Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jabłka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jabłka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 października 2017

Dziwne, niepokojące dźwięki i zakręcony strudel jabłkowy



























W czterech miastach trzech krajów cztery znane mi osoby w tym samym czasie pochorowały się na to samo.
To nie jest zapowiedź mojej książki z gatunku medical fiction. To jest oficjalne zażalenie na zepsucie mi wyjazdu. Nie robi się człowiekowi takich numerów. Nie obdarza się go kaszlem jak z głębin Mordoru, kiedy jego oczekiwania są zgoła inne.
Nie zsyła się niemocy totalnej na człowieka czekającego na gościa. Tak się nie robi i tyle.
Mój protest jest oczywiście wielką fikcją, bo do kogo to zażalenie skierować?
Pozostaje po zakupie wagonu chusteczek i rocznego zbioru imbiru położyć się na torach i czekać
na super szybki pociąg.
I teraz wyobrażam sobie jak obok mnie kładą się te wszystkie znękane ciała, wysiadujące swoją chorobę w poczekalniach. Jako, że wizyta u lekarza jest w ostatnich dniach jak wygrana w totka, to na torach przewiduję tłok.
Jestem świadoma, że przeziębienie to nie dżuma. Wiem, że cholera nie wybiera ale czasami mam naiwną nadzieję, że może nie ja. Może tym razem mnie ominie. W tym zasmarkanym, zaplutym i rozgorączkowanym świecie będę jak biała lilia. I nic.
Uciekłam za wodę i nic to nie dało. Dopadła mnie w momencie, kiedy odważyłam się poczuć bezpiecznie. Najbardziej z wyjazdu pamiętam koty i widok kubka z gorącą herbatą.
Wlokę to świństwo za sobą i zastanawiam się, czy ja zawłóczyłam je tam, czy może stamtąd
przytargałam je do ojczyzny? Tej, notabene, nic nie zaszkodzi.
Nie, przecież napisałam w pierwszym zdaniu, że w czterech miastach trzech państw. I działo się to jednocześnie. Czyli to nie ja byłam pacjentem zero, nie ja przebrałam się za jednego z jeźdźców apokalipsy. Jaka ulga. Takiej odpowiedzialności chyba nie dałabym radę udźwignąć.
Mogę spokojnie sobie słuchać koncertów dudniąco bębniących w moich płucach. Mogę wypić dwusetną filiżankę herbaty z imbirem i mogę ogłosić oficjalnie, że sezon jesienny został rozpoczęty.
Kto wątpi, niech zajrzy do dowolnej placówki tzw. służby zdrowia. Widok będzie budujący. Budujący uczucie pewności, że wszystkich was to czeka...może nie dziś, nie jutro ale już, już całkiem niedługo....
Aby was całkowicie nie załamać ale też nie przemęczać, bo wiadomo jak człowiek zmęczony, to bardziej podatny na zabójcze wpływy, upieczcie strudel jabłkowy. Błyskawiczny, nieco oszukańczy ale obiecująco smaczny.





zakręcony strudel jabłkowy w cieście francuskim

3 renety
garść rodzynków
3 łyżki cukru
sok z jednej cytryny
1 łyżeczka esencji waniliowej
jajko do posmarowania ciasta
pół szklanki soku jabłkowego
1 łyżka masła
1 opakowanie ciasta francuskiego
forma o średnicy 20 cm

