Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łosoś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łosoś. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 czerwca 2022

Danie w rozsypce czyli sushi w misce i rozsypka w kuchni czyli niespodzianka

















Pozimowe otwarcie sezonu w domku pod lasem zawsze budzi dreszczyk emocji. Co tym razem Matka natura przygotowała nam w ramach wiosennej niespodzianki?  

Śpiącego na okiennicy nietoperza? Może stadko obcych w postaci wielokropkowych biedronek wtulonych w framugi okienne? Lub strzępy bielizny w szufladzie i malownicze dziury w ukochanym swetrze, łaskawie zostawione na pamiątkę przez zimujące w pokoju myszy? Pisałam już kiedyś o domku-niespodziance w odsłonie wiosennej. 

Niepewność rośnie wraz z przekręcanym w zamku kluczem. Czy uruchamiając łazienkę nie zostaniemy zaskoczeni uroczą acz niepożądaną fontanną, tryskającą beztrosko z pęknietej rury pod zlewem?

Hm, no i okiennice, tak te po zimie też mogą pokazać nam swoje mroczne oblicze nie otwierając się na życzenie. Przyszłość jest niewiadomą. 

Kiedyś, w zamierzchłych czasach, kiedy czasami parałam się zabawą farbami olejnymi uczyniłam obraz pod takim właśnie tytułem. Nic  wtedy o życiu i świecie nie wiedziałam. Tytuł  był zdecydowanie na wyrost i brzmiał tak...filozoficznie. Gdzieś, u kogoś zawisł na ścianie a dzisiaj mi się przypomniał gdy stałam przed drzwiami mojego własnego domu i nie wiedziałam co mnie za nimi czeka.

No cóż, otwieramy. 

Ile bym nie myślała, ilu niespodzianek bym się nie spodziewała, życie i tak weźmie nas z zaskoczenia. 

Tym razem w kuchni powitalo nas rumowisko. Sufit najwyraźniej zapragnął bliższych relacji z podłogą, bo zamiast tkwić w górze, opadł na podłogę. Piec, stół, szafki, zlew wszystkie kuchenne drobiazgi zostały przykryte tynkiem, kawałkami farby i ...ha, ha, ha... słomą. Nadmienię, że nasz "dom wiejski nieco spleśniały" został uczyniony w pierwszej połowie ubiegłego wieku. Nie, nie, absolutnie nie jest zabytkiem. Raczej bliżej mu do ruiny.

Wiecie jak w obecnych czasach wygląda kontakt i współpraca z fachowcem wszelakiego typu?

Jeśli nie dysponujecie pod własnym dachem lub w najbliższej zaprzyjaźnionej okolicy takim unikatem jak fachowiec, zapomnijcie o malowaniu ścian, wymianie instalacji czy kładzeniu kafelków. Panowie od ....(tu każdy wpisuje swoje nadzieje) są równie cenni jak woda na pustyni. I równie się cenią.

Domyślacie się w jaką stronę zmierza ta historia? 

Jest czerwiec, jest pięknie, jest rozszalała wiosna i jesteśmy my. W mieście. 

Rozumiecie? 

Postawię w tym miejscu kropkę i potrzymam was w napięciu jak dalej toczy się ta historia. Przejdę do stołu. Jakaś równowaga w naturze być musi.


Jako, że atmosfera zrobiła się gorąca a aura podkręca temperaturę, wypada podać coś na ostudzenie emocji.

Bez gotowania (no, może nie całkiem), bez szaleństw, ale za to modnie i smacznie. Sushi w misce. 

Nikt nie będzie sprawdzał czy sztukę zawijania (jak ten świstak z reklamy) opanowaliśmy wystarczająco biegle. Nic nie będziemy zawijać. Rozsypiemy malowniczo w misce i będziemy udawać, że to malarska abstrakcja.




