Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wasabi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wasabi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 czerwca 2022

Danie w rozsypce czyli sushi w misce i rozsypka w kuchni czyli niespodzianka

















Pozimowe otwarcie sezonu w domku pod lasem zawsze budzi dreszczyk emocji. Co tym razem Matka natura przygotowała nam w ramach wiosennej niespodzianki?  

Śpiącego na okiennicy nietoperza? Może stadko obcych w postaci wielokropkowych biedronek wtulonych w framugi okienne? Lub strzępy bielizny w szufladzie i malownicze dziury w ukochanym swetrze, łaskawie zostawione na pamiątkę przez zimujące w pokoju myszy? Pisałam już kiedyś o domku-niespodziance w odsłonie wiosennej. 

Niepewność rośnie wraz z przekręcanym w zamku kluczem. Czy uruchamiając łazienkę nie zostaniemy zaskoczeni uroczą acz niepożądaną fontanną, tryskającą beztrosko z pęknietej rury pod zlewem?

Hm, no i okiennice, tak te po zimie też mogą pokazać nam swoje mroczne oblicze nie otwierając się na życzenie. Przyszłość jest niewiadomą. 

Kiedyś, w zamierzchłych czasach, kiedy czasami parałam się zabawą farbami olejnymi uczyniłam obraz pod takim właśnie tytułem. Nic  wtedy o życiu i świecie nie wiedziałam. Tytuł  był zdecydowanie na wyrost i brzmiał tak...filozoficznie. Gdzieś, u kogoś zawisł na ścianie a dzisiaj mi się przypomniał gdy stałam przed drzwiami mojego własnego domu i nie wiedziałam co mnie za nimi czeka.

No cóż, otwieramy. 

Ile bym nie myślała, ilu niespodzianek bym się nie spodziewała, życie i tak weźmie nas z zaskoczenia. 

Tym razem w kuchni powitalo nas rumowisko. Sufit najwyraźniej zapragnął bliższych relacji z podłogą, bo zamiast tkwić w górze, opadł na podłogę. Piec, stół, szafki, zlew wszystkie kuchenne drobiazgi zostały przykryte tynkiem, kawałkami farby i ...ha, ha, ha... słomą. Nadmienię, że nasz "dom wiejski nieco spleśniały" został uczyniony w pierwszej połowie ubiegłego wieku. Nie, nie, absolutnie nie jest zabytkiem. Raczej bliżej mu do ruiny.

Wiecie jak w obecnych czasach wygląda kontakt i współpraca z fachowcem wszelakiego typu?

Jeśli nie dysponujecie pod własnym dachem lub w najbliższej zaprzyjaźnionej okolicy takim unikatem jak fachowiec, zapomnijcie o malowaniu ścian, wymianie instalacji czy kładzeniu kafelków. Panowie od ....(tu każdy wpisuje swoje nadzieje) są równie cenni jak woda na pustyni. I równie się cenią.

Domyślacie się w jaką stronę zmierza ta historia? 

Jest czerwiec, jest pięknie, jest rozszalała wiosna i jesteśmy my. W mieście. 

Rozumiecie? 

Postawię w tym miejscu kropkę i potrzymam was w napięciu jak dalej toczy się ta historia. Przejdę do stołu. Jakaś równowaga w naturze być musi.


Jako, że atmosfera zrobiła się gorąca a aura podkręca temperaturę, wypada podać coś na ostudzenie emocji.

Bez gotowania (no, może nie całkiem), bez szaleństw, ale za to modnie i smacznie. Sushi w misce. 

Nikt nie będzie sprawdzał czy sztukę zawijania (jak ten świstak z reklamy) opanowaliśmy wystarczająco biegle. Nic nie będziemy zawijać. Rozsypiemy malowniczo w misce i będziemy udawać, że to malarska abstrakcja.




Miska sushi 

ryż do sushi (przepis tutaj)

kawałek łososia, pokrojony w kostkę

1 mango, obrane i pokrojone w plastry

omlet z 2 jajek, zwinięty w rulonik i pokrojony w plasterki

marynowany imbir

plasterki rzodkiewki

ogórek zielony, pokrojony w słupki

kilka zblanszowanych szparagów

garść mrożonego, zblanszowanego groszku lub fasolki edamame

garść kiełków np rzodkiewkowych

1 awokado, pokrojone w plastry

łyżeczka czarnego lub jasnego sezamu, wcześniej uprażona na suchej patelni

marynata do ryby:

4 łyżki syropu klonowego

2 łyżki sosu sojowego jasnego

1 łyżka sosu sojowego ciemnego

1 łyżeczka oleju sezamowego

Zaczniemy od zamarynowania łososia. Możemy, co prawda, użyć surowego, ale w moim daniu łosoś nieco się moczył, więc nie będę udawać, że jest inaczej. Jeśli jesteście niechętni brudzeniu paluszków i niestety blatu kuchennego (łosoś w marynacie plus patelnia równa się pryskanie olejem na wszystkie strony), dorzućcie do miski surowe płatki łososia. Też będzie pysznie.