Połowę jabłek czyli 1,5 jabłka obieramy ze skórki i kroimy w kostkę.
Na patelni rozgrzewamy 1 łyżkę masła i wrzucamy jabłka. Wlewamy sok cytrynowy i dodajemy cukier.
Mieszamy i dolewamy pół szklanki soku jabłkowego.
Prażymy jabłka aż prawie się rozpadną. jeśli brakuje płynu, dolewamy by się jabłka nie przypaliły.
Po około 10 minutach obieramy pozostałe 1,5 jabłka i również kroimy w kostkę. Wrzucamy do masy jabłkowej razem z rodzynkami i prażymy jeszcze pięć minut. Masa powinna być zwarta a płyn odparowany. Wyłączamy ogień i dodajemy wanilię.
Studzimy jabłka a w tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 210 stopni.
Kiedy jabłka wystygną wyjmujemy z lodówki ciasto francuskie i kroimy na dwie połówki.
Wzdłuż dłuższego boku (przy okrągłym arkuszu ciasta mam na myśli średnicę) układamy wałek z jabłek. Ich ilość musicie tak skalkulować by dało się je zwinąć w rulon.
Zawijamy rulon z ciasta z jabłkami jak cygaro (tylko dłuższe) i wkładamy do formy zwijając
ciasto od środka formy jak ślimaczka. To samo robimy z drugą połówką.
Smarujemy ciasto rozmąconym jajkiem i pieczemy 35 minut.
Wyjmujemy, studzimy i lekko ciepłe podajemy z lodami.



Pycha!

wtorek, 25 października 2016

Między urlopem a powrotem czyli drożdżowe racuchy z jabłkiem


























Czy po urlopie można mieć doła?
Z logicznego punktu widzenia jest to w pełni usprawiedliwione.
Skończyło się kilka dni spędzonych w raju. Jak tu nie mieć kaca psychicznego.
Takie wyjaśnienie jest mądre i proste. Niestety nawet tak logiczne argumenty nie złagodziły ciężkiego poranka po powrocie z urlopu. Nie tego się spodziewałam. Spało się pięknie i nawet po obudzeniu wydawało się, że wszystko jest pięknie.
Tylko do otwarcia oczu.
Wtedy zwaliła mi się na głowę cała rzeczywistość. Była szara, mokra i nazywała się wtorek.
Wróciłam z urlopu.
Wróciłam.
A może udawać, że jeszcze jestem na urlopie? Zejść na dół, przejść na drugą stronę ulicy, usiąść przy kawiarnianym stoliku i zamówić cappuccino i croissanta? Popatrzeć na śpieszących do pracy bolończyków i cieszyć się brakiem typowo wakacyjnych turystów?
Jest niestety jedno „ale”. Gdzie ja znajdę w swoim mieście kawę z croissantem? O bolończykach nie wspominając.
Co najwyżej mogę zejść na dół i przejść na drugą stronę ulicy. Ulicę mam, schody też
Zaciskanie powiek nic nie dało.
Potem nie było lepiej. Na zewnątrz było szaro i ja byłam szara. Moje przygnębienie rosło wprost proporcjonalnie do ciemniejącego nieba.
Pierwszy dzień, drugi, trzeci. Moja szarość gęstniała. Przygnębienie plątało się pod nogami.
I wtedy natknęłam się na zaj...ście różowe buty w przedpokoju.
Stały sobie jak wspomnienie beztroskiej przeszłości.
Niedalekiej. Niedawnej. Mojej. Przed urlopowej.
Zaraz, zaraz. Czy to ta sama ja, co przed kilkunastoma dniami? Ten snujący się po pokojach szary cień?
A może by tak...? Założyć? Pobiec?

Po pierwszym kilometrze wiedziałam, że to działa. Ludzie, działa!
Wróciłam po godzinie zadowolona jak rzadko. Całą szarość zostawiłam gdzieś między parkowymi liśćmi. I zaczęłam się cieszyć myślą, że byłam na urlopie.

Poniżej Bolonia w malutkim fragmencie:






















Racuchy drożdżowe z jabłkami są pamiątką po ostatnim wiejskim weekendzie. Nic mi tak nie poprawia humoru jak naleśniki i racuchy wszelkiego rodzaju. I herbata oczywiście.
A jeśli mam ochotę coś ugotować, to jest to najlepszy dowód, że wróciłam do normy.
Zapraszam na małe, słodkie co nieco.


