Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porzeczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porzeczki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lutego 2021

Co pan na to Panie Andersen czyli wegańskie kruche z czekoladową truflą

 
















Pamiętam z dzieciństwa Bajkę o dwunastu miesiącach Janiny Porazińskiej

A właściwie nie bajkę pamiętam tylko fanaberie czarnego charakteru w postaci złej macochy (a jakże!). Otóż życzeniem wyżej wymienionej był koszyk świeżych malin, przyniesiony przez biedną sierotkę (a jakże!). Życzenie może i nie wygórowane gdyby nie małe ale... Rzecz miała miejsce zimą.

Biedna acz o złotym sercu sierotka dostała zadanie niemożliwe do zrealizowania. Macocha była kryta na dwa sposoby. Po pierwsze gdyby niebożątku udało się jakim trafem dotrzeć do ciepłych krajów by maliny zdobyć, jak nic w drodze powrotnej jak nie wilcy to wiatry mroźne zabiłyby niebogę. I byłoby po problemie.

A jeśli szczęściara wróciłaby z niczym ale cało i zdrowo, to przecież nie wywiązawszy się z prostego zadania zasługiwałby tylko i wyłącznie na wygnanie. I też byłoby po problemie.

Na każdej linii sierotka miała przechlapane. I ten dramat fascynował mnie najbardziej. Bo przecież wiadomo było, że sierotka zadania nie wypełni. Czy ktoś wtedy słyszał o malinach z Grecji? czy porzeczkach z Maroka? W grudniu? W lutym?

Trochę wody musiało upłynąć i nieco głów posiwieć by bajka o dwunastu miesiacach straciła swój sens.

Przy trzecim akapicie, gdy zła macocha władczym acz pełnym zjadliwej satysfakcji tonem ogłasza sierotce swoje życzenie, zamiast westchnienia pełnego rozpaczy ze strony audytorium padła podpowiedź: "eee, łatwizna...kupi w Tesco. Nawet butków zimowych do tego nie potrzebuje".  

No panie Andersen, jak pan teraz sprzedasz bajkę o Dziewczynce z zapałkami?

Lód latem, maliny zimą, pomidory i ogórki cały rok.

Kiedyś moje Dzieci hodowały po lecie, w akwarium dwa ślimaki winniczki. I póki było ciepło i sałata występowała w przyrodzie, chłopaki miały się nieźle. Ale potem przyszła zima i z braku sałaty, dzieci zaserwowały ślimakom dietę kapustną. Ślimaki w ramach protestu przykuły się do ściany akwarium i w tym stanie dotrwały do wiosny. Pożytku z nich nie było żadnego oprócz jednego wniosku. Przyroda to cykliczność. Jest czas na sałatę i jest czas na jarmuż. Delektowanie się szparagami niekoniecznie odbywa się w czasie zbioru kukurydzy.

I tak sobie dumałam wypakowawszy zakupy na stół. Spojrzałam na czerwone porzeczki, różowe maliny i nieco zielonkawe truskawki. Potem zawiesiłam oko na wirujących płatkach za oknem. 

Ale postawiliśmy ten świat na głowie! I ja też mam w tym swój udział. Bo kto to widział kupować maliny w lutym!!!

Na szczęście, żadna istota, "posiadająca oczy, przyjaciół i plany na przyszłość" do tego ciasta nie została użyta.






Tarta wegańska z czekoladową truflą


kruche ciasto wegańskie:

200 g mąki

100 g vege margaryny, schłodzonej

1 łyżka oleju kokosowego, schłodzonego

szczypta soli

2 łyżki cukru pudru

2 łyżki zimnego jogurtu vege kokosowego

2 łyżki zimnej wody

1 łyżeczka drobno posiekanego, rozmarynu lub skórki z cytryny, pomarańczy lub tymianku....

