Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 lutego 2024

Gdzie są ciepłe kapcie czyli zupa na pokrzepienie z soczewicą, makaronem i kwaśną śmietaną



Aż nie chce się otwierać oczu. Nie dość, że poniedziałek, to na dodatek obrzydliwy. Leje, wieje, wieje, leje. 

Taki początek tygodnia powinien być prawnie zabroniony

"To w szyby deszcz, deszcz dzwoni jesienny i pluszcze jednaki, miarowy niezmienny"...

Uwielbiam ten wiersz i jego smutek ale nie w poniedziałek. Litości. 

Zima jak się patrzy. 

Nawet parasol na nic się zda bo zaraz ci go z ręki wiatr wyrwie. Kokonik jakiś dziś by się przydał. Może strój nurka? 

Albo literatura jakaś podnosząca na duchu. Może być poezja, tylko proszę nie deszczowa , nie ta jaką usłyszałam dziś w swojej głowie po odsłonięciu zasłon.

Jedyna energetyczna jaka mi przychodzi do głowy, to kulinarna. Taka, w której kipi od kolorów, gorąca, aromatów. Macie jakieś ulubione książki na takie dni jak dzisiejszy?

Jamie Oliver jest niezły ale chyba nie o ten rodzaj aktywności mi chodzi w przypadku deszczowego poniedziałku. Za dużo tu ruchu i zamieszania.  

Może Ottolenghi? Prawie wszystkie jego propozycje przemawiają do wyobraźni i są przesmaczne. Cóż kiedy poniedziałek nie jest dniem, kiedy jestem otwarta na wyzwania. Nawet kulinarne. Niestety nawet Prosto wydaje się dzisiaj nie proste. 

Potrzeba mi czegoś jak kocyk; łatwego, oswojonego, jak wygodne kapcie (trochę przegięłam ale potrzeba przytulności wzięła górę) albo ulubiony, zmechacony sweter.

Myślę, że naleśniki byłyby dobre. One są zawsze dobre. Cóż, kiedy Główny Twórca Najlepszych Naleśników nie planuje mnie dziś odwiedzić.

Zapytacie dlaczego nie usmażę ich sama. Hm, nie wpycham się w grządki, które ktoś obrabia perfekcyjnie. A mnie w dziedzinie naleśników do poprawności daleko. A co dopiero do perfekcji.

Więc naleśniki odpadają.

Zupa, zupa jest zawsze dobra. Pomyśleliście kiedyś, że zupa jest troszkę jak Kopciuszek. Niezbędny ale niedoceniany. Bez zupy obiad jest jakiś...niepełny. Ale po obiedzie nikt nie pamięta co w talerzu pływało. Bo przecież wiadomo, że najważniejsze jest drugie.

A zupa potrawi powalić na kolana. Czasami zagra w nosie i na kubkach smakowych jak najlepsza orkiestra symfoniczna. A echo tego smakowego koncertu sprawia, że o kolejnym daniu myślimy już tylko w kategoriach bagatelki.

Zupa to coś, co często przychodzi nam do głowy kiedy wracamy wspomnieniami do dzieciństwa. 

Zupa mleczna(chociaż ten wybór jest kontrowersyjny), rosołek, taki jak u Babci. No i pomidorowa...Ta najlepsza, z ryżem. 

Założę się, że polecieliście teraz w myślach do swojego rodzinnego domu i zapachniało wam...może grochówką? Nie oceniam.

Lubię zupy. Gęste, pożywne, gorące. Takie, które spokojnie mogą grać pierwsze skrzypce. Kiedy do niej dołożę chrupiącą kromkę chleba z masłem, to właściwie nie chcę już niczego więcej.  

Czyli co? Potrzebuję przepisu nietrudnego do realizacji. Takiego, który by mnie otulił i wsparł duchowo, który zaspokoiłby moje poniedziałkowe deficyty ciepła i potrzeby czułości. 

O cholera! Co się tu porobiło!

Tu się gotuje czy rozczula nad sobą?

Tak się zanurzyłam w tej konteplacji mokrego początku tygodnia, że aż popłynęłam.