Racuchy drożdżowe z jabłkami

250 g mąki
szczypta soli
7 g suchych drożdży
1 łyżka cukru
1 szklanka letniego mleka
1 jajko rozmącone w mleku
oraz
jabłka, najlepiej renety lub antonówki

Wszystko miksujemy razem i odstawiamy na godzinę. Kiedy ciasto urośnie, obieramy jabłka i kroimy w kosteczkę. Mieszamy z ciastem.
Na patelni rozgrzewamy olej. Łyżką kładziemy porcje ciasta na gorący olej.
Smażymy na złoto z obu stron a potem posypujemy cukrem pudrem.
Potem podjadamy cały dzień nie przejmując się rzeczywistością.





Absolutnie smacznego

niedziela, 4 października 2015

Zew natury i tarta z marcepanem i jabłkami
























Korzystam z pięknej pogody i nie robię nic.
Fajnie jest zrobić sobie wagary. A jeśli jeszcze nikt nas nie będzie wzywał na dywanik z ich powodu, to tym większa przyjemność.
Co robicie w tak piękną niedzielę. Tylko nie mówcie, że siedzicie przed telewizorem i katujecie się „Kawą na ławę” lub sprzątacie z powierzchni Ziemi kolejny statek obcych.
Nie ma dziś usprawiedliwienia dla siedzenia w domu.
Proszę natychmiast wyjąć z piwnicy rower, odkurzyć wygodne buty lub spakować plecaczek i ruszyć szanowne cztery litery.
Wszystko jedno czy tylko do pobliskiego parku czy w Bieszczady.
Jeśli tego nie zrobicie dzisiaj, to w czwartek będziecie mogli sobie pluć w brodę. Ale wtedy będzie już za późno.
Bo w czwartek przyjdzie zło. Zło zimne, oślizgłe i bezlitosne. Będzie miało na imię „Zmiana pogody”.
I na nic będą tęskne spojrzenia w stronę półki z sandałami. Na nic wyrzuty sumienia, że „piękna była niedziela, a ja ją przespałam
To se ne wrati, moi mili.
Zamykamy więc laptopy, chowamy pilota do szuflady i ruszamy.
Pogrzebmy w liściach i przypomnijmy sobie jak to było, kiedy majstrowało się kasztanowe krówki i niedźwiedzie.
Kto z was pamięta jakie to uczucie zamknąć w dłoni świeżego, jeszcze lekko wilgotnego kasztana?
No, właśnie.
Spróbujcie a zobaczycie, że radość w zbieraniu kasztanów nie ma nic wspólnego z wiekiem.
Tylko pośpieszcie się, niedziela nie będzie trwać wiecznie. Powiem więcej: dziś jest jej mniej niż tydzień temu.

Za miastem przyroda naprodukowała tyle dobra, że nawet możemy mieć namacalną korzyść z takich wagarów. Jabłka aż proszą się o wykorzystanie.
Wniosek jest jeden: nie ma co szukać wymówki. Dziś żadna wymówka nie będzie dobra.

















Tarta z marcepanem i jabłkami
(forma o średnicy 24 cm)

100g zimnego masła
2 łyżki cukru pudru
1,5 szklanki mąki pszennej
3 łyżki zimnej kwaśnej śmietany
1 żółtko

kostka miękkiego marcepanu (kupiłam w Lidlu)
1 kg kwaskowatych jabłek
100 ml kremówki
1 jajko
4 łyżki konfitury morelowej

Ciasto:
szybko zagniatamy składniki ciasta, formujemy kulę, spłaszczamy ją ręką, wkładamy do woreczka i umieszczamy na godzinę w lodówce.
Po godzinie włączamy piekarnik i nagrzewamy go do 180 stopni. Ciasto wyjmujemy z lodówki i rozwałkowujemy na placek. Wykładamy nim formę (najlepiej taką z wyjmowanym dnem), ocinając kawałki ciasta, wystające poza formę.
Nakłuwamy ciasto widelcem i wkładamy do piekarnika na 15 minut.
Podpieczone ciasto wyjmujemy z pieca i studzimy. Nie wyłączamy piekarnika.
W tym czasie kroimy obrane jabłka na ćwiartki. Ćwiartki kroimy w cienkie plasterki.
Na wystudzone ciasto kładziemy plastry marcepanu.
Jak go doprowadzić do płaskiej postaci?
Trzeba go rozwałkować. Najlepiej kroić go na plastry, posypać z obu stron cukrem pudrem (dzięki temu nie przylepi się do deski i wałka) i wałkować do otrzymania placka o grubości około 2 milimetrów. Tym sposobem pokryjemy ciasto kilkoma (tak jest łatwiej) marcepanowymi plackami zamiast jednym dużym (trudno go rozwałkować a potem przenieść).
Na warstwę marcepanową układamy plasterki jabłek. Robimy to ciasno, troszkę na wzór łusek.
W miseczce rozmącamy jajko ze śmietaną i wylewamy na jabłka.
Wstawiamy formę do piekarnika i pieczemy 40 minut.
Upieczone ciasto smarujemy podgrzaną konfiturą morelową.
























