóle niż napić się płynu kawopodobnego. A tych jest mnóstwo.
Ale nie kawa zdecydowała, że wybrałyśmy Caffe Concerto na miejsce naszego lunchu.
Moja Mama zastygła przed wystawą pełną ciastek. One wciągnęły nas do środka.
A wewnątrz...Wiedeń. Lustra na ścianach, kryształowe żyrandole, cichy szmer rozmów i zapach kawy.
Zamiast kawiarni w Whitehall znalazłyśmy się przy Herrengasse w stolicy Austrii.
Z naszej trójki tylko jedna mogła bezkarnie wchłaniać kalorie. Jej wybór padł na millefeuille.
I kiedy ciasto pojawiło się na stole, na twarzy Córki pojawiło się nieukrywane rozczarowanie: a gdzie są truskawki?
Nie mam pojęcia dlaczego ona spodziewała się truskawek. Jakaś podświadoma potrzeba zadziałała.
Millefeuille nawet bez truskawek było wspaniałe. I mimo, że ta kremówka nie jest łatwa do eleganckiego zjedzenia (jak wszystkie ciastka z ciastem francuskim), została okrzyknięta najlepszą kremówką tego roku.
Wizja millefueille z warstwą truskawek i pysznym kremem patiserie skutecznie zagnieździła się w mojej głowie.
Po powrocie do domu żadne inne ciasto nie wchodziło w grę. Truskawki są, ciasto francuskie też. Czas zagotować mleko i zabrać się do robienia kremu.




Millefeuille z truskawkami i kremem patisserie

opakowanie ciasta francuskiego
1 szklanka truskawek
2 łyżki cukru
1 łyżeczka żelatyny

krem patisserie (wg Delli Smith)
1 jajko
1 żółtko
200 ml pełnotłustego mleka
25 g cukru
20 g mąki pszennej150 ml kremówki
1 łyżeczka esencji waniliowej
100 g miękkiego masła

Umyte truskawki kroimy na pół i zasypujemy cukrem. Żelatynę zalewamy 2 łyżkami wody. Zagotowujemy truskawki i na małym ogniu gotujemy minutkę. Zdejmujemy z ognia i dodajemy do gorących truskawek żelatynę. Mieszamy aż się rozpuści.
Studzimy truskawki.

Ciasto francuskie kroimy na paski szerokości 5 cm. Nakłuwamy gęsto widelcem i kładziemy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Blachę wstawiamy do rozgrzanego do 190 stopni piekarnika i pieczemy 15 minut. W połowie pieczenia znów nakłuwamy ciasto widelcem.
Upieczone ciasto studzimy.

Krem:
Ubijamy jajko i żółtko z cukrem na puszystą masę. Zagotowujemy mleko.
Do ubitych jajek wsypujemy mąkę i dokładnie mieszamy.
Wciąż miksując na małych obrotach, wlewamy do jajek gorące mleko i wanilię.
Przelewamy mieszankę z powrotem do garnka i ponownie stawiamy garnek na małym ogniu.
Wciąż mieszając zagotowujemy krem. Powinien być gęsty jak budyń. Kiedy na powierzchni pojawią się bąble, zdejmujemy garnek z ognia.
Przykrywamy powierzchnię kremu folią spożywczą. To pomoże nam uniknąć kożucha. Studzimy.
Ubijamy masło na puszystą, białą masę. Do puszystego masła dodajemy po łyżce masę budyniową.

Na paski ciasta francuskiego nakładamy warstwę truskawek a na nią grubą warstwę kremu. Wszystko przykrywamy drugim paskiem ciasta i znów kładziemy truskawki a potem krem. Kolejny raz przykrywamy krem ciastem.
Posypujemy gotowe ciastko cukrem pudrem i kroimy na porcje.
Pieczenie ciasta w paskach ułatwia późniejsze krojenie.

Sezon truskawkowy zaczyna hulać na całego. Nic nie stoi na przeszkodzie by część owoców zastosować w takiej piętrowej formie.






