Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morele. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 sierpnia 2018

Moja Konopielka i kruche ciasto z kremem z białej czekolady i frużeliną morelową


























- Ojejku, oni tu mają też mikser!!!
- No, nie. Zamiast cepa i grabi?

Oniemiałam na entuzjastyczny okrzyk znajomej. Co to znaczy "mają też mikser"? 
Rozumiem, że kiedy przybywa się z wielkiego, około stołecznego świata, to chata za wsią może się wydawać reliktem z kart książki historycznej. Ale, na boga, mamy XXI wiek i do niektórych wsi dociągnięto elektryczność a wodę przestaliśmy nosić wiadrami ze studni jakieś 50 lat temu.
Jeszcze chwila i padnie pytanie czy ciągle śpimy pokotem na jednym sienniku razem z bydłem domowym.
Albo ja jestem kosmitą albo ona.

Kiedyś moje podekscytowanie krową (O, jaka ona wielka!) wprawiło w zachwyt MMŻ ale nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy poddać w wątpliwość obecność linii telefonicznej czy bieżącej wody w kranie.
Ostrożność z jaką niektórzy „miastowi” traktują naszą zagrodę jest godna opisania.

Owszem, na początku są „ochy i achy”. Jak tu zielono!; jak tu cicho!; jak tu uroczo! Ojej! Jak w Prowansji! 
A potem okazuje się, że nie ma czarującego pałacyku z kortem tenisowym i basenem. Ha, co więcej, nie ma Jana ani Marysi, przynoszących drinki z palemką.
Co gorsza, gotowanie odbywa się na piecu węglowym jak za czasów mojej prababci.

Zwykła łazienka z prysznicem (ONI MAJĄ ŁAZIENKĘ!!), ciepła woda, kawiarka i MIKSER! to nieco rozczarowujące minimum.

Konopielka wciąż krąży we krwi.

Tarnina została wzięta za borówkę amerykańską, ogórki były jedzone ze skórką, a grzyby usmażono robaczywe. Dziwni ci miastowi.

Nie wiem czy jedzenie podane na stół nie było zgrzytem w tej naszej siermiężnej rzeczywistości. Gazpacho, koreańskie skrzydełka, leczo, curry z bakłażanem brzmią z lekka nie na miejscu. Ale były też racuszki drożdżowe z świeżutką konfiturą i naleśniki z miodem.
Powinnam dla dodania kolorytu podawać kaszę ze skwarkami we wspólnej misie i drewniane łychy.

Jeśli jednak dodam do tego świeże powietrze, zapach macierzanki, śliwki i jabłka zrywane z drzewa oraz zęby zanurzone w dopiero co własnoręcznie zerwanym pomidorze, to myślę, że nawet ten wielki świat nie ma powodów do narzekania.


















A jeśli ma, to zapraszam go ponownie na
ciasto z kremem z białej czekolady i frużeliną morelową.

Kruche ciasto:
100 g zimnego masła
30 g smalcu
200 g mąki
2 łyżki drobnego cukru
otarta skórka z cytryny
Szczypta soli
1 żółtko
2 łyżki lodowatej wody
okrągła forma do tarty (najlepiej z wyjmowanym spodem) o średnicy 24 cm

Wszystkie składniki siekamy nożem lub miksujemy w mikserze, owijamy folią na godzinę i chłodzimy godzinę w lodówce.
Wyjmujemy ciasto z lodówki i rozwałkowujemy. Wykładamy nim formę do pieczenia. Znów chłodzimy formę z ciastem pół godziny.
W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 190 stopni. Przykrywamy ciasto (po wyjęciu z lodówki) papierem do pieczenia i wsypujemy np. fasolę lub ciecierzycę, by je obciążyć.
Pieczemy ciasto 14 minut a następnie zdejmujemy papier z obciążeniem i pieczemy jeszcze 10 minut.
Upieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika do wystygnięcia.

Krem z białej czekolady:
100 g białej czekolady
200 ml kremówki
250 g mascarpone
W kąpieli wodnej rozpuszczamy białą czekoladę (patrz tutaj) a następnie studzimy.
Do misy miksera wkładamy mascarpone i kremówkę. Ubijamy na krem; nie za długo bo przy obecnych upałach o zwarzenie się kremu nietrudno.
Do kremu dodajemy łyżkę białej czekolady. Delikatnie mieszamy. Kiedy zawarcie znajomości mascarpone z czekoladą zakończy się sukcesem, dodajemy resztę czekolady i delikatnie mieszamy. Wykładamy krem na upieczone ciasto i umieszczamy w lodówce.

