Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wanilia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wanilia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lutego 2021

Niezbyt wielka ucieczka i tort z makiem, czekoladą i kremem z białej czekolady

 




MMz wyszedł po pizzę. I przepadł. W linii prostej miał do pokonania około 250 metrów.

Ale po prostej to nie znaczy prosto. 

MMŻ odkrył stosunkowo niedawno, że ma nogi. I że one służą nie tylko do noszenia spodni i butów ale pełnią też nieoczekiwanie inne funkcje. Funkcje pożyteczne i całkiem przyjemne. Otóż, jak się okazało, do przemieszczania się w przestrzeni dobrze sprawuje się nie tylko samochód ale własne nogi. 

A to odkrycie: mam nogi! Dziwne? Nieprawdopodobne? Nieprawdziwe?

Trzy razy "nie". 

Odkrycie własnych nóg może być momentem zwrotnym w życiu porównywalnym do wynalezienia (nomem omen) koła. 

Nie wdając się w szczegóły MMŻ po dokonaniu powyższego zaczął nowe życie. Wędrowca.

Kiedyś na moje pytanie: 

- pójdziesz ze mną na spacer? 

słyszałam: 

- pieszo? a nie możemy pojechać autem?

Na parkingu zostawialiśmy pojazd pod drzwiami a zwiedzanie czegokolwiek odbywałam w samotności.

Dawne czasy. Dziś parking zazwyczaj jest nam niepotrzebny a spacery zaczynają być podobne do maratonów. 

Wracając do dzisiejszego zniknięcia, MMŻ wyszedł po pizzę. Prosta kalkulacja plus doświadczenie dało mi wynik: 20 minut.

Była niedziela, leniwe popołudnie, wędrówkę już zaliczyliśmy, serial "Raised by wolves" przygotowany do obejrzenia. Żadnego niebezpieczeństwa nie wyczuwałam. Do pełni szczęścia brakowało tylko pizzy. No i MMŻ. 

Po godzinie nawet mnie zastanowiło jakąż to okrężną drogę mój wspaniały Mąż tym razem obrał.

Rozwiązanie okazało się o tyle prozaiczne, co nieoczekiwane. Kiedy ja wizualizowałam trasy, które przemierza MMŻ idąc po pizzę, ten zakotwiczył u pizzamana by w spokoju acz bez premedytacji oddać się ożywionej dyskusji nad wyższością jednego sprzętu grającego nad innym. Czas płynął, pizza stygła, ciemność zapadła. 

MMŻ wrócił zadowolony z siebie po 1,5 godziny.

Zapomniałam, że są rzeczy ważne, ważniejsze i najważniejsze. Pizza nie znalazła w żadnej z tych kategorii.

Następnym razem zamówię obiad z dowozem. Takie  są zgubne skutki chodzenia....na manowce;))


Wbrew temu co na wstępie, dziś nie będzie pizzy, ani burgerów, ani burrito. 

Sobota jest dniem świętym i moja kuchnia jest wtedy zamknięta. Żadna siła nie zmusi mnie w sobotę do wyjęcia garnka.

Ale ciasto to nie gotowanie. No i zazwyczaj w sobotę jest już gotowe. 






Tort nie tylko urodzinowy z makiem, czekoladą i kremem z białej czekolady


ciasto czekoladowe:

1 i 3/4 szklanki mąki pszennej

1,5 szklanki drobnego cukru do wypieków

3/4 szklanki kakao

1,5 łyżeczki sody oczyszczonej

1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

pół łyżeczki soli

1 szklanka maślanki lub kefiru

1/2 szklanki (125 ml) oleju rzepakowego lub słonecznikowego

2 duże jajka

1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

1 szklanka świeżo zaparzonej gorącej kawy (bez fusów)


Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej. Do dużej  miski przesiewamy mąkę, kakao, sodę, proszek, sól.

W innej misce mieszamy  maślankę, olej, jajka, wanilię. Dodajemy cukier. Nie ubijamy, mieszamy tylko do połączenia się składników. 

Dodajemy suche składniki i mieszamy ręcznie by wszystko ładnie się połączyło. Potem strużką wlewamydodawać kawę, dalej mieszając. 