Smacznego i pięknego weekendu

piątek, 20 maja 2016

Zjeść czy wstawić do wazonu? Ciasto pokrzywowe z kremem truskawkowym.




















Entuzjaści ekstremalnych mieszańców koktajlowych powinni być w siódmym niebie. Zielsko wszelakie pleni się jak amerykańska stonka w latach pięćdziesiątych. Nic tylko zrywać i miksować na zdrowie. Mam na myśli miksowanie np. pokrzywy nie stonki.
Zakładając oczywiście, że liście zbierane są na terenach odległych od wyziewów cywilizacyjnych.
Pęd ku zdrowemu stylowi życia okazuje się mieć swoje dobre strony.
Ci, którzy dotychczas las i łąkę znali tylko z filmów Richarda Attenborough, kupują rowery, stopery, bajery, porzucają garnitury i ruszają obcować z przyrodą.
Różnie to obcowanie się rozwija i część zapaleńców kończy swoją odnowę w sklepie z akcesoriami sportowymi. W końcu kto powiedział, że kijki do walkingu muszą służyć tylko chodzeniu. Jaka piękna może z nich być podpórka dla roślinki na balkonie.
Na szczęście część zauroczonych majową aurą całkiem serio traktuje porę zmian w przyrodzie i próbuje wytrwać w zdrowym pędzie choć tydzień. Ci rzucą się w pokrzywy i zrażeni bolesnymi konsekwencjami (pokrzywy parzą) wrócą do sklepowego szpinaku.
I chwała im za to, bo szpinak wiosenny to samo zdrowie. A i niebezpieczeństwo żadne tu nie grozi.
Zdaję sobie sprawę, że roślinność łąkowa budzi mieszane uczucia. Estetycznie nie mamy zastrzeżeń. Ale żeby to to jeść?
Bukiecik jakiś nazbierać...proszę bardzo. Wianuszek romantyczny upleść...czemu nie?
Ale żeby do gara?
Grunt to odwaga. Przecież na przeciętnej łące nie znajdziemy niczego, co nas zabije.
Może być gorzkie, cierpkie lub śmierdzące (rzadko). Ale z drugiej strony czeka nas słodycz, aromat miodu lub niespodzianka.
Jedliście kiedyś koniczynę? Albo stokrotkę? Spróbujcie. Nowy świat czeka.
Może spróbujecie z pokrzywą. Uzbrójcie się w porządne rękawice i sekator i do dzieła.
Jeśli chcecie zrobić to ciasto, musicie się pośpieszyć, ponieważ za chwilę pokrzywa zakwitnie i na jej użycie będzie za późno.
Na razie zbieramy młode listki i używamy ich do woli.
Jeżli jesteście ciekawi jakie cudowne moce tkwią w pokrzywie, poszukajcie u wujka google i wszystko stanie się jasne.
W zeszłym roku robiłam lody z oleju pokrzywowego.
Dziś czas na ciasto. Skusiło mnie połączenie wiosennych kolorów: zieleni pokrzywy i różu truskawek.
Wyszło smacznie i efektownie.



Pokrzywowe ciasto z kremem truskawkowym

ciasto pokrzywowe:

100 g pokrzywy
pół szklanki oleju
1 szklanka mąki
2 jajka
pół szklanki cukru
1 łyżeczka esencji waniliowej
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Rozgrzewamy piekarnik do 175 stopni.
Zebraną pokrzywę myjemy. Odrywamy listki i zalewamy wrzątkiem. Po pięciu minutach wyciskamy liście z wody i przekładamy do blendera. Dolewamy olej i miksujemy na zieloną papkę. Im drobniej, tym lepiej.
Ubijamy jajka z cukrem i wanilią na puch.
Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia.
Do jajek dodajemy mąkę na przemian z papką pokrzywową. Mieszamy delikatnie i przekładamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia.
Wyrównujemy powierzchnię i pieczemy 40 minut.
Wystudzone ciasto kroimy wzdłuż na dwie części.