Łososia marynujemy min. godzinę w marynacie. Po wyjęciu z marynaty smażymy minutę z każdej strony i odkładamy na papierowy ręcznik.

Mając wszystkie elementy naszej ryżowej układanki na podorędziu (biegniemy po słownik lub prosimy wujka google o wyjaśnienie), pakujemy części składowe do miski.

Nie opisuję kolejnych czynności, jak to wygląda widać na zdjęciach.

Przygotowujemy sos, którym podlejemy naszą miskę. On jest tzw wisienką na torcie.

Sos sojowy z wasabi:

6 łyżek jasnego sosu sojowego

2 łyżki chłodnej wody

wasabi wg uznania

Dokładnie rozprowadzamy wasabi w sosie sojowym by pozbyć się paraliżujących kubki smakowe grudek i podajemy w dzbanuszku obok misek. Każdy użyje wg potrzeb.

I tyle. Danie jest oszałamiająco dobre i zrobione praktycznie bez wysiłku. I nie trzeba stać przy piecu.




Polecam i życzę smacznego


środa, 1 lutego 2017

On ci to jest czy nie on czyli kotlety z Kraju Kwitnącej Wiśni





  • Słonko, może zrobiłabyś w tym tygodniu na obiad mielone?
  • Co bym zrobiła?
  • Mielone , takie z zasmażanymi ziemniakami i mizerią z ogórka.
No, nie, nie robi się takich rzeczy osobie, z którą żyje się pod jednym dachem pół życia.
Potem zrobiło się jeszcze straszniej bo MMŻ rzucił od niechcenia:
  • hm...a schabowych też dawno nie było.
Poczułam się jak zając w świetle reflektorów. Zimny pot na karku i lodowate palce wzdłuż kręgosłupa.
Nie było mnie ze dwie godziny. Kiedy wychodziłam z domu MMŻ czuł się dobrze. Nic nie zapowiadało, że przeżywa jakiś wstrząs lub przewartościowuje swoje dotychczasowe życie.
Gdyby oznajmił mi, że od jutra zabiera się za wyplatanie koszy z recyklingowanych butelek lub rusza bronić żubra, moje zdumienie byłoby porównywalne.
Gorączkowo szukałam jakiegoś racjonalnego wyjaśnienia tej nierzeczywistej sytuacji.
I wtedy padło:
    - takie kotlety byś zrobiła z imbirem...
Odetchnęłam z ulgą. Może jeszcze nie wszystko stracone. Może to ciągle mój Mąż a nie impostor.
Pogarda do mielonych i poczciwego schabowego była w życiu MMŻ jak okręt flagowy. Mając to na względzie, trudno jest się dziwić mojej konsternacji.
Obiecałam zarówno mielone jak i schabowe a w myślach zaczęłam układać pytania testowe, mające na celu potwierdzenie tożsamości. Tak, na wszelki wypadek.

Kotlety cieszą się w naszym kraju niesłabnącą popularnością. Odważyłabym się je umieścić w pierwszej trójce, gdybym tworzyła ranking dań w Polsce pożądanych.
Nie mam nic przeciwko tradycji i kulinarnym gustom. Dobry kotlet, z dobrej jakości schabu wart jest niedzielnego obiadu. Ale ile można?
Czasem trzeba mrugnąć okiem i pójść ścieżką mniej uczęszczaną. Takim mrugnięciem jest tonkatsu. Też kotlet, też panierowany, też smażony ale inny.
Kto nie próbował, niech następnym razem kupując schabowego, umówi go na spotkanie z imbirem i sosem sojowym.












Tonkatsu czyli schabowy z Kraju Kwitnącej Wiśni

3 kotlety schabowe bez kości
pół szklanki sosu sojowego
kawałek imbiru wielkości kciuka, starty na tarce (nie trzeba go obierać)

oraz do panierki:
4 łyżki mąki pszennej
2 jajka
1 szklanka okruchów panko lub okruchów z białej bułki (tylko środek)
olej kokosowy do smażenia


Kotlety jak to kotlety zbijamy tłuczkiem.
W miseczce mieszamy sos sojowy i starty imbir. Wkładamy kotlety do woreczka, wlewamy marynatę i zamykamy.
Wkładamy do lodówki na kilka godzin.

