Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieczarki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieczarki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 lutego 2018

Bledszy odcień nirwany czyli kari laksa






Ten wpis może kogoś oburzyć. Jeśli uważasz, że nie ma tu miejsca na poniższe tematy, przepraszam.
Moje bajanie jest tylko rodzajem pamiętnika pisanego pod wpływem chwili.
Wszystkim dotkniętym mogę doradzić, by poszli do kuchni, wyjęli garnuszek z szafki a z lodówki mleko. Wlali mleko do garnuszka i zagotowali. Potem zdjęli garnuszek z pieca i wrzucili do niego pół tabliczki czekolady (ulubionej). Zamieszali cierpliwie a potem wlali kieliszek dobrego rumu. Na koniec wmieszali w tę boską mieszankę dwie łyżeczki muscavado.
Nie zmieni to rzeczywistości ale zmieni nasz stosunek do niej. Są na świecie rzeczy, które może i nie ratują życia ale na pewno je ulepszają.

Powinnam zacząć pisanie zupełnie innego bloga. Nazwałbym go "dzień starej pierdoły" albo " z pamiętnika malkontenta".
Moim faworytem jest wersja pierwsza. Kto w dzisiejszych czasach wie cóż to za dziwo "malkontent".
Nurzałabym się na swoim nowym blogu we wszystkich odcieniach bolących kolan, pokazywałbym co ranka nowy bujny włos zdobiący moją brodę i kontemplowała z innymi (mam nadzieję internetowymi pierdołami) wszelką nową obwisłość swojej cielesności.

Jak myślicie, osiągnęłabym sukces?
W kraju, gdzie cierpienie jest cnotą a porażka nimbem zdobiącym, moje szanse na sukces mogłyby być realne.
Ale nie chce mi się.
Narzekać mi się chce, ale nie chce mi się pisać nowego bloga.
Nawet dama czasami użyje słowa na „k” w przypływie bezsilności, kiedy ma po pompon w czapce walki w materią, szczególnie własną .
Kto wymyślił upływ czasu?
Już rozumiem sens umierania w okolicach czterdziestki sto lat temu. Ile spuchniętych stawów, optymistycznych bajpasów, diet ratujących nie wiadomo co, fałszywych nadziei, silikonowych policzków i zmarnowanych dla urody pieniędzy zaoszczędziłybyśmy.
Umarłoby się spokojnie, rozsądnie i bez pretensji by żyć wiecznie, zaspokajając oczekiwania rodziny i szczędząc sobie cierpienia.
My teraz musimy żyć wiecznie. Musimy być do dnia ostatniego piękne, powabne i jasno myślące.
Nie ma miejsca na demencję, siwy włos i powłóczysty krok.

Och, jak przydałaby się stroma skała za miastem.
Poprawność polityczna prowadza się pod rękę z poprawnością etyczną. Ile złego mają na sumieniu!
O ile prościej byłoby taką zramolałą staruszkę nakarmić ostatnią wieczerzą, odziać w odpowiednią do okoliczności szatę i pożegnawszy wnuki zapakować na wózek  w celu osiągnięcia nirwany. Na stromym zboczu oczywiście.
Czy ja właśnie nazwałam samą siebie zramolałą staruszką? Hm...staruszka? Hm... Zramolała?
Coś mi na mózg padło!
Bardzo ten temat jest niewygodny: umieranie, starość, niesprawność, ból.
Przeglądając internet można odnieść wrażenie, że żyjemy w czasach wiecznej młodości. Niestety, kto w to wierzy ten głupek. Nic nie trwa wiecznie. Jeśli macie wątpliwości kupcie sobie jabłko i zobaczcie co się z nim stanie po miesiącu. A potem podstawcie się pod tą metaforą.
Ale pamiętajcie też, że pomiędzy dniem pierwszym i ostatnim mieści się całe życie.
Uf!
Dobra, chyba mi przeszło. Napisałam, przeczytałam, otrzeźwiałam.
Niczego nie wycofuję ale zalecam daleko posuniętą ostrożność w czytaniu internetów. Ekstremizm w każdej formie jest niestrawny. To dotyczy również powyższego wpisu.
Drogie Siostry (i może Bracia) żyjcie, walczcie, cieszcie się każdym dniem. Nawet łykając więcej kolorowych piguł niż wasze dzieci czy wnuki jedzą cukierków, miejcie na uwadze, że wszystko zdarza się zazwyczaj tylko raz.
Życie, niestety, zdarza się bez "zazwyczaj". Zdarza się po prostu. Korzystajmy.
Przejście do gotowania jest w tym miejscu równe porównaniu kury do feniksa, ale cóż, blog kulinarny rządzi się swoimi prawami.
Teraz oddamy cesarzowi, co cesarskie czyli upichcimy coś dla ciała.
W końcu by żyć, trzeba jeść.