I bardzo dobrze. Czasami dobrze jest się nad sobą pochylić z czułością. To dobre dla samego siebie i dla świata.

Znalazłam książkę, która jest na dziś idealna. Jest jesienno zimowa i ma wszystko to, o czym pisałam wyżej. Jest aromatyczna, ascetyczna, jest napisana przez Nigela Slatera. 



Tak więc "makaron, soczewica, kwaśna śmietana" czyli Nigel Slater i wszystko jasne.

Na dwie porcje:

3 łyżki oliwy

4 cebule (2 obrane i pokrojone w plastry, 2 pokrojone drobno w kostkę)

3 ząbki czosnku, pokrojonego w plasterki

2 łyżeczki mielonej kurkumy

puszka ciecierzycy (około 400g), odsączonej

puszka białej fasolki (około 400g), odsączonej

100 g czerwonej soczewicy

1 litr bulionu

100 g makaronu linguine

200 g szpinaku

40 g masła

250 g kwaśnej śmietany

garść zielonej pietruszki

garść zielonej kolendry

nieco mięty

sól

pieprz

Rozgrzewamy oliwę. Wrzucamy pokrojoną drobno cebulę i smażymy na średnim ogniu 15 minut aż będzie miękka i złota. Dorzucamy czosnek i wsypujemy kurkumę. Mieszamy i smażymy 2 minuty.

Do garnka dodajemy ciecierzycę, fasolę i soczewicę. Wlewamy bulion. Na niewielkim ogniu gotujemy pół godziny. Mieszamy od czasu do czasu.

Topimy na drugiej patelni masło i wrzucamy plasterki cebuli. Karmelizujemy na małym ogniu. Niech nabiorą słodyczy i pięknego bursztynowego koloru. Zajmie to jakieś pół godziny.

Wracamy do garnka z gotującą się cupą. Wsypujemy do niej makaron i gotujemy do miękkości. Na pięć minut przed końcem gotowania dorzucamy szpinak. Siekamy zielone warzywa i dorzucamy do zupy. Zdejmujemy garnek z pieca. Dodajemy sól i pieprz według uznania.

Nalewamy zupę na talerze. Na górze kładziemy kleks kwaśnej śmietany i łyżeczkę karmelizowanej cebuli.

I tyle. I aż tyle.

Smacznego

P.S.

Zanim zupełnie opadniemy z sił i poddamy się myśli, że zima nas pokonała, mam dla was optymistyczną niespodziankę. Wczorajsze znalezisko. Sceptycy powiedzą, że to nie nadzieja ale raczej brak rozumu, ja jednak z uporem maniaka uchwycę się myśli, że wiosna już się skrada.

Oto dowód: to żółte w środku nie jest opakowaniem po gumie lecz malutkim podbiałem, który nic sobie nie robi z kalendarza. Bierzmy z niego przykład:)))








sobota, 8 września 2018

Jesień po raz kolejny czyli piwo imbirowe


















Żółto się zrobiło dookoła. Czy was też zawsze zatrzymuje w miejscu ten widok? Sprawdziłam swoje wpisy z lat poprzednich i wychodzi na to, że albo jestem gapa, albo nieco opóźniona, albo romantyczna. Jakieś okruchy każdej z tych cech mam na pewno, bo co roku sytuacja się powtarza.

Lato, lato a potem nagle ni z tego ni z owego przeżywam uniesienia nadchodzącą jesienią.
Fajnie będzie powspominać w listopadzie czy marcu dłuuuugie i ciepłe lato. 
Ładuję akumulatory przed szarówką końca roku i magazynuję słońce gdzie się da; w słoikach, butelkach, włosach i wspomnieniach. Mogłabym mieć w spiżarni półeczkę. Na niej stałyby butelki z karteczkami:
"Zapach igliwia z 23 czerwca" lub "Wieczorne słońce z widoku na Rzędkowice" albo "Wilgoć poranna z młodego sadu" i moja ulubiona "Szorstka słodycz nagrzanej słońcem brzoskwini".