Potem:
Wyjmujemy worek z lodówki a z worka kotlety. Zdrapujemy z nich imbir.
Przygotowujemy 3 miski: z mąką, rozmąconym jajkiem i panko.
Patelnię z olejem kokosowym rozgrzewamy.
Panierujemy kotlety najpierw w mące, potem w jajku a na końcu w panko.
Kładziemy na gorącą patelnię i smażymy jak tradycyjne kotlety, do zezłocenia.

Zdejmujemy kotlety z patelni i przekładamy na deskę. Od tego momentu nie mamy do czynienia z pospolitym schabowym. O tej chwili macie przed sobą japońskie tonkatsu.
Kroimy kotlety na paski.

Do małego rondelka wlewamy przez sitko marynatę. Odciskamy imbir. Zagotowujemy marynatę, dodając łyżeczkę angielskiej musztardy (jest ostra jak samurajskie noże), łyżkę octu ryżowego, łyżeczkę sosu worcestershire i pół łyżeczki brązowego cukru.
Lekko odparowujemy sos a potem polewamy nim nasze tonkatsu.

Idealnie do tego dania pasuje sałatka z kapusty pekińskiej z sosem wasabi.

Sałatka z kapusty pekińskiej z sosem wasabi:

2 szklanki pokrojonej kapusty pekińskiej
pęczek rzodkiewek w plasterki
2 łyżki kaparów
1 łyżeczka czarnego sezamu (niekoniecznie ale dobrze wygląda)
sos:
pół szklanki majonezu
pół słoiczka chrzanu wasabi (użyłam Wasabi- ostry sos chrzanowy w psychodelicznym zielonym kolorze. Stoi wszędzie obok zwykłych chrzanów)
2 łyżki zalewy z kaparów

Mieszamy składniki sosu a potem wlewamy do kapusty. Mieszamy, posypujemy sezamem.
Oto schabowe z drugiego krańca świata.



Smacznego

wtorek, 18 marca 2014

W oczekiwaniu na czwartek czyli makaron soba z wodorostami























Rezygnacja to odpowiednie słowo w tej sytuacji.
Moje koty ogarnęła rezygnacja. Po kilku tygodniach gorączkowego szaleństwa i niespełnionych oczekiwań postanowiły pogodzić się z losem.
Kiedy w lutym zagrzało słońce i dni zrobiły się zauważalnie dłuższe, koty uznały, że pora porzucić zimowe rozleniwienie i zacząć pakować myszki, gumki, miseczki i futerka. Zaczęły poszukiwać magicznych drzwi, za którymi będzie trawa, motylki i słoneczny kaloryferek. Na próżno.
Citka do dziś szuka wiosny za zasłoną w sypialni. Orlando okupuje każde drzwi w domu. Te w kuchennej szafce są równie dobre jak te na korytarz. Za każdymi drzwiami mieszka nadzieja.
A właściwie mieszkała, bo od dwóch dni koty zapadły w sen zimowy. Nawet ulubiona gonitwa za gumką nie jest w stanie wzbudzić w nich zainteresowania. U ludzi to się nazywa przygnębienie. To pierwszy krok do depresji. Czy koty mają depresję? Wolę nie sprawdzać. Głaszczę te moje futra, pocieszam ale wiem, że dopiero czwartek zmieni sytuację ze smutnej na szczęśliwą.























W czwartek jest ten dzień. Pierwszy dzień wolności. Zapowiedzi pogodowe wyglądają obiecująco a koty nic o tym nie wiedzą. Nie wiedzą, że jadą. Nie podejrzewają, że zostaną otwarte te właściwe drzwi. Niech śpią póki co. Od czwartku spanie będzie ostatnim co im przyjdzie do łebków w najbliższym czasie. Populację myszy trzeba będzie sprawdzić, wiewiórki w sadzie odwiedzić, każdą dziurę krecią przypilnować, no i odwiedzić sąsiadów. Koniec zimy, koniec nudy, koniec czekania.
Kolejny sezon poza miejski zostanie otwarty.
Dla mnie to mobilizacja, bo nigdy nie wiadomo co zastanę na miejscu. Czy internet będzie działać? Czy rury przetrwały styczniowe mrozy? Czy ilość biedronek za okiennicami nie przekroczyła masy krytycznej? I czy komuś do lepkich rączek nie przykleił się któryś z moich wypieszczonych krzaczków?
Najważniejsze jednak jest co innego. Czwartkowy wyjazd jest pokazaniem środkowego palca zimie (wybaczcie, proszę). Teraz już nic nie jest w stanie mnie zniechęcić.
Póki jeszcze mam pod kontrolą cały zapas kuchennych skarbów, mogę się pokusić o zrobienie czegoś egzotycznego.
W „majątku” wszystko trzeba będzie odbudować: i spiżarnię, i lodówkę i zamrażarkę. Na razie nawet światło w nich nie mieszka. Wszystko w swoim czasie.
A dziś jeszcze korzystam z tego co mam pod ręką.
























