Pokazywanie postów oznaczonych etykietą olej sezamowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą olej sezamowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 lutego 2021

Nieoczekiwane skutki braku światła czyli tofu, miód, imbir i sos sojowy

 















Obiad był w pełnym rozwoju. Talerze dymiły, potrawy pachniały, ślinka ciekła.

I wtedy zrobiło się ciemno. Nie żeby pstryk i koniec. Nie, nie. Najpierw zamrugało, potem lampy dostały czkawki a na koniec zapadł mrok. Widelce zawisły nad stołem w cichym niezrozumieniu.  Zamarliśmy w oczekiwaniu. A nuż wróci. Nie wróciło. 

Ruszyliśmy ku bezpiecznikom. W skrzynce zastaliśmy ciszę, spokój i pełen porządek. Jakby technika w ogóle nie zauważyła, że światło sobie poszło. 

Wylegliśmy na korytarz. A tu, co za ulga, też ciemno. Niestety wywiad na prędce zrobiony u sąsiadów szybko rozwiał nasze nadzieje, że ktoś dzieli z nami los. Oni mieli światło. My nie. 

Rzut oka na pobliskie mieszkania nie rozstrzygnął sprawy. Jedni mieli okna jasne, inni ciemne. 

Zagadka.

Sąsiedzi okazali się przydatni. Od razu namierzyli sprawców: "ci od domofonu". Jeden telefon i panowie sprawcy zostali wezwani na  miejsce zbrodni. Pozostało nam czekać.

Tymczasem na korytarzu (ciągle ciemnym) rozkwitło życie sąsiedzkie. 

Najpierw pojawiło się  współczucie. Potem propozycja kawy: co tam będziecie po ciemku siedzieć (nie tak znowu po ciemku, zapaliłam świece), napijecie sie u nas kawy.

Sąsiad z prawej przyniósł drabinę (bezpieczniki są wysoko), sąsiad z lewej pęk wytrychów (skrzynka z bezpiecznikami zamknięta na głucho). Panie w tym czasie omawiały romantyczne skutki zaistniałej sytuacji. 

Minęła godzina. Nic w kwestii rozjaśnienia sytuacji się  nie zmieniło ale poczuliśmy z MMŻ, że nie jesteśmy sami w nieszczęściu. Sąsiedzi zamiast zająć się swoimi sprawami, bo przecież w kwestii wspołczucia już swoje zrobili, ani myśleli zostawić nas samych sobie. 

Na korytarzu pojawiły się krzesła. Kto to widział stać tyle czasu? 

Może napijemy się wina? 

No i kieliszki trzeba było na czymś postawić. Więc obok krzeseł stanął stolik.

Skąd wzięła się taca z pączkami a po kolejnych trzech godzinach kanapki, nawet nie wiem.

Kiedy jednocześnie gada sześć osób, to robi się naprawdę gwarno.

I już byśmy o tym świetle a właściwie jego braku zapomnieli gdyby nie walenie w drzwi wejściowe piętro niżej. Zapomniałam dodać na początku, że domofon też padł.  

Odsiecz przybyła. Nowy, błyszczący i sprawny bezpiecznik przywiozła. I stała się światłość w domu i na korytarzu. 

Chcecie wiedzieć co było dalej?

Powrót jasności niczego na korytarzu nie zmienił. Rozmowy, śmiechy trwały w najlepsze. Około pół godziny po północy doszłam do wniosku, że trzeba oprzytomnieć i pogoniłam towarzystwo do łóżek. 

Ale zanim zgasiłam lampkę nocną doszłam do wniosku, że życie jest pełne niespodzianek.

Sąsiedzi mieszkają obok od lat. Mijamy się, kłaniamy sobie, zostawiamy liściki na Boże Narodzenie. Poprawne sąsiedzkie stosunki - tak nazywa się ten stan rzeczy.

Nic o sobie nie wiemy. A precyzyjnie mówiąc: nie wiedzieliśmy. Do tego tygodnia.

Na piątek jesteśmy umówieni na wspólne oglądanie filmu. Co wy na to?





Na dodatek, przygotowane w pełnym świetle pyszne tofu nie tylko dla nie jedzących mięsa. 

Tofu w miodzie, sosie sojowym i imbirze


opakowanie tofu (około 250 g)

2 łyżki sosu jasnego sojowego

1,5 łyżki płynnego miodu

3 ząbki czosnku, zmiażdżone

kawałek imbiru wielkości kciuka, starty

1 gruszka, starta na grubych oczkach

kilka dymek, tylko biała część

2 łyżki oleju sezamowego

1,5 łyżki pasty gochujang*

2 łyżki oleju

1 łyżka uprażonych ziaren sezamu (pół na pół, jasnych i ciemnych)


* gochujang to pasta koreańska, która odmienia życie, szczególnie tym, którzy lubią mocne wrażenia. Bez tej pasty kiszenie kimchi byłoby jeśli nie niemożliwe, to na pewno trudniejsze.


Tofu owijamy ręcznikami papierowymi i obciążamy np drewnianą deską. Niech pozbędzie się nadmiaru wody. Kroimy na centymetrowe plastry.

Na patelni rozgrzewamy olej i osuszone tofu smażymy na złoty kolor.

Przekładamy tofu na papierowy (kolejny) ręcznik. 

W miseczce mieszamy sos sojowy, miód, czosnek, imbir, pokrojone dymki, olej sezamowy, gochujang i 1 łyżkę wody.

Na gorącą patelnię z jedną łyżką oleju wlewamy zawartość miseczki. Wkładamy do sosu podsmażone tofu. Obtaczamy w sosie i na niedużym ogniu zagotowujemy. Gotujemy około 5 minut. Sos powinien się nieco zredukować. Posypujemy sezamem i zieloną częścią dymki i podajemy.