comfort food czyli kari laksa
Najważniejsza jest pasta. Ona stanowi o całym daniu.
Przygotujemy ją następująco:
(niezastąpiony jest internet, kupimy tu to, czego nie ma w sklepie u pani Helenki)
3 suszone kashmiri chilli
2 łyżki posiekanego imbiru
4 ząbki czosnku, pokrojone
1 papryczka świeża chilli
3 szalotki, pokrojone
3 sztuki trawy cytrynowej, pokrojone
Ćwierć szklanki oleju roślinnego
4 łyżeczki pasty krewetkowej
1 łyżka mielonej kolendry
2 łyżki curry
1 łyżeczka mielonego kuminu
Zaczynamy od zalania kashmiri chilli wrzątkiem na kwadrans.
Na łyżce oleju smażymy czosnek i imbir około 6 minut.
Potem wylewamy wodę i wkładamy kashmiri chilli do blendera razem z szalotkami, trawą cytrynową, proszkiem curry, olejem, pastą krewetkową, kolendrą, kuminem, imbirem, chilli i czosnkiem. Miksujemy na pastę.
Baza do dania jest gotowa.
Potrzebujemy ponadto:
1 serka tofu, odciśniętego z wody (między np. dwoma deseczkami) i pokrojonego w kostkę
1 czerwonej papryki, pokrojonej niedbale
1 cebuli, pokrojonej w piórka
2 ząbków czosnku, pokrojonego jak lubicie
3 łodygi selera naciowego, pokrojonego na dwucentymetrowe kawałki
200g pieczarek, pokrojonych
puszkę lub słoik mini kukurydzy
250 ml mleczka kokosowego
3 garści świeżego szpinaku

Dalej już pójdzie jak z płatka.
Rozgrzewamy wok lub patelnię i wlewamy 3 łyżki oleju roślinnego. Kroimy tofu w kostkę i wrzucamy na gorący olej. Smażymy do momentu, kiedy nabierze złotego koloru. Wyjmujemy tofu na papierowe ręczniki.
Na wciąż rozgrzany olej wkładamy cebulę, czosnek i chilli i smażymy 2 minuty. Dorzucamy seler, grzyby, kukurydzę i czerwoną paprykę. Smażymy około 5 minut mieszając.
Dodajemy pastę kari laksa oraz mleczko kokosowe. Zagotowujemy i dodajemy cukier.
Chwilę gotujemy na dużym ogniu by część mleczka odparowała. Danie powinno być gęstsze od zupy. Na koniec wrzucamy do jeszcze gotującego się kari 3 garści szpinaku.
Po minucie zdejmujemy patelnię z ognia. Wrzucamy tofu i podajemy.
Takie danie to prawie nirwana. Polecam.




Smacznego

środa, 27 maja 2015

Pieczone gołąbki czyli każdy lubi inaczej


Robiłyśmy wczoraj z moją Mamą gołąbki. Żadne tam świętowanie. Po prostu dwie kobiety w kuchni i gołąbki jako materiał łączący.
Moja Mama coraz trudniej radzi sobie z dniem codziennym. Lubi czynności powtarzalne. Czuje się w nich bezpieczna. I nieważne, że gołąbki nie są moimi ulubieńcami. Ważne, że Mama robi je na pamięć i nie musi pytać, czy cebulę pokroić w piórka czy kostkę. Taka drobna rzecz jak gotowanie na pamięć a jakie daje poczucie przydatności.

Zbieram momenty, kiedy robimy coś razem tak jak się zbiera do szuflady listy. Każda razem ugotowana potrawa, każdy wspólny wyjazd, każda minuta spędzona razem jest schowana w pamięci i przewiązana wstążką wzruszenia.
Dzień Matki wczoraj był bez fajerwerków. Bardziej byłam wczoraj Córką niż Matką.
Cieszę się, że mam Mamę blisko. Opiekuję się nią, bo nadszedł czas, kiedy to Ona wymaga opieki.
Chciałabym, żeby mną kiedyś też ktoś się zaopiekował.




