Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konfitura morelowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konfitura morelowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 września 2020

Niebieska książeczka i tarta z limoncello i figami




Ty mnie nie naciskaj, bo się w sobie zamknę...

Znacie ten tekst? To Osioł do Shreka.

Kto lubi być naciskany, przymuszany, zobligowany (fuj, ale to obrzydliwe słowo)?

Przymus wywołuje opór. I choć staram się być od kilku lat nie tak grzeczną dziewczynką jak kiedyś, to i tak nie jest łatwo.

Czytałyście (lub czytaliście) Magię Olewania? Jeśli nie macie problemów z olewaniem (tu aż się wewnętrznie kurczę bo grzeczna dziewczynka mówi, że "olewanie" nie to nie jest ładne słowo), to podziwiam i nieco zazdroszczę. 

Mnie kiedyś olewanie nawet by do głowy nie wpadło. 

Grzeczne dziewczynki wychowane przez grzeczne mamusie noszą grzeczne sukienki i grzecznie spuszczają oczęta. Tak mi mówiono. Jako, że naiwność to moje drugie imię, ani mi w głowie było poddawać tę zasadę w wątpliwość. Jakoś mi się w życiu udawało. Ktoś tam mnie oszukał. Ktoś inny wykorzystał moją łatwowierność. Ktoś popukał się znacząco w czoło. A ja tkwiłam na nieugiętym stanowisku, że świat jest piękny, ludzie dobrzy a jednorożce czekają za rogiem. A, i jeszcze wierzyłam, że dobro zostanie nagrodzone a zło ukarane.

Chwila przerwy, bo muszę się przestać śmiać. Z samej siebie. 

Rodzina patrzyła na mnie jak na raroga i rozciągała nade mną, na ile była w stanie, parasol ochronny.

No wypisz, wymaluj, księżniczka w wieży.

Myślę, że pewnego dnia cierpliwość moich najbliższych bliska była wyczerpaniu. Miłość miłością, wyrozumiałość jak najbardziej, ale cierpliwość to nie źródło bez dna.

Skoro logiczne argumenty trafiały w studnię, postanowili wziąć mnie sposobem...na  gwiazdkę dostałam małą niebieską książeczkę, która zmieniła moje życie.

- To można nie iść na imieniny cioci?

- Można powiedzieć "nie" koleżance, która n..ty raz z rzędu pożycza od ciebie twoją ulubioną bluzkę? 

- Można powiedzieć: "nie chce mi się" oglądać kolejną komedię romantyczną z Tomkiem Karolakiem?

O kurcze!  Nie wiedziałam. 

Spróbowałam na początek użyć słowa "nie" w domu. Nieśmiało i nieco półgębkiem. 

I wiecie co? Ziemia się nie zatrzęsła. Nikt nie skonał w męczarniach oburzony moją asertywnością. Mało tego, nikt nawet mojego "nie" nie komentował. Po prostu życie toczyło się dalej, jakby "nie" nie istniało.

Ożesz ty. Czemu ja tego nie wiedziałam wcześniej? Tyle lat zmarnowanych na byciu grzeczną. 

Koniec z tym. Teraz "nie" będę celebrować, pieścić, napawać się i dosładzać. 

Od tego postanowienia minęło sporo czasu. Po pierwszym zachłyśnięciu się wolnością, mogłam zacząć wyciągać wnioski. 

Najważniejsze to zrobić sobie listę osób, których zdanie jest dla ciebie ważne. Możecie się śmiać, ale ja nosiłam w portfelu swoją listę (krótka była). I ona przywracała mnie do pionu, kiedy martwiłam się na przykład, że nie kupiłam kalendarza od kominiarza lub prosiłam tylko o dwa plasterki szynki w sklepie.

Czy kominiarz i sklepowa są na liście? Nie? Wyrzuty sumienia niech spadają.

Po drugie trzeba być czujnym, nie przesadzić z asertywnością. Łatwo zamienić ją w arogancję. A to już całkiem przeciwległy biegun. 

Niebieska książeczka była tylko impulsem do zmian. Wszystko jak w każdej zmianie musi się zacząć w głowie. To trudne, rozumiem. Ale może czasem warto spojrzeć na świat z innej perspektywy. Może zauważymy, że jednak białe jest białe a czarne jest czarne a tęcza to wspaniałe zjawisko przyrody. 

