Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lutego 2021

Niezbyt wielka ucieczka i tort z makiem, czekoladą i kremem z białej czekolady

 




MMz wyszedł po pizzę. I przepadł. W linii prostej miał do pokonania około 250 metrów.

Ale po prostej to nie znaczy prosto. 

MMŻ odkrył stosunkowo niedawno, że ma nogi. I że one służą nie tylko do noszenia spodni i butów ale pełnią też nieoczekiwanie inne funkcje. Funkcje pożyteczne i całkiem przyjemne. Otóż, jak się okazało, do przemieszczania się w przestrzeni dobrze sprawuje się nie tylko samochód ale własne nogi. 

A to odkrycie: mam nogi! Dziwne? Nieprawdopodobne? Nieprawdziwe?

Trzy razy "nie". 

Odkrycie własnych nóg może być momentem zwrotnym w życiu porównywalnym do wynalezienia (nomem omen) koła. 

Nie wdając się w szczegóły MMŻ po dokonaniu powyższego zaczął nowe życie. Wędrowca.

Kiedyś na moje pytanie: 

- pójdziesz ze mną na spacer? 

słyszałam: 

- pieszo? a nie możemy pojechać autem?

Na parkingu zostawialiśmy pojazd pod drzwiami a zwiedzanie czegokolwiek odbywałam w samotności.

Dawne czasy. Dziś parking zazwyczaj jest nam niepotrzebny a spacery zaczynają być podobne do maratonów. 

Wracając do dzisiejszego zniknięcia, MMŻ wyszedł po pizzę. Prosta kalkulacja plus doświadczenie dało mi wynik: 20 minut.

Była niedziela, leniwe popołudnie, wędrówkę już zaliczyliśmy, serial "Raised by wolves" przygotowany do obejrzenia. Żadnego niebezpieczeństwa nie wyczuwałam. Do pełni szczęścia brakowało tylko pizzy. No i MMŻ. 

Po godzinie nawet mnie zastanowiło jakąż to okrężną drogę mój wspaniały Mąż tym razem obrał.

Rozwiązanie okazało się o tyle prozaiczne, co nieoczekiwane. Kiedy ja wizualizowałam trasy, które przemierza MMŻ idąc po pizzę, ten zakotwiczył u pizzamana by w spokoju acz bez premedytacji oddać się ożywionej dyskusji nad wyższością jednego sprzętu grającego nad innym. Czas płynął, pizza stygła, ciemność zapadła. 

MMŻ wrócił zadowolony z siebie po 1,5 godziny.

Zapomniałam, że są rzeczy ważne, ważniejsze i najważniejsze. Pizza nie znalazła w żadnej z tych kategorii.

Następnym razem zamówię obiad z dowozem. Takie  są zgubne skutki chodzenia....na manowce;))


Wbrew temu co na wstępie, dziś nie będzie pizzy, ani burgerów, ani burrito. 

Sobota jest dniem świętym i moja kuchnia jest wtedy zamknięta. Żadna siła nie zmusi mnie w sobotę do wyjęcia garnka.

Ale ciasto to nie gotowanie. No i zazwyczaj w sobotę jest już gotowe. 






Tort nie tylko urodzinowy z makiem, czekoladą i kremem z białej czekolady


ciasto czekoladowe:

1 i 3/4 szklanki mąki pszennej

1,5 szklanki drobnego cukru do wypieków

3/4 szklanki kakao

1,5 łyżeczki sody oczyszczonej

1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

pół łyżeczki soli

1 szklanka maślanki lub kefiru

1/2 szklanki (125 ml) oleju rzepakowego lub słonecznikowego

2 duże jajka

1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

1 szklanka świeżo zaparzonej gorącej kawy (bez fusów)


Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej. Do dużej  miski przesiewamy mąkę, kakao, sodę, proszek, sól.

W innej misce mieszamy  maślankę, olej, jajka, wanilię. Dodajemy cukier. Nie ubijamy, mieszamy tylko do połączenia się składników. 

Dodajemy suche składniki i mieszamy ręcznie by wszystko ładnie się połączyło. Potem strużką wlewamydodawać kawę, dalej mieszając. 

Ciasto przelewamy do tortownicy średnicy 23 cm, wyłożonej papierem do pieczenia i  pieczemy w temperaturze 170ºC przez około 40 – 45 minut lub do tzw. suchego patyczka. 

Upieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika, studzimy i kroimy na 3 blaty.


biszkopt makowy:

5 jajek, białka i żółtka oddzielnie

150 g drobnego cukru do wypieków

2 łyżki zmielonych migdałów

120 g mąki pszennej tortowej

2 łyżki skrobi ziemniaczanej

1 łyżka proszku do pieczenia

200 g suchego, nie mielonego maku


Zaczynamy od ubicia białek na pianę. Do ubijanych białek, pod koniec wsypujemy partiami cukier (jak przy robieniu bezy). Doubitych białek z cukrem dodajemy żółtka, wciąż ubijając.

W misce mieszamy obie mąki, mak, proszek i migdały. 

Do miski z ubitymi jajkami wsypujemy mieszankę suchą  i delikatnie, ręcznie mieszamy.

Przekładamy ciasto do tortownicy, wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy około 40 minut w temperaturze 180 stopni.

Studzimy a po wystudzeniu kroimy na 3 blaty.


nasączenie:

pół szklanki przegotowanej wody, wystudzonej

3 łyżki rumu


krem z białej czekolady:

300 g białej czekolady, posiekanej

400 ml śmietany kremówki 36%


Mocno pdgrzewamy kremówkę (prawie do zagotowania). Zdejmujemy z pieca i wrzucamy do niej połamaną czekoladę. Po kilku minutach mieszamy do otrzymania gładkiej czekoladowej masy. Studzimy, przykrywamy powierzchnię czekolady folią i wstawiamy do lodówki (najlepiej na noc).

Następnego dnia ubijamy schłodzoną masę czekoladową na krem. 


krem do posmarowania i udekorowania tortu:

250 g mascarpone

200 ml kremówki

2 łyżki cukru pudru

1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

oraz 

małe beziki, owoce


Finał:

Na podstawce lub w tortownicy kładziemy pierwszy czekoladowy blat. Nasączamy go ponczem i smarujemy kremem. Przykrywamy blatem makowym. Nasączamy i smarujemy kremem. Przykrywamy blatem czekoladowym, nasączamy i smarujemy kremem. Przykrywamy blatem makowym, nasączamy i całość ciasta smarujemy resztą kremu z białej czekolady.

Wstawiamy do lodówki na kilka godzin.

Nie użyłam wszystkich trzech blatów bo miałam dla nich inne przeznaczenie. 

Po kilku godzinach dekorujemy tort.

Ubijamy mascarpone z kremówką, cukrem i wanilią. Smarujemy boki i wierzch ciasta. Upiększamy według uznania i schładzamy ponownie w lodówce.






Trochę jest z tym ciastem zachodu, ale urodzinowych ciast nie piecze się co sobotę. 

Zachęcam i polecam. Smacznego


piątek, 22 stycznia 2016

Jak trudno dotrwać do świtu czyli makowa tradycja pod postacią makowca
























Sytuacja była dramatyczna. Stał chwiejąc się z wyczerpania. Oczekiwanie i długi okres niejedzenia były ponad jego możliwości. A czas płynął tak wolno. Co prawda przez zaciemnione okna zaczęła się sączyć szarość, ale na razie nic nie wskazywało na to, by jego sytuacja miała ulec zmianie. Nikt, zupełnie nikt nie interesował się jego losem. A on umierał. Z głodu.
Jak można być tak okrutnym i skazywać go na takie męki.
Czasami miał nadzieję, ze jego przeciągłe jęki skruszą mur ciszy i bezruchu. Jednak ciągle nic się nie działo.
Nie miał już sił. Ich resztkę zużył na beznadziejne wpatrywanie się ciemność.
Postanowił spróbować jeszcze raz. Może jeśli skoczy na głowę, to ktoś w końcu zareaguje.
Skoczył i usłyszał, ze nareszcie ktoś się obudził. Niestety tylko po to, by rzucić w niego kolejnym przedmiotem.
To koniec. Usiadł i pogodził się z losem. Skoro ich serca są z kamienia, to pierwszym na co natkną się rankiem będą jego zwłoki.

Kilka minut później zadzwonił budzik.
  • O, Lolo, ty znów pilnujesz zegarka? Tak, tak, wiem. Pewnie umierasz z głodu? Jakżeby mogło być inaczej, skoro od kolacji minęło już z dziewięć godzin!

Wszystkie troski zmyły się w jednej chwili. Długo wyczekiwany głos oznaczał, że za chwilę rozlegnie się najukochańszy dźwięk: stukot miski o kamienny blat. Jeszcze tylko zaszura szuflada a potem otworzą się niebiosa. Zadarty ogon to wystarczający dowód na to, że śmierć głodowa tym razem przeszła bokiem. Napełnianie michy to najważniejszy moment dnia. Tylko potem znów widmo śmierci głodowej do kolacji.... Och, ciężkie jest życie domowego pieszczocha!