krem truskawkowy:

1 szklanka truskawek
4 łyżki cukru
1 łyżka żelatyny
200 ml kremówki

Truskawki pozbawiamy szypułek i kroimy na połówki. Wrzucamy do rondla i wsypujemy cukier. Podgrzewamy truskawki i gotujemy na małym ogniu 5 minut. Odstawiamy na bok rondel.
Żelatynę zalewamy 2 łyżkami wody. Kiedy napęcznieje stawiamy miseczkę z żelatyną na garnku z gotującą się wodą. Kiedy żelatyna się rozpuści, wlewamy ją do truskawek i studzimy.
Kiedy sos truskawkowy wystygnie, ubijamy kremówkę. Delikatnie łączymy ubitą śmietanę z sosem truskawkowym.

poncz z syropu z czarnego bzu:

pół szklanki zimnej przegotowanej wody
3 łyżki syropu z czarnego bzu(niestety na razie zeszłorocznego)

oraz

100 ml kremówki
1 łyżka cukru pudru
Ubijamy schłodzoną kremówkę z cukrem.

Skrapiamy dolną część ciasta ponczem i smarujemy kremem truskawkowym. Kładziemy na nim drugą część ciasta i stawiamy w lodówce.
Po godzinie wyjmujemy ciasto z lodówki i smarujemy je ubitą śmietaną i dekorujemy truskawkami.





Smacznego

piątek, 3 lipca 2015

Kluczowe słowo "woda" i kruche ciasto na oliwie z kremem kokosowym i truskawkami w żelu



Ani słowa o upałach. Bardzo współczuję mieszkańcom Wrocławia bo oni dziś nie będą mieli lekko. I jutro, i pojutrze chyba też.
Cała reszta narodu musi sobie radzić jak umie. Basen, kąpielisko, jeziorko, morze, a w ostateczności prysznic lub fontanna.
Gorzej jeśli w kranie sucho.
Z węża w ogrodzie woda nie leci tylko pełznie. Wąż ma pod górkę i to pewnie też nie ułatwia sprawy. A pomidorki i ogórki pić muszą.
Uzbrojona w cierpliwość i kapelusz poszłam sączyć wodę do beczki. Na wieczór będzie jak znalazł. Pomidorki się ucieszą. Nie tylko pomidorki.
Rano obserwuję całe stada ptaszków, przepychających się nad beczką. Położyłam w poprzek deskę i mam teraz pewność, że żaden nieostrożny skrzydlaty nie utonie.
Pamiętajcie, żeby w te upały wystawić pojemnik z wodą. Ale pamiętajcie też, żeby ptaki miały na co się wspiąć w przypadku wypadku. Krawędzie beczek czy garnków potrafią być dla nich pułapką.
Powoli na wieś naszą zjeżdżają miastowi. Wszyscy się śpieszą. I ci w samochodach, i ci na rowerach, i ci na quadach, i ci pieszo. Po co? Przecież weekend się zaczął.
Wszyscy, bez wyjątku są w naszym zakątku zabłąkani. Nasza droga prowadzi donikąd. A turyści pędzą i pędzą by po 30 metrach dowiedzieć się, że dalej to już tylko ekstrema. Wracają potem jak niepyszni, bo przecież nawet dzień dobry nie powiedzą. Co bardziej zdesperowani robią zwrot w prawo i brną w chaszcze. Krzyż im na drogę i mur z tarniny.
Ludzie dziwni są. Nieuprzejmi, naburmuszeni. A przecież jest weekend, świeci słońce, ptaszęta śpiewają, problemy greckie ich nie dotyczą. Może oni wszyscy z miasta bez wody przyjechali i błądzą w poszukiwaniu studni?
Niektórzy rozłożą grille na polanach i jutro rano w trawie oprócz rosy będą błyszczały puste butelki i folia aluminiowa.
Oj, marudzę. Czas spojrzeć na świat nieco przychylniej. Dla mnie też zaczął się weekend, słońce świeci, ptaszki śpiewają. No i mam wodę. Może nieco ciurkającą i leniwą, ale mam.