Ciasto przelewamy do tortownicy średnicy 23 cm, wyłożonej papierem do pieczenia i  pieczemy w temperaturze 170ºC przez około 40 – 45 minut lub do tzw. suchego patyczka. 

Upieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika, studzimy i kroimy na 3 blaty.


biszkopt makowy:

5 jajek, białka i żółtka oddzielnie

150 g drobnego cukru do wypieków

2 łyżki zmielonych migdałów

120 g mąki pszennej tortowej

2 łyżki skrobi ziemniaczanej

1 łyżka proszku do pieczenia

200 g suchego, nie mielonego maku


Zaczynamy od ubicia białek na pianę. Do ubijanych białek, pod koniec wsypujemy partiami cukier (jak przy robieniu bezy). Doubitych białek z cukrem dodajemy żółtka, wciąż ubijając.

W misce mieszamy obie mąki, mak, proszek i migdały. 

Do miski z ubitymi jajkami wsypujemy mieszankę suchą  i delikatnie, ręcznie mieszamy.

Przekładamy ciasto do tortownicy, wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy około 40 minut w temperaturze 180 stopni.

Studzimy a po wystudzeniu kroimy na 3 blaty.


nasączenie:

pół szklanki przegotowanej wody, wystudzonej

3 łyżki rumu


krem z białej czekolady:

300 g białej czekolady, posiekanej

400 ml śmietany kremówki 36%


Mocno pdgrzewamy kremówkę (prawie do zagotowania). Zdejmujemy z pieca i wrzucamy do niej połamaną czekoladę. Po kilku minutach mieszamy do otrzymania gładkiej czekoladowej masy. Studzimy, przykrywamy powierzchnię czekolady folią i wstawiamy do lodówki (najlepiej na noc).

Następnego dnia ubijamy schłodzoną masę czekoladową na krem. 


krem do posmarowania i udekorowania tortu:

250 g mascarpone

200 ml kremówki

2 łyżki cukru pudru

1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

oraz 

małe beziki, owoce


Finał:

Na podstawce lub w tortownicy kładziemy pierwszy czekoladowy blat. Nasączamy go ponczem i smarujemy kremem. Przykrywamy blatem makowym. Nasączamy i smarujemy kremem. Przykrywamy blatem czekoladowym, nasączamy i smarujemy kremem. Przykrywamy blatem makowym, nasączamy i całość ciasta smarujemy resztą kremu z białej czekolady.

Wstawiamy do lodówki na kilka godzin.

Nie użyłam wszystkich trzech blatów bo miałam dla nich inne przeznaczenie. 

Po kilku godzinach dekorujemy tort.

Ubijamy mascarpone z kremówką, cukrem i wanilią. Smarujemy boki i wierzch ciasta. Upiększamy według uznania i schładzamy ponownie w lodówce.






Trochę jest z tym ciastem zachodu, ale urodzinowych ciast nie piecze się co sobotę. 

Zachęcam i polecam. Smacznego


sobota, 30 listopada 2019

Kot na głowie i jasne brownie z masłem orzechowym i czekoladą






























Kot śpi na mojej głowie. Dookoła taka cisza, że można się pomylić i zapomnieć, że śpię w środku miasta. Zapominam, który to dzień tygodnia i jaki to miesiąc. Wsłuchuję się w miarowe mruczenie.
Brzuszek na moim uchu i dźwięki z niego płynące działają jak mantra. Coś tam pluśnie, coś się przeleje, coś zabulgocze. 
Leżę i zastanawiam się co daje posiadanie kota. Czy kot jest mi do czegoś potrzebny?

Jaki jest mój kot?

Mój kot do subtelnych nie należy. Wszystko u niego i w nim odbywa się w powiększonej skali. Kiedy mruczy, zapomnij o słuchaniu czegokolwiek innego. Jeśli jest zadowolony, to radością całego zastępu przedszkolaków. Gdy jest zły, to nawet będąc owczarkiem niemieckim, zastanowiłabym się, czy do niego podejść.

Jeśli nadepnie, to na pewno poczujesz. Jeśli się położy, to na bank trudno ci będzie się spod niego wysunąć. 
Mój kot to kawał kota. Jeśli chwilowo nie wiesz gdzie jest, idź za charakterystycznym dźwiękiem piłowanego drzewa. On chrapie. Na dodatek chrapie głośno. W domu, w konkurencji głośności zdobywa bezapelacyjne pierwsze miejsce.