Frużelina morelowa:
1 kg moreli
2 łyżki cukru
1 łyżka żelatyny
1 łyżka mąki ziemniaczanej
Morele myjemy, osuszamy, wyjmujemy pestki, dzieląc owoc na połówki.
Zasypujemy cukrem i zostawiamy na 10 minut. Potem stawiamy na małym ogniu. Podgrzewamy morele do zagotowania. Mąkę mieszamy z łyżką wody. Wlewamy mieszankę do moreli i doprowadzamy do wrzenia. Zdejmujemy natychmiast po zagotowaniu.
Żelatynę zalewamy 2 łyżkami wody. Kiedy napęcznieje, stawiamy ją na garnuszku z gorącą wodą by się rozpuściła. Gorącą, płynną żelatynę wlewamy do moreli i dokładnie ale delikatnie mieszamy.
Studzimy a kiedy wystygną przykrywamy nimi krem z białej czekolady. Znów wkładamy ciasto do lodówki na pół godziny.

Przed podaniem możemy posypać ciasto listkami tymianku cytrynowego, paseczkami mięty lub posiekanym rozmarynem. 


Smacznego bardzo

piątek, 8 lipca 2016

Piekło, niebo czyli anielski placek morelowy z diabelskim habanero





















Spokojne życie ma to do siebie, że się nudzi. Czasami szaleństwa przyjmują całkiem zaskakującą postać. Zamiast prosto po pracy do domu, żądny urozmaicenia człowiek, wysiada przystanek wcześniej i idzie posiedzieć w parku. Co go tam spotyka? Otóż zieleń, spokój, ptasie trele.
Tylko tyle i aż tyle. I siedzi sobie człowiek na ławce i dziwi się, że świat może tak (to znaczy inaczej) wyglądać.
Trwa w tym osłupieniu do chwili aż znak naszych czasów czyli komórka, ajfon bądź inny smartfon przywoła go do rzeczywistości.
To zaniepokojona opóźnieniem mama, żona, córka bądź teściowa wydobywa nieszczęśnika z błogostanu.
Dziecko odebrać, psa wyprowadzić, samochód umyć, myśli niesforne odegnać.
W tym codziennym harmonogramie zajęć i obowiązków czas na szaleństwa (nawet tak niewinne jak samotny kwadrans w parku) nie są wkalkulowane.
No bo kto to widział. Tak marnować czas?!
Przecież trzeba w tym czasie...no właśnie. Trzeba?
Daliśmy się zagonić w kozi róg. Biegamy jak szaleni od świtu do zmierzchu. Ktoś nam kiedyś obiecał, że komputery ułatwią nam życie. Czyżby?
Technologie służą człowiekowi. Aha. Któremu? Może temu, który nie wyobraża sobie godziny spędzonej na ławce w parku? Albo temu, dla którego odpalenie rano kompa jest ważniejsze niż buziak na dzień dobry. Czasami wydaje mi się, że jest odwrotnie.
Komputer najlepszym przyjacielem człowieka. To hasło inaczej kiedyś brzmiało.
To, co zrobiliśmy z naszym życiem przy użyciu komputerów zadziwiłoby nawet Orwella.
Tony papieru zapisano przestrzegając nas przed nadmiernym eksploatowaniem internetu; że asocjalne, że wykluczające, że powierzchowne, że uzależniające. I co?
Nic.
Nikt z nas nie jest sobie w stanie wyobrazić tygodnia bez niego. Świat by się skończył, zmarli wstali by z grobów a ziemię połknąłby kosmiczny wieloryb.
Próbowaliście wyjechać na urlop i wyłączyć komórkę?
To trudniejsze niż by się wydawało. Nikt nie lubi tracić kontroli. Co prawda, nie wyobrażam sobie nad czym kontrolę można mieć czytając maile, ale niech będzie.
Razu pewnego w uroczej Prowansji MMŻ spędził dwa tygodnie jeżdżąc dookoła Bonnieux i szukając zasięgu. W kraju ojczystym toczyły się jak zwykle Ważne Sprawy i MMŻ ani w głowie miał zachwyty nad mostem w Avignon czy małżami w białym winie.
Od rana zamartwiał się czy złapie zasięg i dotknie swymi wirtualnymi palcami spraw zawodowych.
My zaliczałyśmy zamki markiza de Sade (w celach dydaktycznych ma się rozumieć) i targi śmierdzących serów a MMŻ na kolejnym parkingu urządzał bazę kontaktów ze światem (tym prawdziwym, bo nie urlopowym).
Po powrocie do domu my chwaliłyśmy się nowo nabytymi francuskimi słówkami a MMŻ mógł stworzyć z pamięci mapę zasięgu telefonii komórkowej w rejonie Luberon. Nawet fakt, że chorował na urlopie, przeszedł nie zauważony przez niego.
A wiecie co było najlepsze?
Sprawy, tak nie cierpiące zwłoki w czasie urlopu, po powrocie wyglądały dokładnie tak, jak przed wyjazdem.
Tak, to był niezapomniany urlop.
Może czasami dobrze jest pozwolić sobie na kwadransik nudy?

