Pokazywanie postów oznaczonych etykietą placuszki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą placuszki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 sierpnia 2013

Racuszki jak u mamy i pobożne życzenia




Jestem już dużą dziewczynką. Sama sobie umiem zrobić śniadanie i zasznurować buty. Ale czasami chciałabym znów być dzieckiem. Wleźć mamie na kolana i wierzyć, że teraz świat nie ma do mnie dostępu. Albo schować się pod kołdrę, wierząc, że potwory z pod łóżka nie dotkną mojej stopy.
Dorosłość ma swoją cenę. Świetnie jest się napić wina i nie tłumaczyć się z późnego powrotu. Decyzje czy spędzić noc w domu czy może na ławce, musisz podjąć samodzielnie. Codziennie podejmujemy decyzje. Ważne, nieważne. Ale zawsze z konsekwencjami.
Dostajemy upragnioną dorosłość a z nią, w bonusie, niepewność, wątpliwości, wahania, rozterki.
Czasami świat, mimo lata wydaje się szary i przykurzony.
Wtedy dobrze by było schować się w szafie. Na chwilkę. Do czasu aż znów zaświeci słońce.
Skoro szafa zamknięta a mama daleko,  muszę znaleźć inny rodzaj terapii. W mieszanie, ważenie, ugniatanie, krojenie i wałkowanie wkładam wszystkie swoje niechciane emocje. Miażdżę wałkiem ciasteczka, ugniatam prasą ziemniaki, siekam na tarce ogórki i ubijam śmietanę. Jaka agresja! Ile w tym pasji!
A jakie pożyteczne i zadowalające tego skutki! Gdyby zawsze ludzkie frustracje prowadziły do takich budujących rezultatów. Kuchnia jest chyba jednym z nielicznych miejsc gdzie miażdżenie wychodzi na zdrowie a siekanie kończy się smakowicie.
Zamiast wymyślać więc rodzaje odwetu i formy zemsty wrócę do czasów, kiedy świat zdobywałam z łukiem w ręku, biegając po dachach. Wtedy po kolejnej bitwie stoczonej na podwórku, mama stawiała na stole talerz złocistych placuszków.
Świat odzyskiwał barwy a ja siły do kolejnych potyczek. Życie Winnetou nie było łatwe.


Racuszki jak u mamy

2,5 szklanki mąki pszennej
1 jajko
3 łyżki cukru
pół litra kefiru
ćwierć łyżeczki soli
1 łyżeczka sody oczyszczonej lub proszku do pieczenia
olej lub do smażenia

Miksujemy wszystkie składniki  do uzyskania gładkiej masy o gęstości kwaśnej śmietany.  Na patelni rozgrzewamy olej i łyżką kładziemy porcje ciasta. Smażymy aż nie staną się złociste. Wtedy odwracamy je na drugą stronę.
Usmażone kładziemy na papierowy ręcznik. Posypujemy cukrem pudrem lub polewamy miodem lub syropem klonowym.
Do ciasta możemy dodać owoce. Jabłka są oczywistą oczywistością. Kroimy jabłko na plastry i wrzucamy do zamieszanego ciasta. Potem smażymy jak wyżej. Zamiast jabłek można dodać gruszki albo morele (to moja ulubiona wersja).



W każdym wypadku stojąc przed talerzem pachnących placuszków mam wrażenie deja vu. Gdzieś, kiedyś, ktoś…

Smacznego

środa, 16 maja 2012

W egzotycznym klimacie czyli zupa kokosowa z żółtą soczewicą i coś jeszcze




Co pewien czas nachodzi mnie potrzeba zjedzenia placków. Te ziemniaczane, chrupkie na brzegach, pachnące czosnkiem najlepiej smaży moja Mama. Ani mi w głowie próbować jej dorównać. Mistrzostwo świata w plackach, pierogach i naleśnikach należy bezapelacyjnie do Niej.
Ale są placuszki, które uwielbiam, a które są moją specjalnością.  Wtedy wyciągam wór mąki z ciecierzycy i ogłaszam dni kuchni indyjskiej. Smażę pakory. Zazwyczaj na plackach się nie kończy. One są początkiem hinduskiego ciągu. Dopiero MMŻ przytomnie zauważa, że może byśmy już Perłę w Koronie na jakiś czas opuścili. Ale raz za razem historia mojej indyjskiej histerii się powtarza.
Zieleniny na rynku coraz więcej, więc wariacje na temat są praktycznie nieograniczone. A na dodatek dobra dusza ogłosiła akcję na temat wyżej wspomnianej kuchni .
Mnie nie trzeba namawiać do zabawy z indyjskimi smakami. Po włoskiej i tajskiej, to mój ulubiony zakątek kuchni. Kolory, smaki, zapachy, którymi eksperymentuję pod naszą szerokością geograficzną, blado się zapewne mają do oryginalnej kuchni indyjskiej. To jak porównać Damę z Łasiczką z Muzeum Czartoryskich do jej kopii, kupionej przy bramie Floriańskiej. Choć chęci mi nie brakuje.
Wyprawa do Indii ciągle jeszcze jest na liście marzeń do zrealizowania. A wtedy będę mądrzejsza o całe tysiące kilometrów. Na razie musi mi starczyć wyobraźnia i słoiczki niezliczonych przypraw.
Do wspomnianych placuszków możecie zajrzeć tutaj, bo warte są grzechu. Gdy zrobicie do nich kurczaka tandoori, to dotkniecie koniuszkiem języka półwyspu indyjskiego.
Z kurczakiem jest trochę zachodu, więc jeśli chcecie Indii a nie chcecie się napracować, to ugotujcie zupę. Pięknie żółtą, pachnącą i zapełniającą żołądek w sposób bardzo satysfakcjonujący.