Mój kot jest seksistą. Leje Citka i ani myśli mieć z tego powodu wyrzuty sumienia.

Mojego kota trudno sfotografować. Jego szarość jest szarością ołówkowego grafitu.

Największym wrogiem mojego kota jest szczotka. Szczotka i grzebień to wróg. A wroga traktuje się bez pardonu. Zęby i pazury bardzo w tym pomagają. A, do grona wrogów zapomniałam dodać cążki do pazurów.
Mój kot jest „nieleczalny”. Każda, absolutnie każda wizyta u weterynarza, to bitwa pod Stalingradem. Każda ze stron gotowa jest na wszystko byleby tylko osiągnąć cel.
Mimo całkiem niezłego wyposażenia (patrz kły i pazury), wszystkie bitwy na razie wygrał człowiek. Założę się jednak, że w tej małej szarej głowie powoli wylęga się plan krwawej zemsty. Jeśli nie dziś, to za rok, dwa. Kot nierychliwy ale mściwy…

Mój kot wygląda jak sfinks. Ma piękny profil i tyle.

Największą radością mojego kota jest miska. Nie jakaś tam miska. Pełna miska. Mój kot nie pogardzi kocią karmą, surowym mięskiem, rybą, kawałkiem ciasta czy twarogiem. Z tego powodu mój kot do szczupłych nie należy. I ma to w nosie.

Mój kot nie jest czyściochem. Ba, jest zaprzeczeniem czyściocha. Rzadko się myje. Czasem zacznie sobie lizać łapę, ale zazwyczaj po pierwszym lizie, zapomina o co mu właściwie chodziło. I to mu zupełnie nie przeszkadza.

Mój kot zna się na zegarku. Co prawda, jego zegarek śpieszy się o 2 godziny ale jak na kota, to i tak nieźle. Jeśli micha jest przewidziana o 18.00, on od 16.00 leży przed nią z wyrzutem w oku. Jeśli rano michę napełniają o 8.00, on od 6.00 rozpoczyna masaż głowy. Mojej.
Jak myślicie, kto się poddaje o 7.00? Jak wam się wydaje; kto ma kogo, on mnie, czy ja jego?
No właśnie.

Mój kot lubi być blisko. Blisko swojego człowieka. Bo człowiek jest po to, by dawał kotu ciepło, michę i mizianie.

A po co jest kot? Żeby był. Żeby się plątał między nogami. Żeby udawał głuchego, kiedy się go woła. Żeby chciał wyjść, kiedy właśnie zamknąłeś drzwi. Żeby właził na kolana i swoją obecnością przygładził wszystkie duchowe twoje kanty. Żeby dotknięciem kociego nosa wyprasował każdą życiową zmarszczkę. Choć na chwilę.

Kot w życiu jest obowiązkowy.

P.S. Na marginesie zaznaczam, że nie jestem przeciwniczką psów. Największą moją miłością był pewien Jarvis, najwspanialszy berneńczyk świata.

Koty to po prostu zupełnie inna bajka. I to one, a nie na odwrót wyprowadzały psa na spacer. Ale to temat na zupełnie inne opowiadanie.

Aby zgrabnie nawiązać do kulinariów, powiem, że bohater tego wpisu czyli ciasto z masłem orzechowym i czekoladą bardzo przypadło do gustu drugiemu bohaterowi tej historii. Wszystkie okruszyny na talerzu zostały skrzętnie wchłonięte.



jasne brownie z masłem orzechowym i czekoladą
(forma 22 X 33cm)
1 szklanka miękkiego masła orzechowego (czy z kawałkami orzechów, czy bez decydujecie sami)
225g miękkiego masła
1,5 szklanki drobnego cukru
1 łyżka wanilii
2 duże jajka plus 1 żółtko
250 g mąki pszennej
1 szklanka chipsów czekoladowych
pół łyżeczki soli

na polewę czekoladową:
200 g czekolady deserowej
100 ml kremówki
1 łyżka miękkiego masła