Nagadałam się zupełnie nie na temat. O śliwkach i kiszonkach powinnam pisać. 

Najlepsze rozmowy toczą się przy stole, więc mój wstęp jest jakby uzupełnieniem stołu.

Aha, ta niebieska książeczka to Magia Olewania Sarah Knight. Polecam.

A co gotujemy?

Może dla coś słodkiego?

Wszystko w tej tarcie jest moje ulubione: kruche ciasto (MidnightCookie spróbuj choć raz), limoncello i figi. 






Tarta z limoncello i figami


ciasto kruche- składniki

90 g zamrożonego masła

50 g zimnego smalcu

200 g mąki pszennej

szczypta soli

50 g drobnego cukru

2-4 łyżki lodowatej wody

lodowate ręce


krem z limoncello - składniki

100 g stopionego i wystudzonego masła

pół szklanki kremówki

5 jajek

180 g drobnego cukru

pół szklanki limoncello

skórka otarta z jednej cytryny

pół szklanki mielonych orzechów laskowych

kilka fig pokrojonych w plasterki do położenia na górze

parę łyżek konfitury morelowej do posmarowania fig


kruche ciasto - wykonanie

Mąkę mieszamy z solą i cukrem. Mało ścieramy na grubej tarce wprost do mąki. Dorzucamy pokrojony w kostkę smalec. Kruszymy palcami do uzyskania okruchów. Wlewamy 2 łyżki wody i zagniatamy szybko ciasto w kulkę. Jeśli ciągle się sypie, dodajemy jeszcze wodę. 

Lub: wszystko ładujemy do malaksera i po minucie mamy gotową kulkę ciasta. Kulkę lekko spłaszczamy pięścią by łatwiej nam się ją wałkowało później.

Ciasto wkładamy do woreczka i do lodówki na co najmniej godzinę.

Potem wyjmujemy ciasto z lodówki i z woreczka. Kładziemy na arkuszu papieru do pieczenia i przykrywamy drugim arkuszem.

Tu następuje najtrudniejsza część przepisu. Trzeba mieć krzepę. Rozwałkowanie na placek twardej jak beton kulki nie jest łatwe (podobno można ją zetrzeć na tarce a potem przyklepać do dna). Jeśli macie pod ręką jakieś mocarne ramię, to teraz się przyda. 

Kiedy już udało wam się wypełnić formę (średnica 24 cm) wkładamy formę z ciastem na kolejne pół godziny do lodówki.

Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni. Ciasto wyjmujemy z lodówki, przykrywamy papierem do pieczenia i wsypujemy coś by ciasto obciążyć np fasolę, groch, soczewicę, kamyczki. Nie chcemy by ciasto urosło za bardzo. Musi się przecież zmieścić w nim clou przepisu czyli limoncello.

Tak wyposażoną formę wkładamy do piekarnika i pieczemy 10 minut. Teraz zdejmujemy obciążenie z papierem i pieczemy jeszcze 10 minut. 

Wyjmujemy tartę z piekarnika i studzimy.


krem z limoncello - wykonanie

wszystkie składniki pakujemy do miski i krótko miksujemy. Wylewamy na podpieczoną tartę i pieczemy w nagrzanym do 180 stopni piekarniku 30 minut. 

Upieczoną tartę (środek nie może być płynny, może drżeć jak osika ale powinien być jednością) studzimy a potem dekorujemy plastrami fig. 

Figi smarujemy podgrzaną konfiturą morelową (bez farfocli!) i podajemy z uśmiechem.