Jesień w całej okazałości na talerzu. No, może z małym letnim elementem, w postaci lodów waniliowych.






Smacznego

wtorek, 2 grudnia 2014

Pójście na łatwiznę czyli szybki deser jabłkowy na wszelki wypadek


























Znów przepis z gatunku „natychmiast”.
Idąc z pracy kupujemy gotowe kruche ciasto i renety. W domu, krzątając się wokół obiadu, robimy deser. Zanim się obejrzymy i przełkniemy ostatni kęs obiadu, w mieszkaniu zapachnie jabłkami i cynamonem.
Zamiast pieczonych jabłek, wypełnionych miodem, zróbmy jabłkową wariację z orzechami i cynamonem.
Ciekawa jestem czy wasze pierniki już leżakują. Ja zlekceważyłam pierniki.
Póki co spokojnie podchodzę do najbliższych planów. Jakieś porządki, jakieś zakupy, jakaś ryba, jakieś przygotowania. Może od jutra?

Wybrałam się dziś na rekonesans przedświąteczny. Pojechałam pełna wiary i optymizmu. Wróciłam z pustymi rękami, obłędem w oku i niechęcią do kolejnych wypraw zakupowych. Znów to samo.
Może wrócę do wiary w świętego Mikołaja i jemu zostawię organizowanie prezentów.
Na razie wolę upiec jabłka.
Pięknie pachną.


























Jabłkowe róże
na 4 foremki

kruche ciasto

2 szare renety
100ml kremówki
2 łyżki cukru pudru
1 jajko
3 łyżki mielonych orzechów laskowych
1 łyżeczka cynamonu
oraz
5 łyżek galaretki pigwowej (lub jakiejkolwiek ulubionej konfitury)

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.
Przygotowujemy ciasto.
Tutaj znajdziecie przepis na kruche ciasto. Tym razem z braku czasu poszłam na łatwiznę i w drodze do domu kupiłam gotowe kruche. Nie zawsze trzeba być idealnym.
Resztę kruchego ciasta możemy przeznaczyć na ciasteczka, które potem pomalujemy lukrem i posypiemy np. cukrowym śniegiem. Będzie jak znalazł zamiast (lub obok) pierniczków.

Foremki wykładamy kruchym ciastem. Obcinamy końcówki, zwisające poza krawędzie.
Nakłuwamy ciasto widelcem.
Miksujemy jajko, śmietanę, cukier, orzechy i cynamon. Wlewamy po równo do foremek z ciastem i wkładamy do lodówki, póki nie obierzemy jabłek.
Obieramy renety za skórki. Nożem do obierania kroimy jabłko na długi cienki pasek. Mnie wyszło to średnio ale winię za to jabłka. Były już zdecydowanie przywiędłe. Może jędrniejsze kroiły by się ładniej.
Wyjmujemy foremki z ciastem z lodówki i staramy się ułożyć paski jabłka na kształt róży. Zaczynamy od środka foremki i owijamy pasek w kierunku brzegów formy.
Moje zawijanie odbyło się fragmentarycznie, bo pasek jabłka był pocięty niemiłosiernie. Ale i tak jestem zadowolona z rezultatu.
W garnuszku podgrzewamy galaretkę lub konfiturę i smarujemy paski jabłka.
Wkładamy foremki do piekarnika i pieczemy 30 minut.
Po wyjęciu możemy jeszcze raz przesmarować wierzch ciastek konfiturą.