Smakuje nieziemsko z dodatkiem sałatki z brokułów lub ryżem 

Smacznego 






poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Zakiszony, zakiszona, zakiszone czyli kimchi i nie tylko




Kisiłam już ogórki i rzodkiewkę(sezonowo), marchewkę, buraki (wciąż i wciąż), pomidorki (tylko w latem), mąkę żytnią razową na żurek, mąkę pszenną razową na chleb, cytryny (och, ten Yotam!), no i kapustę.
Już kiedyś polecałam wam kimchi ale teraz, kiedy pożądliwie patrzymy na każdy fragment zieleni dobrze jest wrócić do kiszonek.
Ta ostatnia cieszy się w moim domu popularnością dorównującą papierowi toaletowemu w ostatnich dniach. Znika w podobnym tempie. I choć lubimy kiszoną kapustę w wielu odsłonach za wyjątkiem kapuśniaku i bigosu, to na pierwsze miejsce wysuwa się ostatnio kimchi.
Jemy słoik za słoikiem  i najeść się nie możemy. Smakuje nam i już. Ostre toto jest jak przedsionek piekieł,  śmierdzi jak najprzedniejszy rozkładający się ser. Ale jak smakuje!

Otwarcie słoika jest nieporównywanym z niczym innym przeżyciem estetycznym. Ekstatycznym.
"Śmierdzi toto jak dno beczki" - pamiętacie ten fragment. Dotyczy co prawda niewinnego zwierzątka w kropeczki ale gdyby autor spróbował choć raz wyziewów ze słoika z kimchi, nigdy biedronka nie zostałaby opisana jako "dno beczki".

Kiedyś już, chyba przy okazji gotowania dhala, wspominałam żeby nie sądzić po pozorach. Coś, co wygląda mało instagramowo, przy bliższym poznaniu okazuje się bramą do  nieba.
Z kimchi jest podobnie. Chociaż wzbudza uczucia skrajne. Jedni porzucają ją z odrazą po pierwszej randce a inni przysięgają jej miłość do grobowej deski.
Nietrudno się domyślić, że należymy do tych drugich.

By nie było nudno (w końcu to tylko kapusta, prawda?), dorzucam przepis na placki z kimchi. Muszę jednak przyznać, że w drugiej propozycji to nie placki są gwiazdą a sos do nich. Można go zjeść nawet z kawałkiem tektury i jestem przekonana, że tektura byłaby pyszna;)

Jako, że siedzimy w domu (w większości), gotujemy, smażymy i pieczemy, może rzućmy okiem na przepis o kiszeniu.
Dochodzą do mnie narzekania, że a to spódnica się skurczyła, a to skarpetę trudno naciągnąć. Może pieczmy mniej a kiśmy więcej? Byśmy sami nie skiśli.

Zanim zerwiemy pierwszą fasolkę czy pochylimy się nad pierwszą truskawką, wyjmijmy ze słoika kawał  bomby witaminowej i jedzmy bez wyrzutów sumienia.



kimchi przepis 3

1 kapusta pekińska
4 łyżki soli, najlepiej niejodowanej
6 ząbków czosnku
kawałek imbiru wielkości kciuka
2 łyżeczki cukru pudru
2 łyżki koreanskiej pasty paprykowej gochujang (Marzyniu, podzielam twoją radość)
1 biała rzepa
1 marchewka
 zielonych cebulek
Czasami dodaję element na wskroś śmierdzący czyli 1 łyżkę pasty krewetkowej ale i bez niej ta kiszonka ma moc.

Umytą kapustę pekińską kroimy na około 4 centymetrowe kawałki. Posypujemy  solą i dokładnie mieszamy. Ugniatamy kapustę z solą  parę minut i zalewamy zimną wodą. Zostawiamy w lodówce na 2 godziny.

Odcedzamy dokładnie a potem wyciskamy z kapusty resztę wody.

Przygotowujemy pastę. Pastę gochujang, czosnek, imbir, cukier, ewentualnie pastę krewetkową dokładnie mieszamy.

Rzepę i marchew po obraniu kroimy w cienkie słupki lub ścieramy na średniej tarce. Dodajemy do kapusty. Dokładamy pastę i z grubsza posiekaną zieloną cebulkę.

Mieszamy dokładnie (rękawiczki są wskazane), ugniatając wszystko i wkładamy ciasno do słoja. Zakręcamy i zostawiamy w pokojowej temperaturze na 3-5 dni.
Po tym czasie otwarcie słoika powinno spowodować poruszenie wśród członków rodziny zarówno zapachem jak i intensywnym ślinotokiem.

oraz:



placki z kimchi z sosem bardzo sojowym  (z książki "East" Meera Sodha):

200 g kimchi
80 g mąki ryżowej
80 g mąki pszennej
1 łyżeczka soli
100 g tofu, odsączonego i pokrojonego w cienkie plasterki
garść kiełków sojowych
garść szpinaku
zielona cebulka
sos:
3 łyżki ciemnego sosu sojowego
2 łyżki oleju sezamowego
1,5 łyżki octu ryżowego
1 łyżeczka płatków chilli
1 łyżeczka prażonych ziaren sezamu

Kimchi mocno wyciskamy z soków. Kroimy na mniejsze kawałki. Po odciśnięciu powinniśmy otrzymać około pół szklanki płynu. Jeśli mamy mniej, najwyżej dolejemy wody.

W misce mieszamy wodę z kimchi, mąki, sól, tofu, cebulkę, kiełki i kimchi. Mieszamy jak masę na placki ziemniaczane. Odstawiamy na 10 minut.

W tym czasie przygotowujemy sos i szpinak.
Szpinak myjemy, osuszamy i  z grubsza kroimy w paski.

W miseczce mieszamy składniki sosu. Jedną łyżką sosu polewamy szpinak.

Rozgrzewamy łyżkę oleju na patelni. Smażymy placki z kimchi dokładnie w taki sposób jak w przypadku wspomnianych placków ziemniaczanych. Z obu stron na złoto.
Usmażone odkładamy na ręczniki papierowe by pozbyć się tłuszczu.
Jeszcze ciepłe podajemy na talerzach posypane szpinakiem. Obok stawiamy miseczkę z sosem do maczania placków.

I wierzcie mi. Placki wylecą wam z głowy zanim zdążycie pozmywać ale za sos....to zupełnie inna historia. Ten zostanie z wami na zawsze.