Smacznego


piątek, 5 sierpnia 2016

Kiszonka w pościeli czyli nektarynkowa róża na kruchym cieście z rozmarynem


























Miasto w 30 stopniowym upale jest jak piecyk. Z każdej strony bucha gorącem.
Nadzieją na chłodniejsze momenty jest wieczór ale to złudzenie.
Ruch na chodnikach jest jakby wolniejszy. Nawet dzieci są mniej energetyczne. Babcie siedzą pod parasolami liżąc lody.
Szaleni rowerzyści zbrojni w swoje obcisłe ubranka i twarzowe kaski wyglądają już jak wychudzone kurczaki w pobliskich smażalniach. Kolor na Indianina to obecnie najnowszy trend.
Jeszcze są wakacje ale już pachnie kredą i paprotkami z pracowni biologicznej.
Jeszcze tylko przejdą z pieśnią na ustach wędrowcy do Częstochowy, odbębnimy ostatnie wakacyjne święto i pewnego ranka zauważymy mokre krople na rozpiętych w malinach pajęczynach.
Co ja gadam? Przecież niektórzy jeszcze nie byli na urlopie! Nie ma co snuć fatalistycznych wizji. Póki co jest sierpień i tego się trzymajmy.
Zresztą wracając do upału, (który bardzo lubię) on jest najlepszym lekiem na smutne powakacyjne myśli.
Kiedy pot się leje nie tylko po plecach, przystanek przypomina patelnię, a wnętrze autobusu szatnię po meczu koszykówki, to myśl o końcu wakacji nie ma prawa zakiełkować w głowie.
Otwieram wieczorem na oścież okna w całym domu a powietrze ani drgnie. Trochę popadało, lecz wilgotne powietrze jakimś cudem zgrabnie omija moje okna. Nic z mrzonek o odświeżającej porcji wilgoci. Kolejną noc spędzę jak kiszonka w pościeli. Ciepło, wilgotno, bez ruchu.
Na szczęście jutro zamykam wszystko na siedem spustów i wynoszę się z miasta....do poniedziałku.
Pomyśleć, że dwa tygodnie temu narzekałam na chłód.
Trudno znaleźć równowagę między plus 30 a plus 13.

Sobota nadchodzi a z nią wg prognoz kolejna porcja ciepła. Jak jest lato, to musi być ciepło.
Jak jest sobota, to musi być ciasto.
Piękne jak obrazek. Smaczne jak koncentrat lata. Koniecznie do zrobienia.
Kiedy zobaczyłam zdjęcie tego ciasta w moim ulubionym Delicious, wiedziałam, że ono będzie następne. I oto jest. Proszę bardzo:




Nektarynkowa róża na kruchym cieście z rozmarynem
(dla okrągłej formy o średnicy 23 cm)

ciasto:

2 szklanki mąki pszennej
150 g zimnego masła
100 g zimnego smalcu
2 łyżki cukru pudru
szczypta soli
2 łyżeczki posiekanych igiełek rozmarynu
4 łyżki lodowatej wody

krem patissiere:
300 ml mleka
1 laska wanilii
60 g drobnego cukru
7 żółtek
20 g pszennej mąki
20 g mąki kukurydzianej
150 g miękkiego masła

nektarynkowa róża:

5-7 nektarynek dojrzałych ale niezbyt miękkich
3 łyżki konfitury morelowej
1 łyżeczka żelatyny

ciasto:
Siekamy masło i smalec pokrojone w kostkę z mąką, solą i cukrem. Dolewamy wodę i szybko zagniatamy ciasto. Oczywiście, równie dobrze możecie użyć do tego celu maszyny. To w końcu one są przyszłością narodów.
Kulę ciasta rozpłaszczamy ręką i owijamy folią spożywczą. Chłodzimy w lodówce godzinę.
Potem wałkujemy ciasto na grubość jednozłotówki i przekładamy do formy.
Obcinamy wystające za krawędzie fragmenty ciasta.
Nakłuwamy ciasto gęsto widelcem by nie urosło zbytnio w piekarniku i schładzamy jeszcze pół godziny. W tym czasie nagrzewamy piekarnik do 190 stopni.
Pieczemy 20 minut, smarujemy rozmąconym białkiem i pieczemy jeszcze 10 minut.
Wyjmujemy ciasto z piekarnika i schładzamy.

krem:
Podgrzewamy mleko z wanilią i połową cukru. Niech będzie gorące ale nie gotujące.
Ubijamy żółtka zresztą cukru aż cukier się rozpuści. Mieszamy z obiema mąkami.
Wlewamy do jajecznej mieszanki gorące mleko i mieszamy.
Przelewamy masę do garnka i stawiamy na niewielkim ogniu. Podgrzewamy, mieszając aż masa zgęstnieje. Powinna osiągnąć gęstość budyniu. Wyjmujemy strączek wanilii i zdejmujemy krem z ognia.
Przykrywamy powierzchnię folią spożywczą, by nie zrobił się kożuch. Studzimy masę.
Kiedy wystygnie, możemy dokończyć krem. Ubijamy miękkie masło i po łyżce dodajemy masę budyniową.