Forma 23 cm

temp. 200 stopni 

20 minut pieczenia (10 minut z obciażeniem)


Mąkę, pokrojoną na niewielkie kawałki margarynę i olej kokosowy, sól, cukier i dodatki (np skórkę cytrynową) wkładamy do malaksera. Miksujemy kilka sekund. Dodajemy jogurt i wodę i znów miksujemy kilka sekund. Jeśli ciasto zbija się w kulę, jest gotowe. Przekładamy między dwa arkusze papieru do pieczenia (będzie się bez problemu dało rozwałkować), spłaszczamy dłonią i schładzamy w lodówce. 

Jeśli ciągle w mikserze latają nam okruszki, wlewamy jeszcze łyżkę zimnej wody i miksujemy 3 sekundy.

Po godzinie wałkujemy ciasto na grubość jak kto lubi czyli między 0,5 a 1,0 centymetra i wykładamy nim formę na tartę. Nakłuwamy ciasto widelcem i schładzamy około godziny.

Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki, obciążamy papierem, na który sypiemy nn suchą fasolę i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni przez 20 minut. W połowie pieczenia zdejmujemy obciążenie wraz z papierem. 

Upieczone ciasto studzimy.


wegański krem - czekoladowa trufla:

krem kokosowy z dwóch schłodzonych puszek mleczka kokosowego

150 g gorzkiej czekolady

2 łyżki cukru pudru lub golden syrupu

4 łyżki płynnego mleczka kokosowego z jednej puszki (po wybraniu gęstej śmietanki z góry)

Miskę z połamaną czekoladą i płynnym mleczkiem kokosowym stawiamy na garnku z wrzącą wodą. Roztapiamy czekoladę, mieszamy by połączyła się z mleczkiem kokosowym. Zdejmujemy i studzimy.

Wyjmujemy z lodówki schłodzoną śmietankę kokosową. Ubijamy w mikserze (jak białka) z cukrem pudrem aż stanie się nieco puszysta (cudów nie oczekujcie, chodzi o to by ją rozbić a nie napuszyć). Dodajemy wystudzoną czekoladę i ewentualne dodatki np, płatki chilli czy kryształki soli i ubijamy kilka sekund. 

W rezultacie otrzymujemy aksamitną truflę czekoladową. Byłam mile zaskoczona bo zniknął gdzieś smak kokosa, który w potrawach wegańskich jest wszechobecny.

Kremem czekoladowym wypełniamy upieczone kruche ciasto. Wyrównujemy powierzchnię i wstawiamy do lodówki.

Po pół godzinie ciasto jest gotowe do podania. Sprawa dekoracji jest zupełnie dowolna.

Ja narysowałam czekoladą esy floresy. To nie zaspokoiło moich ambicji twórczych więc dzięki porzeczkom z Maroka, malinom z Holandii i truskawkom z Grecji ciasto nareszcie wyglądało jak chciałam. 

Kto to widział w lutym jeść czerwone porzeczki!!!!!


Ciasto polecam każdemu, bez względu czy je trawę czy trawożerców. Kruche jest autentycznie kruche a pralina...palce lizać.