Taki wpis do pamiętnika mógłby codziennie robić mój kot.





Makowiec jak najbardziej tradycyjny

spód:
forma 23 na 33 cm

1,5 szklanki mąki
100 g masła
1 jajko
2 łyżki cukru pudru
1 łyżka kwaśnej śmietany
1 łyżeczka proszku do pieczenia.

Wszystkie składniki utrzeć. Nie przejmujcie się, że nie łączą się w całość. Tymi okruchami wysypujemy formę i lekko przyciskamy je ręką. Wkładamy do lodówki.

masa makowa:

700 g mielonego maku
pół litra mleka
3 łyżki cukru
3 łyżki miodu
pół szklanki rodzynków
pół szklanki płatków migdałowych
2 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej
4 jajka
1 łyżka płynnego masła

kruszonka:

pół kostki zimnego masła
1 szklanka mąki
4 łyżki drobnego cukru

Zalewamy mak wrzącym mlekiem i dokładnie mieszamy. Dodajemy, miód, i masło i znów mieszamy.
Dorzucamy rodzynki, skórkę pomarańczową i migdały. Mieszamy. Ubijamy żółtka z cukrem na jasny krem i dodajemy do maku.
Ubijamy białka na sztywno i delikatnie łączymy z masą makową.
Masę wykładamy na kruchy spód, wyjęty z lodówki.

Palcami rozcieramy składniki kruszonki i posypujemy masę makową.

Piekarnik rozgrzewamy do 185 stopni i pieczemy makowiec 50 minut.
Po upieczeniu zostawiamy by wystygł w piekarniku.
Posypujemy cukrem pudrem.




Byłam pewna, że makowiec nie leży w kręgu kocich zainteresowań. Myliłam się. Jeżeli do kolacji zostało jeszcze półtorej godziny, to nawet makowiec może uratować kocie życie.


Smacznego

piątek, 13 marca 2015

Pożegnanie z zimą czyli ciasto biszkoptowe z masą makową z figami i musem z białej czekolady

























Rzadko się zdarza, że pracuję synchronicznie. Mam na myśli bloga. Chyba nigdy dotąd nie przygotowywałam potrawy i jednocześnie zapisywałam kolejne etapy pracy.
Zazwyczaj coś tam gotuję lub piekę a na samym szarym końcu zapisuję przepis.
Są tego oczywiste konsekwencje.
Czasami między pierwszymi dwoma etapami a trzecim upływa tyle czasu, że zapominam ile czego dałam. Lub co gorsza, zapominam co w ogóle dodałam.
Nie ma problemu kiedy korzystam z gotowego przepisu. Ale kiedy coś mi w wpadnie do głowy znienacka, w ramach radosnej twórczości, w zamian, natychmiast mi z głowy wypada konieczność zapisywania.
Potem błąka mi się po głowie niekompletny przepis. Zdjęcia są, wspomnienie również jak żywe, tylko źródła brak.
Zawsze sobie wtedy solennie obiecuję, że następnym razem oprócz noża i widelca w ręce, będę miała zatknięty za ucho ołówek.
I oczywiście na obietnicy się kończy.
Dziś był dzień przełomowy. Wszystko odbywało się równolegle i w pełnej harmonii.
Może dlatego, że każda część ciasta dawała mi chwilę wolnego w oczekiwaniu bądź na wystygnięcie, bądź upieczenie.

Co prawda nie jest to tort, a już na pewno nie ma nic wspólnego z klasyką ale takie małe odstępstwo od normy niech mi będzie wybaczone.

Chciałam się tym ciastem pożegnać z zimą. Mak jest dla mnie synonimem zimowych produktów. Nigdy nie zdarzyło mi się upiec makowca w żadnym innym miesiącu, poza zimowymi.
W spiżarni zachomikowałam dwa opakowania maku i wstydem byłoby go zmarnować.
Padło więc na ciasto makowe z puchowym czekoladowym musem, przypominającym pola w śniegu.
Mówię tym ciastem: do widzenia zimo i oby długo cię nie było.




