Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miód. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 maja 2023

Zamiatanie lasu i śledź po francusku na pocieszenie



Ostatni wpis miał swój ciąg dalszy. Niedzielny. A właściwie dalszy sobotni. Bo po południu zaczęło padać.

Niby nic, przecież jest wiosna, deszcz to deszcz. 

Będąc jeszcze w euforii wszesno sobotniej zaplanowaliśmy wyjazd za miasto. MMŻ upojony kilometrami, ja pijana radością niczym nie uzasadnioną pomknęliśmy niedzielnym rankiem do domku za miastem.

Po drodze mijaliśmy zielone pola, jakieś żółte chabazie, sarny wciąż jeszcze szaro zimowe, połamane połacie lasu, wycięte połacie lasu. Słońce świeciło, deszcz umył niebo a na skraju bocznej drogi kwitły zawilce. Tu się coś zbudowało, tam dziura objawiła. Było cudnie. 

Mając w głowie idylliczny obraz wsi mojej możecie sobie wyobrazić nasze rozczarowanie, kiedy zamiast kwitnącego buszu i ćwierkających ptaszyn zobaczyliśmy ciężki sprzęt drogowy, sterty ziemi i co tu ukrywać - apokalipsę. Brukowanie lasu jest...dziwne. Równie dziwne jak zamiatanie lasu... Tak, tak, niektórzy tak mają. 

Traktują naturę jak wroga, którego trzeba okiełznać, złapać za mordę a najlepiej unicestwić. Bo a nuż ta natura w postaci sosny bądź nie daj Boże krwiożerczego świerku rzuci wam się gardła? Albo sarną podejdzie do okna w nocy i zamerda ogonkiem? 

Załamka, załamka i jeszcze raz załamka. Polak na zagrodzie równy wojewodzie. Dobra, niech tak będzie. Ale dlaczego, u licha, robić z okolicy, która bądź co bądź jest otuliną parku krajobrazowego, wysypiska kamieni, żwiru, korzeni, pni. Czemu nie wysypać sobie tego u siebie, pod płotem? Bo nieładnie? Bo przeszkadza?

A na nie swoim nie przeszkadza? Nie kłuje w oczy? Ludzie. Nie zasługujecie na naszą planetę. Na lasy, rzeki, na tysiące motyli na pobliskiej łące, na śpiew wilgi w maju czy pachnące pod lasem poziomki. Jeśli tak kochasz beton, beton i tylko beton, to po jaką cholerę przeprowadzałaś się pod las? 

I tak wyglądała niedziela.

Dobrze było wrócić do miasta. Nie dlatego, że takie piękne i estetyczne. Ha, ha, ha ale się uśmiałam. Moje miasto i estetyka. Dobrze było wrócić bo mieście jest po miejsku. Każdy kwitnący krzaczek jest jak poranny prezent. Każde gniazdo na drzewie i klomb kwitnących bratków są jak uśmiech.

Śmieci też są tam gdzie zwykle, połamana ławka na przystanku ma się dobrze, a stos butelek po tzw małpkach rośnie jak trawa na wiosnę. Jest dobrze. Wszystko jest na swoim miejscu. Jestem u siebie. W mieście.

Moje skołatane nerwy moglo ukoić tylko coś smacznego. Chyba przeczuwałam, że antydepresanty będą mi potrzebne bo kilka dni wcześniej zrobiłam śledzie. 

Podzielę się z wami przepisem bo są genialne w smaku.



Śledzie po francusku w musztardzie:

8-10 filetów śledziowych a la matias

4 łyżki musztardy pełnoziarnistej

2 łyżki musztardy kremskiej

2 łyżki majonezu

2 łyżki płynnego miodu ulubionego

1 duża cebula czerwona

1 czubata łyżka kwaśnej śmietany

1 łyżeczka cukru

1 łyżka startego imbiru

oprócz tego około 1 litra mleka pełnotłustego do moczenia śledzi

i słoik

Śledzie wyjmujemy z zalewy solnej. Płuczemy pod bieżącą wodą i delikatnie osuszamy np ręcznikami papierowymi. 