Smacznego

piątek, 26 lutego 2016

Jak pokonać niemoc czyli orientalna sałatka na kolację




















Zapuściłam się ostatnio do marketu budowlanego. Lubię wszelkiego rodzaju piły, strugi, szlifierki i opalarki.
Kiedyś nie było nic nudniejszego niż wyprawa z moim tatą do działu z narzędziami. Kiedyś...
Jak ludzie się zmieniają. Co prawda jeszcze nie umiem wykrzesać entuzjazmu do siekier i pił spalinowych, ale to tylko kwestia czasu.
Co mnie przywiodło do stoiska budowlanego, skoro obecnie nawet ołówka nie umiem utrzymać w palcach? Ha, myślę, że to jest część wytłumaczenia. Właśnie dlatego mnie tam przywiodło, że nie groziło to żadnymi konsekwencjami.
Moja wyprawa była właściwie teoretyczna. Żadna z rzeczy, wzbudzających moją ciekawość nie może być na razie użyta. Z wiadomych względów.
Czyżbym tęskniła za remontem? Jakieś rozwalanie ścian mi się marzy? Spokój mi się znudził?
A może to wiosna się we mnie obudziła i chęć jakiejś, choćby minimalnej zmiany.
Może chociaż paczkę gwoździ kupię? Obrazki powieszę.
Nie wiem jak wy, ale ja czuję przypływ sił pod koniec lutego. Coraz częściej zerkam w kalendarz i powtarzam sobie jak mantrę: już niedługo, jeszcze tylko kawałek i wskoczymy do marca. A marzec brzmi dużo lepiej niż luty. I jakie w nim kryją się treści: zielono, słonecznie, jaśniej, cieplej.
Chyba jednak kupię te gwoździe. I coś zielonego do zjedzenia.







Orientalna sałatka na kolację

1 marchewka pokrojona w cienkie słupki
1 ogórek pokrojony wzdłuż na cienkie plastry (niezastąpiona jest tu obieraczka do warzyw)
1 szklanka pokrojonej kapusty pekińskiej
kostka tofu około 80 g (posypujemy tofu przyprawą pięciu smaków i owijamy na godzinę folią spożywczą)
ćwierć szklanki grzybów mun (namoczonych a potem ugotowanych zgodnie z opisem na opakowaniu)
2 łyżki zielonej kolendry
2 łyżki pokrojonej dymki
2 łyżki liści tajskiej bazylii (jeśli nie macie w zasięgu, użyjcie zwykłej bazylii)
1 łyżka liści świeżej mięty
1 łyżka uprażonych ziaren sezamu
szczypta uprażonego pieprzu syczuańskiego
sól, pieprz

marynata do ogórka i marchewki:
1 łyżeczka soli
ćwierć szklanki cukru
1 szklanka octu ryżowego

Wszystkie składniki marynaty umieszczamy w garnku i na małym ogniu doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy mieszankę około 10 minut aby nieco odparowała. Jeśli płyn zgęstniał, zdejmujemy garnek z ognia i studzimy.

W czasie kiedy marynata stygnie, posypujemy marchewkę szczyptę soli, mieszamy i odstawiamy na godzinę. To samo robimy ogórkowi: sól, mieszanie i godzina spokoju.
Po godzinie odciskamy delikatnie marchewkę i ogórka z wody (nieco jej się wyprodukuje pod wpływem soli) i wkładamy do miski z marynatą. Mieszamy i odstawiamy w chłodne miejsce.

sos do sałatki:
1 łyżka jasnego sosu sojowego
1 łyżka octu ryżowego
pół łyżeczki oliwy chilli
pół łyżeczki oleju sezamowego

Do sporej miski wkładamy marynowaną marchewkę i ogórka. Dodajemy kapustę pekińską, pociętą dymkę i resztę zieleniny. Grzyby odsączamy i kroimy na paski. Tofu odwijamy z folii i kroimy w kostkę.
Mieszamy wszystko delikatnie.
W miseczce mieszamy składniki sosu. Polewamy sałatkę, posypujemy sezamem i pieprzem syczuańskim. Podajemy.
Do tej sałatki, na większego głoda, możemy dodać pieczoną pierś z kurczaka, pokrojoną w paseczki lub kilka krewetek.
Zapewniam, że będziecie do niej wracać. Uzależnia.





Smacznego

środa, 20 maja 2015

Makaron, tofu, szparagi, sezam czyli jak najdalej od sałatki sułtańskiej


Dziś jest dwudziesty maj i szparagi panoszą się w blogosferze jak perz na moich grządkach.
Zamiast je opisywać (nie grządki), postanowiłam w tym roku przede wszystkim zająć się ich zjadaniem.
Najpierw wybrzydzałam, że drogie a kiedy potaniały bezrozumnie rzuciłam się do kupowania.
I chyba osiągnęłam ten etap, że mogę już bez emocji i ślinienia się o nich mówić.
Przemknęła wam może myśl o cieście ze szparagami? Lub deserze?
Myszkując po książkach kucharskich przepisów na szparagi znalazłam mnóstwo. Niewiele się od siebie różnią. Raz są posypane jajkiem na twardo, raz parmezanem, raz pecorino, raz orzechami.
Ale ogólnie pierwsze skrzypce zawsze grają szparagi. I tak być powinno.
Jedynie zupy szparagowe nie wywołują mojego entuzjazmu, bo moim zdaniem szkoda marnować ich chrupkość w blenderze.
Deser szparagowy jakoś dotąd nie wpadł mi do głowy. Wymyślił go ktoś inny.
W książce* pamiętającej czasy poprzedniego systemu znalazłam kilkanaście przepisów. Wśród nich jak paw w kurniku pyszniła się sałatka ze szparagów po sułtańsku.
Wszystkie przepisy przeczytałam z uwagą. Dodatek cielęcego móżdżku, homara, mączki kokosowej czy bananów brzmiało w zapewne w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku równie niedorzecznie jak dziś pokojowo nastawiony poseł Kurski.
Pamiętam ten okres i jestem pewna, że homara znałam tylko z filmów przyrodniczych, banany bywały na święta a mączka kokosowa? Nawet nie wiedziałam, że istnieje takie dobro.
Czytanie książek poszerza horyzonty. O tak, na sto procent.
Sałatka ze szparagami znajdowała się między „budyniem ze szparagów „chantilly” a „sałatką ze szparagów po tyrolsku” Widać sułtan zaplątał się autorom między Francją a Niemcami.
Co zawierała owa bulwersująca sałatka? Cytuję: szparagi, kremówka, migdały, rodzynki, brzoskwinie z kompotu, „kocie języczki” lub rurki waflowe, cukier.
Opis jest krótki. Należało ubić śmietanę i udekorować pozostałymi składnikami, w tym ugotowanymi szparagami. Nie mówcie, że autorom brakowało wyobraźni!