Smacznego


wtorek, 17 grudnia 2013

King Crimbo Cake czyli co Robert Fripp piecze na święta



Po raz pierwszy w życiu zdarzyło się tak, że MMŻ przyszedł do mnie z przepisem i powiedział: „a może zrobiłabyś to...” Prawie zaniemówiłam z wrażenia.
MMŻ kocha jedzenie ale z praktycznej jego strony. Teoria nie interesuje go w najmniejszym stopniu. Sugerowanie mi czegokolwiek w kuchni nie zdarzyło się chyba dotąd ani razu.
Moje zdziwienie jest więc zrozumiałe. Zagadka wyjaśniła się w momencie, kiedy rzuciłam okiem na źródło inspiracji. MMŻ trzymał w ręce swoje ulubione czasopismo. Czasopismo muzyczne. Ha! To dopiero zagadka!
Czasopismo nazywa się Prog. Pojawia się w naszej skrzynce co miesiąc i przynosi najświeższe wiadomości na temat muzyki progresywnej. Jest pochłaniane przez MMŻ w całości i bez ociągania.
Numer grudniowy, oprócz wiadomości wiadomych czyli na temat, zawierał też na ostatniej stronie przepis na ulubione świąteczne ciasto ulubionego (a właściwie najulubieńszego) muzyka MMŻ – Roberta Frippa.
Mistrz, uchylający rąbka tajemnicy świątecznej uruchomił lawinę zdarzeń, której efektem jest dzisiejsze ciasto.
Co prawda w zeszłym roku piekłam prawie takie samo ciasto, ale nie było naznaczone ręką Mistrza, więc się nie liczy.




King Crimbo Cake

225 g czarnej porzeczki
85 g rodzynków sułtańskich
85 g rodzynków
50 g wiśni
25 g skórki z pomarańczy i cytryny kandyzowanej
85 g kandyzowanego imbiru
3 łyżki brandy
112 g masła
112 g brązowego cukru
2 duże jajka
112 g mąki
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki przyprawy piernikowej
25 g posiekanych migdałów
starta skórka z pomarańczy i cytryny
1 łyżeczka melasy
papier do pieczenia

Moczymy owoce w brandy: porzeczki, rodzynki, wiśnie, skórki pomarańczowa i cytrynowa przez noc.
Formę wykładamy papierem. Do 140 stopni nagrzewamy piekarnik.

Miękkie masło miksujemy z cukrem na puszystą masę. Roztrzepujemy jajka i dodajemy po trochu do masła. Miksujemy. Potem dodajemy mąkę, gałkę, przyprawy. Miksujmy ponownie, żeby napowietrzyć masę. Dodać owoce i migdały oraz skórki i melasę. Mieszamy i przełożyć do formy. Z góry przykrywamy podwójnym papierem z dziurką wielkości złotówki. Kładziemy formę na najniższej półce piekarnika i pieczemy 4, 4. 45 godziny. Sprawdzamy palcem sprężystość. Ciasto nie może się kleić.

Po upieczeniu zostawiamy 30 minut w wyłączonym piekarniku.
Nie możemy zapomnieć o dokarmianiu ciasta przed świętami. Robimy w nim dziurki (np. widelcem) i wlewamy brandy.





Do świąt jeszcze zostało kilka dni i po codziennym dokarmianiu, ciasto będzie spożywalne tylko przez pełnoletnich. Dzieci muszą się zadowolić sernikiem.
P.S.
Ciasto przykryłam cienką warstwą marcepana, w którym powycinałam wzorki.