Miska sushi 

ryż do sushi (przepis tutaj)

kawałek łososia, pokrojony w kostkę

1 mango, obrane i pokrojone w plastry

omlet z 2 jajek, zwinięty w rulonik i pokrojony w plasterki

marynowany imbir

plasterki rzodkiewki

ogórek zielony, pokrojony w słupki

kilka zblanszowanych szparagów

garść mrożonego, zblanszowanego groszku lub fasolki edamame

garść kiełków np rzodkiewkowych

1 awokado, pokrojone w plastry

łyżeczka czarnego lub jasnego sezamu, wcześniej uprażona na suchej patelni

marynata do ryby:

4 łyżki syropu klonowego

2 łyżki sosu sojowego jasnego

1 łyżka sosu sojowego ciemnego

1 łyżeczka oleju sezamowego

Zaczniemy od zamarynowania łososia. Możemy, co prawda, użyć surowego, ale w moim daniu łosoś nieco się moczył, więc nie będę udawać, że jest inaczej. Jeśli jesteście niechętni brudzeniu paluszków i niestety blatu kuchennego (łosoś w marynacie plus patelnia równa się pryskanie olejem na wszystkie strony), dorzućcie do miski surowe płatki łososia. Też będzie pysznie.

Łososia marynujemy min. godzinę w marynacie. Po wyjęciu z marynaty smażymy minutę z każdej strony i odkładamy na papierowy ręcznik.

Mając wszystkie elementy naszej ryżowej układanki na podorędziu (biegniemy po słownik lub prosimy wujka google o wyjaśnienie), pakujemy części składowe do miski.

Nie opisuję kolejnych czynności, jak to wygląda widać na zdjęciach.

Przygotowujemy sos, którym podlejemy naszą miskę. On jest tzw wisienką na torcie.

Sos sojowy z wasabi:

6 łyżek jasnego sosu sojowego

2 łyżki chłodnej wody

wasabi wg uznania

Dokładnie rozprowadzamy wasabi w sosie sojowym by pozbyć się paraliżujących kubki smakowe grudek i podajemy w dzbanuszku obok misek. Każdy użyje wg potrzeb.

I tyle. Danie jest oszałamiająco dobre i zrobione praktycznie bez wysiłku. I nie trzeba stać przy piecu.




Polecam i życzę smacznego


niedziela, 10 lutego 2019

Lutowy kabriolet i curry tandoori masala






















Kabriolet widzieć pod lasem w lutym - niechybnie radość cię spotka lub dostaniesz zapalenia zatok.

Widziałam dziś kabriolet. Na ulicy. BMW Z3. Jadący. Z otwartym dachem, żeby nie było wątpliwości. Ten widok tak mnie ucieszył, że postanowiłam przełamać mój blogowy impas i podzielić się ze światem tą radością.
Świeciło dziś słońce? Świeciło.
Termometry pokazywały plus sześć? Pokazywały.
Czy kalendarz świecił po oczach datą 10 luty? Bez wątpienia.
Czy miewam omamy wzrokowe? Nigdy.
Zresztą mam świadka tego wydarzenia. Obok siedział MMŻ i podobnie jak mnie, jemu też odjęło mowę w niemym zachwycie.
My, jadący w zamkniętej kapsule, wspomagani ogrzewanymi fotelami, uzbrojeni w czapki i szaliki i tenże kierowca, jadącego z naprzeciwka samochodu bez dachu i bez czapki!!!!

Zamknijcie oczy i spróbujcie to sobie wyobrazić. Jest luty, może i słoneczny przez jakieś trzy godziny, ale jednak luty.
Są rzeczy na świecie, które mogą zaskoczyć.

Kierowco czarnego kabrioletu, spotkanego na przedmieściach Zawiercia. Cokolwiek skłoniło cię dziś do przejażdżki z otwartym dachem (mam nadzieję, że to nie konsekwencja prozaicznej awarii dachu) nie ustawaj w wysiłkach przywoływania wiosny.
Co prawda jeden kabriolet wiosny nie czyni ale budzi zahibernowany umysł. Sądząc po ogonku samochodów sunących za wspomnianym cudem, nie nas jednych wprawiłeś w oszołomienie. Droga się wiła (Mody pamiętasz Smutnego Faceta?), my czekaliśmy na wjazd a przed nami roztaczał się widok jak na Via Panoramica przed Florencją.
Twój widok zadziałał jak iskra przystawiona do lontu. Przestałam ziewać, wciągnęłam brzuch, założyłam okulary słoneczne i uśmiechnęłam się do MMŻ jak mogłam najpiękniej.