Włączamy piekarnik i rozgrzewamy do 180 stopni.
Blaszkę 22x33cm wykładamy papierem do pieczenia. Kilka maźnięć masłem blachy sprawi, że papier nie będzie się przesuwał.
Ubijamy na jasną, puszystą masę masło i cukier. Dodajemy, miksując masło orzechowe, wanilię. Potem dorzucamy lekko rozmącone jajka. Na koniec zmniejszamy obroty i dosypujemy przesianą mąkę i czekoladowe chipsy i mieszamy do połączenia się składników.
Wykładamy ciasto na blachę, wyrównujemy powierzchnię i wstawiamy do piekarnika na około 40 minut. Pieczemy do tzw. suchego patyczka.
Upieczone wyjmujemy z pieca i studzimy.
Kiedy wystygnie polewamy czekoladową polewą lub oprószamy cukrem pudrem.
By zrobić polewę mocno podgrzewamy kremówkę (prawie do zagotowania) i wrzucamy do niej połamaną czekoladę i masło. Mieszamy do powstania aksamitnej polewy, którą wylewamy na przestudzone ciasto.




Smacznego


A to Szarość w pełnej okazałości

poniedziałek, 22 lipca 2019

Jak żyć bez smartfona czyli jajecznica na słodko po portugalsku (pasteis de nata)



























Nie mam telefonu. Nie mam internetu.
Pomarańczowym ludzikom podziękowałam na internet a telefon jako dobra dusza pożyczyłam.
Zapomniałam, że na mojej wsi pozostanie mi jako jedyny kontakt ze światem głośne wołanie.
Na nieszczęście najbliższy sąsiad jest o wiele za daleko, żeby cokolwiek usłyszeć. 
Coś, co kiedyś było zaletą, teraz okazuje się niekoniecznie.

Oddając lekką ręką telefon trochę przeszarżowałam; do drogi typu asfalt z półtorej kilometra. Do najbliższego miasta z osiem. Przede mną tylko niebo gwiaździste i trawa zielona (obecnie żółta jak włos słowiański).
Jeśli nie zajrzy do mnie jakaś życzliwa dusza lub MMŻ się na mnie wypnie, to jak nic przyjdzie mi ruszyć w las by zdobyć pożywienie.
A, no tak. Zapomniałam wspomnieć, że samochód został w mieście.

MMŻ wsiądzie na swojego rumaka ściskając mój (!!!) telefon w dłoni i odjedzie w siną dal.
Może włos zapuścić i rozciągnąć po miedzy (miastowym tłumaczę, że to pas niezaoranego terenu pomiędzy dwoma polami; może również oznaczać sąsiedzką granicę) wzorem Roszpunki. A nuż jakiś młodzian, napalony na owłosiony czerep skusi się i wybawi, pozwalając skorzystać z telefonu.
Niestety mój zakamuflowany realista podpowiada mi z ukrycia, że mam przestać się łudzić, że jakiegokolwiek młodziana na cokolwiek złapię. Chyba tylko rzucając wcześniej czary  lub zsyłając mglisty omam.

Pomyślmy co mamy w zastępstwie....
Może skopiować zdjęcia z telefonu?
Nie mam telefonu.
To może joga do upadłego?
Nie mam telefonu a tam aplikacja.
Pozostaje audiobook.
Nie mam telefonu.

Pomalowałam szafki w przedpokoju. Zakisiłam stado ogórków. Obiegłam kilkakroć okolice. Totalnie uporządkowałam garaż, stryszek, drewutnię. Gdyby nie chwila przytomności, pewnie zaczęłabym zamiatać sad.
Przeczytałam trzy książki. Z kilkadziesiąt razy zakropiłam MMŻ oko. Próbowałam podejść myszołowa (bezskutecznie). Równie bezskutecznie usiłowałam policzyć nasze kosy.
Czyli da się. Bez Internetu.
Tylko jak tu zamieścić notkę na blogu? Poszukam MMŻ i wyrwę mu telefon z gardła.
Jedyne co mi zostało to optymizm i półka książek.
I mieszanie w garach. 




  









pasteis de nata:
 

Kultowe ciasteczka portugalskie. Dla mnie skrzyżowanie jajecznicy na słodko i kremu brulee. W każdym razie pycha. Roboty przy nich tyle co przy obieraniu marchewki a radość po upieczeniu ogromna. Wyobraźcie sobie zapach wanilii i cynamonu roznoszący się po mieszkaniu....
Przepisów jest bez liku. Różnice między nimi dotyczą przede wszystkim zabawy z jajkami. Czy podgrzewać, czy dodać na końcu nie podgrzewając.
 