Smacznego i ciekawych inspiracji

niedziela, 28 lipca 2013

Lekcja latania i konfitura porzeczkowa z wanilią



Dookoła naszego domu rośnie sad. Nie wiem ile ma lat ale jest starszy ode mnie. A to już sztuka.
Drzewa są w nim poskręcane, pochylone i wykrzywione kilkudziesięcioma zimami, lodowatymi wiatrami i letnimi upałami. Nie wszystkie owocują. Część przeszła już na zasłużoną emeryturę. Stoją sobie w dobrze znanym od lat towarzystwie śliwy, grusze i jabłonie. Owocują nieliczne. Jabłka na jabłoniach są pięknie czerwone i zazwyczaj liczne, ale jeść je  mogą tylko dziki i sarny. Każda próba zmienienia ich w coś smacznego kończyła się fiaskiem. Kiedyś w przyszłości spróbuję z nich wycisnąć cydr. Na razie niech cieszą zimą zwierzęta.
Na pewno w sadzie nie rosną sosny. Na pewno? Skąd w takim razie dookoła śliwek taka obfitość szyszek? Czyżby szyszki na śliwie? Patrzę w górę i co widzę. Dziupla. Czyli mamy wiewiórkę.
Zrobiłam przegląd naszego sadowego dobytku. Owoców może nie będzie zbyt wiele, ale na pewno mamy w sadzie ptasie przedszkole. Naliczyłam kilkanaście dziur w drzewach. Nie wydawało mi się, że słyszałam wiosną dzięcioła. Kiedy zapuściłam się w czerwcu w ciemny kąt, jakieś pierzaste stworzenie oszalało na mój widok.  Wrzeszczało, krążąc nad moją głową, próbowało mnie zmusić do odwrotu.
Z dziupli dobiegał taki hałas, jakby ktoś ogłosił otwarcie stołówki. Bardzo byłam ciekawa, jaki to gość korzysta z naszego sadu. Po czerwonych główkach można się było dopatrzeć dzięciołków. Jak one wrzeszczały!
A potem rodzice zaczęli wyprowadzać swoje potomstwo na świat. Nie przejmując się obecnością kotów urządziły sobie pod naszym nosem pas startowy.
To trzeba było zobaczyć. Małe bez chwili spokoju darły się jak opętane. Potem zaczęły spadać na nasz trawnik. Wyglądało to tak. Uwaga! Leci! Rozbieg odbywał się poziomo, potem chyba sił lub odwagi nie starczało i mały pikował w kierunku ziemi. Nagle, jakimś cudownym wyczuciem podrywał się w górę i przecząc wszelkim prawom fizyki, wlatywał na pobliski modrzew. Siedział i darł się wniebogłosy.
Nasze koty  były zdegustowane. Obserwowały cały ten proces z dużym zainteresowaniem.  Ty on leci! Ale pionowo!? Spadnie? E.. nie spadł. O! następny. 
Trwało to kilka dni aż któregoś dnia przed domem zapanowała cisza. I jakoś tak smutno się zrobiło. Na szczęście na polanie pod lasem zaczęły się próbne loty ptasich drapieżników. Tu szkoła lotnictwa odbywała się w skupieniu i ciszy. Młody, nawet jeśli się odezwał, to zaraz został przed starszych przywołany do porządku. Ćwiczyć, ćwiczyć, nie gadać. Jak w pruskim wojsku. Patrzyłam na jego mozolne próby utrzymania równowagi mimo silnego wiatru. Mały męczył się, często lądował na gałęzi, ale nie było mowy o radosnej zabawie jak w przypadku dzięciołów. Góra, dół, góra, dół. Do skutku.
Dzisiaj całą trójką w płynnym szyku patrolują najbliższą okolicę. Wiem, że w czasie śniadania zobaczę je nad lasem.
Nie wszyscy radzą sobie tak sprawnie.
Najbardziej zdesperowanego młodziaka spotkałyśmy z Córką. Słychać go było z daleka. To znaczy, wtedy nie wiedziałyśmy, że to on. Coś piszczało ile sił w dziobie cienkim głosem. Jeśli nie chciało zwrócić na siebie uwagi , to wybrało złą metodę. Z niepokojem patrzyłyśmy w niebo z której strony nadleci niebezpieczeństwo. Na szczęście myszołowy popołudniami znikają.
Na przygiętej brzozie, na wysokości wzroku siedziało Coś. Umilkło kiedy się zbliżyłyśmy. Przez moment udawało, że jest kawałkiem drzewa. Ani drgnęło. Tylko jedno oko niespokojnie wpatrywało się w intruzów. Jednak potrzeba obwieszczenia światu swojego trudnego położenia była silniejsza od zdrowego rozsądku. Po minucie ciszy mały podjął swoje piski i skargi.
Nie będę opisywać jak wyglądał. Sami zobaczcie. Nawet ogona to to jeszcze nie miało.