Niektórzy jednak mają fantazję. Nie ma znaczenia kalendarz, pora roku, godzina, zdanie ogółu, i zalecenia lekarza rodzinnego.
Co tam katary i kaszle. Duch jest najważniejszy.

Idąc za ciosem ruszyliśmy na stację benzynową zaszaleć. Skoro inni mogą, to my nie będziemy gorsi.
I kupiliśmy sobie po lodzie.
Po powrocie do domu, zgodnie z zasadą "panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek", ugotowałam coś rozgrzewającego.
Curry, które uleczy absolutnie wszystko, nie wyłączając łupieżu:





Curry


(przepis dostałam od Modego)

5 łyżek oleju
2 duże białe cebule, posiekane w kostkę
5cm kawałek imbiru, starty
6 ząbków czosnku przeciśnięte
2 łyżeczki mielonego kuminu
2 łyżeczki mielonych ziaren kolendry
0.5 łyżeczki mielonego kardamonu
0.5 łyżeczki mielonego cynamonu
0.5 łyżeczki mielonych ziaren kozieradki
0.5 łyżeczki mielonej kurkumy
0.5 łyżeczki chilli
2 łyżki przecieru pomidorowego
400g pomidorów z puszki
5 łyżek jogurtu greckiego
750g mięsa/krewetek/paneeru/łososia
2 łyżki tandoori masali*
2 łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru
80g masła

*tandori masala paste to przyprawa, którą bez wysiłku możecie zrobić w domu:

3 ząbki czosnku
1 łyżka słodkiej papryki
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1 łyżeczka mielonego kuminu
Pół łyżeczki mielonej kolendry
Pół łyżeczki mielonego chilli (najlepiej kashmiri)
Szczypta mielonych goździków
Odrobina czerwonego barwnika spożywczego
200 ml jogurtu (jeśli używacie pasty od razu. W innym wypadku jogurt dodajemy krótko przed użyciem)

Wszystkie składniki mieszamy, zamykamy w słoiku i używamy, kiedy zachodzi taka potrzeba. Jeśli zmieszamy pastę z jogurtem to może przetrwać w lodówce ze 3-4 dni.

Zdaję sobie sprawę, że czytając składniki niektórzy już odpadli. Nuda straszliwa. Zgoda, ale jak zrobić jajecznicę nie rozbijając jajka.
Przypomnijcie sobie faceta w lutowym kabrio. On dał radę a wy nie dacie rady przebrnąć przez przepis?
Aby was pocieszyć przepis będzie wyjątkowo lakoniczny.

Smażymy cebulę, imbir i czosnek. Sypiemy przyprawy i dodajemy całą resztę oprócz ryby (mięsa, krewetek czy paneeru), masła, jogurtu i pasty tandoori. Smażymy z pięć minut. Potem blendujemy na aksamitny krem.
Łososia (mięso, krewetki czy paneer) obtaczamy skrupulatnie w paście tandoori i smażymy na oleju. Usmażone dodajemy do kremowego sosu. Zagotowujemy, dodajemy masło, cukier i jogurt. Delikatnie mieszamy. Zdejmujemy z ognia.
Podajemy z chlebkami naan lub ryżem.