Kapusta nie jest moim faworytem w żadnej konkurencji.
Nieco cieplejsze uczucia żywię do kapusty kiszonej ale tylko w wersji surówki z marchewką lub na święta z grzybami.
Cała reszta głowiastych jest mi w większości obojętna. Ani włoska, ani czerwona, ani pekińska nie powodują szybszego bicia serca. Brukselka jest raczej sprawcą zwolnienia tętna, bo zastygam w przerażeniu, że ktoś będzie mnie do niej namawiał.
Bigos, który robi moja Mama obrósł w rodzinie legendą i ma swoich wyznawców. Dla mnie to po prostu kapusta z mięsem.
Jednak mimo tej oschłości w traktowaniu kapusty, przynajmniej raz w roku moje podejście do niej fika koziołka.
Czy to sprawka młodych główek kapuścianych, piętrzących się na straganach czy po prostu pielęgnowanie rodzinnych tradycji, w każdym razie w pewnym momencie nachodzi mnie potrzeba zjedzenia gołąbków.
Wracam myślą do domu rodzinnego i mojego Taty, który z gotowania robił spektakl. Gdyby urodził się 50 lat później, jestem pewna, byłby dziś szefem kuchni.
Gołąbki robił...śpiewająco.

Ani w głowie była mi kapusta do dziś rana. Targ, stragany, zielono, warzywa. Klik...i otwarła się szufladka z napisem „gołąbki”.
I już. Zrobione.
A najlepszy był ten pierwszy, jeszcze gorący, porwany wprost z garnka.
Bo podobno kradzione nie tuczy.



Gołąbki z ryżem i mięsem

1 głowa białej kapusty

farsz:

1 kg mięsa mielonego
pół kilograma ugotowanego ryżu
2 jajka
pół kilograma pokrojonych i podsmażonych pieczarek
2 cebule, pokrojone w kostkę i usmażone na maśle
6 ząbków czosnku, przeciśnięte przez praskę
1 łyżka soli
1 łyżka vegety
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka pieprzu

Najważniejsze jest ugotowanie kapusty. Główka kapusty jest spora, potrzebujemy więc sporego garnka. Cała głowa musi się zmieścić. Wodę w garnku solimy i kiedy się zagotuje, wkładamy kapustę. Gotujemy kapustę 10 minut i obracamy ją w wodzie na drugą stronę. Ostrożnie, bo wszystko ma temperaturę wrzenia. Gotujemy kolejne 10 minut.
Wbijamy w kapustę z dwóch stron widelce i wyjmujemy ją (ostrożnie!!!)z garnka. Niech trochę przestygnie. Nie wylewamy wody z gotowania, bo będziemy w niej gotować gotowe gołąbki.
Potem zdejmujemy z kapusty liście, w które będziemy zawijać mieszankę ryżu z mięsem.

W misce mieszamy wszystkie składanki farszu i nakładamy porcje na poszczególne liście.
Ilość farszu zależy od wielkości liścia i waszych umiejętności do zawijania. Nie znęcajcie się nad liśćmi, ponieważ one są ugotowane i przez to łatwo je rozerwać.
Zasada zawijania gołąbków jest podobna do zawijania krokietów w ciasto naleśnikowe.
Zawinięte gołąbki musimy ugotować.
Garnek, w którym wcześniej gotowaliśmy kapustę posłuży nam do ugotowania gołąbków.
Na dno garnka wkładamy talerz. Wybierzcie taki, który nie należy do waszej zastawy rodowej, bo różnie nie może zdarzyć. Talerz na dnie zapobiegnie przypaleniu się gołąbków.
Napełniamy garnek gołąbkami. Wlewamy zostawioną wcześniej wodę z gotowania kapusty. Na górę kładziemy kolejny talerz i obciążamy go np. garnkiem, napełnionym wodą.
Gotujemy gołąbki godzinę na niewielkim ogniu. Potem wylewamy wodę i wyjmujemy gołąbki.

Mnie najbardziej smakują właśnie takie, świeżo ugotowane, wyjęte prosto z garnka, jeszcze parzące
w palce.
Część mojej rodziny nie wyobraża sobie innej wersji jak tylko te, podane z sosem pomidorowym. Inni lubią podsmażone na maśle. A co bardziej wybredni rozbierają gołąbki z kapusty i zjadają tylko farsz.
I wszyscy zachwalają swoją wersję.