Wkładamy z powrotem do wiaderka i zalewamy mlekiem. Odstawiamy do odsolenia na 6- 8 godzin. 

Po tym czasie wyjmujemy śledzie, wylewamy mleko, płuczemy śledzie w bieżącej wodzie, osuszamy i kroimy na mniejsze kawałki (ja kroję na cztery małe części).

Przygotowujemy marynatę.

Zaczynamy od obrania cebuli i pokrojenia jej na cienkie półtalarki. Zasypujemy ją 1 łyżeczką cukru. Lekko ugniatamy palcami i odstawiamy na pół godziny. 

Po tym czasie odlewamy ewentualny sok z cebuli i dodajemy cebulę do reszty składników marynaty.

Mieszamy dokładnie i dokładamy śledzie. Lekko mieszamy i przekładamy do słoika. 

Wstawiamy do lodówki na minimum 12 godzin. A potem pałaszujemy aż nam się uszy trzęsą.





Smacznego bardzo







środa, 3 lutego 2021

Nieoczekiwane skutki braku światła czyli tofu, miód, imbir i sos sojowy

 















Obiad był w pełnym rozwoju. Talerze dymiły, potrawy pachniały, ślinka ciekła.

I wtedy zrobiło się ciemno. Nie żeby pstryk i koniec. Nie, nie. Najpierw zamrugało, potem lampy dostały czkawki a na koniec zapadł mrok. Widelce zawisły nad stołem w cichym niezrozumieniu.  Zamarliśmy w oczekiwaniu. A nuż wróci. Nie wróciło. 

Ruszyliśmy ku bezpiecznikom. W skrzynce zastaliśmy ciszę, spokój i pełen porządek. Jakby technika w ogóle nie zauważyła, że światło sobie poszło. 

Wylegliśmy na korytarz. A tu, co za ulga, też ciemno. Niestety wywiad na prędce zrobiony u sąsiadów szybko rozwiał nasze nadzieje, że ktoś dzieli z nami los. Oni mieli światło. My nie. 

Rzut oka na pobliskie mieszkania nie rozstrzygnął sprawy. Jedni mieli okna jasne, inni ciemne. 

Zagadka.

Sąsiedzi okazali się przydatni. Od razu namierzyli sprawców: "ci od domofonu". Jeden telefon i panowie sprawcy zostali wezwani na  miejsce zbrodni. Pozostało nam czekać.

Tymczasem na korytarzu (ciągle ciemnym) rozkwitło życie sąsiedzkie. 

Najpierw pojawiło się  współczucie. Potem propozycja kawy: co tam będziecie po ciemku siedzieć (nie tak znowu po ciemku, zapaliłam świece), napijecie sie u nas kawy.

Sąsiad z prawej przyniósł drabinę (bezpieczniki są wysoko), sąsiad z lewej pęk wytrychów (skrzynka z bezpiecznikami zamknięta na głucho). Panie w tym czasie omawiały romantyczne skutki zaistniałej sytuacji. 

Minęła godzina. Nic w kwestii rozjaśnienia sytuacji się  nie zmieniło ale poczuliśmy z MMŻ, że nie jesteśmy sami w nieszczęściu. Sąsiedzi zamiast zająć się swoimi sprawami, bo przecież w kwestii wspołczucia już swoje zrobili, ani myśleli zostawić nas samych sobie. 

Na korytarzu pojawiły się krzesła. Kto to widział stać tyle czasu? 

Może napijemy się wina? 

No i kieliszki trzeba było na czymś postawić. Więc obok krzeseł stanął stolik.

Skąd wzięła się taca z pączkami a po kolejnych trzech godzinach kanapki, nawet nie wiem.

Kiedy jednocześnie gada sześć osób, to robi się naprawdę gwarno.