Trzymajcie się ciepło i pielęgnujcie swoje fantazje.
Smacznego

środa, 23 września 2015

Martwa natura z łososiem, makaronem soba, wstążkami warzywnymi i chipsami z koperku




















I już. Po lecie. Żegnajcie długie słoneczne dni. Witajcie wilgotne mgliste poranki.
Nie macie wrażenia, że jakieś krótkie było to lato?
A może co roku wydaje mi się, że jest za krótkie.
Po lesie niosą się pokrzykiwania grzybiarzy. Póki co jest ich więcej niż grzybów ale nadzieja w narodzie kiełkuje.
Kilka jest pewnych oznak jesieni. U mnie na sto procent zwiastują ją dziki. Kiedy zbliżą się do sadu, wiem, że lato poszło sobie na dobre.
Są tacy, którzy czują ją w kościach. Inni gorączkowo czytają długoterminowe prognozy pogody. Jeszcze inni po ilości pajęczyn oceniają czy daleko do pierwszych przymrozków.
I tylko warzywno owocowe bogactwo na straganach podnosi mnie na duchu. Te dynie, te cukinie, bakłażany, kapusty, śliwki i grusze.
Szkoda, że Bozia nie dała talentu, bo chwyciłabym za pędzel i jakąś martwą naturę bym machnęła.
Nie dziwię się malarzom flamandzkim, że z uporem malowali winogrona i pęknięte figi.
Bardzo ale to bardzo chciałoby się te wszystkie cuda uwiecznić.
Chociaż właściwie pakowanie do słoików i butelek też jest rodzajem unieśmiertelnienia. Może nie na wieki ale na jakiś czas na pewno.
Odłożę więc mrzonki o stworzeniu wiekopomnego dzieła i zadowolę się twórczością obiadową.
Może nie jest to obrazek na miarę Willema Kalfa, ale na pewno jest martwą naturą i w aktualnych (już) jesiennych kolorach.



Łosoś jesienny z makaronem soba i wstążkami warzywnymi i chipsami z koperku
(dla dwóch osób)

2 kawałki łososia
makaron soba
kilka gałązek świeżego koperku

marynata:

4 łyżki ciemnego sosu sojowego
1 łyżka płynnego miodu
2 łyżki wina ryżowego lub białego wytrawnego
2 drobno posiekane ząbki czosnku
1 łyżka drobno posiekanego imbiru
1 łyżeczka drobno posiekanego koperku

wstążki warzywne:

2 marchewki
1 nieduża cukinia
1 cebula
2 ząbki czosnku
1 czerwona papryka
kawałek imbiru około 3 cm długości
1 łyżeczka jasnego sosu sojowego
olej do smażenia

chipsy koperkowe:

kilka gałązek koperku
olej do smażenia

Marchewkę obieramy i tą samą obieraczką, ścinamy wzdłuż paski marchewki. To samo robimy z cukinią.
Cebulę kroimy w piórka a czosnek w plasterki. Imbir tniemy na wąski słupki a paprykę w jak najcieńsze paski.

Wszystkie składniki marynaty łączymy ze sobą i wlewamy do woreczka. Oczyszczonego łososia wkładamy do marynaty i odstawiamy do lodówki na pół godziny.

W tym czasie kiedy łosoś się marynuje, na patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy na niego paski marchewki, cebulę, imbir, czosnek i paprykę.
Smażymy dwie minuty mieszając warzywa i dorzucamy paski cukinii. Smażymy kolejne trzy minuty i wlewamy sos sojowy. Mieszamy i zdejmujemy patelnię z ognia.

Makaron soba przygotowujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu.

Przygotowujemy chipsy koperkowe.
W rondlu rozgrzewamy olej (na głębokość 2 cm) i wrzucamy gałązki koperku. Róbcie to bardzo ostrożnie, bo koperek oszaleje, kiedy zetknie się z gorącym olejem. Na szczęście jego szaleństwo trwa krótko i po chwili możemy wyjmować z oleju chrupkie, kruche i pyszne chipsy koperkowe.