Smacznego

wtorek, 16 grudnia 2014

Gumka do gumowania i portobello z nadzieniem

























Chciałabym dostać na Gwiazdkę gumkę. Gumkę do gumowania.
Taką specjalną, którą mogłabym wygumować niektóre myśli. Zarówno te, z których nie jestem dumna jak i te, które włażą mi do głowy zupełnie nieproszone.
Rysują się myśli w głowie jak zygzaki. Kolczaste są i najeżone. Nawet delikatne ich dotknięcie powoduje, że skóra mi cierpnie.
Machnęłabym tą gumką raz i drugi, potem zdmuchnęła resztki i już ilość pozytywów w moich myślach przekroczyłaby średnią krajową.
Nie da się wygumować pamięci. Jaka szkoda. Nie pomaga skupianie się na jaśniejszej stronie świata. Nic nie daje bagatelizowanie intruzów. Niechciane myśli jak woda, przesączą się przez każdą szczelinę. Są w stanie w środku mrożącego krew w żyłach filmu wkroczyć na scenę i zamachać sztandarem z napisem „pamiętasz, że....”.
Myśli jak zepsuty ząb zatrują każdą chwilę niepamiętania. Nie da się nie pamiętać.
Nawet kiedy wydaje mi się, że wszystko mam pod kontrolą i przez dłuższy czas dzielnie pokonuję myślową ponurość, to w końcu i tak one wygrają.
Przepychamy się w mojej głowie. Raz górą jest mój optymizm a innym razem myśli nieproszone.
Nawet ich jedna wizyta w głowie mąci mój spokój.
Zdecydowanie gumka byłaby potrzebna.
Poproszę gumkę do usuwania niechcianych myśli.

Na razie w oczekiwaniu na spełnienie mojego życzenia skupię uwagę na czymś, co brzmi dobrze. Ba, więcej niż dobrze. Brzmi wakacyjnie i odprężająco. „Portobello”. Czyż nazwa nie pachnie sierpniem?
Co prawda jako uzupełnienie występuje słowo „pieczarka”, ale dziś skupiamy się na pozytywach.


























Portobello z bulgurem i serem scamorzą  

2 duże pieczarki portobello
pół szklanki ugotowanej kaszy bulgur*
1 łyżeczka zielonej pietruszki
pół łyżeczki (najlepiej) świeżego tymianku
1 cebula pokrojona w drobną kosteczkę
1 czosnek pokrojony drobno
1 łyżeczka drobno pokrojonej żurawiny
4 plasterki sera scamorza (lub naszego oscypka)
1 łyżka oliwy
sól
pieprz

*zamiast bulguru można użyć kuskusu

Myjemy grzyby i dokładnie osuszamy. Wyjmujemy nóżki i drobno kroimy.
Na patelni rozgrzewamy oliwę i smażymy cebulę, czosnek i pokrojone grzyby. Kiedy odparuje się cała woda, wsypujemy bulgur i dorzucamy tymianek, pietruszkę i żurawinę. Doprawiamy solą i pieprzem.
Zdejmujemy z patelni i lekko schładzamy.
Ser kroimy w kostkę i dodajemy do kaszy z cebulą i resztą składników. Mieszamy nadzienie i faszerujemy nim kapelusze pieczarek. Na górę kładziemy odrobinę masła. Przykrywamy grzyby folią aluminiową i wkładamy na pół godziny do piekarnika rozgrzanego do 170 stopni.
10 minut przed końcem pieczenia zdejmujemy folię aluminiową.
Podajemy z łyżką jogurtu przyprawionego czosnkiem i kuminem.





Smacznego  

wtorek, 18 marca 2014

W oczekiwaniu na czwartek czyli makaron soba z wodorostami























Rezygnacja to odpowiednie słowo w tej sytuacji.
Moje koty ogarnęła rezygnacja. Po kilku tygodniach gorączkowego szaleństwa i niespełnionych oczekiwań postanowiły pogodzić się z losem.
Kiedy w lutym zagrzało słońce i dni zrobiły się zauważalnie dłuższe, koty uznały, że pora porzucić zimowe rozleniwienie i zacząć pakować myszki, gumki, miseczki i futerka. Zaczęły poszukiwać magicznych drzwi, za którymi będzie trawa, motylki i słoneczny kaloryferek. Na próżno.
Citka do dziś szuka wiosny za zasłoną w sypialni. Orlando okupuje każde drzwi w domu. Te w kuchennej szafce są równie dobre jak te na korytarz. Za każdymi drzwiami mieszka nadzieja.
A właściwie mieszkała, bo od dwóch dni koty zapadły w sen zimowy. Nawet ulubiona gonitwa za gumką nie jest w stanie wzbudzić w nich zainteresowania. U ludzi to się nazywa przygnębienie. To pierwszy krok do depresji. Czy koty mają depresję? Wolę nie sprawdzać. Głaszczę te moje futra, pocieszam ale wiem, że dopiero czwartek zmieni sytuację ze smutnej na szczęśliwą.