Ciasto biszkoptowe z masą makową z figami i musem z białej czekolady

3 jajka
3 łyżki cukru pudru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
3 łyżki mąki pszennej
szczypta soli

Masa makowa:
400 g mielonego maku
3 jajka
3,4 kostki masła, w temperaturze pokojowej
3/4 szklanki płynnego miodu
4 łyżki drobnego cukru
4 łyżki oleju
1 szklanka pokrojonych fig suszonych, migdałów i skórki pomarańczowej.

Mus z białej czekolady:

400 ml kremówki
3 tabliczki białej czekolady

Zaczynamy od przygotowania masy makowej.
Zalewamy zmielony mak wrzątkiem. Wody dolewamy stopniowo, by masa po zamieszaniu dawała się lepić w kulki (to taki rodzaj testu). Mak nie powinien być sypki ale też nie może podchodzić wodą.
Najlepiej wlejcie do maku pół szklanki wrzątku i porządnie zamieszajcie. Potem dolewajcie wodę po trochu do uzyskania odpowiedniej konsystencji.
Do masy makowej dodajemy miód, olej, bakalie. Mieszamy i studzimy.
W tym czasie ubijamy na sztywno białka. W osobnej misce miksujemy na puch masło z cukrem.
Potem dodajemy, ciągle miksując, żółtka.
Łączymy masę makową z masą jajeczną (łyżką) i bardzo ostrożnie i delikatnie dodajemy ubite białka.
Wykładamy masę makową na blaszkę, wyłożoną papierem do pieczenia i wstawiamy na 35-40 minut do piekarnika.
Kiedy mak się piecze przygotowujemy biszkopt.

Oddzielamy białka od żółtek. Ubijamy białka na pianę i dodajemy cukier. Potem wlewamy po kolei żółtka. Wyłączamy mikser i delikatnie, łyżką, dosypujemy przesiane przez sito mąki. Krótko mieszamy.
Wyjmujemy podpieczony makowiec z pieca (nie wyłączamy go) i na gorące ciasto wlewamy biszkopt. Wyrównujemy powierzchnię i wkładamy do piekarnika na 7-10 minut.
Upieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika i studzimy.

Kiedy ciasto jest zupełnie zimne, kładziemy na nim np deskę do krojenia i delikatnie przewracamy na plecki. Takie upside down. Biszkopt stanowi teraz dolną część ciasta a makowiec leży na biszkopcie.

Czas  na trzecią warstwę ciasta czyli mus z białej czekolady.

200 ml kremówki wlewamy do garnuszka i mocno podgrzewamy. Nie zagotowujemy. Zdejmujemy gorącą śmietanę z pieca i wrzucamy do niej połamaną czekoladę. Mieszamy aż się cała nie rozpuści. Studzimy.
Ubijamy pozostałą kremówkę i łączymy, łyżka po łyżce, z płynną ale zimną czekoladą.
Wylewamy mus na makowiec i schładzamy kilka godzin w lodówce.
Dekorujemy np suszonymi figami.

Wszystko wygląda jak zimowy, przysypany śniegiem, zmrożony szronem pejzaż.
Piękny ale już należący do przeszłości.




Smacznego


sobota, 21 grudnia 2013

Biszkopt imbirowy z kremem makowym jako alternatywa makówek




Ktoś może zapytać dlaczego w okresie przedświątecznym u mnie tylko ciasta i słodkości. Czy my na Wigilię nie jemy zupy kapusty czy karpia? Oczywiście, że jemy.
O barszczu czy siemieniotce już pisałam. Karp smażony, w galarecie czy po grecku również na naszym stole występuje. Sposoby ich przyrządzania są tradycyjne i większość z nas robi je podobnym sposobem.
Wigilijną kolację przygotowuję tak jak to robiła moja Babcia, potem moja Mama. Bardzo tradycyjnie. I ani mi w głowie żadne mody czy nowinki w stylu sushi zamiast karpia czy zupy owocowej zamiast barszczu.
Jedyna działka, która poddaje się okresowym zmianom to słodkości. Co prawda niezmiennie stałym elementem kolacji wigilijnej są makówki ale reszta ciast ma tendencje zmienne. Raz piekę sernik, raz ciasto czekoladowe, kiedy indziej biszkopt z kremem. Tutaj pole do zaszalenia jest szersze.
Ten biszkopt z kremem makowym miał być alternatywą makówek, bo część rodziny nie pała do nich miłością. Okazało się jednak, że problem leży w maku i jakiekolwiek ciasto z jego udziałem nie wzbudzi zachwytu.
Dobrze, że do świąt zostało jeszcze trochę czasu. Ten biszkopt zjemy a potem upieczemy sernik.