Ciasto z mojej dzisiejszej propozycji nudne nie jest. O nie.
Anielska w smaku morela może i mogłaby się otrzeć o wątpliwości w tej dziedzinie ale element diabelski skutecznie jej to uniemożliwi.
Papryka i morela? Dlaczego nie?
Spróbujcie.
Prywatnie muszę ogłosić, że w moim rankingu ciast, to znajduje się w ścisłej czołówce. I sama jestem tym zdziwiona. Coś tak prostego może zrobić takie wrażenie! No, no....
Ciasto jest wariacją na temat ciasta z mojego ulubionego call me cupcake.



Kruche ciasto z morelowym nadzieniem i habanero
dla formy o średnicy 22 cm

ciasto:
2 szklanki mąki pszennej
250 g zimnego masła
2 łyżki cukru pudru
kilka gałązek macierzanki lub tymianku cytrynowego (tylko listki)
ćwierć łyżeczki soli
4-5 łyżek lodowatej wody

morelowe nadzienie:
1 kg moreli
4 brązowego cukru
1 łyżeczka esencji waniliowej
1 papryczka habanero*, drobniutko pokrojona (ilość zależy od indywidualnego progu tolerancji ostrości)
4 łyżki mąki ziemniaczanej lub skrobi kukurydzianej

oraz 4 łyżki konfitury morelowej

Wszystkie sypkie składniki ciasta mieszamy. Wrzucamy masło pokrojone w małą kostkę. Siekamy nożem lub pomagamy sobie mikserem. Kiedy ciasto nabierze konsystencji okruchów, wlewamy po łyżce lodowatą wodę. Miksujemy do połączenia się składników w kulę.
Dzielimy ciasto na dwie części, wkładamy do lodówki na godzinę.

Morele dzielimy na ćwiartki. Mieszamy z resztą składników nadzienia.
Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki. Jedną część wałkujemy na placek większy od formy. Najlepiej wałkować ciasto między dwoma kawałkami papieru do pieczenia.
Przekładamy ciasto na formę, wykładając dno i boki formy.
Spód ciasta smarujemy konfiturą morelową. To zapobiegnie namoczeniu ciasta nadzieniem morelowym.
Drugą część ciasta również wałkujemy i tniemy na paski, z których robimy kratownicę na nadzieniu.
Za pomocą widelca przyciskamy brzegi kratki do krawędzi ciasta.
Smarujemy kratkę rozmąconym jajkiem.
Wkładamy ciasto do piekarnika rozgrzanego do 190 stopni i pieczemy 50 minut.
Jeżeli kratka zacznie się zbyt szybko rumienić, przykrywamy ciasto folią aluminiową.
Upieczone ciasto wyjmujemy i studzimy.
Gałka lodów waniliowych jest w tym przypadku jak najbardziej uzasadniona.

* habanero to diabeł wcielony; może i nie wygląda pokaźnie ale tkwi w nim moc oddechu Belzebuba. Uważajcie!