Postałyśmy, zrobiłyśmy zdjęcie i cichutko zostawiłyśmy malucha rodzicom. Wieczorem już go nie było.  A my  dzięki wszechwiedzącemu Internetowi zidentyfikowałyśmy maleństwo. Choć trudno w to uwierzyć, ten okruch był wilgą.
Życie jest niebezpieczne. Szczególnie kiedy zmysł  równowagi  zawodzi a do ziemi daleko.

Uczę się przyrody dookoła. W mieście rozpoznawałam wróble, sroki i sikorki. Za miastem widok bociana wprawiał mnie w euforię. Teraz macham do siadających na pobliskim bzie kulczyków czy pliszek.


Jeśli znudziły was moje ornitologiczne opisy, zapraszam was  do na śniadanie.
Jeszcze nie jest tak upalnie jak w południe  i można się rozkoszować kawą i kromką chleba z konfiturą.



 Konfitura z czarnej porzeczki z wanilią

1,5 kg czarnej porzeczki
1 kg cukru
1 strąk wanilii

Obieramy dokładnie porzeczki z szypułek i zasypujemy cukrem. Stawiamy na piecu i doprowadzamy do wrzenia. Nie zapomnijcie o mieszaniu. Aha, użyjcie garnka z naprawdę grubym dnem. Będziecie mieli gwarancję, że konfitura wam się nie przypali, nawet wtedy, kiedy waszą uwagę przyciągnie jakiś ptak za oknem.
Konfitura powinna godzinę postać na ogniu wesoło pyrkając. Po godzinie zdejmujemy ją z ognia, studzimy i przykrywamy folią spożywczą.
Następnego dnia ponownie stawiamy ją na piecu i dodajemy do niej całą laskę wanilii. Wanilię wcześniej kroimy na pół i nożem zeskrobujemy ziarenka. Mieszamy je z konfiturą. Strączki też dodajemy do konfitur.
Gotujemy porzeczki z wanilią na małym ogniu przez godzinę. Wyjmujemy strączki wanilii i gorącą konfiturą napełniamy pasteryzowane słoiki. Mocno zakręcamy i gotujemy 5 minut aby służyły nam zimą.

Dodanie wanilii do owoców jest nieprawdopodobnie trafionym pomysłem.  Lubię konfitury z zagadką. Mały dodatek w postaci wanilii, rozmarynu czy rumu sprawia, że poranna konfitura do śniadania nagle nabiera tajemniczego wymiaru.






Smacznego i ochłody  w ten upalny dzień

czwartek, 18 lipca 2013

Z okazji trzeba korzystać czyli konfitura z czerwonej porzeczki




Ani się człowiek obejrzy, a coś mu umknie. Raz bywają to filmy w kinie. Cieszę się na premierę a potem okazuje się, że zwlekałam tak długo, że film odszedł już do historii.
Innym razem ostrzę sobie zęby na sezonowe  wyprzedaże. Upatrzę sobie jakąś szmatkę i obiecuję kupić gdy cena będzie niższa. Potem marudzę, że jeszcze za drogo i się przyczajam. Aż w końcu rzeczywistość wylewa mi wiadro zimnej wody na głowę i pewnego dnia zamiast upatrzonej sukienki wita mnie napis „nowa kolekcja”. Wyciąganie wniosków z takich sytuacji nie jest moją mocną stroną. Historia powtarza się co roku.
Na szczęście jest kilka dziedzin, w których jestem bardziej czujna. Obniżka księgarska wyostrza mi zmysły. Napis „kup książkę, a drugą weźmiesz za złotówkę” jak nic zostanie przeze mnie  zauważony. I jak nic, zakupów nie będę odkładała na później. Tu, niestety tkwi haczyk, bo okazuję się być osobą o wyjątkowo słabej woli. Oparcie się książkowym zakupom jest ponad moje siły.
Ale z dwojga złego wolę żałować niekupionej sukienki niż niekupionej książki.
Drugim polem, na którym staram się trzymać rękę na pulsie są sezonowe produkty. Przespanie szparagów, czy truskawek jest równie przerażające jak nie skorzystanie z księgarskich wyprzedaży.
Niestety, tu też zdarzają mi się wpadki. W zeszłym roku ani się obejrzałam a na naszych krzewach porzeczkowych zostały tylko bujne liście.  Jacyś skrzydlaci najeźdźcy dokonali czystki o świcie. Kiedy ja rano wkroczyłam do akcji z miską, po porzeczkach został tylko nędzny ślad w postaci upuszczonych pojedynczych owoców.
W tym roku postanowiłam nie dopuścić do tej takiej zbrodni i pilnowałam porzeczek jak Wanda cnoty.
Udało się. Konfitura z czerwonych porzeczek stała się faktem. Nie dość, że nie przegapiłam zbiorów, to na dodatek zdążyłam przed agresorem.