I już byśmy o tym świetle a właściwie jego braku zapomnieli gdyby nie walenie w drzwi wejściowe piętro niżej. Zapomniałam dodać na początku, że domofon też padł.  

Odsiecz przybyła. Nowy, błyszczący i sprawny bezpiecznik przywiozła. I stała się światłość w domu i na korytarzu. 

Chcecie wiedzieć co było dalej?

Powrót jasności niczego na korytarzu nie zmienił. Rozmowy, śmiechy trwały w najlepsze. Około pół godziny po północy doszłam do wniosku, że trzeba oprzytomnieć i pogoniłam towarzystwo do łóżek. 

Ale zanim zgasiłam lampkę nocną doszłam do wniosku, że życie jest pełne niespodzianek.

Sąsiedzi mieszkają obok od lat. Mijamy się, kłaniamy sobie, zostawiamy liściki na Boże Narodzenie. Poprawne sąsiedzkie stosunki - tak nazywa się ten stan rzeczy.

Nic o sobie nie wiemy. A precyzyjnie mówiąc: nie wiedzieliśmy. Do tego tygodnia.

Na piątek jesteśmy umówieni na wspólne oglądanie filmu. Co wy na to?





Na dodatek, przygotowane w pełnym świetle pyszne tofu nie tylko dla nie jedzących mięsa. 

Tofu w miodzie, sosie sojowym i imbirze


opakowanie tofu (około 250 g)

2 łyżki sosu jasnego sojowego

1,5 łyżki płynnego miodu

3 ząbki czosnku, zmiażdżone

kawałek imbiru wielkości kciuka, starty

1 gruszka, starta na grubych oczkach

kilka dymek, tylko biała część

2 łyżki oleju sezamowego

1,5 łyżki pasty gochujang*

2 łyżki oleju

1 łyżka uprażonych ziaren sezamu (pół na pół, jasnych i ciemnych)


* gochujang to pasta koreańska, która odmienia życie, szczególnie tym, którzy lubią mocne wrażenia. Bez tej pasty kiszenie kimchi byłoby jeśli nie niemożliwe, to na pewno trudniejsze.


Tofu owijamy ręcznikami papierowymi i obciążamy np drewnianą deską. Niech pozbędzie się nadmiaru wody. Kroimy na centymetrowe plastry.

Na patelni rozgrzewamy olej i osuszone tofu smażymy na złoty kolor.

Przekładamy tofu na papierowy (kolejny) ręcznik. 

W miseczce mieszamy sos sojowy, miód, czosnek, imbir, pokrojone dymki, olej sezamowy, gochujang i 1 łyżkę wody.

Na gorącą patelnię z jedną łyżką oleju wlewamy zawartość miseczki. Wkładamy do sosu podsmażone tofu. Obtaczamy w sosie i na niedużym ogniu zagotowujemy. Gotujemy około 5 minut. Sos powinien się nieco zredukować. Posypujemy sezamem i zieloną częścią dymki i podajemy.

Smakuje nieziemsko z dodatkiem sałatki z brokułów lub ryżem 

Smacznego 






piątek, 22 lutego 2019

Kaizena miejsce na półce czyli paneer w sosie butter masala



























Dziś dzień zaskoczeń.... w mojej Biedronce trafiłam na paneer. 
Nie żebym go intensywnie szukała. Niczego nie szukałam. Do Biedronki nie lubię chodzić. Bo bałagan, bo zawsze tylko jedna kasa, bo ogonek sięga najciemniejszych zakątków sklepu. 
Niestety, jest to również jedyny sklep w mojej najbliższej okolicy, w którym kupię cięte kwiaty (w miarę świeże).
Jeśli więc nie chcę mordować środowiska "spalinami" mojego Eljota czy po prostu leń mnie przytłoczy, nie mam wyboru. Mam Biedronkę.
I tu natknęłam się na panner.