Nektaryny kroimy na ćwiartki a ćwiartki na cienki plastry.

Na kruche ciasto wykładamy krem budyniowy. Wyrównujemy powierzchnię.
Zaczynając od zewnętrznej części ciasta, układamy plastry nektarynek, wciskając każdy lekko w krem. Zakładamy plastry na siebie by dawały złudzenie płatków. I tak dookoła aż dojdziemy do środka. By wypełnić środek zwijamy jeden plaster w rulonik. Nie przejmujcie się jeśli nie pójdzie zbyt gładko. Z każdym plastrem będzie łatwiej. No i jak mówi moja Mama, nikt z tego nie będzie strzelał.
Wkładamy ciasto do lodówki by krem stężał.

Zalewamy żelatynę odrobiną wody.
Podgrzewamy konfiturę i do gorącej (ale nie gotującej) dodajemy napęczniałą żelatynę. Mieszamy by żelatyna się całkowicie rozpuściła.
Przecieramy konfiturę z żelatyną przez sito. Kiedy lekko przestygnie, wyjmujemy ciasto z lodówki i przy pomocy pędzelka smarujemy nektarynkową różę konfiturą.
Znów wkładamy ciasto do lodówki na pół godziny.




Smacznego


niedziela, 4 października 2015

Zew natury i tarta z marcepanem i jabłkami
























Korzystam z pięknej pogody i nie robię nic.
Fajnie jest zrobić sobie wagary. A jeśli jeszcze nikt nas nie będzie wzywał na dywanik z ich powodu, to tym większa przyjemność.
Co robicie w tak piękną niedzielę. Tylko nie mówcie, że siedzicie przed telewizorem i katujecie się „Kawą na ławę” lub sprzątacie z powierzchni Ziemi kolejny statek obcych.
Nie ma dziś usprawiedliwienia dla siedzenia w domu.
Proszę natychmiast wyjąć z piwnicy rower, odkurzyć wygodne buty lub spakować plecaczek i ruszyć szanowne cztery litery.
Wszystko jedno czy tylko do pobliskiego parku czy w Bieszczady.
Jeśli tego nie zrobicie dzisiaj, to w czwartek będziecie mogli sobie pluć w brodę. Ale wtedy będzie już za późno.
Bo w czwartek przyjdzie zło. Zło zimne, oślizgłe i bezlitosne. Będzie miało na imię „Zmiana pogody”.
I na nic będą tęskne spojrzenia w stronę półki z sandałami. Na nic wyrzuty sumienia, że „piękna była niedziela, a ja ją przespałam
To se ne wrati, moi mili.
Zamykamy więc laptopy, chowamy pilota do szuflady i ruszamy.
Pogrzebmy w liściach i przypomnijmy sobie jak to było, kiedy majstrowało się kasztanowe krówki i niedźwiedzie.
Kto z was pamięta jakie to uczucie zamknąć w dłoni świeżego, jeszcze lekko wilgotnego kasztana?
No, właśnie.
Spróbujcie a zobaczycie, że radość w zbieraniu kasztanów nie ma nic wspólnego z wiekiem.
Tylko pośpieszcie się, niedziela nie będzie trwać wiecznie. Powiem więcej: dziś jest jej mniej niż tydzień temu.

Za miastem przyroda naprodukowała tyle dobra, że nawet możemy mieć namacalną korzyść z takich wagarów. Jabłka aż proszą się o wykorzystanie.
Wniosek jest jeden: nie ma co szukać wymówki. Dziś żadna wymówka nie będzie dobra.

