Nie będę konkurować z oryginalnością. Nic nie przebije szparagów podanych z bitą śmietaną.
Moje danie jest bardziej tradycyjne i mniej wywrotowe.
I chyba smaczniejsze.

* książka nazywa się „Warzywa w kuchni” autorstwa Henryka Dębskiego i Danuty Dębskiej



Szparagi, tofu, makaron, sezam

dwie garści makaronu ryżowego
pęczek szparagów
kostka tofu
1 łyżka oleju sezamowego
2 łyżki sosu sojowego jasnego
łyżka ziół: bazylii tajskiej, mięty, kolendry
1 łyżka oleju arachidowego do smażenia
1 łyżeczka prażonego sezamu

Zaczynamy od ugotowania makaronu. Stosujcie się do instrukcji na opakowaniu a wszystko będzie dobrze.
Szparagi obieramy w ich dolnej części obieraczką do warzyw i kroimy na kawałki wielkości 2-3 centymetrów. Zostawiamy 10 centymetrowe górne części szparagów czyli główki.
Wyjmujemy tofu z opakowania i zawijamy w papierowy ręcznik.
Na zawiniątku kładziemy deskę (np. do krojenia) i obciążamy ją słoikiem z wodą. Wszystko po to, aby odsączyć tofu z wody.
Po kwadransie odwijamy tofu i kroimy na nieduże kawałki.
Rozgrzewamy olej arachidowy i wrzucamy kawałki szparagów. Smażymy je, podrzucając co pewien czas na patelni około 2 minut.
Odkładamy szparagi na bok.
Dolewamy łyżkę oleju arachidowego na patelnię i wrzucamy tofu. Smażymy aż osiągnie złoty kolor czyli około 3 minut.
Do tofu dorzucamy ugotowany makaron a potem kawałki szparagów. Główki szparagów zostawiamy na koniec.
Na patelnię z makaronem dolewamy sos sojowy i sos sezamowy. Mieszamy i zdejmujemy z pieca.
Zioła siekamy i dorzucamy do dania. Posypujemy uprażonym wcześniej sezamem i rozkładamy na górze główki szparagów.





Co wy na to?


Ja mówię: smacznego.

sobota, 29 listopada 2014

Domowa pułapka i rola palców w życiu czyli rewelacyjne żeberka na słodko

























Nie ma miejsca równie niebezpiecznego jak własny dom. Ilość ran, które stały się moim udziałem w miejscu najbardziej bezpiecznym jest niepoliczalna. Od obciętych palców począwszy na podbitym oku skończywszy.
Jednak najnowszy uszczerbek na zdrowiu jest najlepszy. Złamany palec u stopy. Tak, tak, nie żartuję.
I nie dość, że złamałam go sobie sama, to na dodatek stało się to w nocy. O żadnej przemocy nie mogło być mowy, bo nikogo oprócz mnie w domu nie było. Tylko ja, ciemność, droga do łóżka i łóżko. A między drogą a łóżkiem moja stopa. Szła sobie nieuzbrojona i ufna. Teren przecież był znany na pamięć. Żadnych niespodzianek czy nagle pojawiających się przedmiotów. Nawet koty wyjątkowo nie plątały się między nogami.
Jednak jeżeli ktoś jest zdolny podbić sobie oko ścianą, nigdy nie powinien tracić czujności.
A nuż okaże się, że nożyczki czyhają za krawędzią szuflady i są gotowe wyrwać ci serce?
Albo takie łóżko. Ile czasu musiało obmyślać plan zaatakowania mojej prawej stopy.
Stopa bez kapcia to proszenie się o kłopoty. Jakiś udział w tej zasadzce miała moja średnio obudzona świadomość. Wiadomo. Śpisz, wstajesz, idziesz do łazienki, wracasz. Do tego nie jest potrzebny certyfikat Mensy.
Jak się okazuje, czujność trzeba zachować zawsze. Nawet w czasie półsnu.
Zderzenie stopy z krawędzią łóżka było jak wybuch supernowej: oślepiające! Coś chrupnęło, świat rozbłysł jak choinka przed Rockefeller Center a potem całe moje „ja” skupiło się w jednym prawej stopy. Ale zabolało! Zapalenie światła pokazało, że nic mi nie odpadło i ciągle mam pięć palców.
Jako, że kontuzje zdarzają mi się częściej niż by wskazywały statystyki, postanowiłam fakt prawie urwanego palca zignorować. W końcu „prawie” robi wielką różnicę.
Podskoczyłam na jednej nodze po nurofen, potem pokicałam do łóżka i czekałam na rozwój wypadków. Nawet udało mi się zasnąć.
Rano światło dzienne pokazało, że: po pierwsze palec jest siny, po drugie wygląda jakby inaczej.
Wiem, że palec u stopy to nie głowa, ale ja lubię swoje stopy.
Trzecie, najgorsze było to, kiedy okazało się,że nawet taki mały palec jest potrzebny do chodzenia.
Jest zima. Sandały odpadają.
Palec jest unieruchomiony i zajmuje zdecydowanie więcej miejsca niż oferują jakiekolwiek moje buty. Dziś i jutro mogę siedzieć w domu. A potem?
Jak myślicie, czy do poniedziałku jest szansa na nowy lepszy palec?