I co roku to samo. Wzruszam się kroplami rosy, brzydzę się pająkami, tłustymi jak gęsi. Nie żałuję mijającego lata. Ale nie tęsknię do chłodu i braku słońca.
Jak co roku z okazji pierwszego przymrozka pocieszam się, że dziś jest bliżej do wiosny niż było tydzień temu. 
Życie kołem się toczy. Jakbyśmy przy nim nie majstrowali, ile byśmy się nie naprotestowali, napsuli i nakombinowali wiosna zawsze przyjdzie po zimie a wrzesień to pożegnanie lata.
To dobrze. 
Wyobrażacie sobie, że pory roku następują losowo? Raz wiosna przychodzi po jesieni a zima rządzi dwie kadencje?
Ta przewidywalność to same plusy. Dostajemy nią po nosie. Niech nam się nie wydaje, że wszystko zależy od nas. Władcy świata to my - lubimy o sobie myśleć. A potem temperatura spada do minus 5 i już władca ma czerwony nos i pierwsze oznaki kataru. 
Władca z czerwonym nosem? Śmieszny widok.

Zagalopowałam się tym opisem. Na zewnątrz dzisiaj plus 23. Wieczory nie zapędzają nas jeszcze pod dach. 
Nawet piwo imbirowe dobrze się pije w tych okolicznościach.

Moje ulubione pijam czasami kiedy odwiedzam za wodą Córki. Tego lata tak za nim tęskniłam (za Córkami ma się rozumieć bardziej), że postanowiłam zamieszać swoje własne.
I wiecie co powiem? Jestem genialna! Wyszło fantastycznie.
Podaję przepis bo dni jeszcze ciepłe i spokojnie można się nim uraczyć.










Piwo imbirowe      (bez alkoholu)

zaczyn, który musi sfermentować:
1 łyżka startego imbiru (nie musicie go obierać ze skórki)
sok z całej cytryny
starta skórka z cytryny
2 łyżki brązowego cukru
1 szklanka wody źródlanej
2 łyżki rodzynek

Pakujemy wszystko do słoika. Przykrywamy krążkiem papieru do pieczenia i zakręcamy.
Mocno potrząsamy i odstawiamy w ciepłe miejsce.
Kolejnego dnia dosypujemy 1 łyżkę cukru i 2 łyżki startego imbiru. Zakręcamy, wstrząsamy i zostawiamy w cieple.
Ta operacja musi być powtórzona przez 5-7 kolejnych dni (w zależności od szybkości fermentowania zacieru; poczujecie jego moc w okolicach 5 dnia)

Czas na zamieszanie piwa.
Potrzebujemy:
3 litry zimnej wody źródlanej
pół litra wody źródlanej gorącej
400 g cukru
sok z jednej cytryny
zacier imbirowy

Zacier imbirowy przecedzamy przez sitko wyłożone czystą gazą. Odciskamy to, co pozostało  na sitku i przefiltrowany płyn imbirowy wlewamy do 3 litrów chłodnej wody. Dodajemy sok z cytryny.
W gorącej wodzie rozpuszczamy cukier i całość chłodzimy. Schłodzony syrop łączymy z wodą imbirową.
Przelewamy napój do plastikowych butelek (wiem, że to nieekologicznie i w ogóle fuj, ale tylko tak miałam możliwość sprawdzić, czy wszystko przebiega jak powinno). Zostawiamy jakieś 10  cm przestrzeni od korka butelki. Zanim zakręcimy butelkę, ściśnijmy nieco szyjkę, by bąbelki dojrzewającego piwa miały nieco miejsca - butelkę jakbyśmy zgniatali plastikową butelkę przed wyrzuceniem.
Moje piwo imbirowe zajęło 3 półtora litrowe butelki i jedną 330 ml.
Po 3 dniach od rozlania butelki wróciły do swojej pękatej postaci - bąbelki zrobiły swoje.
A jak smakowało? Nieziemsko.
Róbcie i chwalcie się swoimi umiejętnościami.