Smacznego

czwartek, 27 sierpnia 2015

Szlifujemy, malujemy, odnawiamy i pieczemy ciasto totalnie morelowe
























Kupiłam sobie szlifierkę. Już dawno żaden zakup tak mnie nie ucieszył jak ten. Aby szlifierce nie było smutno dodałam jej do pary opalarkę. I rzutem na taśmę dorzuciłam zszywacz tapicerski.
W związku z niecodziennymi zakupami mam dziś dla was przepis wyjątkowy,
stary drewniany stół w nowej odsłonie:

Składniki:
1 stół drewniany
1 szlifierka powierzchniowa
1 paczka papieru ściernego
1 butelka rozcieńczalnika
2 pędzle (jeden do zmiatania pyłu, drugi do malowania)
1 puszka lakieru do drewna
1 ścierka do wycierania rąk z farby
Czas pracy: jedno popołudnie

Jak każdy przepis ten też wymaga skompletowania składników.
Tym razem jednak, nie muszą być one w tej samej temperaturze.
Dobrze gdy dysponujecie trawnikiem, werandą, tarasem lub kawałkiem podwórka, bo praca jest pyląca.
I co ważniejsze, mizeraki, osoby o słabych rękach, alergii, skłonności do psikania niech dadzą sobie spokój i poprzestaną na przeczytaniu przepisu.
Autorka nieco przeceniła swoje siły i nie spodziewała się nieprzewidzianych atrakcji i tylko jej ośli upór sprawił, że rzecz została doprowadzona do końca.
Pierwsza niespodzianka to drgania, które ze szlifierki przenoszą się na ręce, ramiona i całą resztę szlifującego. Po kwadransie miałam wrażenie, że wibruje mi zarówno trzeci migdałek jak i kamienie żółciowe.
Druga rzecz to siła. Aby szlifierka się nie znarowiła i nie poniosło jej w diabły, trzeba ją trzymać jak byka za rogi. Mocno, mocno i jeszcze raz mocno. No i trzeba naciskać, bo inaczej stary lakier będziecie pieścić zamiast zdzierać. A przecież nie o przyjemność dla stołu chodzi.

Jeżeli dacie radę, to już po pięciu godzinach przeciętnej wielkości stół będzie stał przed wami goły jak święty turecki.
Potem jeszcze tylko dokładnie odkurzamy, odtłuszczamy rozcieńczalnikiem i malujemy.
Jak dobrze pójdzie to kolację podacie już na dziele rąk waszych.
Kobieta zwariowała, powiecie.
Czasami też mam takie wrażenie. Ale po zbudowaniu w zeszłym tygodniu ceglanej ściany i odnowieniu dziś stołu* nic mnie już nie zdziwi.


Na tym pięknym nowym stole można postawić śliczne morelowe ciasto. Ciekawe co wzbudzi większy zachwyt?



Totalnie morelowe ciasto
forma prostokątna 28 x 20

biszkopt:
3 jajka
3 łyżki cukru pudru
3 łyżki mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
strata skórka z jednej cytryny

do nasączenia
likier morelowy lub syrop morelowy (może być woda z cukrem i cytryną)

krem morelowy:

400 ml kremówki
2 galaretki morelowe
kilka świeżych moreli

do przełożenia:

Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni.
Białka ubijamy na sztywno. Dosypujemy cukier i ubijamy jak na bezę. Do niej dodajemy żółtka i ubijamy jeszcze kilkanaście minut.
Wyłączamy mikser i przesiewamy do miski mąki i dodajemy skórkę z cytryny. Delikatnie mieszamy i wykładamy na dwie blaszki wyłożone papierem do pieczenia.

Używam dwóch blaszek bo zawsze mam problem z przekrojeniem prostokątnego ciasta. Piekąc biszkopt w dwóch formach nie muszę martwić, ze coś mi się rozerwie.

Wkładamy blaszki do piekarnika i pieczemy około 10 minut.
Studzimy.
Wystudzone biszkopty zdejmujemy z papieru i skrapiamy likierem lub sokiem. Jeden z biszkoptów smarujemy konfiturą. Przykrywamy drugim biszkoptem i odkładamy na bok.
Aby zrobić krem rozpuszczamy obie galaretki w szklance wrzątku i studzimy je.
Ubijamy kremówkę i łączymy z wystudzoną galaretką (to bardzo ważne by oba składniki miały podobną temperaturę). Robimy to etapami. Najpierw dodając do galaretki łyżkę śmietany, potem drugą i całą resztę.
Wylewamy krem morelowy na biszkoptowy spód.
Morele kroimy na cząstki i rozrzucamy po kremie (lekko pomagamy sobie łyżką aby je zatopić)
Chłodzimy ciasto w lodówce. Przed podaniem dekorujemy je cząstkami owoców.