Przygnieciona brakiem kontaktów wirtualnych ze światem musiałam pogrzebać w źródłach archaicznych czyli książkach.
To całkiem przyjemne zajęcie. Szczególnie stare gazety okazały się motywujące.
 

Kto ambitny niech się weźmie za ciasto francuskie własnoręcznie, choć w tych upałach trzeba dysponować chłodnią by liczyć na sukces. Ja ciasto francuskie kupuję, pilnując by było z masła a nie oleju palmowego. Tego ostatniego wystrzegajcie się jak była pani premier flagi unijnej.
 

Jeśli już mamy ciasto francuskie (przechowywane w lodówce), możemy zrobić nadzienie.
 

nadzienie do pasteis de nata:
 

1 szklanka mleka (czyli około 250 ml) podzielona na pół
30 g mąki pszennej
1 laska cynamonu
skórka z jednej umytej cytryny (użyjcie obieraczki do warzyw)
pół szklanki wody
3/4 szklanki cukru
4 jajka
szczypta soli
 

Praca dzieli się na pięć etapów:
 

I - Do niedużego rondelka wlewamy pół szklanki wody i wsypujemy cukier. Włączamy nieduży ogień i zagotowujemy syrop cukrowy. Gotujemy go kilka minut aż stanie się przeźroczysty. Nie zostawiajcie go samego bo ma skłonności do ucieczek, jeśli go spuścić z oczu.
 

II - Wlewamy do niedużego garnka pół szklanki mleka. Wsypujemy mąkę. Mieszamy do momentu dokładnego połączenia się mleka z mąką.
 

III - Do pozostałej pół szklanki mleka dorzucamy cynamon i skórkę z cytryny. Zagotowujemy i mieszając gotujemy 2 minutki.
 

IV - Do gotującego się mleka wlewamy mieszankę mleka z mąką. Mieszamy by nie było grudek (powstaje coś w rodzaju budyniu). Do gęstego, lekko bulgoczącego budyniu wlewamy powolutku syrop cukrowy. Mieszamy dokładnie i przelewamy przez sitko. Pozbywamy się w ten sposób cytryny, cynamonu i ewentualnych grudek.
 

V - jajka rozmącamy w miseczce i wlewamy do masy mlecznej. Miksujemy i przykrywamy folią spożywczą by uniknąć utworzenia się kożucha (chyba, że ktoś lubi).
Kiedy nadzienie do pasteis do nata stygnie, przygotowujemy ciasto.
 

Piekarnik rozgrzewamy do 250 stopni.
Wyjmujemy ciasto z lodówki i przygotowujemy foremki. Ja użyłam blaszki do pieczenia muffinów.
Smarujemy wnętrze foremek masłem. Ciasto francuskie odwijamy z papieru i zwijamy w rulonik. Kroimy na plastry (powstają plastry-ślimaczki) i wałkujemy je na cienkie placuszki, które wypełnią  foremki. Kiedy na nie spojrzycie z góry, powinny wyglądać jak ciasna spiralka.
Wypełniamy placuszkami foremki, delikatnie przyciskając do ścianek foremek. Nie róbcie dziur w cieście bo nadzienie mam zwieje.
Chłodnym nadzieniem napełniamy foremki do 3/4 wysokości. W czasie pieczenia znacznie urosną i mogą wykipieć.
 

Wstawiamy formę do piekarnika i pieczemy 15-16 minut.
Sprawdźmy przed upływem pieczenia czy ciasto jest przypieczone a nadzienie lekko wrze.
Boczki ciasta powinny być nieco przypalone, to nadaje im vintage wyglądu. Taki stan jest idealny, ponieważ te ciasta są wspomnieniem przeszłości. Na świecie moda na nie minęła całe wieki temu.
 

Wyjmujemy upieczone pasteis de nata i czekamy (przebierając nerwowo nogami) kilka minut by się na nie rzucić bez opamiętania i jeść, jeść, jeść, nie licząc kalorii.



 

Smacznego

sobota, 20 października 2018

Spice pumpkin latte i szlafrok jako gatunek ginący




























- Mamo przecież masz już dwa szlafroki!
- No co ty. Nie mam ani jednego. Mam same płaszcze kąpielowe.