Konfitura z czerwonej porzeczki:
(zmieściła się do 4 dżemowych słoiczków)

700 g czerwonej porzeczki bez szypułek
1 limonka
500 g cukru
3 łyżki syropu kokosowego

Zagotowałam cukier z wodą. Na wrzący syrop cukrowy wrzuciłam porzeczki i smażyłam godzinę. Dodałam sok z limonki, otartą skórkę i syrop kokosowy. Zamieszałam i zdjęłam z ognia. Wystudziłam i przykryłam folią spożywczą. Następnego dnia smażyłam konfiturę pół godziny i gorącą nałożyłam do pasteryzowanych słoików. Zakręciłam  i odstawiłam odwróconą do góry nogami by wystygła.
Następnego dnia zrobiłam próbę śniadaniową. Z  małymi bułeczkami, które zrobiłam z resztek ciasta na pizzę, smakowały bardzo wakacyjnie.





Smacznych śniadań, obiadów i kolacji

piątek, 26 kwietnia 2013

Królestwo za Internet czyli sernik porzeczkowy







Nawiozłam sprzętów wszelakich i po cóż? Równie dobrze mogłabym kupić sobie amfibię planując wyprawę na Saharę. Internet na mojej wsi występuje w formie szczątkowej. Nie żeby go nie było. Po prostu ja się nie dogaduję ze sprzętem technicznie zaawansowanym. Instrukcja obsługi w języku polskim nie robi na mnie wrażenia. Pisma obrazkowego nie rozumiem ni w ząb. Tłumaczenia ustne przerażają mnie do tego stopnia, że po pierwszym zdaniu następuje totalne wyłączenie funkcji rozumienia. Jakaś ciemna masa jestem.
Na wsi mojej jedynym ratunkiem jest MMŻ. Ale tym razem  nawet on nie dał rady, bo jego wspaniała żona (czytaj „ja”) nie zabrała wzmacniacza. I d… Zamiast pokazywać światu wiosnę i badyle, wzięłam grabie i całą swoją frustrację skierowałam na grabienie liści. I pożytecznie, i zdrowo, i pouczająco. Miałam okazję, żeby przeanalizować swój brak kompatybilności z techniką. Komputer włączyć umiem. Telewizor również. Nawet telefon komórkowy udaje mi się wykorzystywać od czasu do czasu. Ale już próba odtworzenia muzyki w naszym domu czy obejrzenia filmu przekracza moje możliwości. I na nic wieloletnie szkolenie. Dzielnie przez trzy lata uczę się który guzik kiedy nacisnąć, żeby samodzielnie obejrzeć wiadomości.  I w momencie gdy już, już jestem  u celu… MMŻ wymienia sprzęt i cała zabawa zaczyna się na nowo. W takich warunkach nie mam najmniejszych  szans na dogonienie świata techniki. Za dużo i za szybko się w nim dzieje. Pięciolatek w zestawieniu ze mną wyszedłby na młodego Einsteina. Czy jest na to jakieś lekarstwo?
Owszem. Zeszyt z litanią numerów telefonów do dobrych ludzi. Odpowiedź na pytanie co jest lepsze? Znać odpowiedź na pytanie czy znać człowieka, który zna odpowiedź. W przypadku moich kłopotów wybieram wariant numer dwa.