Na grządkach reszta truskawek jest słodka jak miód i z żalem godzę się z faktem, że ich czas minął.
Na pożegnanie błysną jeszcze w ostatniej tarcie i ustąpią miejsca wiśniom i porzeczkom.



Tarta z kokosowym kremem i truskawkami w żelu
dla formy o średnicy 25 cm

kruche ciasto z oliwą

75 ml oliwy extra vergin
350 g mąki
150 g cukru
3 jajka
pół łyżeczki proszku do pieczenia
skórka z jednej cytryny

Wszystko razem zagniatamy w zgrabną kulę. Potem rozwałkowujemy i wykładamy formę do tart. Nie musimy ciasta schładzać jak w przypadku tart z użyciem zimnego masła.
Formę z ciastem wkładamy do rozgrzanego do 180 stopni na 30 minut.
Upieczoną tartę zostawiamy do wystygnięcia.

Krem kokosowy

1 puszka mleczka kokosowego
250 g mascarpone
2 łyżki likieru Malibu
3 łyżki drobnego cukru
Wszystkie składniki kremu muszą być schłodzone.
Ubijamy mascarpone z cukrem i dodajemy śmietankę kokosową*.
Ubijamy jeszcze chwilkę i dolewamy Malibu

*Kiedy otworzymy puszkę mleczka, wyjmujemy tylko gęstą warstwę. To co płynne używamy np. do drinka. 

Wykładamy krem na tartę i wkładamy do lodówki.

Truskawki w żelu

miseczka truskawek (chyba więcej niż pół kilograma)
3 łyżki cukru
pół opakowania żelfixu 3:1
Umyte truskawki zasypujemy cukrem i żelfixem. Zostawiamy na 10 minut po czym delikatnie zagotowujemy. Tylko zagotowujemy, nie gotujemy. Chcemy, żeby truskawki wyglądały jak truskawki a nie jak miazga.
Studzimy lekko truskawki i nie całkiem zimne wykładamy na krem kokosowy.
Znów wkładamy ciasto do lodówki na godzinkę.




Pycha nie tylko na upalną sobotę.
Smacznego i kranów pełnych wody



sobota, 20 czerwca 2015

Rozmowa na dobry początek i torcik truskawkowo bzowy




Założę się, że myśli większości z nas krążą już w okolicach ciepłych plaż, górskich szlaków, wygodnego leżaka, lub zapachu lotniska.
Wakacje. Kto z nas nie lubi tego słowa? Ile w nim słońca, radości, wolności i tajemnicy.
Im mniej lat tym przyjemniejsze skojarzenia. Wiadomo. Tornistry w kąt, świadectwa do szuflady a mundurki do szafy. Gdyby jeszcze rodzice pozwolili spędzić wakacje po swojemu.
Zamiast do babci do Kopalina dali zielone światło na biwak w nieznane. Albo, żeby nie wlekli ze sobą na jakiś koszmarny turnus tylko zgodzili na autostop do Rumunii. A najlepiej, żeby rodzice na czas wakacji zniknęli. Tylko przeszkadzają w cieszeniu się wolnym czasem. Co oni mogą wiedzieć o tym jak spędzać wakacje.
Myśleliście tak choć raz w życiu?
Młodzi widzą świat inaczej. Trudno się temu dziwić. Ja widzę go przez pryzmat iluś tam nałożonych na siebie szkiełek. To tak, jakby założyć wielowarstwowe okulary, w których każda warstwa szkła jest innego koloru i jest innym życiowym doświadczeniem.
Błoga nieświadomości” ktoś kiedyś powiedział. I miał rację.
W innym razie nic nie sprawiałoby przyjemności, bo pętał by nas bezustanny strach.
Dzieci kochane, weźcie czasem pod uwagę, że rodzic też człowiek i swoje uczucia ma.
Martwi się czasem, przymyka oko często. Większość zdziwień zachowaniem tzw potomstwa tłumaczy nieśmiertelnym „kiedyś z tego wyrośnie” A wszystko dlatego, że po prostu kocha swoje dziecko.
Mama nie truj”, daj ciasto bo przy cieście łatwiej się rozmawia na trudne tematy. Może zamiast autostopu do Transylwanii zaliczymy samochodową podróż na ścianę wschodnią?
To są pierwsze oznaki kompromisu.
Takie oto hipotetyczne dialogi odbywają się bezustannie przed wakacjami.