Masz babo placek. Szlafrok, podomka, peniuar, płaszcz kąpielowy, bonżurka. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że ilość wdzianek domowych jest tak obfita.
Moja mama odbędzie kilkugodzinną wizytę na oddziale szpitalnym i musi posiadać „kapcie, piżamkę i szlafrok”. Tak sprawę przedstawiła pielęgniarka.

Czy w dzisiejszych czasach szlafrok różni się czymś od płaszcza kąpielowego? 
Dla mojej mamy jak najbardziej. Dla mnie? Niekoniecznie. 
W czasach kiedy po domu paradowało się w szlafroku (wciąż pamiętam szlafrok czarny w pomarańczowe kwiaty mojej mamy) odeszły w zapomnienie. Wtedy o płaszczach kąpielowych nikt nie słyszał. 
Chociaż, jeśli jeździło się do wód, to może i płaszcze kąpielowe miały rację bytu. Ja w swojej lumpenproletariackim dzieciństwie o peniuarach i bonżurkach nie miałam pojęcia. 
Szlafroka mamie zazdrościłam bo był mega elegancki i kojarzył mi się z pożądaną dorosłością. Ja, musiałam się zadowolić lizeską i piżamką pajacykiem.
Epizod z Narodowym Funduszem Zdrowia odgrzebał jakiś kolejny zapomniany obrazek z przeszłości.
Czy ja kiedykolwiek miałam szlafrok? W łazience wiszą dwa…płaszcze kąpielowe. MMŻ wisi obok i jest…płaszczem kąpielowym czy szlafrokiem?

Jakoś granice się rozjechały. Czy ktoś jeszcze, oprócz mojej mamy, upiera się przy szlafroku i zupełnie nie akceptuje zastąpienia go płaszczem kąpielowym? Pomóżcie!

Ten mały szlafrokowy (a jednak!) epizodzik spowodował, że zastanowiłam się nad ginącymi gatunkami. 
Jest Czerwona księga ginących gatunków i dotyczy świata zwierząt. Czy jest księga ginących słów? Obliczono, że co każde 25 minut ginie bezpowrotnie jeden gatunek zwierząt. 
Ile słów znika z naszego języka każdego roku?
Jeden szlafrok a tyle rozważań.

Poniżej będzie mnóstwo słów. Bo jak tu opisać coś, co pachnie, smakuje i wygląda? Cieszę się, nie wszystko jeszcze stracone.

Pomysł na to ciasto wypłynął z mojej głowy przy otwieraniu szuflady. Mieszkają w niej kawy, herbaty i kakao.
Otwarłam puszkę z mieszanką chai latte, które miałam zamiar sobie zrobić na otwarcie sezonu jesiennego i momentalnie przeniosłam się w czasie i przestrzeni.
Spice pumpkin latte, tiger latte, gingerbread latte. Ani chybi (to z gatunku określeń ginących) wreszcie dotarło do mnie, że to już jesień.
Mieszają się imbir z cynamonem, kardamon z czarnym pieprzem, wanilia z masalą. Skoro jest spice pumpkin latte czyli korzenne dyniowe latte, to czemu nie ciasto?

Potem już poszło. Efektem jest ciasto poniżej. Jest w nim dynia, jest kawa, śmietanka i czekolada.
A wszystko zaczęło się od otwarcia szuflady.
Zapraszam



  Spice 
 pumpkin latte cake

Kakaowy biszkopt:
5 jajek
5 łyżek drobnego cukru
5 łyżek mąki pszennej
3 łyżki kakao
2 formy prostokątne o wymiarach 27x21 cm
1 torebka herbaty earl grey plus woda

Krem dyniowy:
1 szklanka upieczonej i wystudzonej dyni*
3 łyżki cukru
Otarta skórka z jednej pomarańczy
110 g mascarpone (połowa opakowania)
100 ml kremówki
1 łyżeczka żelatyny

Krem kawowy:
110 g mascarpone (reszta, która została z kremu dyniowego)
3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
3 łyżki cukru
100 ml kremówki
1 łyżeczka żelatyny