 Smacznego

niedziela, 4 października 2015

Zew natury i tarta z marcepanem i jabłkami
























Korzystam z pięknej pogody i nie robię nic.
Fajnie jest zrobić sobie wagary. A jeśli jeszcze nikt nas nie będzie wzywał na dywanik z ich powodu, to tym większa przyjemność.
Co robicie w tak piękną niedzielę. Tylko nie mówcie, że siedzicie przed telewizorem i katujecie się „Kawą na ławę” lub sprzątacie z powierzchni Ziemi kolejny statek obcych.
Nie ma dziś usprawiedliwienia dla siedzenia w domu.
Proszę natychmiast wyjąć z piwnicy rower, odkurzyć wygodne buty lub spakować plecaczek i ruszyć szanowne cztery litery.
Wszystko jedno czy tylko do pobliskiego parku czy w Bieszczady.
Jeśli tego nie zrobicie dzisiaj, to w czwartek będziecie mogli sobie pluć w brodę. Ale wtedy będzie już za późno.
Bo w czwartek przyjdzie zło. Zło zimne, oślizgłe i bezlitosne. Będzie miało na imię „Zmiana pogody”.
I na nic będą tęskne spojrzenia w stronę półki z sandałami. Na nic wyrzuty sumienia, że „piękna była niedziela, a ja ją przespałam
To se ne wrati, moi mili.
Zamykamy więc laptopy, chowamy pilota do szuflady i ruszamy.
Pogrzebmy w liściach i przypomnijmy sobie jak to było, kiedy majstrowało się kasztanowe krówki i niedźwiedzie.
Kto z was pamięta jakie to uczucie zamknąć w dłoni świeżego, jeszcze lekko wilgotnego kasztana?
No, właśnie.
Spróbujcie a zobaczycie, że radość w zbieraniu kasztanów nie ma nic wspólnego z wiekiem.
Tylko pośpieszcie się, niedziela nie będzie trwać wiecznie. Powiem więcej: dziś jest jej mniej niż tydzień temu.

Za miastem przyroda naprodukowała tyle dobra, że nawet możemy mieć namacalną korzyść z takich wagarów. Jabłka aż proszą się o wykorzystanie.
Wniosek jest jeden: nie ma co szukać wymówki. Dziś żadna wymówka nie będzie dobra.

















Tarta z marcepanem i jabłkami
(forma o średnicy 24 cm)

100g zimnego masła
2 łyżki cukru pudru
1,5 szklanki mąki pszennej
3 łyżki zimnej kwaśnej śmietany
1 żółtko

kostka miękkiego marcepanu (kupiłam w Lidlu)
1 kg kwaskowatych jabłek
100 ml kremówki
1 jajko
4 łyżki konfitury morelowej

Ciasto:
szybko zagniatamy składniki ciasta, formujemy kulę, spłaszczamy ją ręką, wkładamy do woreczka i umieszczamy na godzinę w lodówce.
Po godzinie włączamy piekarnik i nagrzewamy go do 180 stopni. Ciasto wyjmujemy z lodówki i rozwałkowujemy na placek. Wykładamy nim formę (najlepiej taką z wyjmowanym dnem), ocinając kawałki ciasta, wystające poza formę.
Nakłuwamy ciasto widelcem i wkładamy do piekarnika na 15 minut.
Podpieczone ciasto wyjmujemy z pieca i studzimy. Nie wyłączamy piekarnika.
W tym czasie kroimy obrane jabłka na ćwiartki. Ćwiartki kroimy w cienkie plasterki.
Na wystudzone ciasto kładziemy plastry marcepanu.
Jak go doprowadzić do płaskiej postaci?
Trzeba go rozwałkować. Najlepiej kroić go na plastry, posypać z obu stron cukrem pudrem (dzięki temu nie przylepi się do deski i wałka) i wałkować do otrzymania placka o grubości około 2 milimetrów. Tym sposobem pokryjemy ciasto kilkoma (tak jest łatwiej) marcepanowymi plackami zamiast jednym dużym (trudno go rozwałkować a potem przenieść).
Na warstwę marcepanową układamy plasterki jabłek. Robimy to ciasno, troszkę na wzór łusek.
W miseczce rozmącamy jajko ze śmietaną i wylewamy na jabłka.
Wstawiamy formę do piekarnika i pieczemy 40 minut.
Upieczone ciasto smarujemy podgrzaną konfiturą morelową.
