I jak sądzicie? Lepiej szlifować czy piec?


Smacznego i dużo satysfakcji wszystko jedno z czego.
* Jeżeli kogoś interesują szczegóły odnawiania, to odpowiem na wszelkie pytania (jeżeli będę znała odpowiedź, oczywiście)

niedziela, 23 sierpnia 2015

Zdanie Margaret Thatcher i lawendowa melba z morelowym kremem




















Miała rację moja Babcia. Miała rację moja Mama. I mieli rację wszyscy inni. Jeśli chcesz na kimś polegać, to polegaj na sobie. Jeśli chcesz na kogoś liczyć, to licz na siebie.
Ile jest takich spraw, które powierzamy komuś a w rezultacie musimy załatwić same.
Naszą, kobiecą cechą charakterystyczną jest odpowiedzialność. Wiem, wiem, uogólniam i idę na skróty. Nie zamierzam napisać tutaj eseju na temat różnego podejścia do tzw obowiązków. Nie chcę też udowadniać, że my Kobiety jesteśmy Siłaczkami.
Ale ilość spotkań, terminów, obietnic i planów w ostatnim czasie uczynionych przez facetów i nie dotrzymanych, zawalonych, odwołanych skłoniła mnie do napisania tego tekstu.
Margaret Thatcher powiedziała: „jeśli chcesz, żeby o czymś mówić, poproś mężczyznę. Jeśli chcesz, aby coś było zrobione, poproś kobietę.”
Nie wyobrażam sobie kobiety, która na ostatnim etapie np. wyrastania chleba, traci zainteresowanie jego wypiekiem i rzuca się do projektowania altanki.
Mówi się, że lubimy się spóźniać. Może na spotkania z kochankiem...aby podgrzać atmosferę.
Lecz ani jedna z moich znajomych nie spóźnia się trzy dni na spotkanie. Nie odwołuje trzeci raz spotkania z tym samym klientem lub z tajemniczych względów w ogóle nie pojawia się na spotkaniu.
Moje zaniedbania związane z blogiem spowodowane są między innymi tym, że robię to, co powinni byli zrobić inni. Ale zawiedli.
Pewne postawy najpierw mnie zamurowały a potem pchnęły do działania.
Nabyłam kilka nowych umiejętności i odkryłam granice swojego zmęczenia. 
Na szczęście nie straciłam do końca dobrego zdania o męskiej stronie świata, bo przy moim boku dzielnie trwał jeden osobnik. Milczący i skuteczny. Był wyjątkiem potwierdzającym regułę.
Nie przepadam za stereotypami ale tym razem pokiwam głową nad zdaniem pani Thatcher.

Gotowanie, pieczenie i cyzelowanie stołu ani mi było w głowie. Najlepszym dowodem na to, że przeżyłam wstrząs jest brak ciasta do sobotniej i niedzielnej kawy.
Dotychczas tylko strata rąk lub koniec świata mogły usprawiedliwić jego nieobecność na stole.
Ha, tym razem powiedziałam sobie, że i mnie się należy lenistwo. I machnęłam wczoraj ręką na słodkości.
Nie byłabym jednak sobą, gdyby po czasie nie podgryzły mnie wyrzuty sumienia (tylko my, kobiety, tak mamy). Jak to tak, bez ciasta?
I zrobiłam lawendową melbę.

























4 brzoskwinie lub morele
4 gałki waniliowych (lub ulubionych lodów)
1 łyżka masła
2 łyżki płynnego miodu
kilka gałązek lawendy
1 łyżka morelowego curdu*

Na patelni z grubym dnem topimy masło i wlewamy miód. Obrane ze skórki brzoskwinie lub morele kroimy na połówki i wrzucamy na patelnię z masłem i miodem. Dodajemy lawendę. Przykręcamy ogień i pławimy owoce 5 minut w sosie. Obracamy je kilka razy aby z każdej strony nieco się karmelizowały.
Zdejmujemy z ognia.
Do pucharków wkładamy lody. Na nich kładziemy połówki owoców. Na górę dodajemy łyżkę zimnego morelowego kremu, polewamy syropem, w którym smażyły się brzoskwinie i sypiemy kwiaty lawendy.