Jeśli ogarnęło mnie podniecenie, to tylko z racji szukania motywów. Kto wpadł na pomysł by do mojej "dziury" sprowadzić taki egzotyk. Przecież w moim "city" nawet tofu na półce wzbudziłoby sensację na miarę koalicji prawicy z lewicą. Wiem, bo w pierwszych dniach mojego bytowania wprawiłam w konsternację panią w sklepie ze zdrową żywnością: tofu? a kto by to kupił?

Codziennie modły wznoszę , że przynajmniej imbir nie jest na półkach dziwolągiem. Naród, co prawda coraz głębiej zanurza się w egzotyce ale raczej lokalnego gatunku. Pytania typu: a co pani z TYM zrobi (dotyczące świeżej kurkumy) przestały mnie już dziwić (programy pani Gessler zrobiły swoje). 
Zastanawia mnie bardziej kto decyduje o asortymencie sklepu w poszczególnych miastach. Kto rzuca stek z tuńczyka do sklepu, gdzie udko z kurczaka bez kości i skóry jest fanaberią (na własne uszy słyszałam bardzo dokładnie co ktoś myśli o tych, którzy to kupują oraz komu i gdzie się poprzewracało).

Zakupy kształcą.

Widać, ktoś uznał, że moje city rozwinęło się na tyle, że można zafundować mu ser pod tytułem paneer. 
Ludziska z ręki go sobie nie wyrywali więc nie wróżę mu błyskotliwej kariery.

Kiedy tak stałam przed półką z serem, opływana z każdej strony przez koszyki pełne bułek mrożonych i sztucznych pomidorów pomyślałam, że może warto wnikliwiej przyjrzeć się ofercie.

I tu kolejna niespodzianka: pierożki gyoza! Gdzie ja żyję?! Ja pojęcia o życiu nie mam?!

Uderzyłam się w pierś (dyskretnie) i już chciałam niewidzialnego stratega od dostaw przepraszać, kiedy jak żmija wredna, wpełzła mi do głowy wątpliwość. A jeśli ktoś się po prostu nie zastanowił. Może to zwykły rozdzielnik odgórny a nie potrzeba niesienia kaganka kulinarnej oświaty?

Ta lepsza strona mnie gwałtownie zaprzeczyła. No, co ty, przecież to czysty Kaizen. Metoda działania małymi kroczkami. Najpierw imbir, potem humus, kiedyś może galangal....
Przecież tofu czasem uda ci się kupić.
Dałam się przekonać. Zawsze moją cechą główną była naiwność.

Wracając do bohatera mojej historyjki, nie podniecajcie się paneerem. Każdy może go zdobyć. Leży na półce, każdego, nawet najmniejszego sklepu osiedlowego i nazywa się: twaróg. Taki w kostce, raczej twardy, by dało się go pokroić.
Jako wisienkę na torcie dodam, że każdy może go zrobić. U siebie w domu. Własnoręcznie.
I taki będzie nam potrzebny do dzisiejszego gotowania.
Danie oryginalnie ma w nazwie penner i dzięki temu brzmi profesjonalnie. Ja użyłam twarogu i wierzcie mi, smakowało jak to, które ma w tytule paneer.



Paneer butter masala (z Fresh India Merry Sodha)
300g paneeru lub twardego twarogu, pokrojonego w kostkę
3 łyżki klarowanego masła tzw. ghee
1 średnia cebula, pokrojona w piórka
Kawałek imbiru (około 4 cm) drobno pokrojony
5 ząbków czosnku, przeciśnięte przez praskę
Puszka pomidorów (tzw. passata)
1 łyżeczka kozieradki
1 łyżeczka mielonego cynamonu
Ćwierć łyżeczki mielonych goździków
Pół łyżeczki chilli
1 łyżka miodu
1 łyżeczka soli
Garść zielonego mrożonego groszku
1 łyżka uprażonych płatków migdałowych (ja o nich zapomniałam)
100 ml kremówki