Jesień w całej okazałości na talerzu. No, może z małym letnim elementem, w postaci lodów waniliowych.






Smacznego

sobota, 3 października 2015

Priorytety zupełnie nie priorytetowe i nalewka z owoców czarnego bzu

























Nalewka jeszcze nie gotowa, kartony jeszcze nie spakowane, łóżko jeszcze nie dojechało, firan jeszcze nie kupiłam, bateria w łazience jeszcze nie podłączona, dom po lasem jeszcze nie zamknięty.
Tych „jeszcze” nazbierało się tak dużo, że najchętniej chciałbym być strusiem. Wtedy schowałbym głowę w piasek i czekała aż słowo „jeszcze” zamieni się w „już”.
Szkoda, że w naiwności swojej człowiek wierzy w siły nadprzyrodzone, krasnoludki, uczynne elfy i dobre wróżki.
Co prawda fakt ten ma miejsce tylko we wczesnym dzieciństwie i do momentu, aż starszy brat nie uświadomił małolata, że św. Mikołaj to sąsiad Zenek ale i tak szkoda.
Może gdyby od kołyski wpajano nam, że cała ta bajkowość to ściema, to dziś łatwiej byłoby się uporać z rzeczywistością.
Nie ma co liczyć na czarodziejską różdżkę, tylko zakasać rękawy i wyjąć głowę z piaskownicy.
Najlepiej po kolei odhaczać zadania.
Ale jak to zrobić, kiedy za progiem jesień taka piękna?
Jeśli chcecie pokazać komuś idealny wzór polskiej złotej jesieni, zabierzcie go rankiem za miasto.
Tylko nie planujcie na później przeprowadzki czy kafelkowania łazienki.
To bardzo nie mobilizujący obrazek. To refleksyjny obrazek.
Ja dziś zostawiłam wszystkie „jeszcze” w mieście, zamknięte na cztery spusty w opustoszałym mieszkaniu i wkroczyłam w mgły, poranny szron na trawie i zaspane słońce.
Niczego nie żałuję i nie gnębią mnie wyrzuty sumienia. To, co zafundował weekend lepiej zadziałało niż tony leków poprawiających nastrój.
Pal licho zaległości. Dziś nie mają znaczenia. Dziś zrywam ociężałe od soku kiście owoców czarnego bzu. Będzie nalewka palce lizać.
Nie mam obaw o zdrowie, bo o tej porze czarny bez jest samym dobrem. Nie ma na nim już ani jednego niedojrzałego ziarenka. Jest idealnie czarny i soczysty.
Zerkam też na jarzębinę, ale ona musi zdrowo przemarznąć, by stać się przedmiotem mojego pożądania.
Robiliście już nalewkę z owoców czarnego bzu? Ja też nie. To mój debiut.















Nalewka z owoców czarnego bzu

1 kg kiści owoców czarnego bzu
0,5 litra wódki
1 szklanka spirytusu
pół szklanki wody
3/4 szklanki cukru
1 laska wanilii
1 dwulitrowy słoik

Kiście czarnego bzu otrząsamy z ewentualnych mieszkańców. Obrywamy kuleczki z gałązek. O tej porze roku nie będzie z tym najmniejszych problemów, bo kuleczki same spadają.
Wsypujemy owoce do garnka i zasypujemy cukrem. Wlewamy wodę i stawiamy na ogniu.
Owoce puszczą sok. Gotujemy syrop bzowy 10 minut i przecedzamy na sicie. Wrzucamy do niego przekrojoną laskę wanilii.
Studzimy syrop i wlewamy do czystego słoika.
W osobnym naczyniu mieszamy wódkę ze spirytusem.
Do wystudzonego syropu powoli wlewamy alkohol. Mieszamy. Zamykamy słoik w wstawiamy na minimum miesiąc w ciemne miejsce.
Po miesiącu możemy zlać nalewkę do butelek.

Płyn, który rozlałam przed chwilką jest gęsty, bardzo intensywny w smaku i ma przepiękny kolor.
Myślę, że czas będzie teraz działał na jego korzyść.