Makaron soba z wodorostami
(na dwie porcje)

150 g makaronu soba (czyli gryczanego)
1 łyżeczka drobno pokrojonego marynowanego* imbiru
2 łyżki suszonych wodorostów
kilka pieczarek
pół łyżeczki oleju sezamowego
2 łyżeczki pokrojonej dymki
3 łyżki jasnego sosu sojowego
pół łyżeczki pasty wasabi
1/3 szklanki bulionu rybnego
To okrągłe, dziurawe na zdjęciach to suszony korzeń lotosu. Nie ma on znaczenia dla smaku potrawy, za to ładnie się prezentuje. Dodałam, bo znalazłam wśród zapasów, pomińcie go z czystym sumieniem.  

Makaron soba gotujemy zgodnie z instrukcją. Przelewamy zimną wodą i odstawiamy na bok. Wodorosty zalewamy kilka łyżkami rosołu rybnego.
Zagotowujemy resztę bulionu, wrzucamy do niego pokrojone grzyby. Wyłączamy ogień i dodajemy sos sojowy, pastę wasabi i olej sezamowy.
Do miseczek z makaronem wkładamy pokrojoną dymkę i kawałki pokrojonego imbiru. Dodajemy wodorosty. Wlewamy mieszankę rosołu z przyprawami. Podajemy jako lekką przekąskę.



Wszystkie składniki można kupić w sklepach internetowych lub w supermarketach w dziale z Kuchniami Świata.
Marynowany imbir można zrobić samemu.



Marynowany imbir:

150 ml octu ryżowego
2 łyżki soku z buraków
100 g cukru
1 łyżeczka soli

Imbir obrać, pokroić na bardzo cieniutkie plasterki. Mandolina jest tutaj nie zastąpiona. Zasypać imbir solą, wymieszać i włożyć na noc do lodówki. Następnego dnia odsączyć, odlać płyn, włożyć do słoika. Zagotować ocet z cukrem. Kiedy nieco wystygnie zalać imbir ciepłą zalewą. Zakręcić i odłożyć na kilka dni. Potem używać np. do sushi.




Smacznego

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Ryż i ryba czyli kilka uwag na temat sushi




Opisywanie sushi zajmuje tyle czasu, że na dygresje liryczne nie ma już miejsca. Nie będę dziś zawracać wam głowy smokami, lasem czy nietoperzami, bo zejdę na manowce. Skłonności do błądzenia po bezdrożach i rozpraszania uwagi mam opanowane do perfekcji. A kuchnia japońska jest do bólu precyzyjna. Tam na dzikie improwizacje nie powinno być miejsca. Muszę się wziąć w karby i zdyscyplinować swoje zapędy.
Znudziło mi się robienie sushi maków. Robię je od tylu lat, że nieco się już znudziłam. Postanowiłam rozwinąć inny kierunek. Tym razem nigiri sushi.
Jak przygotować bazę do sushi znajdziecie tutaj. Jeżeli po zwinięciu pięćsetnej rolki maki sushi stwierdzicie, że pora na zmianę, to zapraszam dziś na nieco inny rodzaj ryby.



Potrzebujemy:
wasabi,
majonezu
nieco zielonej cebulki lub pociętych na paseczki płatków nori
ugotowany ryż do sushi

Do tej ilości sushi, która jest na zdjęciu użyłam 1 i 1/3 szklanki suchego ryżu. Żeby go przygotować zajrzyjcie tutaj, albo dokładnie przeczytajcie instrukcję obsługi.