W czwartek jest ten dzień. Pierwszy dzień wolności. Zapowiedzi pogodowe wyglądają obiecująco a koty nic o tym nie wiedzą. Nie wiedzą, że jadą. Nie podejrzewają, że zostaną otwarte te właściwe drzwi. Niech śpią póki co. Od czwartku spanie będzie ostatnim co im przyjdzie do łebków w najbliższym czasie. Populację myszy trzeba będzie sprawdzić, wiewiórki w sadzie odwiedzić, każdą dziurę krecią przypilnować, no i odwiedzić sąsiadów. Koniec zimy, koniec nudy, koniec czekania.
Kolejny sezon poza miejski zostanie otwarty.
Dla mnie to mobilizacja, bo nigdy nie wiadomo co zastanę na miejscu. Czy internet będzie działać? Czy rury przetrwały styczniowe mrozy? Czy ilość biedronek za okiennicami nie przekroczyła masy krytycznej? I czy komuś do lepkich rączek nie przykleił się któryś z moich wypieszczonych krzaczków?
Najważniejsze jednak jest co innego. Czwartkowy wyjazd jest pokazaniem środkowego palca zimie (wybaczcie, proszę). Teraz już nic nie jest w stanie mnie zniechęcić.
Póki jeszcze mam pod kontrolą cały zapas kuchennych skarbów, mogę się pokusić o zrobienie czegoś egzotycznego.
W „majątku” wszystko trzeba będzie odbudować: i spiżarnię, i lodówkę i zamrażarkę. Na razie nawet światło w nich nie mieszka. Wszystko w swoim czasie.
A dziś jeszcze korzystam z tego co mam pod ręką.
























Makaron soba z wodorostami
(na dwie porcje)

150 g makaronu soba (czyli gryczanego)
1 łyżeczka drobno pokrojonego marynowanego* imbiru
2 łyżki suszonych wodorostów
kilka pieczarek
pół łyżeczki oleju sezamowego
2 łyżeczki pokrojonej dymki
3 łyżki jasnego sosu sojowego
pół łyżeczki pasty wasabi
1/3 szklanki bulionu rybnego
To okrągłe, dziurawe na zdjęciach to suszony korzeń lotosu. Nie ma on znaczenia dla smaku potrawy, za to ładnie się prezentuje. Dodałam, bo znalazłam wśród zapasów, pomińcie go z czystym sumieniem.  

Makaron soba gotujemy zgodnie z instrukcją. Przelewamy zimną wodą i odstawiamy na bok. Wodorosty zalewamy kilka łyżkami rosołu rybnego.
Zagotowujemy resztę bulionu, wrzucamy do niego pokrojone grzyby. Wyłączamy ogień i dodajemy sos sojowy, pastę wasabi i olej sezamowy.
Do miseczek z makaronem wkładamy pokrojoną dymkę i kawałki pokrojonego imbiru. Dodajemy wodorosty. Wlewamy mieszankę rosołu z przyprawami. Podajemy jako lekką przekąskę.



Wszystkie składniki można kupić w sklepach internetowych lub w supermarketach w dziale z Kuchniami Świata.
Marynowany imbir można zrobić samemu.



Marynowany imbir:

150 ml octu ryżowego
2 łyżki soku z buraków
100 g cukru
1 łyżeczka soli

Imbir obrać, pokroić na bardzo cieniutkie plasterki. Mandolina jest tutaj nie zastąpiona. Zasypać imbir solą, wymieszać i włożyć na noc do lodówki. Następnego dnia odsączyć, odlać płyn, włożyć do słoika. Zagotować ocet z cukrem. Kiedy nieco wystygnie zalać imbir ciepłą zalewą. Zakręcić i odłożyć na kilka dni. Potem używać np. do sushi.




Smacznego

piątek, 9 sierpnia 2013

Mini tarty na upał i energia kosmiczna.