Są urocze, są pyszne, są doskonałe na wtorek (na środę i czwartek też).

Smacznego

niedziela, 13 kwietnia 2014

Obcy przybysze i szarlotka pomarańczowa























Zanim zacznę planować ciasta na Wielkanoc, upiekę ciasto, które jest chyba najbardziej domowym z ciast. To pierwsze ciasto upieczone samodzielnie w głębokiej podstawówce. Nie wiem czy przepis był taki jak ten dzisiejszy ale smak na pewno.
Jabłka zapakowane jesienią do słoika, przesmażone z dodatkiem skórki pomarańczowej leżały spokojnie na półce.
Kiedy otwierałam słoik nie miałam w planach pieczenia szarlotki. Zajrzałam do słoika przekonana, że znajdę w nim szaro zielone życie. Ale zmasowany atak oszałamiającego zapachu był dowodem na całkiem niezłą kondycję moich przetworów. To ostatni słoik smażonych jabłek. Pożegnam nim zeszłoroczny sezon zaprawowy. I zapomnę o jabłkach na najbliższe miesiące. Te, które od czasu do czasu kupuję w akcie desperacji wprawiają mnie w smutny nastrój, bo nijak nie przypominają jabłek jesiennych.
Obok nich leżą pomelo, pitaje, tamarillo, grenadiny i inne dziwadła. I kupuję je czasami. Tylko po to, żeby zaraz zatęsknić za kosztelą czy koksą.
Właśnie taki zamorski zakup spowodował moje zainteresowanie szarlotką. Każdy z tych obcych owoców jest ogromnym rozczarowaniem. Najbardziej efektowne są z zewnątrz. Potem, czyli po zajrzeniu do wnętrza jest już gorzej. Ni to agrest, ni to kiwi, a pitaja to lutowy ogórek w smaku.
Choć, po przekrojeniu jego dekoracyjność jest niezaprzeczalna.
Kiedy chcę popatrzeć na martwą naturę to wybieram Gauguina.
Wzięłam więc słoik pełen pachnącego października i bez wahania upiekłam szarlotkę.
























Szarlotka jabłkowo pomarańczowa

kruche ciasto do szarlotki

2 szklanki mąki
125 g zimnego masła
2 żółtka
2 łyżki kwaśnej śmietany
2 łyżki cukru pudru
1 łyżka spirytusu
starta skórka z jednej pomarańczy

nadzienie jabłkowe

słoik z zeszłorocznych zapasów lub:
1 kilogram kwaśnych jabłek
sok z jednej pomarańczy
skórka starta z jednej pomarańczy
pół szklanki cukru (lub więcej, jeśli lubicie słodsze klimaty)

Zaczynamy do ciasta. Jak zawsze w przypadku kruchych ciast, szybko zagniatamy masło z resztę składników (najlepiej mikserem lu zimnymi rękami). Kulę ciasta dzielimy na dwie części. Rozpłaszczamy je (łatwiej je będzie potem rozwałkować), wkładamy do woreczków i chowamy na godzinę w lodówce.

Jabłka obieramy, kroimy na cząstki i wkładamy do rondla. Wlewamy sok pomarańczowy, wsypujemy cukier i skórkę. Mieszamy i na małym ogniu gotujemy do momentu aż zmiękną a woda odparuje. Kiedy jabłka będą miały gęstość konfitur, wyłączmy ogień i pozwalamy jabłkom ostygnąć.

Nagrzewamy piekarnik do 190 stopni.

Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki. Rozwałkowujemy jedną część ciasta i wykładamy nią formę. Nakłuwamy widelcem i wkładamy do gorącego piekarnika. Podpiekamy spód 15 minut, potem je wyjmujemy z piekarnika i studzimy.
Potem na podpieczony spód wykładamy jabłka.
Drugą część ciasta rozwałkowujemy na placek wielkości formy i przykrywamy nim jabłka. Sklejamy brzegi ciasta, smarujemy rozmąconym jajkiem i pieczemy 25-30 minut.