Biszkopt imbirowy z kremem makowym

ciasto biszkoptowe:

4 jajka
4 łyżki mąki pszennej
4 łyżki cukru pudru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka imbiru mielonego

krem makowy:

1 szklanka suchego maku (jeśli kupicie zmielony mak, masa roboty wam odpadnie)
250 g mascarpone
200 g kremówki
pół szklanki cukru pudru
2 krople aromatu pomarańczowego
kieliszek imbirówki

Dno formy wykładamy papierem do pieczenia. Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni.
Oddzielamy białka od żółtek. Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywno. Dosypujemy łyżkę cukru pudru ciągle miksując. Kiedy cukier się całkowicie rozpuści, dodajemy kolejną łyżkę. W ten sposób dosypujemy cały cukier. Otrzymana masa białkowa powinna być sztywna i lśniąca. Teraz, ciągle miksując, dodajemy po jednym żółtku.
Wyłączmy mikser i bierzemy się do robót ręcznych. Przesiewamy mąki i imbir przez sito i dodajemy po łyżce do masy jajecznej, delikatnie mieszając, by piana nie straciła objętości.
Wlewamy ciasto do formy, wyrównujemy powierzchnię i pieczemy 30 minut. Sprawdzamy patyczkiem czy jest suche i wyłączmy piekarnik.
Pozwalamy ciastu wystygnąć i zajmujemy się kremem.
Najważniejszą sprawą jest temperatura kremówki i mascarpone. Niech na razie leżą w lodówce i się chłodzą. My zajmiemy się makiem.
Mak zalewamy połową szklanki wrzątku i mieszamy. Potem dobrze odsączmy na sicie. Zaparzony mam mielimy w maszynce do maku lub dwa razy w maszynce do mięsa. Ciekawe czy dałoby się zmielić mak w blenderze?
Zmielony mak łączymy z cukrem i aromatem pomarańczowym. Kładziemy do lodówki, żeby dorównał temperaturą śmietanie i serkowi.
Ubijamy kremówkę. Potem 3 minuty miksujemy mascarpone. Dodajemy do mascarpone ubitą śmietanę.
Do osobnej miseczki kładziemy 4 łyżki śmietany z serkiem i dodajemy łyżkę masy makowej. Mieszamy dokładnie. Przekładamy do miski z kremem śmietanowo serowym i mieszamy. Potem po łyżce dodajemy resztę masy makowej do kremu. Mieszamy i wkładamy do lodówki na godzinkę.
Potem kroimy biszkopt na dwie części. Dolną część ciasta skrapiamy imbirówką. Wykładamy 3/4 kremu i przykrywamy drugą biszkoptową warstwą. Górę skrapiamy znów imbirówką i smarujemy resztą kremu makowego. Na koniec posypujemy kakao.




Bardzo makówkowe ciasto wyszło tylko nieco bardziej ujarzmione.
Dla makówkożerców propozycja warta rozpatrzenia.




Smacznych zapachów w kuchni i jak najmniej przedświątecznej gorączki.

niedziela, 10 marca 2013

Jak osiągnąć minimum czyli biszkopcik makowy z kremem orzechowym




Ciasta, ciastka, ciasteczka, desery, torty, musy, tarty. Wszystkie w rozmiarze XL. Jak upiec ciasto na raz? Na dwie porcje. Oto zadanie jakie postawiłam przed sobą.
Przełożenie przepisu dla wielopokoleniowej rodziny na przepis minimalistyczny nie jest proste. Jak podzielić żółtko na pół? Surowe.
Jak nakłonić mikser do zauważenia 50 ml śmietanki? Rozsmarowanie jej po ściankach misy tylko utrudnia zadanie.
Jak ubić na krem 1 łyżkę masła? No właśnie.
Zazwyczaj piekę ciasta z połowy przepisu. Ale dzień odpustu słodyczowego jest tylko w niedzielę. Nawet nie będąc geniuszem matematycznym łatwo sobie policzyć, że niedziela równa się dwa kawałki ciasta. Co zrobić z resztą? Szczególnie jeśli jest kremowa.
Sernik mogę zamrozić. Drożdżowe wysuszyć na okruchy lub upiec pudding (tylko kto go zje?). Tarta ma nieco dłuższy termin przydatności. Ale kremowe? Ono jest na tu i teraz.
Zazwyczaj upieczonym ciastem tuczę w poniedziałek ekipę z pracy MMŻ. Ale to średnio satysfakcjonujące. A po drugie nieco ich rozleniwia.
Ćwiczę ten minimalizm i ćwiczę i szczerze powiem, że efekty są mierne.