Jedyną korzyścią z sytuacji są żeberka. Wszystko da się zrobić bez użycia nóg. Potrzebne są tylko ręce...i ktoś kto będzie wam podawał narzędzia kuchenne i składniki.
Zachowując szczególną czujność ( w końcu nie chciałabym stracić palca u ręki) zrobiłam genialne klejące żeberka.

Nie wiem czy lubicie grzańca. W jakiś niewyjaśniony sposób te żeberka kojarzą mi się z grzańcem. Są słodkie, aromatyczne, rozgrzewające i zawsze ma się ochotę na kolejną porcję.


























Klejące żeberka na słodko

około 30 cm kawałek żeberek (tylko z kością)
marynata:
5 łyżek jasnego sosu sojowego
3 łyżki octu ryżowego
3 łyżki soku pomarańczowego
4 łyżki sosu hoisin
3 ząbki czosnku, zmiażdżone
2 łyżki startego imbiru
5 łyżek płynnego miodu
1 łyżeczka cynamonu
ziarenka z jednej anyżowej gwiazdki
1 łyżka oleju sezamowego
1 czerwone chilli (drobno pokrojone)
3 łyżeczki przyprawy 5 smaków

Mieszamy składniki marynaty ze sobą. Żeberka myjemy, osuszamy i kroimy na paski. Każdy pasek to jedna kostka.
Wkładamy żeberka do miski z marynatą i dobrze je obtaczamy. Przykrywamy miskę szczelnie i stawiamy do lodówki na 24 godziny.
Następnego dnia wyjmujemy miskę z mięsem z lodówki i rozgrzewamy piekarnik do 170 stopni.
Kiedy żeberka będą miały temperaturę pokojową, przykrywamy je folią i wkładamy do piekarnika na godzinę.
Po godzinie zdejmujemy folię i pieczemy żeberka jeszcze pół godziny, starając się co jakiś czas obracać je tak, by z każdej strony były pokryte sosem.
Upieczone żeberka można po lekkim wystudzeniu obrać z kości. Nie czekajcie z tym do całkowitego wystudzenia, bo z doświadczenia wiem, że łatwiej oddzielić mięso od kości gdy całość jest jeszcze ciepła.
A najlepiej nie obierać ich wcale. Nie ma nic lepszego jak wzięcie lepkich kawałków do ręki a potem oblizywanie palców. Oczywiście nie polecam tej metody, gdy podejmujecie kolacją szefa czy premiera. Ale w domowych warunkach oblizywanie palców jest nawet wskazane.
Polecam.




I znów wróciłam do palców:)


























Smacznego i bądźcie czujni.  

wtorek, 3 czerwca 2014

Szparagowe pesto z makaronem soba czyli czekając na słońce


























Jak co roku, początek czerwca jest pożegnaniem ze szparagami. Na horyzoncie już widać truskawki, więc rozstanie nie będzie zbyt bolesne.
Plany pozyskania syropu z kwiatów czarnego bzu napotkały na przeszkody pod postacią deszczu. Momenty kiedy przestaje padać są rzadkie a i wtedy złośliwość losu daje o sobie znać, bo słońce zastaje mnie poza wsią. Nie zrywam bzu w mieście bo życie mi miłe. Czekam więc cierpliwie aż przestanie mżyć.
Cała nadzieja w przyrodzie, że zostawi na krzakach nieco kwiatów do syropu.
Wrócę do czarnego bzu w bardziej optymistycznej i zdecydowanie cieplejszej atmosferze.
Kupiłam szparagi i to chyba ostatni pęczek.
Jeżeli macie już dość szparagów grillowanych, w cieście, zapiekanych, jeżeli najedliście już risotta ze szparagami a rodzina ucieka od tarty ze szparagami, może zrobicie pesto szparagowe. Na koniec sezonu, jako szparagową kropkę nad „i”.
Z dodatkiem oleju sezamowego i makaronem soba będą smakowały nieco orientalnie, zarówno na ciepło jak i na zimno.




Szparagowe pesto z makaronem soba

pęczek zielonych szparagów
garść rukoli
garść orzechów włoskich
4 łyżki oliwy
pół łyżeczki oleju sezamowego
łyżeczka soli
świeżo zmielony pieprz

makaron soba, ugotowany wg instrukcji
dla dwóch osób potrzebujemy dwie wiązki makaronu soba (każda wiązka jest opasana papierową taśmą)

Zaczynamy od szparagów. Na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy i wrzucamy szparagi. Niech się podpieką. Potem zdejmujemy je z patelni, odkrawamy główki a resztę wrzucamy do blendera razem z orzechami, rukolą, solą i oliwą i olejem sezamowym. Blendujemy chwilę ale nie za długo, żeby pesto nie było zbyt drobno zmiksowane.
Doprawiamy jeśli trzeba solą i pieprzem.


Gotujemy makaron. Mieszamy pesto z odrobiną wody z gotowania makaronu. Mieszamy makaron z sosem z pesto. Posypujemy główkami szparagów i polewamy oliwą.





Smacznego i trzymajmy kciuki za słońce.

wtorek, 18 marca 2014

W oczekiwaniu na czwartek czyli makaron soba z wodorostami























Rezygnacja to odpowiednie słowo w tej sytuacji.
Moje koty ogarnęła rezygnacja. Po kilku tygodniach gorączkowego szaleństwa i niespełnionych oczekiwań postanowiły pogodzić się z losem.
Kiedy w lutym zagrzało słońce i dni zrobiły się zauważalnie dłuższe, koty uznały, że pora porzucić zimowe rozleniwienie i zacząć pakować myszki, gumki, miseczki i futerka. Zaczęły poszukiwać magicznych drzwi, za którymi będzie trawa, motylki i słoneczny kaloryferek. Na próżno.
Citka do dziś szuka wiosny za zasłoną w sypialni. Orlando okupuje każde drzwi w domu. Te w kuchennej szafce są równie dobre jak te na korytarz. Za każdymi drzwiami mieszka nadzieja.
A właściwie mieszkała, bo od dwóch dni koty zapadły w sen zimowy. Nawet ulubiona gonitwa za gumką nie jest w stanie wzbudzić w nich zainteresowania. U ludzi to się nazywa przygnębienie. To pierwszy krok do depresji. Czy koty mają depresję? Wolę nie sprawdzać. Głaszczę te moje futra, pocieszam ale wiem, że dopiero czwartek zmieni sytuację ze smutnej na szczęśliwą.