Zanim podejmiemy decyzje czy uwięzić dziecko na obozie łowienia na muchę czy zawlec do cioci Ani na żniwa usiądźmy i pogadajmy. Rozmowa to dobry początek.
Najlepiej w towarzystwie ciasta.







Truskawkowo bzowy torcik w paski
2 blaszki o rozmiarze 28x36 cm

biszkopt:
4 jaja
4 łyżki cukru pudru
4 łyżki mąki pszennej
2 łyżki mąki ziemniaczanej

krem:
250 g mascarpone
200 ml kremówki
1 łyżka soku z cytryny
3 łyżki cukru pudru


polewa:
1,5 tabliczki białej czekolady
100 ml kremówki

Robienie ciasta zaczynamy od przygotowania polewy.
Aby ją zrobić zagotowujemy kremówkę i zdejmujemy z ognia. Połamaną czekoladę wrzucamy do kremówki. Mieszamy do rozpuszczenia się tej pierwszej.
Schłodzoną czekoladę przykrywamy folią i wstawiamy na kilka godzin do lodówki.

Upieczenie ciasta rozpoczynamy od ubicia białek. Do sztywnych białek wsypujemy po łyżce cukier i miksujemy do rozpuszczenia się cukru.
Powinniśmy mieć przed sobą błyszczącą pianę jak na bezy. Do niej dodajemy żółtka, wciąż ubijając.
Wyłączamy mikser i delikatnie łączymy pianę jajeczną z przesianymi przez sito mąkami.
Dwie blaszki 28 na 36 cm wykładamy papierem do pieczenia. Wylewamy ciasto na dwie blaszki, wyrównujemy powierzchnię i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni.
Pieczemy 15 minut. Wyjmujemy gorące ciasto i kładziemy pleckami do góry (czyli papierem do góry) na ściereczkę posypaną cukrem pudrem. Delikatnie zdejmujemy papier i rolujemy ciasto razem z ściereczką jak roladę. Zostawiamy do wystygnięcia.

Chłodne ciasto odwijamy ze ściereczki i rozprostowujemy.
Smarujemy konfiturą a potem kremem.
Kroimy każdą blaszkę na trzy paski (kroimy wzdłuż dłuższego boku).
Pierwszy pasek zwijamy wokół środka jak spiralę. Następne owijamy wokół pierwszego. Krem będzie działał jak klej. Nie ma obaw by ciasto się rozpadło.
Po zawinięciu wszystkich pasków otrzymamy piękny, okrągły tort.
Wkładamy go do lodówki na godzinę.

Wyjmujemy polewę z lodówki i ubijamy krótko mikserem. Ubitym kremem czekoladowym smarujemy górę i boki ciasta. I znów schładzamy godzinę w lodówce.
Przed podaniem dekorujemy truskawkami.




Pięknie taki torcik wygląda i smakuje truskawkami i bzem.


Smacznego  

wtorek, 16 czerwca 2015

Jak u Hitchcocka i konfitura truskawkowo bzowa na osłodę.

