Zupa kokosowa z żółtą soczewicą:

1 cebula
3 ząbki czosnku
kawałek chili (jego wielkość zależy od ostrości)
1 łyżeczka kuminu (zmielonego)
1 łyżeczka kolendry (zmielonej)
1 łyżeczka przyprawy curry
pół łyżeczki cynamonu
1 szklanka bulionu (warzywnego lub z kurczaka)
1 puszka mleczka kokosowego
3 ziemniaki obrane i pokrojone w kostkę
1/3 szklanki żółtej soczewicy
sól do smaku
1 łyżeczka soku z cytryny
olej do smażenia

Zaczynamy od rozgrzania w rondlu oleju. Kiedy będzie gorący wrzucamy do środka pokrojoną w kostkę cebulę, czosnek, chili i ziemniaki. Obsmażamy przez chwilkę i posypujemy przyprawami: kuminem, kolendrą, cynamonem i curry. Smażymy mieszając aż po kuchni zaczną pełzać upojne zapachy. Wlewamy bulion i zagotowujemy. Wsypujemy przepłukaną na sicie ciecierzycę i gotujemy z pięć minut. Dolewamy mleczko kokosowe i gotujemy na niewielkim ogniu do momentu, aż soczewica będzie miękka. O ziemniakach nie mówię, bo one nie wymagają troski. Ugotują się niejako przy okazji. Doprawiamy zupę solą i odrobiną soku z cytryny.

Jeśli się powiedziało zupa, to może warto pójść dalej.
Kurczak tandoori jest tandoori w cudzysłowie. Nie mam pieca do jego upieczenia ale piekarnik jest niezłym zastępstwem. Też jest gorący.  A robi się takiego kurczaka równie prosto jak zupę.



Kurczak tandoori:

3 udka z kurczaka
1 opakowanie naturalnego jogurtu
2 ząbki czosnku
1 łyżka pokrojonego imbiru
1 mała cebula
1 łyżeczka kuminu
1 łyżeczka kolendry
1 łyżeczka garam masala
Pół łyżeczki kurkumy
1 łyżka soku z cytryny
pół łyżeczki soli
odrobina czerwonego spożywczego barwnika

Kurczaka musimy umyć  i osuszyć papierowym ręcznikiem. Potem obierammy go ze skóry i pozbywamy się kości. Wszystkie składniki marynaty miksujemy blenderem na gładką masę i zalewamy nią kurczaka. Wystarczy mu, jeśli poleży w marynacie 3-4 godzinki, choć nie ukrywam, że moczenie się przez noc robi z kurczaka smakowe zjawisko.
Potem rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Na ruszcie kładziemy wyjętego z marynaty kurczaka i pieczemy 35-40 minut. Pamiętajcie o blaszce pod rusztem, bo marynata w trakcie pieczenia będzie ściekać. Obiad będzie smaczny, ale robota z myciem piekarnika odpędzi was od kuchni indyjskiej na dobre kilka miesięcy. Lepiej się zabezpieczyć przed niespodziankami.

Mamy więc zupę, kurczaka i może pakory. Kuchnia indyjska całą zadowoloną gębą.

                           A to moje ukochane pakory z ciecierzycy

Smacznego i pędzę zdobić jakiś jogurtowy deser. Może  z wodą różaną?