Oprócz tego potrzebujemy:

około 500 g świeżego łososia ze skórką
10 surowych, dużych krewetek
4 świeże sardynki
1 łyżkę marynowanego imbiru

Nigiri sushi z łososiem:


Filet z łososia myjemy i wyjmujemy z niego ości. Odcinamy brzuszek (będzie o nim mowa niżej). Wykrawamy wzdłuż najgrubszy kawałek ryby. Bardzo ostrym nożem tniemy go po skosie na plastry. Powinny mieć wielkość około 2 x 4-5 cm. Nie martwcie się niepowodzeniami. Nie startujecie w konkursie a Gordon Ramsay z pewnością nie zajrzy do waszej kuchni. Za to zapewniam was, że rodzina czy znajomi padną z wrażenia. Nie wiedzieć czemu, ludziom się wydaje, że sushi to ósmy stopień wtajemniczenia. A to przecież tylko ryż z rybą.
Pokrojonego w plastry łososia używamy do przykrycia ryżowego wałeczka. Wałeczek smarujemy wasabi, odrobiną majonezu i przykrywamy rybą. I już!

Sardynki do nigiri sushi



4 świeże sardynki
gruboziarnista sól morska
1 łyżka octu ryżowego
To jest najgorsza robota w dzisiejszym menu. Kto nie lubi patroszenia, niech znajdzie entuzjastę robienia sekcji. Sardynki trzeba pozbawić głowy, środka, skóry i większości ości. Robota jest średnio estetyczna. Na szczęście, potem okazuje się, że warto było.
Wyfiletowane sardynki myjemy, dokładnie osuszamy i posypujemy solą. Układamy w miseczce i polewamy łyżką octu ryżowego. Przykrywamy miseczkę i zostawiamy rybę w spokoju na pół godziny. Po tym czasie, wyjemy sardynki i znów osuszamy np. papierowym ręcznikiem. Są gotowe do użycia.

Krewetki do nigiri sushi


10 surowych dużych krewetek
10 patyczków (takich jak do szaszłyków)
2 szklanki wody
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka octu
litr lodowatej wody

Krewetki obieramy z pancerzyków. Bierzemy jedną  obraną sztukę w lewą rękę (to wersja dla praworęcznych), a prawą nadziewamy krewetkę na patyczek wzdłuż całego krewetkowego ciała. Chodzi o to, by w czasie gotowania krewetka nie zwinęła się jak…krewetka. Ma być wyprostowana jakby kij połknęła. Wsadzenie w nią patyczka załatwia sprawę jak należy.
Zagotowujemy 2 szklanki wody z solą i octem. Gdy się zagotuje, wrzucamy do niej nadziane krewetki i gotujemy 2 minuty. Wyjmujemy krewetki i szybko zanurzamy w lodowatej wodzie. Po minucie wyjmujemy je i osuszamy. Po wyciągnięciu z nich patyczka otrzymujemy prościutki kawałek różowego owocu morza. Przecinamy wzdłuż krewetkę, ale nie do końca. Robimy to tak, jakbyśmy chcieli ją rozpłaszczyć.  Przygotowane krewetki przykrywamy i odkładamy na bok.

Brzuszki rybne z łososia do nigiri sushi


1 brzuszek z łososia czyli kawałek 5cm na 20 cm
1 łyżka sake, wina ryżowego lub po prostu białego wina
2 łyżki oleju
patelnia
Powiem szczerze, że nie planowałam ich przyrządzenia. Jednak filet z łososia, który wpadł mi w ręce, okazał się być szczodrze wyposażony w piękny biały brzuszek. Szkoda by było zmarnować taką okazję. Jego przyrządzeniem wyjątkowo zainteresowane było dziecko, jak sęp czekające na skrawki.
Nie będę opisywać jak wygląda brzuszekJ)). Jest tłuściutki, miękki i biały. Odcinamy go od reszty bardziej szlachetnej części ryby. Dokładnie czyścimy z łusek. Jedzenie łusek dobrze wychodzi tylko rekinom. Skrapiamy mięsko winem ryżowym lub sake. Rozgrzewamy patelnię z olejem i kiedy jest gorący, smażymy na nim rybę skórką do dołu. Zmniejszamy ogień i smażymy brzuszek około 4 minut. Nie odwracamy ryby. Nie wyobrażacie sobie co się dzieje ze skórką brzuszka. Jest chrupka do nieprzyzwoitości i aż słodka w smaku. Zdejmujemy rybę z patelni na papierowy ręcznik i studzimy. Potem kroimy na kawałki odpowiadające wielkością nigiri sushi.