Biszkopt, który upiekłam miał być kolejnym krokiem w zapanowaniu nad ilością. Jaki jest wynik moich starań?
Powiem tylko, że jeszcze długa droga przede mną. Albo do naszej rodziny dołączy z sześć dodatkowych osób, lubiących słodycze.

Makowe biszkopty z kremem orzechowym

ciasto  biszkoptowe:

foremka 34 x 22

2 jajka
szczypta soli
5 dkg drobnego cukru
3 łyżki pszennej mąki
1 łyżka zmielonych migdałów
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3 łyżki maku

Zaczynamy od oddzielenia białek od żółtek. Białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli. Dosypujemy cukier (nie cały od razu, ale po łyżeczce) nadal ubijając. Potem do miksowanych białek dorzucamy po kolei żółtka. Miksujemy.
W osobnej misce mieszamy wszystkie suche składniki i już za pomocą własnej ręki i łyżki łączymy białka z resztą składników. Ten proces robimy ostrożnie i stopniowo, żeby białka nam nie oklapły.
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia i wylewamy ciasto. Wyrównujemy powierzchnię i kładziemy do piekarnika na pół godziny.
Po upieczeniu studzimy ciasto a potem kroimy na dwa placki. Najlepiej zrobić to następnego dnia po upieczeniu.

poncz orzechowy:

pół szklanki likieru orzechowego (dobrze smakuje też z Żołądkową Gorzką)
1/3 szklanki przegotowanej, chłodnej wody
Nasączamy placki mieszanką ponczem i zajmujemy się kremem.

krem orzechowy:

1 szklanka masy krówkowej (z puszki)
pół szklanki miękkiego masła
3 łyżki likieru orzechowego
2 łyżki mielonych orzechów (laskowych lub włoskich)

do dekoracji:
tarta biała czekolada

Ubijamy na puch masło i dodajemy do niego, ciągle miksując, masę krówkową. Dosypujemy orzechy i wlewamy wolniutko likier.
Nasączone blaty biszkoptowe smarujemy kremem i kładziemy jeden na drugim. Wkładamy na godzinę do lodówki.


Ja tę moją blaszkę najpierw przekroiłam wzdłuż na dwa biszkoptowe spody a potem podzieliłam na dwie części. Czyli miałam cztery warstwy ciasta. Wydawało mi się, że nareszcie osiągnęłam pewne minimum w ilości ciasta. Ale to było złudzenie. Ciasto nie było szerokie ale za to wysokie.
Z poskładanego ciasta wycięłam krążki i posypałam na końcu tartą białą czekoladą.

Mój prywatny poligon doświadczalny, w postaci MMŻ, powiedział krótko: genialne!
Ale nie udało mi się zmieścić w ambitnym planie. Znów zamiast ciasta dla dwojga wyszło mi ciasto dla czterech.
Może wy macie jakąś receptę gwarantującą sukces w tej dziedzinie?


Na razie życzę pięknej niedzieli i smacznego

P.S.
Jak wasze przygotowania do świąt? Szynka wymasowana?

piątek, 14 grudnia 2012

Poetyckie makówki i robota Kopciuszka





Makówki albo się lubi albo ich nie cierpi.  Przynajmniej tak jest w naszej rodzinie. Połowa z nas nie może się ich doczekać, a połowa mogłaby się bez nich obyć. Przyznam, że należę do tej pierwszej. Ten sposób podania maku pojawia się w naszym domu tylko dwa razy w roku, na święta i w Nowy Rok. I powiem szczerze, po tym świątecznym makowym obżarstwie ochota na makowe specjały opuszcza mnie na długi czas.
Na razie jednak tęsknię do makówek i karmię się myślą, że jeszcze tylko tydzień z ogonkiem i będę mogła oddać się makowej rozpuście.
Są różne sposoby ich robienia. Nawet w tak mikroskopijnej skali jaką jest rodzina, można znaleźć wersje różniące się od siebie znacznie.
Nie wyobrażam sobie makówek robionych na wodzie. A takie robi moją ciocia. Jakoś nie przemawiają do mnie te, do których używa się sucharków. Te podobno wyjątkowo przygotowuje moja kuzynka.
Nawet sposób w jaki mieli się mak ma znaczenie. Żadnego wcześniejszego zaparzania. Tego sposobu używa żona mojego kuzyna.
Boże Narodzenie ma to do siebie, że większość z nas ma swoje uświęcone rytuały. Nie mam zamiaru dyskutować o wyższości tej wersji nad inną. Myślę, że wszystkie mają swoją rację bytu. Kochamy swoje tradycyjne potrawy i tak być powinno.  Posłuchajmy, pokiwajmy głową ze zrozumieniem i weźmy się za robienie makówek (lub kutii, łazanków z makiem). Bo to, co robiła nasza Mama czy Babcia jest najlepsze na świecie. Na tym miedzy innymi polega magia świąt.
Oto moja propozycja makowego deseru (a moim przypadku śniadania, obiadu i kolacji)