Rozgrzewamy na patelni ghee i smażymy paneer do zbrązowienia. Wyjmujemy na talerz i odstawiamy.
Na tej samej patelni, na średnim ogniu smażymy (po dodaniu łyżki masła) pokrojoną cebulę. Smażymy około 10 minut aż lekko zbrązowieje. 
Dorzucamy imbir i czosnek. Smażymy ze 3 minuty i wlewamy pomidory. Przykrywamy patelnię, zmniejszamy ogień i niech bulgocze około 10 minut. 
W tym czasie na innej patelni (suchej) prażymy cynamon, goździki i kozieradkę. Do momentu aż poczujemy, że pachną. 
Potem w moździerzu próbujemy kozieradkę zmienić w proszek. Piszę „próbujemy”, bo kozieradka do łatwych nie należy. Jeśli uda się połowicznie lub nie uda się wcale, lekceważymy ów fakt i dorzucamy przyprawy do bulgoczącego garnka. 
Dodajemy miód, chilli i sól oraz paneer. Mieszamy delikatnie, przykrywamy i na malutkim ogniu zostawiamy jeszcze na 5 minut.
Potem dorzucamy groszek i wlewamy kremówkę. Przykrywamy i po kolejnych 3 minutach zdejmujemy garnek z ognia.

Podajemy posypane płatkami migdałowymi, zagryzając chlebkami naan lub nurzając w ryżu.





Smacznego

piątek, 14 września 2018

Nowy rok we wrześniu i miodowe ciasto z duszą na ramieniu





















Zaproszenie na świętowanie Nowego Roku we wrześniu jest czymś zupełnie niespodziewanym.
Na dodatek okazało się, że 9 września zacznie się nowy 5779 rok. Rozdziawiłam mało inteligentnie buzię i zapytałam głupio: jak to nowy rok we wrześniu?

Znajomych dobieram na prostej zasadzie: musi coś wspólnie zadźwięczeć. Od kilku lat ich krąg jest stały. Było i jest mi obojętne czy ktoś jest zielonym czy weganinem, czy woli Grę o Tron od Mostu nad Sundem.
Jasne, że zazwyczaj ciągnie nas do ludzi do nas podobnych. Fajnie jeśli lubią podobną muzykę, czytają książki i nie są fanami Wesa Andersona (żartuję).   

Z jednymi lubimy się spotykać a z drugimi niekoniecznie. Po latach przeróżnych kontaktów, nadziei i rozczarowań nasz krąg jest stały.
I nagle ktoś wyskakuje z zaproszeniem na nowy rok. Nie myślcie, że jestem jak dziecko we mgle i nie wiem kim są moi znajomi. Ale ich praktyki intymne nigdy nie były głównym kryterium doboru. Czy chodzą do kościoła, czy agitują po domach, klęczą w meczecie lub zakładają jarmułkę było zawsze sprawą prywatną. I tak jest do dziś.

Zaproszenie na jedno z najważniejszych świąt w żydowskim roku to wyróżnienie. Rosz Ha-Szana dotychczas istniało dla mnie tylko jako hasło w Wikipedii. A w głowie tylko biały szum…nic, zero, porażka.
Baloniki, petardy, cekiny i sztuczne rzęsy? Czy tak ma wyglądać nowy nadchodzący we wrześniu rok?
Nic z tych rzeczy. Ten nowy rok jest witany na serio. Tu nie ma wygłupów, fontanny szampana i dekoltów do kolan.
Pierwsze co zrobiłam, to przeczytałam Internet. Teraz jestem mądra. I na pewno nie przyniosę na spotkanie karnawałowej maseczki.
A co się jada z okazji tego święta? Miód jest elementem wiążącym wszystkie dania. Słodki smak dominuje.
To wróżba na przyszły rok…by był słodki. Cymes po prostu.
Zaczęliśmy od zupy rybnej na słodko z rodzynkami. Potem był łosoś na słodko i rybne pulpety w słodkim sosie. Dalej kurczak w dwóch odsłonach ale jemu już nie dałam rady. MMŻ orzekł, że było pysznie…i na słodko. On wie co mówi.
Na deser podano jabłka z orzechami w miodzie i będą mi się one śniły do następnego nowego roku.
Podaje się też głowę ryby lub barana (tu smak nie ma znaczenia, podaje się je czysto symbolicznie). Byśmy zajmowali miejsce z przodu a nie na ogonie.