Ta ostatnia pozycja okazała się totalnym przebojem obiadu. Sardynki były świetne, krewetki pyszne, ale brzuszki smakowały oszałamiająco. Jak żałowaliśmy, że ryba ma tylko jeden brzuszek!

We wszystkich wypadkach czyli przygotowując łososia, krewetki, sardynki czy brzuszek, robimy nigiri maki powtarzając te same czynności. Robimy wałeczek z ryżu, smarujemy wasabi o odrobiną majonezu. Kładziemy  jeden ze składników. Jeśli chce nam się zaszaleć, to wycinamy wąskie paseczki z nori i przewiązujemy każdy egzemplarz sushi. Możemy też zanurzyć w gorącej wodzie zieloną cebulkę i związać np. nori z brzuszkiem. Wybór zależy od was.
Potem przygotujcie sos teryaki do moczenia, nieco wasabi dla zaostrzenia smaku i marynowany imbir dla oczyszczenia kubków smakowych. Reszta pozostaje milczeniem.



Kolejna porcja sushi została zrobiona. Pozostaje życzyć dobrej zabawy i koniecznie smacznego

czwartek, 31 stycznia 2013

Sałatka orientalna z marynowanym imbirem czyli co z tego wyrośnie.





Człowiek to jednak niereformowalna istota. Wystarczy, że na moment zaświeciło słońce i na trawnikach pojawiły się plamy starej trawy, a ja już mimowolnie szukam czy coś tam może nowego nie wykiełkowało. Jeden dzień deszczu i temperatury powyżej (niewiele, ale zawsze) zera i już nadzieja w człowieku rośnie jak ilość wody na ulicach. Kalosze są niezbędne. Im bardziej kolorowe, tym lepiej. Parasol też bywa przydatny. Pojemny, żeby ochronił jeszcze koleżankę. I siatka pełna witamin. Kolorowych, żeby dodać sobie energii. Pomarańcze, cytryny, granaty, mango są wskazane. I jeszcze różowe okulary by się przydały, żeby pogody ducha nie brakło, zanim wypatrzymy pierwsze pączki na krzakach w parku.
Ja takie dziwo znalazłam kilka dni temu. Jeszcze termometr pokazywał minus jedenaście a tu na mojej drodze spotkałam egzemplarz, który jak nic wiedział więcej. I korzystając z tej wiedzy wypuścił na końcach gałązek małe kuleczki. Przez następne dni przyglądałam mu się uważnie. Czy to aby nie skamielina? A może jakiś omam poranny. Może w świecie roślinnym też się trafiają jednostki nieprzewidywalne? Akcja rozwija się powoli. Nic się na razie nie zmieniło, ale też nic nie odpadło.
Chyba jutro uszczknę gałązkę i przeniosę do cieplarnianych warunków. Ciekawe, co z niej wyrośnie. (Jako fanka serii o Obcych powinnam być ostrożniejsza).
Dalsze relacje wkrótce.


A na razie, zanim przejdę do następnego etapu w poszukiwaniu wiosny, muszę się poratować wiosną na talerzu.
Sałatka orientalna gości na naszym stole już od jakiegoś czasu. Jej pierwowzór jadłam kiedyś w Paryżu. Połączenie przegrzebków i marynowanego imbiru* bardzo mi się spodobało. W warunkach domowych daruję sobie przegrzebki. Reszta jest zieloną improwizacją. Jedynie marynowany imbir* łączy moją wersję z tą paryską.

Sałatka orientalna z marynowanym imbirem:

sos do sałatki orientalnej:
1 łyżeczka wasabi (w proszku lub w paście)
sok z 1 limonki
7 łyżek oleju arachidowego
pół łyżeczki soli
ćwierć łyżeczki cukru
2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
kilka kropel oleju sezamowego

składniki sałatki:
garść cienkiego makaronu ryżowy
2 garści liści szpinaku
1 papryczka chili
1 papryka, czerwona lub żółta
garść kiełków sojowych
mieszanka sałat (jakich lubicie)
garść poszatkowanej kapusty pekińskiej
1 marchewka, starta na mandolinie
pęczek rzodkiewek
1 nieduży por
pęczek kolendry
2 łyżki marynowanego imbiru

Jak zwykle w przypadku sałatki, dobrze jest się zaopatrzyć w sporą miskę i nieduży słoik. Do słoika ładujemy wszystkie składniki sosu. Wstrząsamy wstrząsająco i odkładamy na bok.
Makaron ryżowy przyrządźcie zgodnie z instrukcją. Chili posiekajcie drobniutko. Paprykę pokrójcie na drobne paski a pora i rzodkiewki na cienkie krążki. Imbir porwijcie na mniejsze kawałki. Kolendrę pokrójcie niedbale nożyczkami.
Wszystkie składniki sałatki przełóżcie do sporej misy i przemieszajcie rękami. Dodajcie dobrze odsączony makaron. Nalejcie sos i jeszcze raz wymieszajcie.