Morelowy lub brzoskiniowy curd
pół kilograma moreli (lub brzoskwiń)
1/3 szklanki cukru
10 dkg masła
4 żółtka

Morele obieramy ze skórki i kroimy na ćwiartki. Wkładamy je do rondla z grubym dnem. Wsypujemy cukier i gotujemy do rozpadnięcia się owoców. Jeżeli boicie się, że owoce się przypalą, wlejcie trochę wody (pod koniec musicie ją jednak odparować).
Morelową pulpę przecieramy przez sito i przekładamy do żaroodpornej miseczki.
Dorzucamy masło i stawiamy miseczkę na garnku z gotującą się wodą. Dno miseczki nie może dotykać powierzchni wody.
Kiedy masło się rozpuści dodajemy żółtka. I zaczynamy mieszać.
Po około 7-10 minutach krem zacznie gęstnieć. Kiedy na brzegach miseczki pojawią się malutkie pęcherzyki powietrza, zdejmujemy miskę z garnka.
Przykrywamy wierzch kremu folią spożywczą (unikniemy kożucha) lub przekładamy do słoiczka, studzimy, zakręcamy i chowamy w lodówce.
Używamy do naleśników, do kremu z mascarpone, do bezy, do wyjadania paluchami.





















Smacznego

piątek, 22 maja 2015

Wiadomość z więzienia i sernik z morelami


























Ile ludzi tyle planów. Ile ludzi tyle planów na piątek.
Nawet nie próbuję sobie wyobrazić pomysłów najbardziej abstrakcyjnych. Z gatunku „dziś pojadę w końcu odwiedzić dziadka” , albo „rzucę tę przeklętą korporację i zobaczę jak wygląda prawdziwe życie”.
Niektórzy już wprowadzili swoje plany w życie. Niektórzy zostaną dziś otoczeni...przez wieże San Gimignano. Niektórzy zostaną uwięzieni.
Do tych ostatnich należę ja.
Uwięzienie nie było moim planem. Zostałam uwieziona niejako przez przypadek i zdecydowanie wbrew mojej woli.
Hm...uwięzienie chyba zawsze odbywa się wbrew woli uwięzionego.
Nie wiem, czy jesteście ciekawi szczegółów, ale w końcu z więzienia śle się grypsy. Niech to będzie moim głosem z celi.
Cela jest co prawda dość obszerna i ciesząca oko, jednak brak możliwości jej opuszczenia czyni z niej więzienie.
Co lub kto jest sprawcą mojego ograniczenia? Przyczyny są dwie. Po pierwsze sąsiedzi i ich ciężki sprzęt. Po drugie pogoda i ilość wody wylana na coś, co rok temu było trawnikiem.
Połączenie placu budowy i dwóch dni deszczu stworzyły skuteczne kraty i strażników.
Wczoraj podjęłam pierwszą i jedyną próbę ucieczki. Skończyło się na wzywaniu pomocy. Potrzebowałam napędu na cztery i wywrotki żwiru. Dobrzy ludzie mi pomogli.
Ubłocona po antenkę zostałam przyholowana pod taras i do najbliższej suszy porzuciłam plany ucieczki.
Mogłam spróbować się przedrzeć do cywilizacji przez las ale ilość kleszczy czających się w trawie ostudziła moje wolnościowe zapędy.
Teraz z nadzieją patrzę na słońce i bardzo powoli znikającą wodę w kałużach. Droga przed naszym tarasem podobna jest do obrazów przedstawiających drogę tułacza syberyjskiego w listopadzie.
Każde kalosze zostałyby przez błoto wciągnięte. Tylko patrzeć jak wieczorem zaczną tańczyć ognie św. Elma.
Jestem uwięziona i tyle. Jeszcze nigdy z taką uwagą nie czytałam prognozy pogody.
Trzymajcie kciuki za moje uwolnienie, bo w niedzielę wybory. Prawa obywatelskie, na razie jeszcze, mam. I chcę z nich skorzystać.