W czwartek jest ten dzień. Pierwszy dzień wolności. Zapowiedzi pogodowe wyglądają obiecująco a koty nic o tym nie wiedzą. Nie wiedzą, że jadą. Nie podejrzewają, że zostaną otwarte te właściwe drzwi. Niech śpią póki co. Od czwartku spanie będzie ostatnim co im przyjdzie do łebków w najbliższym czasie. Populację myszy trzeba będzie sprawdzić, wiewiórki w sadzie odwiedzić, każdą dziurę krecią przypilnować, no i odwiedzić sąsiadów. Koniec zimy, koniec nudy, koniec czekania.
Kolejny sezon poza miejski zostanie otwarty.
Dla mnie to mobilizacja, bo nigdy nie wiadomo co zastanę na miejscu. Czy internet będzie działać? Czy rury przetrwały styczniowe mrozy? Czy ilość biedronek za okiennicami nie przekroczyła masy krytycznej? I czy komuś do lepkich rączek nie przykleił się któryś z moich wypieszczonych krzaczków?
Najważniejsze jednak jest co innego. Czwartkowy wyjazd jest pokazaniem środkowego palca zimie (wybaczcie, proszę). Teraz już nic nie jest w stanie mnie zniechęcić.
Póki jeszcze mam pod kontrolą cały zapas kuchennych skarbów, mogę się pokusić o zrobienie czegoś egzotycznego.
W „majątku” wszystko trzeba będzie odbudować: i spiżarnię, i lodówkę i zamrażarkę. Na razie nawet światło w nich nie mieszka. Wszystko w swoim czasie.
A dziś jeszcze korzystam z tego co mam pod ręką.
























Makaron soba z wodorostami
(na dwie porcje)

150 g makaronu soba (czyli gryczanego)
1 łyżeczka drobno pokrojonego marynowanego* imbiru
2 łyżki suszonych wodorostów
kilka pieczarek
pół łyżeczki oleju sezamowego
2 łyżeczki pokrojonej dymki
3 łyżki jasnego sosu sojowego
pół łyżeczki pasty wasabi
1/3 szklanki bulionu rybnego
To okrągłe, dziurawe na zdjęciach to suszony korzeń lotosu. Nie ma on znaczenia dla smaku potrawy, za to ładnie się prezentuje. Dodałam, bo znalazłam wśród zapasów, pomińcie go z czystym sumieniem.  

Makaron soba gotujemy zgodnie z instrukcją. Przelewamy zimną wodą i odstawiamy na bok. Wodorosty zalewamy kilka łyżkami rosołu rybnego.
Zagotowujemy resztę bulionu, wrzucamy do niego pokrojone grzyby. Wyłączamy ogień i dodajemy sos sojowy, pastę wasabi i olej sezamowy.
Do miseczek z makaronem wkładamy pokrojoną dymkę i kawałki pokrojonego imbiru. Dodajemy wodorosty. Wlewamy mieszankę rosołu z przyprawami. Podajemy jako lekką przekąskę.



Wszystkie składniki można kupić w sklepach internetowych lub w supermarketach w dziale z Kuchniami Świata.
Marynowany imbir można zrobić samemu.



Marynowany imbir:

150 ml octu ryżowego
2 łyżki soku z buraków
100 g cukru
1 łyżeczka soli

Imbir obrać, pokroić na bardzo cieniutkie plasterki. Mandolina jest tutaj nie zastąpiona. Zasypać imbir solą, wymieszać i włożyć na noc do lodówki. Następnego dnia odsączyć, odlać płyn, włożyć do słoika. Zagotować ocet z cukrem. Kiedy nieco wystygnie zalać imbir ciepłą zalewą. Zakręcić i odłożyć na kilka dni. Potem używać np. do sushi.




Smacznego

wtorek, 18 lutego 2014

Sposób na resztki czyli zupa nieco orientalna z kulkami mięsnymi
























Co robić z resztkami? Chorobliwie nie lubię wyrzucać jedzenia. Ale nie jestem też mistrzem w liczeniu. Często się przeliczam i wtedy stoję jak żona Lota nad miską wypełnioną po brzegi np kalafiorem.
Po pierwsze, będzie zupa. Po drugie, zupa będzie na dwa dni. Po trzecie zrobię curry z kalafiora.
Po czwarte, kalafiora ciągle nie ubywało. Czy to jakiś magiczny kalafior? Nie chciałabym teraz jeść go do końca tygodnia. Puree kalafiorowo ziemniaczane jest dobrym wyjściem ale lepszy jest kalafior zapiekany w sosie beszamelowym.
Po pięciu dniach zmagań z jednym kwiatkiem, nareszcie się go pozbyłam.
Sytuacje lubią się powtarzać i w tym tygodniu stanęłam oko w oko z mielonym. 30 deko mielonego
indyczego mięsa nie wygląda pokaźnie. Ale kiedy doda się do niego to czy tamto, nagle okazuje się, ze znów wsypa. Pierożki won ton zostały zjedzone a mięso zostało. Na dodatek już z przyprawami w postaci imbiru i sosu sojowego. To mi znacznie ograniczyło pole popisu. Przecież nie ulepię kolejnych pierogów!
Padło na zupę z klosikami i makaronem ryżowym. Pachniała olejem sezamowym i imbirem. A najważniejsze, że nic się nie zmarnowało.
