Dwa tygodnia temu wychodzę rano by przywitać się ze słońcem i wydaje mi się, że coś się zmieniło.
Zastygam w bezruchu i próbuję znaleźć przyczynę mojego niepokoju.
Mija chwila i już wiem.
Po pierwsze: ruch. Jest go zdecydowanie więcej niż wczoraj. Nad świeżo skoszoną łąką unosi się kilka szarych obłoczków. Raz w górę, raz w dół. Z prawa na lewo. I po skosie. Raz obłoczki maleją, za chwile rosną. I są w ciągłym ruchu.
Mam jeszcze niezbyt przytomne spojrzenie i latające po polu szare chmurki wydaja mi się częścią snu.
Zaraz, zaraz, coś tu zgrzyta. Czy chmury skrzeczą? Grzmią, burczą, mruczą, pomrukują tak. Ale skrzeczącej chmury nigdy dotąd nie spotkałam.
Nagle chmura rozpadła się na kilkadziesiąt części i już wiem, że mój spokój się skończył.
Beztroskie poranki odeszły w przeszłość.
Teraz zacznie się liczenie strat.
Nastąpiła inwazja i ja jestem w jej obliczu bezradna. Przeczesałam internet od początku do końca. Jak Chuck Norris. Na nic. Nikt nie wie jak walczyć z wrogiem.
A szpaki żarłoczne są jak szarańcza. Póki zostanie jedna nędzna wisienka na drzewie one będą siedziały, czekając aż się nieco zaróżowi.
Nie mam z nimi szans, chyba, że postanowię spać pod drzewem. Jakby tego było mało, czego nie zauważą szpaki, to dojedzą sójki.
Rada by wziąć leżak i schłodzone piwo (jak w przypadku walki z kretem) jest niezbyt trafiona. O cierpliwości i braniu na przeczekanie nie ma mowy.
W końcu dla kogo ja hoduję te czereśnie śliwki i brzoskwinie? Wygląda na to, że do słoików będę pakować owoce kupione na targu.
A chciałbym przynajmniej spróbować czereśni z własnego sadu. Niestety z szpakami pertraktować się nie da.
Nowa grządka truskawek też została zauważona. I ani się obejrzałam, po truskawkach zostały wspomnienia. Na szczęście ten kawałek podłogi jest na tyle mikroskopijny, że da się go zabezpieczyć siatką.
Może to i nędzna satysfakcja, ale nie macie pojęcia z jakim triumfem obserwuję te trzy biedne truskawki schowane za kratkami. Może i są uwięzione ale za to bezpieczne. A szpaki mogą się tylko oblizywać.
Konfitura jest z rosnącego po sąsiedzku czarnego bzu i, niestety, z nie moich truskawek.
Ale wcale nie smakuje inaczej. Smakuje bosko. Jak kwintesencja czerwca.
Robi się ją w kwadrans. Użyta do naleśników, porannej kanapki czy przełożenia ciasta jest po prostu genialna.
Spróbujcie bo wszystko trwa tylko chwilę...i truskawki, i kwitnący bez, i czerwiec.
Na szczęście szpaki są też chwilowe.



pół kg truskawek
3 łyżki cukru żelującego
2 łyżki zwykłego cukru
4 baldachimy bzu
Odcinamy nożyczkami kwiaty od łodyżek. Truskawki obieramy i kroimy na połowę.
Mieszamy owoce z cukrami i zostawiamy na 15 minut. Potem stawiamy na ogniu i gotujemy 5 minut. Dorzucamy obcięte kwiaty i gotujemy kolejne 5 minut. Zdejmujemy i wkładamy do słoików.





Następnym razem zapraszam na ciasto z konfiturą truskawkowo bzową.


Smacznego

piątek, 29 maja 2015

Przyszłość o smaku pieczonych truskawek czyli torcik z musem truskawkowym, syropem z czarnego bzu i czekoladową galaretką


Czasami zastanawiam się nad pozornie skomplikowanymi przepisami. Ten też wygląda na dość pracochłonny. Nie wierzcie pozorom. To ciasto jest banalnie łatwe i szybkie w przygotowaniu.
Zawsze w przypadku ciast nie wymagających pieczenia mam mieszane uczucia. Niby wyglądają jak należy, smakują też zazwyczaj niczego sobie ale pozostaje malutki niedosyt. Dlaczego?
Bo dla mnie ciasto, to takie z piekarnika.
Każde inne słodkie drobiazgi są nieco....niepoważne.
Co prawda już się przekonałam, że ciasto bez pieczenia może być ósmym cudem świata (patrz tutaj)ale jeżeli przez większość życia było się niedowiarkiem, to trudno jest zmienić nawyki.