Nie mam zamiaru namawiać nikogo do stania przy piecu. Czynności podtrzymujące funkcje życiowe  są priorytetowe i cała reszta musi zostać ograniczona do minimum. Teraz najważniejsze jest schładzanie i jeśli za długo postoję nad garnkiem, to może się okazać, że na np. mruganie nie zostanie już energii. Chłodzenie całego systemu pochłania większość zapasów i cała reszta może się udać na urlop. Ten, kto umie w takich warunkach ugotować trzydaniowy obiad zasługuje w moich oczach na zaproszenie do, co najmniej, Pytania na śniadanie. Coś mi mówi, że tajemnicze czerpanie energii z kosmosu odbywa się właśnie przy takiej pogodzie.
Ruszamy się (ślamazarnie), oddychamy (z trudem), pracujemy (z niechęcią), gotujemy (z rozpaczą w oku).
Niewiele jemy i patrzymy w niebo. A jednak dajemy radę. Czyli nie z kuchni czerpiemy siły, żeby zmagać się z samym sobą. Czyli jednak energia kosmiczna nas napędza. Tylko nie próbujcie tego, kiedy wszystko w pogodzie wróci do normy.
Żywienie się praną czy światłem słonecznym dobrze wychodzi tylko roślinom, natchnionym i bateriom słonecznym.
Nam potrzeba czegoś więcej.
Co jednak począć, kiedy każdy ruch jest okupiony nadludzkim wysiłkiem? Noga jest za ciężka, żeby ją przemieścić. Druga, zresztą, również. Ręce próbują oderwać się od całości. Trzymanie ich blisko ciała może spowodować natychmiastowe odparzenia. Włosy pełnią funkcję futra i gdyby nie resztki zdrowego rozsądku i zwykła kobieca próżność, to już dawno użyłabym nożyczek.
A jednak jeść trzeba. Może mniej, ale jednak.
Jest kilka wyjść. Przetrwać ten przedsionek piekła wspomagając lokalną gastronomię. Oczywiście tylko tę klimatyzowaną.
Można też ograniczyć się do spożywania wyłącznie kanapek.  Jeżeli macie zasobną lodówkę i nieco wyobraźni, jest szansa, że wyjdziecie z tego doświadczenia z zestawem nowych receptur na zastosowanie dżemu z sardynkami w oleju.
I jest trzecia opcja, ograniczyć męki do minimum, nie rezygnując z przyjemności jedzenia. Malutki palniczek, wentylator w kuchni i krótki przepis powinny wystarczyć. Dajcie sobie spokój ze zrazami, gulaszami czy smażeniem frytek. Na samą myśl o takich torturach jestem bliska omdlenia.
Sałatka, makaron, coś nadające się do piekarnika to punkty do rozpatrzenia. Nawet risotto w upale wywołuje uczucie paniki.
Ja przejrzałam resztki lodówkowe i stwierdziłam, że tarteletki  z niespodzianką muszą wystarczyć.
Znalazłam usmażone pieczarki (pozostałość po tortillach), szpinak z czosnkiem (resztka po makaronie z łososiem) i grillowane bakłażany (bo je kocham).
Kruche ciasto kupicie w sklepie. Niech was nie nękają wyrzuty sumienia. Od czasu do czasu trzeba być dla siebie pobłażliwym.
Wkładacie do foremek ciasto i napełniacie według swoich upodobań.





Wersja szpinakowa:

szpinak
1 łyżka masła
1 ząbek czosnku
1 łyżka śmietany
pół łyżki mąki
sól, pieprz
jakiś zielony ser np. Lazur

Opakowanie szpinaku wrzucacie na patelnię z łyżką masła i smażycie minutę. Czosnek przeciskacie przez praskę i dodajecie do szpinaku. Po kolejnej minucie dorzucacie śmietanę i mąkę. Mieszacie do zagotowania i studzicie. Wszystko trwa 3 minuty.
Wystudzonym  farszem wypełniacie foremki z kruchym ciastem. Na górę sypiecie łyżkę sera.


Wersja pieczarkowa:

2 garści grzybów
1 cebulka
1 łyżka oliwy
zielona pietruszka
sól, pieprz
nieco startego cheddara

Pieczarki kroicie i wrzucacie na patelnię z olejem i drobno pokrojoną cebulą. Smażycie 3 minuty i dodajecie pietruszkę, sól i pieprz. Trzymacie na piecu jeszcze minutę a potem schładzacie. Czas: 4 minuty.
Nakładacie grzyby do foremek i posypujecie tartym cheddarem.


Wersja bakłażanowa:

1 bakłażan
1 łyżka oliwy
3 listki mięty
sól, pieprz
ser typu feta

Bakłażana kroicie na cienkie plastry. Nie ma znaczenia czy wzdłuż czy wszerz. Solicie i smarujecie oliwą. Rozgrzewacie patelnię i smażycie plastry aż nieco zbrązowieją. Czas: 5 minut.
Studzicie i nakładacie do foremek. Posypujecie fetą zmieszaną z posiekaną miętą.
Rozgrzewacie piekarnik do 180 stopni i pieczecie tarteletki 10 minut.

Wyjmujecie schłodzone (koniecznie!!) białe wino i jecie zagryzając pomidorkiem.

                               To moja ulubiona forma spędzania upalnego dnia.