Makówki z mojego domu
na kilka misek

250 g maku
2 litry mleka pełnotłustego
1 szklanka cukru
pół szklanki miodu raczej lipowego lub akacjowego niż spadziowego
1 łyżka masła
1 łyżeczka esencji waniliowej
1 szklanka wrzątku
szczypta soli
5 bułek pszennych (najlepiej dwudniowych, nie świeżych)
Bakalie ile kto lubi: rodzynki, figi, daktyle, orzechy, z grubsza krojone migdały obrane ze skórki. W sumie powinno być ze dwie szklanki bakalii.

Mak musimy zmielić. Do tego celu należy użyć młynka do maku lub pobliskiej piekarni, gdzie mielą mak za drobną opłatą. Mielenie własnoręczne wymaga oprócz młynka  sporo czasu i silnych rąk. Mielenie maku jest porównywalne do przebierania maku z popiołu. Robota dla Kopciuszka.
Niestety święta wymagają poświęceń, więc po godzinie mozolnego przecierania niebieskich ziarenek mamy solidną miskę zmielonego maku.
Ten zmielony mak zalewamy jak najmniejszą ilością wrzątku.
Zagotowujemy mleko z szczyptą soli i dodajemy do niego zaparzony mak. Wsypujemy cukier. Zagotowujemy. Zdejmujemy z ognia i dodajemy miód, wanilię i bakalie. Proponuję spróbować czy mleko makowe jest słodkie. Powinno być nieco słodsze niż lubimy, ponieważ bułki nieco tę słodycz zniwelują. Odstawiamy garnek z pieca i kroimy na plastry bułkę.

Teraz potrzebujemy kilku misek i chochli do nalewania. Do miski nalewamy chochlę mleka makowego. Kładziemy warstwę  bułek i zalewamy kolejną chochlą mleka. I znów warstwa bułek i chochla mleka. I tak do wypełnienia miski. Nie martwcie się płynną konsystencją. Ona po kilku godzinach przejdzie przemianę z płynnej w stałą. Bułki wchłoną mleko i całość będzie boska.
A jeśli pozwolimy makówkom w spokoju i chłodzie spędzić noc, to rankiem znajdziemy coś, co wymyka się jakimkolwiek ocenom. Subiektywnym, oczywiście. Poezja po prostu.



Bardzo polecam i życzę smacznego

czwartek, 6 grudnia 2012

Nocny czaj i kromka chleba z awokado



Nocne pieczenie chleba (nieplanowane) oprócz oczywistej korzyści posiadania na śniadanie świeżej kromki, ma jeszcze inne zalety. Daje do myślenia. Czemu na przykład zawsze, kiedy zaplanuję sobie dzień pod znakiem piekarni, zdarzają się rzeczy, które nie zdarzają się kiedy indziej.
Zrezygnowałam z pieczenia chleba w weekendy. To bardzo niebezpieczny moment w tygodniu. Nagle okazywało się, że rozkwitało nasze życie kulturalno- towarzyskie i chleb leżał odłogiem.
Niestety, jak pokazują ostatnie przypadki, całkiem niewinne środy czy wtorki też niosą w sobie złowieszczy potencjał.
Kiedy już mi się wydawało, że popołudniowe wyrastanie bochenka pozostanie niczym nie zmącone i z sukcesem  wyjmę pachnący chleb z piekarnika, nagła potrzeba wygnała nas z domu. Ta potrzeba pachniała czosnkiem i ważyła z kilkanaście kilo. Ta potrzeba jest konsekwencją pewnego listopadowego polowania. Upchanie w lodówce kilkunastu kilogramów nieplanowanej kiełbasy jest wyzwaniem równie sporym jak pieczenie chleba o drugiej nad ranem. Na razie kiełbasa została w bagażniku auta. Mam czas do rana żeby zastanowić się co dalej. Jeśli rano samochód będzie otoczony stadem czworonogów z okolicy, nie będę zdziwiona. Siedzę więc w kuchni, zmywarka szumi , chleb się piecze, pachnąca herbata rozjaśnia w głowie a ja z rozrzewnieniem wspominam moją spiżarnię.  Ile w niej się rzeczy mieściło! Problem z wpakowaniem do niej wywrotki ziemniaków czy furgonetki napojów był mi zupełnie nieznany. Było łatwiej. Za to teraz trzeba się gimnastykować umysłowo, żeby to samo, co mieściło się na 50 metrach, zmieścić na 5 centymetrach. Niemożliwe? Możliwe, tylko nieco karkołomne.
Najłatwiej będzie się podzielić. Na szczęście jest z kim, więc chyba ten problem rozwiązałam z powodzeniem.
Pozostaje sprawa przeszkadzaczy w pieczeniu chleba. Na to nie mam rozwiązania. Chyba po prostu muszę się pogodzić z faktem, że nie znasz dnia ani godziny.  A może po prostu przywyknę do nocnych sesji z piekarnikiem.