Możemy powierzchnię ciasta posypać płatkami migdałowymi przed włożeniem do piekarnika lub posypać cukrem pudrem po wystygnięciu. Ja użyłam roztopionej czekolady. Do jabłek i aromatu pomarańczy pasowała idealnie.

Ciasto jest świetne na zimno i na ciepło z łyżką gęstego jogurtu.






Smacznego

czwartek, 29 sierpnia 2013

Racuszki jak u mamy i pobożne życzenia




Jestem już dużą dziewczynką. Sama sobie umiem zrobić śniadanie i zasznurować buty. Ale czasami chciałabym znów być dzieckiem. Wleźć mamie na kolana i wierzyć, że teraz świat nie ma do mnie dostępu. Albo schować się pod kołdrę, wierząc, że potwory z pod łóżka nie dotkną mojej stopy.
Dorosłość ma swoją cenę. Świetnie jest się napić wina i nie tłumaczyć się z późnego powrotu. Decyzje czy spędzić noc w domu czy może na ławce, musisz podjąć samodzielnie. Codziennie podejmujemy decyzje. Ważne, nieważne. Ale zawsze z konsekwencjami.
Dostajemy upragnioną dorosłość a z nią, w bonusie, niepewność, wątpliwości, wahania, rozterki.
Czasami świat, mimo lata wydaje się szary i przykurzony.
Wtedy dobrze by było schować się w szafie. Na chwilkę. Do czasu aż znów zaświeci słońce.
Skoro szafa zamknięta a mama daleko,  muszę znaleźć inny rodzaj terapii. W mieszanie, ważenie, ugniatanie, krojenie i wałkowanie wkładam wszystkie swoje niechciane emocje. Miażdżę wałkiem ciasteczka, ugniatam prasą ziemniaki, siekam na tarce ogórki i ubijam śmietanę. Jaka agresja! Ile w tym pasji!
A jakie pożyteczne i zadowalające tego skutki! Gdyby zawsze ludzkie frustracje prowadziły do takich budujących rezultatów. Kuchnia jest chyba jednym z nielicznych miejsc gdzie miażdżenie wychodzi na zdrowie a siekanie kończy się smakowicie.
Zamiast wymyślać więc rodzaje odwetu i formy zemsty wrócę do czasów, kiedy świat zdobywałam z łukiem w ręku, biegając po dachach. Wtedy po kolejnej bitwie stoczonej na podwórku, mama stawiała na stole talerz złocistych placuszków.
Świat odzyskiwał barwy a ja siły do kolejnych potyczek. Życie Winnetou nie było łatwe.


Racuszki jak u mamy

2,5 szklanki mąki pszennej
1 jajko
3 łyżki cukru
pół litra kefiru
ćwierć łyżeczki soli
1 łyżeczka sody oczyszczonej lub proszku do pieczenia
olej lub do smażenia

Miksujemy wszystkie składniki  do uzyskania gładkiej masy o gęstości kwaśnej śmietany.  Na patelni rozgrzewamy olej i łyżką kładziemy porcje ciasta. Smażymy aż nie staną się złociste. Wtedy odwracamy je na drugą stronę.
Usmażone kładziemy na papierowy ręcznik. Posypujemy cukrem pudrem lub polewamy miodem lub syropem klonowym.
Do ciasta możemy dodać owoce. Jabłka są oczywistą oczywistością. Kroimy jabłko na plastry i wrzucamy do zamieszanego ciasta. Potem smażymy jak wyżej. Zamiast jabłek można dodać gruszki albo morele (to moja ulubiona wersja).