Smacznego i nieco rzeźkiego powiewu.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Szokująca zmiana i naleśniki ze szpinakiem




- Dziś na obiad będą naleśniki ze szpinakiem.
- Świetnie.
Całkiem niewinny dialog. Prawda?
Z tym małym zastrzeżeniem, że nigdy nie odbyłby się w naszym domu. A już na pewno nie kiedy uczestnikiem dialogu byłby MMŻ.
A jednak. Kiedy zarzuciłam taką małą przynętę – prowokację, spodziewałam się zupełnie innej reakcji. Czy ja powiedziałam naleśniki?!
I czy MMŻ nie zaprotestował?!
Gorączkowo szukałam pytań sprawdzających prawdziwość mojej drugiej połowy. Impostor? Klon? Pranie mózgu? Amnezja?
Odpowiedź jest bardziej prozaiczna, choć godna podziwu. Konsekwencja.
Zielona dieta i program oszczędnościowy w zakresie cukru. Od początku roku na naszym stole goszczą rośliny wszelakiego rodzaju. Może to jeszcze nie rewolucja ale pierwsze kroki w ewolucji na pewno.
A wszystko po to, by było nas mniej.



Naleśniki ze szpinakiem
naleśniki (przepis tutaj)

oraz:

opakowanie szpinaku (może być świeży lub mrożony)
3 ząbki czosnku
1 łyżka masła
10 dkg pieczarek (pokrojonych w plastry i podsmażonych)
10 dkg sera np. cheddara, stiltona lub fety (startych lub pokruszonych) 
sól, pieprz

sos do zapiekania

1 łyżka masła
1 łyżka mąki
1 szklanka mleka
sól, pieprz
gałka muszkatołowa

Kiedy upieczone naleśniki czekają na dalszy ciąg, a szpinak został już opłukany lub rozmrożony, wyjmujemy patelnię. Topimy odrobinę masła i kładziemy szpinak. W przypadku świeżego pójdzie szybko. W przypadku mrożonego trochę to potrwa. Najważniejsze, to odparować szpinak. Im mniej wody, tym lepiej. Kiedy jesteście już pewni, że zupa szpinakowa wam nie grozi, dodajcie zgnieciony czosnek i podsmażone plasterki pieczarek. Zamieszajcie, dodajcie sól i pieprz. 
Na naleśniki nałóżcie nadzienie szpinakowe i posypcie startym serem. Zawińcie ruloniki i ułóżcie w foremce do zapiekania. 

Sos beszamelowy nie jest koniecznością. Można naleśniki po prostu przypiec na patelni i podać z jogurtem z czosnkiem.



Jeśli lubicie jednak mokre zapiekańce, to użyjcie sosu. 
Na małej patelni stopcie masło i wsypcie mąkę. Mieszajcie aż mąka nabierze złotego koloru. Zdejmijcie patelnię z ognia i wlejcie ćwierć szklanki mleka. Mieszajcie energicznie, żeby uniknąć grudek. Postawcie patelnię z powrotem na ogniu. Zagotujcie sos (zgęstnieje), dolewając tyle mleka, ile jest konieczne. Jedni lubią sosy gęste, inni rzadkie. Wy decydujecie ile mleka dolać. Do gotowego sosu dosypcie nieco gałki muszkatołowej, sól i pieprz. 
Polejcie sosem naleśniki i zapiekajcie w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez pół godziny.  



Wyjątkowo smaczne danie. Jakaś zielona sałatka jest do niego obowiązkowa. 
Smacznego