Z pustymi rękami przychodzić nie wypada więc musiałam dokonać wyboru. Biorąc pod uwagę, że szliśmy z wizytą do mistrzyni kuchni żydowskiej, prawdopodobieństwo popełnienia gafy było ogromne.
Mój wybór padł na ciasto na miodzie z sokiem pomarańczowym i migdałami.
Kiedy następnego dnia gospodyni zadzwoniła i powiedziała, że ciasto zjedzone na śniadanie przeniosło ją do Izraela pomyślałam, że swój egzamin zdałam. Kamień z serca.

Dziś wspomnienie smaku z nowego 5779 roku czyli:



miodowe ciasto na Rosz Ha-Szana:
220 g mąki pszennej
pół łyżeczki sody oczyszczonej
pół łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki soli
1 łyżeczka cynamonu
ćwierć łyżeczki mielonych goździków
pół łyżeczki mielonego ziela angielskiego
pół szklanki oleju roślinnego
pół szklanki miodu
150 g drobnego cukru
30 g brązowego cukru
2 jaja
pół szklanki mocnej kawy lub herbaty
pół szklanki świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
30 ml whisky
garść płatków migdałowych
podłużna forma  30x12

Rozgrzewamy piekarnik do 170 stopni.
Potrzebujemy dwóch misek. W jednej mieszamy mąki, proszek, sól, sodę oraz przyprawy.
W drugiej mieszamy jajka z cukrami. Następnie dolewamy olej, miód, wystudzoną kawę, sok, whisky.
Do miski z mokrymi składnikami wsypujemy zawartość pierwszej miski. Mieszamy do połączenia się składników.
Wykładamy do formy, wyłożonej papierem do pieczenia. Posypujemy płatkami migdałowymi i wstawiamy do piekarnika.
Pieczemy 45-50 minut do suchego patyczka. Jeśli ciasto za mocno przypieka się z góry (u mnie to widać na zdjęciach), przykrywamy je folią aluminiową.
Upieczone wyjmujemy i studzimy na kratce.
Mam nadzieję, że po przekrojeniu wygląda apetycznie. Swojego nie kroiłam, bo nie wypada ingerować w prezent. Powołuję się na opinię obdarowanej.


P.S. Rudzielec z pierwszego zdjęcia przyplątał się w trakcie i pasował mi kolorystycznie