Wyjmujemy rybę z marynaty i dokładnie osuszamy. Nie wylewamy marynaty, będzie naszym sosem do makaronu.
Rozgrzewamy olej na patelni i smażymy łososia z obu stron po 3-4 minuty z każdej strony na średnim ogniu.
Zdejmujemy rybę z patelni i odkładamy w ciepłe miejsce aby nie wystygł.
Oczyszczamy patelnię i wlewamy marynatę. Kiedy marynata się zagotuje wrzucamy na nią makaron i mieszamy.
Wyłączamy piec i na talerze wykładamy makaron. Na makaronie układamy wstążki warzywne a obok kawałek łososia. Na nim kładziemy chipsy koperkowe.


























Smacznego

poniedziałek, 6 października 2014

Kolejna odsłona łososia czyli gravlax


























„Łosoś to nuda.” Ile razy słyszałam ten tekst. Może to i prawda, ale pokażcie mi rybę mniej wymagającą jeżeli chodzi o obróbkę. A na dodatek nie ma najmniejszych problemów ze zdobyciem go w świeżej postaci. Ilość dodatków, które aż piszczą z radości, żeby skomponować się z tą rybą jest praktycznie nieograniczona.
Proszę mi więc nie mówić o nudzie.
Daleko nam jeszcze do rybnych stoisk pod innymi szerokościami geograficznymi.
Niewiele jest sytuacji, że czegoś komuś zazdroszczę, ale obfitość ryb w sklepach jest wyjątkiem.
W pobliskim Selgrosie otwarto dział rybny. I wydawało mi się, że nareszcie nie będę wspominać cudzych sklepów.
Radość moja trwała równo miesiąc. Po pierwszych zachwytach świeżymi doradami, tuńczykiem, makrelami i czterema rodzajami małży, pojechałam na piękną wieś devońską. A tam, w sklepiku wielkości kiosku ruchu, na lodzie leżała cała zawartość kornwalijskich wybrzeży. Serio!
Prawie się obraziłam.
To ja z wypiekami na twarzy opowiadam ludziom o dobrach selgroskich a tu, bez fanfar i ogni sztucznych każdy może sobie kupić dowolnego monk fisha lub langustynkę?
Ludzie łażą, nawet nie zerkają na te dobra niesamowite. A ja jak ten byczek Fernando zalazłam swoją łąkę. To nic, że rybną.
Kocham łososia ale czasami dobrze by było zjeść goatfisha.
Trzeba jeszcze popracować nad naszym rynkiem rybnym.
Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma... Prawda?
Będzie więc łosoś. Ciągle nie jest nudny.
Aha, zapomniałam o jednej rzeczy. W Selgrosie mają małże brzytwy (one się chyba jakoś inaczej nazywają) i to jest to, co zdecydowanie działa na korzyść Selgrosa.












































Gravlax

1,5 kg świeżego filetu z łososia
otarta skórka z jednej cytryny
1 łyżka brązowego cukru
2 łyżki soli
1 łyżeczka białego pieprzu
60 ml wódki
2 ziarenka jałowca
pół łyżeczki nasion kopru włoskiego*
3 pęczki koperku

Łososia myjemy i czyścimy z ości. Skórkę zostawiamy.
Dobrze osuszamy rybę ręcznikiem papierowym i kroimy filet na połowę.
Koper drobno siekamy a ziarna jałowca i kopru włoskiego ucieramy drobno w moździerzu.
W misce mieszamy wszystkie składniki marynaty. Dno naczynia cienko smarujemy marynatą.
Do naczynia, najlepiej kamionkowego lub szklanego, wkładamy jedną połówkę łososia skórką do dołu. Na rybę wykładamy całą marynatę i przykrywamy drugą połówką łososia. Tym razem skóra musi być u góry. Ciasno zawijamy naczynie folią a na górę stawiamy coś ciężkiego np. 2 puszki kajmaku.
Po 3-4 dniach łosoś jest gotowy.
Wyjmujemy go z naczynia. Zeskrobujemy marynatę i kroimy rybę na cienkie plasterki. Podajemy z sosem musztardowym lub cytrynowym.
Kieliszeczek dobrze schłodzonej wódki mile widziany.