Na razie mam dużo planów (ha, ha, ha), dużo roboty i sernik z morelami.
Morele są jeszcze zagraniczne ale wyglądają jak morele. Nawet smakują jak morele. I do małej blaszki wystarczy tylko 10 sztuk.

Zanim świat opanują swojskie truskawki możemy wykorzystać morele.




Sernik z morelami
(blaszka 27 cm na 20 cm)

Spód:
2 łyżki stopionego masła
paczka ciastek maślanych
2 łyżki płatków migdałowych

masa serowa:
650 g twarogu
3/4 szklanki drobnego cukru
1 budyń waniliowy
3 jajka

10 świeżych moreli
konfitura morelowa (niekoniecznie)
cukier puder do posypania ciasta

To ciasto jest dla tych, którzy nie lubią komplikować sobie życia. Nie chciało mi się piec spodu, więc zrobiłam go z resztek ciastek i płatków migdałowych.
W blenderze miksujemy wszystko na piasek i mieszamy z topionym masłem.
Wylepiamy okruchami blaszkę.
Ser, cukier, jajka miksujemy krótko mikserem. Dodajemy budyń i mieszamy dokładanie.
Wlewamy masę serową na spód z ciastek. Morele dzielimy na połowy i wkładamy w masę serową.
Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni i pieczemy sernik 1 godzinę 20 minut.
Po upieczeniu studzimy ciasto w piekarniku.

Można sernik posmarować glazurą morelową lub posypać cukrem pudrem.
Muszę powiedzieć, że serniki to jedne z najgenialniejszych ciast. Nie słyszałam, żeby komuś się jakiś nie udał. Jeżeli przestrzega się kilku zasad, to sukces mamy murowany.
Pamiętajcie o tym by składniki miały tę samą temperaturę. Nie miksujcie sera zbyt długo bo się rozwodni. I pieczcie w niezbyt gorącym piecu. Lepiej dłużej w niższej temperaturze niż szybko w wyższej.
To chyba najważniejsze rady.





Na weekend życzę wszystkim realnych planów, dużo słońca, wolności wyboru i smacznego.
Sobie życzę tylko słońca. Ono załatwi resztę.


piątek, 21 lutego 2014

Marokański chutney z suszonych moreli jako pierwszy




















Prezenty są super ale najlepsze są takie, które mają swoje konsekwencje. Ufundowanie komuś kursu prawa jazdy, bilet na przyszłoroczny koncert ulubionej kapeli czy prenumerata wymarzonego czasopisma są idealnymi pomysłami na prezent.
W przypadku tego ostatniego, prezent przychodzi pocztą, podzielony na dwanaście części. Dzięki temu zamiast jednego mam tuzin prezentów.
W połowie każdego miesiąca do mojej skrzynki wpada koperta z Delicious. Zanim dorobiłam się prenumeraty, kupowałam to czasopismo okazjonalnie. Dziś już ze spokojem czekam na następne numery. I w każdym znajdę coś, co potem gotuję w swojej kuchni. Czasami jest to jedna potrawa czasami dwie.
Tym razem, numer lutowy zjadłabym cały. Od okładki, na której pyszniły się brownie począwszy, a na rubryce z resztkami kuchennymi skończywszy.
Ciastka wymagały, niestety, składnika niedostępnego w mojej okolicy więc musiały poczekać ale chutney z moreli brzmiał mało skomplikowanie. Po drugie, dodano do niego przepis na wegetariański tagine. Zaznaczyłam do zrobienia wkrótce.
Na razie ograniczyłam się zrobieniem chutney'a. Suszone morele lubię pogryzać wieczorem lub dodać do racuszków. Chutney był czymś co wydawało mi się idealnym dodatkiem nie tylko do tagine ale i do serów czy wędlin na zimno.
Od postanowienia do zapakowania gotowego chutney'a do słoika upłynęło 38 minut.
Przeczucie mnie nie myliło. Przerobienie moreli w pikantny dżem było pomysłem fantastycznym.
Polecam.
