 Smacznego i szczęśliwego Nowego Roku

poniedziałek, 14 listopada 2016

Niech żyją kolory i najlepszy słodko ostry boczek na szarość

























Ni z tego, ni z owego i mamy czternasty listopada. Prawda, że to epokowe odkrycie?
Zahibernowała mnie pogoda, szarość zaokienna, szum kaloryferów i szuflada z wełnianymi szalikami.
Kiedy kilka dni temu, rano na dachach zobaczyłam pierwszy w tym roku poważny szron, a zza okna dobiegły mnie dawno nie słyszane szurania skrobaczek, wpadłam w popłoch.
Jak to tak? To już? Po wszystkim? Koniec słońca? Koniec światła i niebieskiego nieba?
Teraz tylko szarość, półmrok i odliczanie dni do Gwiazdki?
Popłoch zmienił się w odrętwienie. Na zewnątrz szarość miała się dobrze. W moim wnętrzu zaczął rozrastać się obcy. Z kwaśnym wyrazem twarzy, pełen gorzkich spojrzeń i niestrawnych myśli.
Powlokłam się do szuflady, która od kilku miesięcy spała snem spokojnym. W moim domu nie znajdziecie drzwi do Narni ale po otwarciu komody wydawało mi się, że zawiało chłodem. Śpią w niej czapki, szaliki i rękawiczki.
Mój obcy zatryumfował. Umarło ciepło, niech żyje zimno! - krzyknął.
Zanurzyłam ręce w zimowych różowościach, puszystych pomponach, błękitnych szorstkościach szalików. Było przyjemnie. Zawartość szuflady wyglądała jak optymistyczna perspektywa. Nie miała nic wspólnego z przygnębieniem i nudą.
Może nie będzie tak źle?- przemknęło mi przez myśl.
Obcy poruszył się z niezadowoleniem. Smutek ma być! Chandra! Ciemność w duszy!
A figa...pomyślałam.
Różowa czapka, zielone rękawiczki...no, no, nawet latem nie ubieram się tak kolorowo.
Chyba zapomniałam, że na złe uroki są dobre uroki. Na szarość jest kolor, na smutek jest uśmiech, na ponury nastrój jest gorąca herbata. Są przyjaciele, koty, książki i szczypta optymizmu. I oczywiście jest kalendarz. A ten pokazuje, że jest już czternasty listopada. Już!


Zapomniałam dodać, że są też środki dopingujące pod postacią czekolady, pikantnych przypraw, grzanego wina, wanilii i pieczonego boczku.
Z ich pomocą każdego obcego przegonimy bez trudu. Do dzieła!











Najlepszy antydepresant świata czyli boczek słodko ostry

kawałek surowego boczku bez skóry (około 800 g), pokrojony na kawałki (takie na jeden kęs)
1 gwiazdka anyżu
1 laska cynamonu
1 łyżeczka suszonych płatków chilli
4 ząbki czosnku, posiekane drobno
2 łyżki jasnego miodu
1 łyżka oleju do smażenia
2 łyżki jasnego sosu sojowego
1 łyżka ciemnego sosu sojowego
1 łyżka wina ryżowego (można zastąpić białym wytrawnym)
pół łyżeczki pieprzu syczuańskiego
1 łyżka drobno pokrojonego imbiru
zielona cebulka
oraz
3 łyżki mąki ryżowej
olej do smażenia

W garnku zagotowujemy wodę i wrzucamy do wrzątku boczek. Po 3 minutach wyjmujemy i osuszamy mięso. Studzimy.
Na patelni rozgrzewamy olej. Wrzucamy anyż, cynamon i płatki chilli. Smażymy 2-3 minuty i dorzucamy czosnek. Smażymy minutę i dodajemy pieprz syczuański.
Po minucie dokładamy kawałki boczku. Mieszamy dokładnie i dodajemy miód, imbir, oba sosy sojowe i wino ryżowe. Smażymy około 5 minut.
Wlewamy 3/4 szklanki wody i zagotowujemy.
Zmniejszamy ogień i przykrywamy patelnię. Gotujemy 45 minut, aż boczek będzie mięciutki. Sos powinien w tym czasie zostać zredukowany.
Podajemy z ryżem.
Tak mówi przepis główny. Ja zrobiłam wg zaleceń ale sporo boczku zostało i postanowiłam zrobić z niego przekąskę.
Wystudzone kawałki boczku panierowałam w mące ryżowej obsmażyłam szybko na gorącym oleju.
Do sałatki typu kim chi i dobrego wieczornego serialu były idealne.