Sałatka gotowa.
Jest jej sporo ale jeżeli potrzebujcie do niej konkretu, to opakowanie krewetek koktajlowych będzie z nią dobrze współpracować.  Spokojnie można nią wykarmić kilka osób.
           
* Marynowany imbir można kupić w słoiku, ale można też zrobić samemu. Następnym razem o tym opowiem. I pokażę tajemnicze, pączkujące "coś".
                           Tak wygląda moja okolica 

                           A to znalazłam pod drzewem.

Smacznego i wypatrujcie niebieskiego nieba.

środa, 14 marca 2012

Zupa miso na zakończenie



Po japońskim obiedzie już pozostało tylko wspomnienie. W międzyczasie w mojej kuchni inne klimaty zagościły, ale obiecałam sobie doprowadzić sprawę do końca. Żeby nie nudzić, przejdę od razu do konkretów. Dla dopełnienia obrazu dziś przedstawię wam moją wersję zupy miso i sałatkę ziemniaczaną z wasabi. Można je zastosować jako części dopełniające łososia w glazurze lub jako byty samodzielne. Sałatka jest dobra w całkowitym oderwaniu od obiadu. Nie wymaga żadnych uzupełnień i jest ciekawym wariantem zastosowania kartofla.


Zupa miso

zielenina:
por
zielona cebulka
fasolka
czewona papryka
kilka grzybków shitake
makaron soba
biała pasta miso spora łyżka
kilka kropel oleju sezamowego
bulion 1 litr


Zaczynamy od namoczenia przez kwadrans grzybków. Potem odcinamy ich nóżki. Brr.. (zabrzmiało okrutnie)
Do gotującego się bulionu wrzucamy pokrojone jak na zdjęciu warzywa i namoczone shitake. Po pięciu minutach dodajemy połamany makaron soba. Znów gotujemy pięć minut. Zdejmujemy z ognia i do zupy wkładamy łyżkę miso. Dokładnie mieszamy by pasta się rozpuściła. Nie gotujemy, ponieważ miso straci swój smak i aromat. Wzbogacamy smak kilkoma kroplami oleju sezamowego.
Kto ma tofu nałoży je do miseczek. Ja nie miałam i też było dobre. Posypujemy ukośnie ściętą zieloną cebulką lub szczypiorkiem i podajemy do stołu.


sałatka ziemniaczana z wasabi




6 ziemniaków ugotowanych w mundurkach
1 ogórek wężowy (nie musicie go obierać, wygląda wtedy efektowniej)
pęczek natki pietruszki

sos do sałatki

pół szklanki majonezu (dla dbających o poziom cholesterolu może być dobry jogurt)
1 łyżka octu ryżowego
pasta wasabi (tu sprawa jest trudniejsza, bo każdy lubi inny stopień ostrości), mnie zależało na zielonkawym kolorze, więc użyłam takiego wściekle zielonego chrzanu z wasabi, który znajdziecie w dziale z musztardami i chrzanem

Przepis oryginalny zawiera jeszcze pokrojone w paski plastry szynki, ale nigdy nie robiłam wersji szynkowej. Jeśli ktoś spróbuje, niech się podzieli wrażeniami.


Sałatka jak to sałatka. Kroimy, mieszamy, zalewamy, mieszamy, jemy. To w skrócie. Dla lubiących wdawać się w szczegóły mam rozwinięcie.
Ugotowane i wystudzone ziemniaki kroimy na ćwiartki, ogórka na półplasterki a natkę siekamy z grubsza. Składniki sosu mieszmy dokładnie i wylewamy na ziemniaki z ogórkiem. Delikatnie mieszamy, żeby nam się nie zrobił ziemniaczany hummus. Posypujemy resztą natki i podajemy z łososiem w glazurze.



Jeden obiad a ile pisania. Dochodzę do wniosku, że kucharzenie jest łatwiejsze niż pisanie. Jak do tego dodać latanie po piętrach w poszukiwaniu światła do zdjęć, to macie pełny obraz sytuacji.
A potem się dziwię, że moja porcja zdążyła wystygnąć.