Jeśli uda mi się urokiem osobistym (i pomocną dłonią kogoś z listy w moim zeszyciku) zainstalować Internet z dala od cywilizacji, będę mogła pokazać wam co w trawie piszczy i w kuchni gotuje. Na razie piszę, gotuję i robię zdjęcia, żeby potem zabrać je do miasta, w krótkim czasie nadrobić zaległości  i zrobić zapasy wpisowe.
Lekko nie jest. Ale nikt nie obiecywał, że będzie.

Pieczenie ciast to teren, po którym poruszam się z gracją zawodowej baletnicy. Żadnych bitów, przełączek, wzmacniaczy i tym podobnych. Tylko ja i przepis. Nareszcie czuję się uspokojona. Piekę sernik. Porzeczkowy.


Sernik porzeczkowy:

spód ciasteczkowy:
150 g ciasteczek typu digestive
70 g masła

sernik: 
700 g twarożku
1 szklanka cukru
4 jajka
1 cukier waniliowy
2 łyżki mąki
10 dkg ciastek
10 dkg masła

na część porzeczkową:
szklanka konfitury z czarnej porzeczki (w sezonie porzeczkowym użyję świeżych porzeczek)
kieliszek likieru porzeczkowego
1 łyżka soku z cytryny

polewa śmietanowa:
250 ml kwaśnej śmietany
2 łyżki cukru pudru

Ciastka mielimy i łączymy w roztopionym masłem. Mieszamy i wykładamy ciastkami formę. Przyciskamy ręką ciastka do dna formy. Forma wędruje do lodówki.
Ser, mąkę, cukier waniliowy, cukier i mąkę miksujemy do połączenia się składników. Jajka rozmącamy i wlewamy do masy serowej. Krótko miksujemy.
Konfiturę z czarnej porzeczki razem z likierem wkładamy do blendera i mielimy jak najdrobniej. Jeśli mamy średnio  wydolny sprzęt, przecieramy zmielone porzeczki przez sito.
Przygotowujemy formę do pieczenia w kąpieli wodnej. Szczelnie owijamy formę folią aluminiową. Włączmy piekarnik na 180 stopni a w czajniku zagotowujemy wodę.
Wracamy do masy serowej. Dzielimy ją na pół. Jedną połowę wylewamy na ciastkowy spód.  Formę z masą serową wkładamy do nieco większej formy. Wlewamy wrzącą wodę do połowy wysokości owiniętej folią formy. Wszystko zamykamy w piekarniku na pół godziny. Pozostałą połowę masy serowej mieszamy ze zmiksowaną masą porzeczkową. Po pół godzinie wyjmujemy ostrożnie formę z sernikiem z piekarnika i na lekko podpieczone ciasto wykładamy masę serowo porzeczkową. Robimy to ostrożnie, najlepiej łyżeczką. I znów wkładamy formę do piekarnika na pół godziny. Po tym czasie wyjmujemy ciasto z piekarnika na kwadrans a potem polewamy śmietaną zmieszaną z cukrem pudrem. Kolejne 10 minut podpiekamy ciasto w piekarniku. Potem wyłączamy piekarnik i nie wyjmujemy ciasta póki na wystygnie.
Zimny sernik przykrywamy i chowamy na noc do lodówki.


Całkiem zgrabny sernik wyszedł. Część serowa jest kremowo waniliowa a część porzeczkowo lekko kwaśna o zdecydowanie porzeczkowym smaku. Myślę, że ze świeżymi  lub mrożonymi owocami byłby doskonały.
Jak widać udało mi się poskromić technikę. Ale pomoc przyszła aż zza wody. Całe szczęście.
Pomysł na sernik wzięłam stąd.

Smacznego i przygotowujcie się na długi weekend.