Zupa nieco orientalna z klopsikami mięsnymi

15, litra bulionu np. drobiowego
3 plastry imbiru
2 ząbki czosnku

garść ryżowego makaronu nitki
szklanka grzybów mun
1 łyżeczka oleju sezamowego

klopsiki:
20 dkg mielonego mięsa z indyka
1 ząbek czosnku, drobno posiekany
1 łyżka drobno posiekanego imbiru
3 łyżki posiekanej kolendry
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka posiekanego chilli (niekoniecznie)
1 cebulka szalotka, drobno pokrojona
1 jajko
1 łyżka mąki ziemniaczanej

Do bulionu wrzucamy imbir i czosnek i gotujemy na niedużym ogniu pół godziny. W tym czasie zalewamy suszone grzyby mun wodą. Po kwadransie gotujemy 30 minut i kroimy na paseczki (po ostudzeniu oczywiście).
Makaron nitki przyrządzamy zgodnie z instrukcją. Potnijcie je na sucho nożyczkami, bo potem ciężko się te włosy anielskie łowi w zupie. Bez śliniaka ani rusz.

W misce mieszamy wszystkie składniki na klopsiki. Wilgotnymi rękami formujemy kulki wielkości
orzecha włoskiego, układając je na desce .
Przecedzamy bulion. Do lekko „mrugającego” wkładamy ostrożnie kulki mięsne i nieco podwyższamy temperaturę. Ale tylko do zagotowania się zupy. Wtedy ogień zmniejszamy, by nam kulki nie uciekły. Gotujemy je około 10 minut. Na koniec wlewamy olej sezamowy. Mieszamy i próbujemy, czy wszystko jest jak trzeba. Do miseczek wkładamy ugotowane grzyby i makaron. Zalewamy bulionem z kulkami mięsnymi.
Potem tylko jemy.





Smacznego  

czwartek, 6 lutego 2014

Skrzydełka po koreańsku czyli książki mają się dobrze

























Jeżdżąc tu i tam zazwyczaj nie omijam księgarń. Nie ma znaczenia czy jadę do sąsiedniego miasta czy sąsiedniego kraju. Pewne jest, że znajdę jakaś księgarnię i w niej utonę. Nudzą mnie sklepy z ciuchami, omdlewam w supermarketach. Łażenie między półkami z książkami jest rodzajem uzależnienia. I chociaż większość książek dociera do nas za pomocą kuriera, bo nadążający za techniką MMŻ zamawia je w Internecie, to nic mi nie sprawia takiej przyjemności jak wsadzenie nosa w książkę zdjętą dopiero co z półki.
Często bywa tak, że nadmiar dobra wszelkiego czyli książek, które chciałabym mieć, przerasta mnie do tego stopnia, że wychodzę z księgarni z pustymi rękami. A czasami tylko ograniczenia bagażowe sprowadzają mnie na drogę rozsądku.
Mówi się, że czytelnictwo zamiera, że czas papierowej książki powoli mija. Nasz ostatni pobyt w Dublinie wprawił mnie z zachwyt. Bynajmniej nie ze względu na ilość literatury (nie zdawałam sobie sprawy ilu znakomitych pisarzy i poetów było Irlandczykami), ale z powodu tłoku w księgarniach. Biorąc pod uwagę, że największa zajmowała 3 piętra, to napełnienie jej sporym tłumem powinno wzbudzić szacunek.
Dział kulinarny zajmował w tej księgarni połowę piętra. Sporego piętra. Czego tam nie było? Kogo tam nie było? Sądząc po miejscu umieszczenia poszczególnych pozycji można było wywnioskować kto jest na fali wznoszącej a kto jest passe (na marginesie zdradzę, że Gordon Ramsey był na najniższej półce).
Podział na kuchnie świata podniósł mi temperaturę o kilka stopni. Na dział ciastkarsko cukierniczy nawet nie spojrzałam, bo policzyłam sobie, że potrzebuję co najmniej tygodnia, żeby przejrzeć same kuchnie Azji.
A potem musiałam dokonać wyboru. Kuchnia libańska czy koreańska? A może nowy Rick Stein lub Vintage Tea Party?
Wybrałam książkę po okładce i tytule. Coś co nazywa się Trawa cytrynowa i imbir nie może być rozczarowujące.
























Chyba nigdy niczego nie wygrałam na loterii. Gry losowe powinnam omijać z daleka, bo zawsze trafiam w nietrafione. Takie szczęście na odwrót. Jednak w przypadku tej książki trafiłam w dziesiątkę. Jest piękna, jest fascynująca, jest nieskomplikowana.
Z niej pochodzi przepis na podwójnie smażone koreańskie skrzydełka.


Koreańskie smażone skrzydełka

3/4 szklanki mąki pszennej plus 2 łyżki
3 łyżki mąki kukurydzianej
200 ml wody
pół łyżeczki soli
4 łyżki sosu sojowego jasnego
1 łyżka cukru
2 łyżki miodu
1 łyżka oleju sezamowego
4 ząbki czosnku drobno posiekane
1 łyżka drobno pokrojonego imbiru
2 łyżki ziaren sezamu lub orzeszków ziemnych
1 kilogram skrzydełek z kurczaka
olej do smażenia

Zaczynamy od zmieszania obu rodzajów mąki (z mąki pszennej odsypujemy do osobnej miski 2 łyżki) i soli w głębokiej misce. Dolewamy wodę, mieszamy i odstawiamy.
W małym rondelku mieszamy sos sojowy, cukier, miód, olej sezamowy, czosnek, imbir i 1 łyżkę wody. Doprowadzamy do wrzenia i na małym ogniu gotujemy 10 minut do momentu zagęszczenia się sosu. Zdejmujemy z ognia i odstawiamy na bok.
Na suchej patelni prażymy nasiona sezamu lub orzeszki. Pilnujemy patelni, bo zmiany na niej następują błyskawicznie. Kiedy nasionka zmienią kolor na złoty, zdejmujemy je z patelni.

Na głębszej patelni lub garnku do smażenia rozgrzewamy olej do 180 stopni. Jego temperaturę można sprawdzić wrzucając kawałek chleba. Jeśli zaczyna od razu skwierczeć i po około 15 sekundach jest brązowy, to znaczy, że olej jest dostatecznie gorący.