Chleb z awokado

Zaczyn wieczór wcześniej:
90 g mąki żytniej razowej
2 łyżki aktywnego zakwasu żytniego
70 g wody

Nazajutrz:

cały zaczyn
350 g  mąki pszennej chlebowej
60 g mąki żytniej chlebowej
miąższ z jednego dużego awokado plus łyżeczka soku z cytryny
1 płaska łyżeczka suchych drożdży
7 g soli
1 duża łyżka ziaren maku
około 150 170 g wody

Składniki zaczynu wymieszać w miseczce, przykryć folią spożywczą i odstawić na 12 godzin w temperaturze pokojowej. Zakładam, że weźmiecie się do pracy wieczorem.
Następnego dnia wymieszajcie cały zaczyn z pozostałymi składnikami. Mąkę przesiejcie z drożdżami przez sito, a sól rozpuście w odrobinie wody i dodajcie na końcu. Maszyneria z hakiem niech popracuje nad mieszanką najpierw 5 minut wolno a potem 10 minut nieco szybciej. Jeśli robicie to rękami, to chylę głowę z szacunkiem.
Wyrobione ciasto przekładamy do natłuszczonej miski i nakrywamy folią. Odstawiamy na 1 godzinę w cieple. Po tym czasie składamy ciasto jak kopertę  i znów odkładamy na godzinkę. Potem przygotowujemy foremkę. Smarujemy ją oliwą i wysypujemy płatkami owsianymi. Powtórnie złożone ciasto kładziemy do formy i czekamy aż podwoi swoją objętość. Ten proces trwa około 2 godzin.
Kiedy chlebek wyrósł, nagrzewamy piekarnik do 240 stopni, spryskujemy go wodą i pieczemy w nim chleb przez 10 minut. Potem zmniejszamy temperaturę do 210. I pieczemy jeszcze 35 minut. Upieczony wyjmujemy na kratkę i pozwalamy mu ostygnąć. Na gorąco posmarujmy go wodą, wtedy będzie ładnie błyszczał.
Jeśli nagle na waszej drodze stanie przeszkoda nie do przeskoczenia i upieczenie chleba odpłynie jak sen złoty, włóżcie foremkę z rosnącym chlebem do lodówki. To nieco przyhamuje jego żądzę ekspansji. A kiedy wszystko wróci do normy, wyjmijcie go z chłodu i wróćcie do pieczenia.
Chlebek jest aromatyczny, wilgotny i idealny do herbaty typu czaj.





Herbata typu czaj dla dwóch osób

2 szklanki wody
pół szklanki mleka
2 łyżeczki czarnej herbaty
ćwierć łyżeczki świeżo zmielonej gałki muszkatołowej
3 goździki
szczypta cynamonu
1 gwiazdka anyżu
ćwierć łyżeczki mielonego imbiru
ziarenka z 3 strączków zielonego kardamonu
szczypta pieprzu
2 łyżeczki miodu

Wszystkie przyprawy mieszamy. Zagotowujemy wodę i wsypujemy przyprawy. Gotujemy 2 minuty i wsypujemy herbatę. Zagotowujmy i odstawiamy z ognia. Zostawiamy na 3 minuty w spokoju a potem przecedzamy przez sitko. Dodajemy miód i mleko. Mieszamy i pijemy do kromki chleba z awokado.
W środku nocy czy dnia smakuje tak samo wspaniale.


Smacznego