Kłaniam się wam nisko i pozdrawiam

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Placuszki bananowe i królestwo kobiet





Królestwo kobiet.
Nasz dom opanowały dziś kobiety. Zazwyczaj siły rozkładają się równomiernie. Jeden On i jedna Ona czyli ja i MMŻ. Czasami mamy niewielką żeńską przewagę w osobie mojej Mamy. Najczęściej  jednak rodzaju męskiego jest zdecydowanie więcej. Przynajmniej w kategoriach wagowych. MMŻ do mizernych nie należy, więc  żeby zrównoważyć  element  żeński, musimy być przynajmniej we dwie.
Rzadko zdarzają się dni, kiedy my, kobiety, rośniemy w siłę. Jesteśmy w przewadze liczebnej i wtedy pierwiastek męski jest w mniejszości. Jeszcze rzadziej jest tak, że płeć piękna stanowi sto procent domowników. Taki moment nastąpił dzisiaj. MMŻ pognał do cywilizacji załatwiać najważniejsze sprawy świata (zauważyłyście, że faceci zawsze mają do załatwienia sprawy, od których zależą losy ludzkości?). W domu pozostały trzy pokolenia kobiet w ilości znacznie przekraczającej średnią roczną. Czyli, jak na nasze codzienne warunki -  tłok.
Co robiłyśmy, biorąc pod uwagę, że wszystkie miałyśmy wolne od codziennych obowiązków? Czytałyśmy, robiłyśmy testy z angielskiego, projektowałyśmy strony internetowe, pisałyśmy reportaże, myłyśmy włosy,  piekłyśmy sernik, piłyśmy wino i gadałyśmy, gadałyśmy.  I zrobiłyśmy sobie ucztę , która raczej nie znalazłaby się w kręgu zainteresowań MMŻ.
Najpierw śniadanie, czyli jajeczko na miękko i grzanki z miodem.
Obiad obfitował w placuszki bananowe z sosem czekoladowym. MMŻ powiedziałby na to: super, deser niezły, a co na obiad?
Różnice płciowe są niezaprzeczalne. Nawet w sferze upodobań kulinarnych. Próby udawania,  że kobieta może być mężczyzną są skazane na klęskę.
Zauważyliście, że w odwrotnym kierunku, czyli próby udawania, że mężczyzna jest kobietą, deprecjonują faceta. I to nie tylko w oczach innych samców.
Wiem, że na temat różnic między płciami zapisano połowę dżungli amazońskiej i niejeden krater na księżycu dało by się zapełnić atramentem, wypisanym na kartkach manifestów pro i anty męskich.
Zastanawia mnie tylko, dlaczego faceci nie protestują.. Czemu nie organizują marszów z hasłami : Kobieta nasz wróg! Ręce precz od naszych penisów!
Mam na ten temat swoją teorię. Żyję pod jednym dachem z absolutnie męskim przedstawicielem swojej płci  i swoje wiem.
Wiecie, czemu nie ma jeszcze prężnie działającego ruchu na rzecz ocalenia rodu męskiego?
Z lenistwa.
Facet jest na tyle mądry, żeby nie wyrywać kobiecie  z ręki kierownicy, miotły, dziecka, młotka, podpisywanej właśnie umowy czy poziomicy. Skoro Ona tak rwie się do działania, to On może sobie poleżeć, pójść z kolegami do pubu, pogapić się w telewizor czy poprzyglądać się efektom Jej samodzielności.
Chcecie do kopalni? Proszę bardzo.
Lubicie być dyspozycyjne 24 h na dobę? Nie ma sprawy.
Znam wiele kobiet, udowadniających mężczyznom na każdym kroku, że są od nich lepsze.
I wiecie, co zauważyłam?... że to my z nimi konkurujemy. A nie oni z nami.
Czy naprawdę o to nam chodziło? Czy mężczyzna to nasz wróg? Chorobliwe dążenie do równości prowadzi do groteski.
Równość podobnie jak obiektywizm nie istnieje.

W opozycji do tak ważkiego tematu, który był tematem bardzo kobiecego dnia, postanowiłyśmy zrobić na obiad danie na wskroś lekkie. Nie dość, że słodkie, to na dodatek bananowe. Czepialscy doszukaliby się aluzji.  Banan, kształt, konsumpcja.  A co tam…



Placuszki bananowe
(ilość dla czterech przedstawicielek płci pięknej lub jednego dziwnego reprezentanta płci innej)

1,5 szklanki mąki
2 jajka
2 łyżki cukru
1 łyżka proszku do pieczenia
1 szklanka mleka
pół łyżeczki cynamonu
1 łyżka stopionego masła
szczypta soli
3 banany

do smażenia:
olej

do posypania:
cukier puder lub sos czekoladowy, lub płynny miód

Miksujemy wszystkie składniki ciasta i odstawiamy na pół godziny. Obieramy banany i kroimy na plasterki. Po pół godzinie dodajemy banany do ciasta. Rozgrzewamy patelnię z olejem i smażymy placuszki na złoty kolor. Odkładamy na papierowe ręczniki, żeby odsączyć z nadmiaru tłuszczu.
Wystawiamy stół na taras czy trawę i rozkładamy talerze. Obok stosu placuszków stawiamy dzbanek z miodem, miseczkę z cukrem pudrem lub sosjerkę z sosem czekoladowym.
I cieszymy się swoim towarzystwem i aromatem bananów. I gadamy do woli.




Smacznego