Umyte i osuszone skrzydełka dzielimy ostrym nożem na dwie części. Ta najmniejsza końcówka może wylądować w rosole. My użyjemy dwóch pozostałych, na których można ząb zawiesić.
Obtaczamy skrzydełka w 2 łyżkach pozostawionej mąki. Strząsamy nadmiar mąki i zanurzamy kawałki kurczaka w cieście. Ostrożnie zanurzamy skrzydełka w gorącym oleju.
Nie kładźcie zbyt wielu porcji naraz. Obniży się temperatura oleju i ciasto zacznie go wchłaniać. Lepiej żeby skrzydełka miały luz i stałą temperaturę smażenia. Smażymy każdą partię 10-15 minut dopóki nie nabiorą złoto brązowego koloru. Wyjmujemy skrzydełka z oleju na papierowe ręczniki. Zostawiamy je w spokoju na 5 minut.

Po pięciu minutach następuje przełomowy moment dla skrzydełek.

Ponownie rozgrzewamy olej do 180 stopni (najpewniej nie zdążył całkowicie ostygnąć). Wrzucamy partiami skrzydełka do gorącego oleju. Każdą partię smażymy 2 minuty i wyjmujemy kawałki kurczaka na papierowe ręczniki.
Do dużej miski wlewamy sojową marynatę. Wrzucamy skrzydełka. Energicznie podrzucamy by wszystkie otuliły się smakowitym sosem. Dorzucamy sezam lub orzeszki i jeszcze raz podrzucamy.
Wykładamy skrzydełka na talerz i posypujemy posiekaną zieloną cebulką.


Wierzcie mi, że po zjedzeniu ostatniego żałowaliśmy, że jedzenie trwało tak krótko.  



Smacznego

czwartek, 31 stycznia 2013

Sałatka orientalna z marynowanym imbirem czyli co z tego wyrośnie.





Człowiek to jednak niereformowalna istota. Wystarczy, że na moment zaświeciło słońce i na trawnikach pojawiły się plamy starej trawy, a ja już mimowolnie szukam czy coś tam może nowego nie wykiełkowało. Jeden dzień deszczu i temperatury powyżej (niewiele, ale zawsze) zera i już nadzieja w człowieku rośnie jak ilość wody na ulicach. Kalosze są niezbędne. Im bardziej kolorowe, tym lepiej. Parasol też bywa przydatny. Pojemny, żeby ochronił jeszcze koleżankę. I siatka pełna witamin. Kolorowych, żeby dodać sobie energii. Pomarańcze, cytryny, granaty, mango są wskazane. I jeszcze różowe okulary by się przydały, żeby pogody ducha nie brakło, zanim wypatrzymy pierwsze pączki na krzakach w parku.
Ja takie dziwo znalazłam kilka dni temu. Jeszcze termometr pokazywał minus jedenaście a tu na mojej drodze spotkałam egzemplarz, który jak nic wiedział więcej. I korzystając z tej wiedzy wypuścił na końcach gałązek małe kuleczki. Przez następne dni przyglądałam mu się uważnie. Czy to aby nie skamielina? A może jakiś omam poranny. Może w świecie roślinnym też się trafiają jednostki nieprzewidywalne? Akcja rozwija się powoli. Nic się na razie nie zmieniło, ale też nic nie odpadło.
Chyba jutro uszczknę gałązkę i przeniosę do cieplarnianych warunków. Ciekawe, co z niej wyrośnie. (Jako fanka serii o Obcych powinnam być ostrożniejsza).
Dalsze relacje wkrótce.


A na razie, zanim przejdę do następnego etapu w poszukiwaniu wiosny, muszę się poratować wiosną na talerzu.
Sałatka orientalna gości na naszym stole już od jakiegoś czasu. Jej pierwowzór jadłam kiedyś w Paryżu. Połączenie przegrzebków i marynowanego imbiru* bardzo mi się spodobało. W warunkach domowych daruję sobie przegrzebki. Reszta jest zieloną improwizacją. Jedynie marynowany imbir* łączy moją wersję z tą paryską.

Sałatka orientalna z marynowanym imbirem:

sos do sałatki orientalnej:
1 łyżeczka wasabi (w proszku lub w paście)
sok z 1 limonki
7 łyżek oleju arachidowego
pół łyżeczki soli
ćwierć łyżeczki cukru
2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
kilka kropel oleju sezamowego

składniki sałatki:
garść cienkiego makaronu ryżowy
2 garści liści szpinaku
1 papryczka chili
1 papryka, czerwona lub żółta
garść kiełków sojowych
mieszanka sałat (jakich lubicie)
garść poszatkowanej kapusty pekińskiej
1 marchewka, starta na mandolinie
pęczek rzodkiewek
1 nieduży por
pęczek kolendry
2 łyżki marynowanego imbiru

Jak zwykle w przypadku sałatki, dobrze jest się zaopatrzyć w sporą miskę i nieduży słoik. Do słoika ładujemy wszystkie składniki sosu. Wstrząsamy wstrząsająco i odkładamy na bok.
Makaron ryżowy przyrządźcie zgodnie z instrukcją. Chili posiekajcie drobniutko. Paprykę pokrójcie na drobne paski a pora i rzodkiewki na cienkie krążki. Imbir porwijcie na mniejsze kawałki. Kolendrę pokrójcie niedbale nożyczkami.
Wszystkie składniki sałatki przełóżcie do sporej misy i przemieszajcie rękami. Dodajcie dobrze odsączony makaron. Nalejcie sos i jeszcze raz wymieszajcie.




Sałatka gotowa.
Jest jej sporo ale jeżeli potrzebujcie do niej konkretu, to opakowanie krewetek koktajlowych będzie z nią dobrze współpracować.  Spokojnie można nią wykarmić kilka osób.
           
* Marynowany imbir można kupić w słoiku, ale można też zrobić samemu. Następnym razem o tym opowiem. I pokażę tajemnicze, pączkujące "coś".
                           Tak wygląda moja okolica 

                           A to znalazłam pod drzewem.

Smacznego i wypatrujcie niebieskiego nieba.