Marokański chutney z suszonych moreli
(wg lutowego Delicious)

do zrobienia około 400 g

225 pokrojonych w paseczki suszonych moreli
1 jabłko, starte drobno na tarce
1 cebula, drobno pokrojona
2-3 ząbki czosnku, drobno pokrojone
1 łyżka startego imbiru
1 mała papryczka chilli, drobno pokrojona
1 łyżka rodzynków
2 cynamonowe patyczki
skórka starta z jednej cytryny
150 ml białego octu winnego
130 g drobnego cukru
1 łyżka miodu
2-3 krople wody pomarańczowej (niekoniecznie)

Wszystkie składniki oprócz miodu i wody pomarańczowej umieszczamy w rondlu z nieprzywierającym dnem. Doprowadzamy wszystko do wrzenia, często mieszając. Przykrywamy rondel, zmniejszamy ogień i gotujemy 20 minut, mieszając od czasu do czasu. Dodajemy miód i wodę pomarańczową i znów gotujemy 15 minut aż mieszanka w garnku będzie gęstości dżemu.
Przekładamy chutney do słoika i po wystudzeniu przechowujemy w lodówce. Wytrzyma w chłodzie nawet trzy miesiące.
Jeżeli jeszcze nie próbowaliście sera z chutney'em, to czas najwyższy to nadrobić.





Smacznego

czwartek, 29 sierpnia 2013

Racuszki jak u mamy i pobożne życzenia




Jestem już dużą dziewczynką. Sama sobie umiem zrobić śniadanie i zasznurować buty. Ale czasami chciałabym znów być dzieckiem. Wleźć mamie na kolana i wierzyć, że teraz świat nie ma do mnie dostępu. Albo schować się pod kołdrę, wierząc, że potwory z pod łóżka nie dotkną mojej stopy.
Dorosłość ma swoją cenę. Świetnie jest się napić wina i nie tłumaczyć się z późnego powrotu. Decyzje czy spędzić noc w domu czy może na ławce, musisz podjąć samodzielnie. Codziennie podejmujemy decyzje. Ważne, nieważne. Ale zawsze z konsekwencjami.
Dostajemy upragnioną dorosłość a z nią, w bonusie, niepewność, wątpliwości, wahania, rozterki.
Czasami świat, mimo lata wydaje się szary i przykurzony.
Wtedy dobrze by było schować się w szafie. Na chwilkę. Do czasu aż znów zaświeci słońce.
Skoro szafa zamknięta a mama daleko,  muszę znaleźć inny rodzaj terapii. W mieszanie, ważenie, ugniatanie, krojenie i wałkowanie wkładam wszystkie swoje niechciane emocje. Miażdżę wałkiem ciasteczka, ugniatam prasą ziemniaki, siekam na tarce ogórki i ubijam śmietanę. Jaka agresja! Ile w tym pasji!
A jakie pożyteczne i zadowalające tego skutki! Gdyby zawsze ludzkie frustracje prowadziły do takich budujących rezultatów. Kuchnia jest chyba jednym z nielicznych miejsc gdzie miażdżenie wychodzi na zdrowie a siekanie kończy się smakowicie.
Zamiast wymyślać więc rodzaje odwetu i formy zemsty wrócę do czasów, kiedy świat zdobywałam z łukiem w ręku, biegając po dachach. Wtedy po kolejnej bitwie stoczonej na podwórku, mama stawiała na stole talerz złocistych placuszków.
Świat odzyskiwał barwy a ja siły do kolejnych potyczek. Życie Winnetou nie było łatwe.


Racuszki jak u mamy

2,5 szklanki mąki pszennej
1 jajko
3 łyżki cukru
pół litra kefiru
ćwierć łyżeczki soli
1 łyżeczka sody oczyszczonej lub proszku do pieczenia
olej lub do smażenia

Miksujemy wszystkie składniki  do uzyskania gładkiej masy o gęstości kwaśnej śmietany.  Na patelni rozgrzewamy olej i łyżką kładziemy porcje ciasta. Smażymy aż nie staną się złociste. Wtedy odwracamy je na drugą stronę.
Usmażone kładziemy na papierowy ręcznik. Posypujemy cukrem pudrem lub polewamy miodem lub syropem klonowym.
Do ciasta możemy dodać owoce. Jabłka są oczywistą oczywistością. Kroimy jabłko na plastry i wrzucamy do zamieszanego ciasta. Potem smażymy jak wyżej. Zamiast jabłek można dodać gruszki albo morele (to moja ulubiona wersja).



W każdym wypadku stojąc przed talerzem pachnących placuszków mam wrażenie deja vu. Gdzieś, kiedyś, ktoś…

Smacznego