Smacznego

wtorek, 19 stycznia 2016

Kokosowe pancakes z syropem klonowym i nieświeże wiadomości


























Miniony tydzień był smutny dla świata. Takie tygodnie powinny być zakazane pod groźbą zesłania.
W piątek postanowiłam nie kupować gazety i nie włączać komputera.
Może to dziecinne ale chociaż w ten sposób chciałam się ustrzec przed ewentualnymi kolejnymi złymi wieściami.
Upłynął tydzień i kolejne newsy przykryły gorące jeszcze niedawno wieści.
Czy tylko mnie się wydaje, czy coraz mniej przywiązujemy się do „świeżych” dziś wiadomości.
Jak tu przetrawić jedno, skoro po piętach depcze mu już drugie?
Jak przejmować się Syrią, kiedy nastał czas Ukrainy?
Kto pamięta o zamachach w Paryżu, jeżeli bomba wybuchła w Indonezji?
Przelatują wiadomości przez nasze głowy jak przysłowiowy pasek na kanałach informacyjnych. Do żadnego nie przywiązujemy specjalnej uwagi i wagi. Przecież to, czym dziś żyje medialny świat jutro będzie już nieświeże, zjełczałe. Nie jestem pewna czy to dobra droga.
Ilość wiadomości pchająca się nam w uszy i oczy jest porażająca. Wyobraźcie sobie, że każda z nich ma rozmiar kartki z zeszytu. Zamieńcie newsy na kartki. Co zobaczycie? Pokój zasypany papierem. Po tygodniu nie będzie można w nim znaleźć drzwi i okien.
Czy potrafimy selekcjonować wiadomości? Jak śmieci?
Ha,ha, ha....ze śmieciami nie dajemy sobie rady a co dopiero z wiadomościami.
Jak tu odmówić sobie zajrzenia na Pudelka by podejrzeć jakie skarpetki ma na nogach dziś pani S.
Nie ma mowy. Bez tej wiedzy dzień byłby niepełny. Czy jutro będziemy pamiętać o tych nieszczęsnych skarpetkach? Na szczęście nie. Niestety, nie będziemy też pamiętać wielu innych, może bardziej przydatnych wiadomości.
Kiedyś zastanawiałam się dokąd udają się wszystkie wypowiedziane słowa. Bo przecież słowo to energia. Wylatując z naszych ust przestają być naszą własnością. Zyskują wolność. Ilość wypowiadanych codziennie słów na świecie jest niepoliczalna. Szkoda by było marnować taki potencjał. Może gdzieś znajdują zastosowanie wypowiedziane słowa?
Czy może są jak dym, powoli rozpływający się w powietrzu?
Są na szczęście ludzie i przedsięwzięcia, pozostawiające coś więcej niż mgliste wspomnienie. Zostawiają płyty, książki, spektakle, role. Pamięć o sobie. Na szczęście.

Pancakes też są warte zapamiętania. To placuszki w tysiącach wariantów. Każdy dom ma swój przepis. I swoje dodatki. I założę się, że każdy uważa swoje pancakes za najlepsze na świecie. I tak trzymać.




Kokosowe pancakes z syropem klonowym

1 szklanka mąki pszennej
pół szklanki mąki kokosowej
2 jajka
220 ml mleka (może być migdałowe lub kokosowe)
70 g stopionego i wystudzonego masła
ćwierć łyżeczki soli
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki cukru pudru

olej kokosowy do smażenia

Mieszamy wszystkie suche składniki i przesiewamy je do miski.
W osobnej misce miksujemy wszystkie mokre składniki.
Mokre składanki wlewamy do suchych. Miksujemy by nie było grudek. Jeśli ciasto jest za rzadkie, dosypujemy nieco mąki. Jeśli jest za gęste, dolewamy odrobinę mleka. Gęstością powinno przypominać śmietanę.
Odstawiamy na 15 minut.
Na patelni rozgrzewamy łyżkę oleju. Kładziemy łyżką porcje placuszków. Smażymy na złoto na średnim ogniu i odwracamy na drugą stronę.
Upieczone pancakes układamy na talerzu w zgrabny stosik i polewamy syropem klonowym lub miodem. Lubię podać do nich karmelizowane banany. W wersji wyrafinowanej można położyć na nich wysmażony plaster boczku. Totalna rozpusta!


















































Smacznego i samych dobrych wiadomości