Dzisiejsze ciasto należy do tej kategorii, która budzi moje obawy. Ciasto czy nie ciasto? Może deser?
Nie, chyba jednak ciasto. Na dodatek bardzo smaczne.
Użyłam w nim syropu z czarnego bzu.Na razie czarny bez przygotowuje się do kwitnienia.
Nie ukrywam, że mój syrop jest zeszłoroczny.
Jeżeli nie macie zachomikowanej buteleczki, to się nie martwcie. Spokojnie zróbcie mus bez czarnego bzu.
Ale za to upieczcie truskawki. Pieczone truskawki to sama poezja. Do gotowanych mają się jak zdjęcie ogrodu różanego do bukietu róż.
Nawet kolor pieczonych truskawek jest inny. I wiecie co jest też super? Dodanie do pieczonych truskawek jakiegoś pachnącego czegoś...rozmarynu, bazylii, pieprzu, wanilii, kardamonu.
Do mojej wersji z syropem z czarnego bzu idealnie pasowałoby kilka kuleczek czerwonego pieprzu.

Tak więc ciasto, które dziś proponuję jest przyszłościowe. Już, już za moment zacznie się sezon truskawkowy. Obok, niepozornie ale za to oszałamiająco zakwitnie czarny bez. Nie przegapcie tego momentu.
Bo nawet jeśli pocieszycie się sztucznymi truskawkami po sezonie, to czarny bez nie zakwitnie pod żadnym pozorem po raz drugi.




Torcik z musem truskawkowymi i syropem z czarnego bzu oraz z galaretką czekoladową
(forma okrągła o średnicy 19cm)

spód:
200 g ciastek oreo
2 łyżki kakao
70 g stopionego masła

mus truskawkowy:
500 g truskawek
3 łyżki cukru
1 galaretka truskawkowa
1 łyżka żelatyny
400 ml kremówki
3 łyżki cukru pudru

galaretka czekoladowa:
1/4 szklanki cukru
50 ml wody
1 łyżka kakao
50 ml kremówki lub mleka do kawy
1 łyżka żelatyny


Miksujemy ciastka z kakao i topionym masłem. Okruchami wykładamy dno formy. Dociskamy szklanką i wkładamy formę do lodówki.

Galaretkę truskawkową rozpuszczamy w szklance wrzątku. Chłodzimy.

Żelatynę zalewamy odrobiną wody a kiedy napęcznieje stawiamy miseczkę z żelatyną na garnku z gotującą się wodą.

Truskawki wkładamy do żaroodpornego naczynia, posypujemy cukrem i kilkoma ziarenkami czerwonego pieprzu. Pieczemy w 180 stopniach 40 minut.
Potem schładzamy truskawki i w mikserze miksujemy je z cukrem, syropem z czarnego bzu i płynna żelatyną.

Ubijamy kremówkę.

Odlewamy 1/3 szklanki musu truskawkowego.
Do reszty masy truskawkowej dodajemy kremówkę. Mieszamy do połączenia się składników.
Na spód formy wylewamy mus truskawkowy i wkładamy na 15 minut do lodówki. Potem na mus truskawkowy wykładamy cały mus truskawkowo śmietanowy.
Schładzamy godzinę w lodówce.

W tym czasie przygotowujemy czekoladową galaretkę.
Mieszamy gorącą, przegotowaną wodę z cukrem i kakao do rozpuszczenia się cukru.
Wlewamy śmietankę.
Żelatynę rozpuszczamy wg przepisu wyżej i mieszamy zresztą masy czekoladowej.
Wyjmujemy ciasto z lodówki i wlewamy na górę czekoladową galaretkę.
Ponownie schładzamy minimum godzinę.
Potem dekorujemy np. truskawkami.

I co myślicie? Deser czy ciasto?









Smacznego