Dajcie się skusić...zarówno na jesienną wycieczkę, jak i na zrobienie tej nalewki. Za każdym razem kiedy będziecie ją wyjmować z szafki, przypomnicie sobie jak pięknie może być w życiu.





Smacznego

środa, 23 września 2015

Martwa natura z łososiem, makaronem soba, wstążkami warzywnymi i chipsami z koperku




















I już. Po lecie. Żegnajcie długie słoneczne dni. Witajcie wilgotne mgliste poranki.
Nie macie wrażenia, że jakieś krótkie było to lato?
A może co roku wydaje mi się, że jest za krótkie.
Po lesie niosą się pokrzykiwania grzybiarzy. Póki co jest ich więcej niż grzybów ale nadzieja w narodzie kiełkuje.
Kilka jest pewnych oznak jesieni. U mnie na sto procent zwiastują ją dziki. Kiedy zbliżą się do sadu, wiem, że lato poszło sobie na dobre.
Są tacy, którzy czują ją w kościach. Inni gorączkowo czytają długoterminowe prognozy pogody. Jeszcze inni po ilości pajęczyn oceniają czy daleko do pierwszych przymrozków.
I tylko warzywno owocowe bogactwo na straganach podnosi mnie na duchu. Te dynie, te cukinie, bakłażany, kapusty, śliwki i grusze.
Szkoda, że Bozia nie dała talentu, bo chwyciłabym za pędzel i jakąś martwą naturę bym machnęła.
Nie dziwię się malarzom flamandzkim, że z uporem malowali winogrona i pęknięte figi.
Bardzo ale to bardzo chciałoby się te wszystkie cuda uwiecznić.
Chociaż właściwie pakowanie do słoików i butelek też jest rodzajem unieśmiertelnienia. Może nie na wieki ale na jakiś czas na pewno.
Odłożę więc mrzonki o stworzeniu wiekopomnego dzieła i zadowolę się twórczością obiadową.
Może nie jest to obrazek na miarę Willema Kalfa, ale na pewno jest martwą naturą i w aktualnych (już) jesiennych kolorach.



Łosoś jesienny z makaronem soba i wstążkami warzywnymi i chipsami z koperku
(dla dwóch osób)

2 kawałki łososia
makaron soba
kilka gałązek świeżego koperku

marynata:

4 łyżki ciemnego sosu sojowego
1 łyżka płynnego miodu
2 łyżki wina ryżowego lub białego wytrawnego
2 drobno posiekane ząbki czosnku
1 łyżka drobno posiekanego imbiru
1 łyżeczka drobno posiekanego koperku

wstążki warzywne:

2 marchewki
1 nieduża cukinia
1 cebula
2 ząbki czosnku
1 czerwona papryka
kawałek imbiru około 3 cm długości
1 łyżeczka jasnego sosu sojowego
olej do smażenia

chipsy koperkowe:

kilka gałązek koperku
olej do smażenia

Marchewkę obieramy i tą samą obieraczką, ścinamy wzdłuż paski marchewki. To samo robimy z cukinią.
Cebulę kroimy w piórka a czosnek w plasterki. Imbir tniemy na wąski słupki a paprykę w jak najcieńsze paski.

Wszystkie składniki marynaty łączymy ze sobą i wlewamy do woreczka. Oczyszczonego łososia wkładamy do marynaty i odstawiamy do lodówki na pół godziny.

W tym czasie kiedy łosoś się marynuje, na patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy na niego paski marchewki, cebulę, imbir, czosnek i paprykę.
Smażymy dwie minuty mieszając warzywa i dorzucamy paski cukinii. Smażymy kolejne trzy minuty i wlewamy sos sojowy. Mieszamy i zdejmujemy patelnię z ognia.

Makaron soba przygotowujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu.

Przygotowujemy chipsy koperkowe.
W rondlu rozgrzewamy olej (na głębokość 2 cm) i wrzucamy gałązki koperku. Róbcie to bardzo ostrożnie, bo koperek oszaleje, kiedy zetknie się z gorącym olejem. Na szczęście jego szaleństwo trwa krótko i po chwili możemy wyjmować z oleju chrupkie, kruche i pyszne chipsy koperkowe.