wtorek, 8 maja 2012

Zupa japońska i moje kulinarne wpadki




- Jak ty możesz oglądać programy kulinarne?! - Zapytał MMŻ po raz kolejny. 
- Przecież ja byłbym  ciągle głodny. A właśnie, może mamy coś na przegryzkę?
Każde z nas patrzy a widzi coś innego. Ja widzę kolejne składniki  a MMŻ całość. Ja oglądam potrawy od strony kuchni a MMŻ od strony żołądka.  Czy żołądek ma strony? Czy oglądanie żołądkiem nie jest nieco makabryczne? Pomińmy może te poboczne rozważania.
Ważne jest to, że każdy z nas widzi świat po swojemu. Nawet żołądek ma coś do powiedzenia w tej kwestii.
Wracając do różnic między ludźmi, to nie omijają one stołu. Kocham gotować. Uwielbiam planować potrawę. Włącza się wyobraźnia i kojarzenie poszczególnych elementów podobne jest do rozwiązywania krzyżówki. Umiem sobie wyobrazić jak będzie smakowało połączenie jednego składnika z drugim.
Zaliczam przy okazji zarówno chwile uniesienia jak i totalnego rozczarowania. Pewne eksperymenty tylko w mojej głowie brzmią jednym głosem. Wpadka z buraczkami na kwaśno, posypanymi  vegetą (oj, dawno to było), przeszła do historii z lubością mi przypominanych. MMŻ po latach przyznał, że większego paskudztwa ze świecą trzeba by szukać. Miłość jednak czyni cuda i poświęcił się dla niej. Zjadł całą porcję bez mrugnięcia okiem.
Zrobiona przeze mnie ryba w soli na szczęście została oszczędzona całej rodzinie. Ofiarą (na szczęście jedyną i ocaloną)  tego eksperymentu była młodsza latorośl. Ona nie owijała w bawełnę. Po prostu walnęła prosto z mostu,  że ryba jest obrzydliwa.  Ale jak miała nie być, skoro do soli włożyłam filety!!!
Wyobrażacie sobie ? Filety! Zamiast całej ryby! Nikt nie jest doskonały.
Gdyby poszukać, jeszcze kilka takich kulinarnych perełek znalazłabym w swojej kuchni. Ale o tym cicho, sza.
Nie obawiajcie się, tutaj przedstawiam wam tylko to, co wyszło bez pudła. Nikogo nie otrułam, choć kisząc cytryny, ktoś miał wątpliwości, czy nie chcę go skrzywdzić solą. W ostateczności cytryny okazały się niegroźne.

Pewne przepisy wracają do mnie jak starzy znajomi. Inne przelatują jak meteory i nigdy do nich nie wracam. O niektórych nie pamiętam i dopiero ktoś przypomina mi,  że zjadłby to czy tamto.
Na marginesie, Daria, pamiętam o zasmażanych buraczkach i zupie z soczewicą. Będą już wkrótce.

Dzisiaj zrobiłam zupę japońską. Wieczorem odwiedzamy znajomych i do wyjedzenia jest lodówka pokomunijna, więc obiad gotuję symboliczny.
Jestem z pokolenia, dla którego obiad bez zupy jest niepełny. Ale sama zupa sprawuje się całkiem dobrze. Gotuję więc zupę japońską, bo jest w niej wszystko co potrzebne do pełnego dania: i makaron, i rosół, i zielenina i mięsko.



Bulion japoński z kurczakiem
(na dwie miski)

1 litr bulionu
1 płat nori (może być listek w który owijacie sushi)
2 filety z kurczaka
2 łyżki sosu sojowego
pęk makaronu soba
2 łyżki mirinu
1 łyżeczka oleju sezamowego
1 łyżeczka soku cytrynowego
2 cebule dymki
kilka brązowych pieczarek
garść świeżego szpinaku lub groszku cukrowego
szczypta przyprawy shichimi togarashi*
1 łyżeczka uprażonych ziaren sezamu

Gotujemy bulion z płatem nori przez jakieś 2 minuty. Wyjmujemy glona i dodajemy do gotującego się wywaru mirin, sos sojowy a na koniec pokrojone w paski filety z kurczaka. Ich ugotowanie potrwa około 6-7 minut. W tym czasie możemy ugotować makaron soba i przelać zimną wodą. Kiedy kurczak jest miękki, dorzucamy do ciągle gotującego się bulionu umyte i pozbawione nóżek pieczarki. Znów gotujemy ze trzy minuty i zdejmujemy zupę z pieca. Dodajemy sok z cytryny i degustujemy w celu dokonania ostatecznych poprawek.
Do miseczek kładziemy porcję makaronu, garść umytego szpinaku (lub groszku) i wlewamy bardzo gorącą zupę z kurczakiem i pieczarkami. Każdą miseczkę wzbogacamy kilkoma kroplami oleju sezamowego, posypujemy ukośnie pociętą dymką i szczyptą przyprawy shichimi togarashi. Jemy z przyjemnością.

To danie zawsze wychodzi rewelacyjnie. Nie ma obaw, że coś się nie uda. I nie przejmujcie się obco brzmiącymi składnikami. Raz kupione będą służyły niejednokrotnie.

*shichimi togarashi
Ta przyprawa w kuchni japońskiej nie ma stałego składu. W zależności od regionu zmieniają się jej składowe. Zazwyczaj zawiera minimum sześć elementów np. czarny i biały sezam, pieprz, ziarenka maku, gorczycę, konopie, algi i ewentualnie suszoną skórkę z cytryny. Tę mieszankę zastosowałam w swojej zupie.



Życzę smacznego i optymistycznego podejścia nie tylko do gotowania