W każdym wypadku stojąc przed talerzem pachnących placuszków mam wrażenie deja vu. Gdzieś, kiedyś, ktoś…

Smacznego

niedziela, 24 lutego 2013

Trudna sztuka wyboru i szarlotka z kremem waniliowym




Mam godzinę. A do zrobienia: upieczenie ciasta, odpisanie na dwa maile, odrobienie zadania domowego, wyprasowanie sterty rzeczy z tygodnia. Krótko mówiąc niemożliwe. Ale niemożliwe to moje drugie imię. Najważniejsze to zrobić plan.
Prasowanie? Jeśli czekało tydzień, może poczekać jeszcze jeden czy dwa dni.
Zadanie domowe? Hm… Jeszcze cały dzień przede mną. Na pewno w którymś momencie zrobię.
Maile? Ten punkt związany jest z ciastem. Musze wybrać takie, które pozwoli mi na mailową przerwę.
Kruche? Te lubię najbardziej. I ma potrzebną mi godzinę.



Szybciutka szarlotka z kremem waniliowym

Na ciasto:
forma o średnicy 17 cm
100 g masła
pół szklanki mąki
pół szklanki mielonych migdałów
1 żółtko
2 łyżki drobnego cukru
1 łyżka kwaśnej śmietany
Szczypta soli

Na jabłkowe nadzienie:
5 jabłek (idealne są renety)
5 łyżek cukru
1 łyżeczka soku z cytryny
skórka otarta z jednej cytryny

Na krem:
szklanka mleka
pół szklanki kremówki.
3 żółtka
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka mąki pszennej
1 łyżeczka esencji waniliowej
3 łyżki cukru

Siekamy masło z pozostałymi składnikami. Nie lenimy się, bo masło musi pozostać zimne. Najlepiej powierzyć to zadanie mikserowi. On na pewno nie ma ciepłych rąk. Po minucie ciasto wyjmujemy z miksera, rozpłaszczamy  ręką (takie łatwiej potem rozwałkować) i wkładamy na godzinę do lodówki.
Część tej godziny wykorzystujemy na zrobienie nadzienia jabłkowego. Obieramy jabłka, kroimy na plastry i wrzucamy do garnka z nieprzywierającym dnem. Sypiemy cukier i cytrynowe dodatki. Na niezbyt dużym ogniu smażymy jabłka. Renety nie mają za dużo wody, więc po kwadransie powinny być już gotowe. Lubię, kiedy jabłka nie są jeszcze musem jabłkowym, więc pilnuję ich skrupulatnie.

Studzimy jabłka i bierzemy się za zrobienie kremu. 
Odlewamy ćwierć szklanki mleka. Miksujemy je z żółtkami i obiema mąkami. Robimy to starannie, żeby nie było grudek.
Resztę mleka z kremówką i cukrem zagotowujemy. Wlewamy mieszankę mleczno - jajeczną i energicznie  mieszamy. Co tu dużo mówić, robimy budyń po prostu. Niech nie będzie zbyt gęsty, bo trzeba go będzie rozprowadzić na jabłkach. Lekko go studzimy.



Zostało nam do wykorzystania około 35 minut, zanim wyjmiemy ciasto z lodówki. Ja grzecznie usiadłam do napisania maili. Nawet zerknęłam do książki z zadaniem. Kiedy przyjdzie czas na kawę, szarlotka będzie dokładnie na czas.
Kiedy już ciasto odstało swoje w chłodzie, włączamy piekarnik na 180 stopni.
Ciasto dzielimy na dwie części. Jedną rozwałkowujmy i wykładamy nią dno formy. Nakłuwamy widelcem i pieczemy 20-25 minut.
Potem je studzimy i wykładamy na nie podpieczone jabłka. Robimy to dokładnie, bo za chwilę wylejemy krem waniliowy. Każda dziurka, to dla niego droga ucieczki.
Na jabłka wylewamy krem waniliowy.
Rozwałkowujemy drugą część ciasta i przykrywamy krem. Robimy nożem kilka dziurek i wstawiamy do piekarnika na 35-40 minut.
Wyjmujemy, studzimy kwadrans i kroimy jeszcze ciepłe. Jeśli zostanie, to zimne, też jest pyszne.




Życzę wam smacznego i oby pośpiech was dziś nie dotyczył.