Wyjmujemy rybę z marynaty i dokładnie osuszamy. Nie wylewamy marynaty, będzie naszym sosem do makaronu.
Rozgrzewamy olej na patelni i smażymy łososia z obu stron po 3-4 minuty z każdej strony na średnim ogniu.
Zdejmujemy rybę z patelni i odkładamy w ciepłe miejsce aby nie wystygł.
Oczyszczamy patelnię i wlewamy marynatę. Kiedy marynata się zagotuje wrzucamy na nią makaron i mieszamy.
Wyłączamy piec i na talerze wykładamy makaron. Na makaronie układamy wstążki warzywne a obok kawałek łososia. Na nim kładziemy chipsy koperkowe.


























Smacznego

środa, 13 sierpnia 2014

Klęska urodzaju i warzywna musaka z ricottą, szpinakiem i soczewicą


























Nasze Dziecko powiedziało wczoraj, że pachnie jesienią. Aż mnie zmroziło.
Ja tkwię po uszy w sierpniu. Doglądam butternut squash'ów, garściami zbieram jeżyny i czekam na śliwki. Ani mi w głowie myśl o jesieni. Do tej chwili.
Ziarno zostało zasiane i kiedy dziś rano wyszłam pomachać chusteczką MMŻ, między porzeczkami snuły się resztki mgły a trawa była mokra jak po deszczu. Przypomniałam sobie, że przedwczoraj szukałam wieczorem swetra, bo było mi chłodno. Potem uzmysłowiłam sobie, że to czerwone między liśćmi to nie kwiaty tylko jarzębina. Czyżby coś było na rzeczy?
Czekające w kolejce do słoików ogórki, pomidory i maliny potwierdzają fakt, że lato osiągnęło dojrzałość. Zamiast biegać z łopatką i grabiami, biorę koszyk i szukam pod sosnami grzybów.
Słoików przybywa w tempie wprost proporcjonalnym do napływających chmur.
Pomidory na targu kosztują 1,80! Ogórki są po 2 złote za kilogram! Dziesięciokilogramowy worek buraków to 8 złotych. A papryki 10. Koszyk malin to 5 złotych a brzoskwinie sprzedają po 3 złote.  
Wszystkiego jest mnóstwo i wszystko chciałabym mieć. „Klęska urodzaju” krąży między straganami.
I mam zamiar z niej skorzystać. Po raz pierwszy słowo o tak negatywnym zabarwieniu jak „klęska” ma tak pozytywne przełożenie w życiu. Takie klęski mogę spotykać częściej. Zamykam je w słoikach, grilluję, piekę, nadziewam, dosładzam lub doprawiam octem. Krótko mówiąc korzystam z lata pełnymi garściami.
A myśl o jesieni? Budzi same pozytywne skojarzenia. Nawet widok astrów mnie nie zasmucił. Jesienią wybieram się z wizytą do kogoś, kogo nie widziałam cztery miesiące i za kim bardzo tęsknię. Więc jesień jest dobra. Dla mnie nawet bardzo.

Dzisiejsza propozycja jest pełna letnich skarbów. Teraz smakują najlepiej, najpełniej. Krótka wyprawa na targ lub do sklepu i mamy wszystko czego potrzeba.




















Warzywna musaka z szpinakiem, ricottą i soczewicą
(z sierpniowego Delicious)

2 bakłażany
1 cebula, pokrojona w kostkę
2 ząbki czosnku, posiekane drobno
1 łyżeczka nasion kuminu
1 puszka soczewicy, odsączonej
2 szklanki pomidorów, obranych ze skórki i pokrojonych na kawałki
200 g szpinaku, umytego i osuszonego
150 g ricotty
150 g jogurtu greckiego
ćwierć łyżeczki gałki muszkatołowej
sól, pieprz
oliwa