Na tym kończę moją obiadową serię japońszczyzny. Obiecuję, że w tym tygodniu nie będzie więcej wasabi, nori, miso i samurajów. Za to będzie sernik. Czyli raczej swojsko.


Pozdrawiam wesołym  Ja mata i życzę smacznego


Wpis bierze udział w akcji Kuchnia japońska

niedziela, 2 października 2011

Moje odkrywanie Ameryki


Dzień za dniem robimy śniadania,  gotujemy obiady,  kombinujemy co na kolację. W większości przypadków, dania przygotowujemy na pamięć. Od czasu do czasu doznajemy olśnienia i zamiast kotleta schabowego z mizerią, moczymy schab w imbirowo sojowej marynacie i oczarowujemy znudzoną rodzinę pięknym tonkatsu z fasolką w sezamie. Temu służą obfite na naszym rynku książki. I chwała im za to. Ale są też momenty magiczne, kiedy nieoczekiwanie zapala się w naszych głowach lampka z napisem "a może to wypróbujemy". Podejmujemy ryzyko i próbujemy z ziemniaka zrobić creme brulee albo do zasmażanych buraczków dodajemy vegetę. To, niestety, ohyda. Ale bywają też eksperymenty nader udane, które na dobre stają się naszą prywatnie odkrytą Ameryką. I nieważne, że gdzieś, ktoś, kiedyś już to wymyślił. Przecież wszystko już było, a historia lubi się powtarzać.
Moim absolutnym oczarowaniem, za które przyznałabym sobie domowego Nobla, był patent na rybę. Podzielę się nim z wami. Aż dziwne, że wcześniej nie wpadłam na ten pomysł. Rybę zawsze skrapiałam sokiem z cytryny. Jak wszyscy. A cała magia polega na użyciu również startej skórki, z cytryny lub limonki. Jeśli użyjecie i skórki, i soku, to nawet tak pospolita ryba jak panga, nabierze szlachetnego smaku. I nieważne czy usmażycie ją na maśle, czy opanierujecie, czy ugotujecie na parze. Nic nie zagłuszy fantastycznego aromatu cytrusów. Niebo w gębie.

Łosoś w pikantnej marynacie (równie dobrze możecie użyć halibuta, soli, pangi... lub krewetek)
(na dwie porcje)

dwa steki z łososia
sok z jednej limonki
starta skórka z jednej limonki
sól, pieprz
olej do smażenia

sos do ryby

1 czerwona papryka
1 papryczka chili
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka mielonej kolendry
1 łyżeczka garam masali
1 łyżeczka wędzonej papryki
1 łyżeczka mielonego kuminu
4 listki mięty
sól, pieprz, oliwa

Zaczynamy od czynności, która z naszej ryby zrobi miss świata. Szorujemy limonkę, ścieramy skórkę na tarce i wyciskamy sok. W miseczce mieszamy sok ze startą skórką i obtaczamy w  soku rybę. Nie będzie pływać, chyba że wasza limonka jest rozmiarów grejfruta. Solimy jeszcze delikatnie naszego łososia i wkładamy do lodówki na co najmniej godzinę.

Papryczkę chili i czerwoną paprykę pieczemy na grillu i gdy zczernieje im skórka, wkładamy do worka, szczelnie go zamykając. Dzięki temu skórka z obu papryk zejdzie bez trudu. W blenderze miksujemy wszystkie składniki sosu. Ilość chili możecie sobie dozować do woli. Ale dobrze, jeśli ostrość sosu nie zagłuszy cytrusowego smaku ryby.
Przed samym pieczeniem smarujemy łososia cienką warstwą sosu. Smażymy rybkę na oleju niezbyt długo, żeby była soczysta. Jeśli nie jesteśmy pewni, czy się upiekła, delikatnie rozdzielmy płatki ryby. W przypadku łososia to żadna trudność. On jakby składał się z listków. Jeśli daje się dzielić bez trudu, to znaczy, że ma już dosyć ciepła. Zdejmujemy rybę, a na patelni zagotowujemy króciutko resztę sosu. Nim polewamy rybę na talerzu. I koniec.
Ja zjadłam dziś to danie z puree z ziemniaków, groszku i wasabi. A jako sałatkę proponuję fasolkę szparagową z sosem ostrygowym i sezamem. Gotujemy fasolkę, polewamy sosem i sypiemy uprażony sezam. Mamy mix Azji i Afryki z wiodącą nutą europejskiej północy. Ale się porobiło!
Życzę odwagi w łączeniu smaków i codziennego odkrywania Ameryki.



Smacznego