*zamiast kopru włoskiego możemy użyć ziaren kolendry lub pominąć ziarna a dodać 2 łyżki chrzanu; nawet wersja z tartym imbirem jest warta uwagi:)



Smacznych snów i pięknego słońca jutro

środa, 4 grudnia 2013

Tydzień zaczyna się w środę czyli tunezyjskie danie rybne


Weekend tak mnie rozleniwił, że niczego twórczego jeszcze w tym tygodniu nie osiągnęłam.
Mama moja co prawda delikatnie daje mi znaki, że kolęda za progiem i może jakieś porządki świąteczne czas zacząć, ale chyba na razie jestem odporna na znaki.
Wracając do weekendu to był pod każdym względem udany. Poznałam przemiłą osobę. Nie zdziwiło mnie, że jest przemiła, bo spodziewałam się tego. Jednak przyjemnie jest mieć rację. Ktoś, kto potrafi w tak piękny sposób ujarzmić papier musi mieć w sobie światełko. Kasiu, jeszcze raz dziękuję ci bardzo.

Odwiedziłam piękny i jak zwykle zatłoczony Kraków. Niestety w tempie ekspresowym, bo wieczorem czekała nas niespodziewana porcja śmiechu. W Potworach i Spółce ładuje się akumulatory strachem. Myślę, że gdyby Korez miał akumulatory magazynujące śmiech, to w sobotę na Swingu by ich zabrakło. Takiego huraganu śmiechu już dawno nie słyszałam. Po spektaklu usłyszałam uwagę jednej z oglądających, że na plakatach powinna być uwaga, by kobiety darowały sobie makijaż. I tak spłynie. Jeśli jesteście w okolicy Katowic, idźcie koniecznie na Swing do Koreza. Za niewielkie pieniądze dostaniecie ogromną porcję radości.
W weekend zaczął się grudzień i dzięki temu wszedł do mojego życia trochę tylnymi drzwiami. Sobota i niedziela to takie małe urlopy. Nieważne są wtedy kalendarze i zegarki. Przy takim podejściu zawsze jestem zaskoczona, kiedy okazuje się, że w poniedziałek jest już całkiem inny miesiąc niż w piątek. Nie tylko się zmienił ale już nawet rozhulał, bo dziś jest przecież Barbórka.
Kto to widział w środę rozpamiętywać miniony weekend. Do następnego zostały dwa dni, więc najwyższy czas wziąć się za coś pożytecznego.
Co tam dziś gotujemy?



Tunezyjskie danie rybne:

pół kilograma ryby np. dorsza, morszczuka lub łososia
2 szklanki upieczonej dyni
1 puszka pomidorów
1 cebula, pokrojona na kawałki
3 ząbki czosnku, drobno posiekane
2 łyżeczki harissy
pół łyżeczki mielonej wędzonej papryki
1 łyżeczka mielonego kuminu
2 liście laurowe
skórka otarta z jednej wyszorowanej cytryny
sok z połowy cytryny
pół litra bulionu
2 łyżki oliwy
natka pietruszki
kilka liści mięty
pieprz

Na patelni rozgrzewamy oliwę i wrzucamy cebulę i czosnek. Dodajemy przyprawy: 1 łyżeczkę harissy, paprykę, kumin, liść, skórkę z cytryny. Wlewamy bulion i pomidory. Zagotowujemy i trzymamy na małym ogniu 10 minut. Następnie dorzucamy do gotującego się wywaru dynię i pokrojone kawałki ryby. Znów gotujemy 5-7 minut. Ryba pokrojona na kawałki nie wymaga długiego gotowania. Ugotowaną zupę zdejmujemy z ognia i dodajemy do niej sok z cytryny i posiekaną pietruszkę i miętę. Doprawiamy pieprzem i ewentualnie łyżeczką harissy, jeśli lubimy płomienne smaki.
Bardzo dobrze smakuje z kuskusem, choć świeże pieczywo też dobrze wypadnie w roli dodatku.




Po takim daniu mogę z całym zapałem rozpocząć tydzień. Że późno? Lepiej późno niż później.

Smacznego