Zaczynamy od przygotowania bakłażanów, bo one stanowią konstrukcję dania.
Kroimy je wzdłuż na plastry o grubości 1 cm. Grillujemy je lub smażymy na patelni, wcześniej smarując plastry oliwą.
Na łyżce oliwy smażymy cebulę i nasiona kuminu. Dorzucamy czosnek. Kiedy cebula jest miękka, dodajemy odcedzoną soczewicę i pomidory. Gotujemy wszystko pięć minut na niedużym ogniu, doprawiając solą i pieprzem. Potem wrzucamy szpinak i gotujemy aż szpinak nie zmięknie.
Zdejmujemy z ognia i lekko schładzamy. W osobnej misce mieszamy ricottę z jogurtem i gałką muszkatołową.
W tym czasie włączamy piekarnik i podgrzewamy do temperatury 180 stopni.
Przygotowujemy formę żaroodporną. Na spód wykładamy pierwszą warstwę grillowanych bakłażanów, na nią soczewicę, a potem jogurt z ricottą. Następnie powtarzamy warstwę. Na górze powinna znaleźć się warstwa bakłażanów.
Wkładamy musakę do piekarnika i pieczemy około pół godziny lub do momentu aż na górze pojawią się bąbelki a bakłażan zrobi się złoty.

Pycha w typowo letnich aromatach i klimatach.

A niebo jest pochmurne tylko chwilowo.














































Bardzo smacznego

środa, 9 października 2013

Wyrafinowany kicz i pieczone jabłka



Taka jesień jak dzisiaj jest równie piękna na wsi jak i w mieście. Przeszłam dziś po raz pierwszy od kwietnia przez pobliski park i po raz kolejny zachwycił mnie kolorami i światłem.
Stoją w nim ogromne buki i dęby a pod nimi szaleją wiewiórki. Oczywiście wtedy, kiedy drzewa nie są obsikiwane przez kudłate stwory.
Poznałam ten park nieco przymusowo w zeszłym roku i chyba na zawsze będzie mi się kojarzył z jesienią.
Nawet stanie na światłach w centrum miasta było przyjemne. Słońce świeciło, ktoś do mnie pomachał z sąsiedniego auta. Zanim mu odmachałam, zapaliło się zielone. Ciekawe co wzbudziło taką sympatię? Ja czy może samochodzik?
A potem było tylko piękniej. Wyjazd za miasto był jak otwarcie bloku z dziecięcymi rysunkami. Przyroda używa kolorów na granicy kiczu.
Czy ja niedawno przypadkiem nie narzekałam, że nie lubię jesieni?
Nie wierzcie kobiecie. Kobieta to hormony, nastroje i widzimisię. Pod słowem „kobieta” mam na myśli siebie. Niech nikt nie poczuje się urażony.
Dzisiaj wszystko jest odpowiednie, zsynchronizowane. Pogoda, słońce, mój nastrój i optymistyczne prognozy na przyszłość. Dziś jest pięknie.
Brzmi nieco entuzjastycznie? No cóż.. zawsze można o to obwinić hormony.
Jako dodatek do takiego lukrowanego obrazka dziś będzie owoc idealny, kwintesencja jesieni. Jabłko. Kto jest innego zdania też ma rację. Dziś jestem ugodowa.


Proponuję deser najprostszy: pieczone jabłko. Moje młodsze Dziecko niedawno orzekło, że nie wiedziało, że jabłko można upiec. Czy ja czegoś nie zaniedbałam? Jak można przeżyć dzieciństwo i nie jeść pieczonych jabłek?
Czas to nadrobić.


Pieczone jabłko z orzechami i rodzynkami

2 jabłka
1 łyżka orzechów włoskich
1 łyżka rodzynków
2 łyżki miodu
Szczypta cynamonu

Z jabłek wydrążamy środek z pestkami. W miseczce mieszamy rodzynki i połamane orzechy. Dodajemy cynamon. Mieszamy. Mieszanką napełniamy środek jabłek.
Wstawiamy jabłka na blaszkę lub do ramekinów i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 190 stopni. Pieczemy jabłka około pół godziny. Na pięć minut przed końcem pieczenia, na górę farszu dajemy do łyżce miodu.
Upieczone jabłka najlepiej smakują kiedy nieco przestygną. Ja lubię podjadać je z łyżką jogurtu.




W taki dzień jak dzisiaj, nic więcej nie jest mi na deser potrzebne.

Smacznego