Krem czekoladowy:
100 g mlecznej czekolady
25 g czekolady gorzkiej
250 ml kremówki
1 łyżeczka żelatyny

Polewa czekoladowa:
75 g czekolady (gorzkiej lub mlecznej)
100 ml kremówki

  • Jeżeli chodzi o dynię, to trzeba ją upiec. Najlepsza jest hokkaido lub butternut. Piecze się bez obierania i miksuje się na aksamitny krem.
Jako pierwszy pieczemy biszkopt.
Oddzielamy białka od żółtek. Białka upijamy jak na bezę. Dosypujemy cukier i ubijamy. Dodajemy żółtka i jeszcze chwilę ubijamy.
Odkładamy mikser i przesiewamy przez sito mąkę z kakao. Delikatnie łączymy z masą jajeczną.
Wykładamy formy papierem do pieczenia i nakładamy ciasto do form.
Pieczemy w 180 stopniach 15 minut.
Upieczone wyjmujemy i studzimy.

Kremy zaczynamy od zrobienia kremu czekoladowego.
Żelatynę zalewamy odrobiną wody by napęczniała. Potem stawiamy na garnuszku z gorącą wodą by się rozpuściła.
Podgrzewamy 50 ml kremówki (mocno ale nie dopuszczając do zagotowania). Do gorącej śmietany wrzucamy połamane obie czekolady i po chwili mieszamy. Do stopionej, jeszcze ciepłej czekolady wlewamy ciepłą, płynną żelatynę i dokładnie mieszamy. Studzimy.
Ubijamy resztę kremówki i łączmy (delikatnie) z płynną ale wystudzoną czekoladą. Wkładamy do lodówki na pół godzinki.

W międzyczasie przygotowujemy dwa pozostałe kremy. 
Do dwóch miseczek wsypujemy po łyżeczce żelatyny i zalewamy odrobiną wody by napęczniała. Potem postępujemy z nią jak wyżej.

By zrobić krem dyniowy ubijamy mikserem mascarpone z kremówką i cukrem.
Dodajemy zmiksowaną dynię i skórkę pomarańczową.

Do zrobienia kremu kawowego potrzebujemy reszty mascarpone i kremówkę. Do miski obok mascarpone i kremówki dodajemy cukier i kawę rozpuszczalną. Ubijamy wszystko razem aż powstanie gęsty kawowy krem.

Zaparzamy pół szklanki herbaty earl grey. Będziemy nim nasączać biszkopt.

Czas poskładać ciasto.
Zdejmujemy z biszkoptu papier. Każdy blat kroimy wzdłuż na dwa paski. W sumie otrzymamy 4 kawałki ciasta.

Pierwszy pasek biszkopta nasączamy herbatą i smarujemy (grubo!!!) kremem dyniowym. Krem dyniowy jest gęsty. Nic się nie bójcie, że coś się wymknie z pod kontroli. Mnie krem został i posmarowałam ciasto z zewnątrz, ale nie jest to konieczne.

Na krem dyniowy kładziemy kolejny pasek ciasta i znów nasączamy herbatą. 
Nakładamy krem kawowy. 
Przykrywamy go trzecim paskiem ciasta.
Ciasto nasączamy earl greyem i smarujemy kremem czekoladowym (jest najrzadszy i dlatego wcześniej tkwił w lodówce).
Przykrywamy krem ostatnim kawałkiem ciasta i całość umieszczamy w lodówce na kilka godzin.

Ja nie miałam tyle cierpliwości i kiedy tylko krem czekoladowy zastygł minimalnie wysmarowałam całe ciasto z zewnątrz kremem dyniowym, którego, nie wiedzieć czemu, zostało mi najwięcej.

Ładnie połączone ciasto czas udekorować polewą.
Podgrzewamy kremówkę, dodajemy do niej połamaną czekoladę i po chwili mieszamy.

Ciasto musimy pozbawić mniej efektownych boków. Obcinamy je ostrym nożem a resztki dajemy do skonsumowania rodzinie pod pretekstem dokonania degustacji.

Aksamitną polewę wylewamy na ciasto mniej lub bardziej ozdobnie. Moja wylewka jest nieco toporna bo kremówki dałam za mało.
Ponownie lekko chłodzimy całość i przy akompaniamencie fanfar i dzwonów podajemy ciasto na stół.





Smacznego