Tarta z marcepanem i jabłkami
(forma o średnicy 24 cm)

100g zimnego masła
2 łyżki cukru pudru
1,5 szklanki mąki pszennej
3 łyżki zimnej kwaśnej śmietany
1 żółtko

kostka miękkiego marcepanu (kupiłam w Lidlu)
1 kg kwaskowatych jabłek
100 ml kremówki
1 jajko
4 łyżki konfitury morelowej

Ciasto:
szybko zagniatamy składniki ciasta, formujemy kulę, spłaszczamy ją ręką, wkładamy do woreczka i umieszczamy na godzinę w lodówce.
Po godzinie włączamy piekarnik i nagrzewamy go do 180 stopni. Ciasto wyjmujemy z lodówki i rozwałkowujemy na placek. Wykładamy nim formę (najlepiej taką z wyjmowanym dnem), ocinając kawałki ciasta, wystające poza formę.
Nakłuwamy ciasto widelcem i wkładamy do piekarnika na 15 minut.
Podpieczone ciasto wyjmujemy z pieca i studzimy. Nie wyłączamy piekarnika.
W tym czasie kroimy obrane jabłka na ćwiartki. Ćwiartki kroimy w cienkie plasterki.
Na wystudzone ciasto kładziemy plastry marcepanu.
Jak go doprowadzić do płaskiej postaci?
Trzeba go rozwałkować. Najlepiej kroić go na plastry, posypać z obu stron cukrem pudrem (dzięki temu nie przylepi się do deski i wałka) i wałkować do otrzymania placka o grubości około 2 milimetrów. Tym sposobem pokryjemy ciasto kilkoma (tak jest łatwiej) marcepanowymi plackami zamiast jednym dużym (trudno go rozwałkować a potem przenieść).
Na warstwę marcepanową układamy plasterki jabłek. Robimy to ciasno, troszkę na wzór łusek.
W miseczce rozmącamy jajko ze śmietaną i wylewamy na jabłka.
Wstawiamy formę do piekarnika i pieczemy 40 minut.
Upieczone ciasto smarujemy podgrzaną konfiturą morelową.
























Jesień w całej okazałości na talerzu. No, może z małym letnim elementem, w postaci lodów waniliowych.






Smacznego

czwartek, 27 sierpnia 2015

Szlifujemy, malujemy, odnawiamy i pieczemy ciasto totalnie morelowe
























Kupiłam sobie szlifierkę. Już dawno żaden zakup tak mnie nie ucieszył jak ten. Aby szlifierce nie było smutno dodałam jej do pary opalarkę. I rzutem na taśmę dorzuciłam zszywacz tapicerski.
W związku z niecodziennymi zakupami mam dziś dla was przepis wyjątkowy,
stary drewniany stół w nowej odsłonie:

Składniki:
1 stół drewniany
1 szlifierka powierzchniowa
1 paczka papieru ściernego
1 butelka rozcieńczalnika
2 pędzle (jeden do zmiatania pyłu, drugi do malowania)
1 puszka lakieru do drewna
1 ścierka do wycierania rąk z farby
Czas pracy: jedno popołudnie

Jak każdy przepis ten też wymaga skompletowania składników.
Tym razem jednak, nie muszą być one w tej samej temperaturze.
Dobrze gdy dysponujecie trawnikiem, werandą, tarasem lub kawałkiem podwórka, bo praca jest pyląca.
I co ważniejsze, mizeraki, osoby o słabych rękach, alergii, skłonności do psikania niech dadzą sobie spokój i poprzestaną na przeczytaniu przepisu.
Autorka nieco przeceniła swoje siły i nie spodziewała się nieprzewidzianych atrakcji i tylko jej ośli upór sprawił, że rzecz została doprowadzona do końca.
Pierwsza niespodzianka to drgania, które ze szlifierki przenoszą się na ręce, ramiona i całą resztę szlifującego. Po kwadransie miałam wrażenie, że wibruje mi zarówno trzeci migdałek jak i kamienie żółciowe.
Druga rzecz to siła. Aby szlifierka się nie znarowiła i nie poniosło jej w diabły, trzeba ją trzymać jak byka za rogi. Mocno, mocno i jeszcze raz mocno. No i trzeba naciskać, bo inaczej stary lakier będziecie pieścić zamiast zdzierać. A przecież nie o przyjemność dla stołu chodzi.

Jeżeli dacie radę, to już po pięciu godzinach przeciętnej wielkości stół będzie stał przed wami goły jak święty turecki.
Potem jeszcze tylko dokładnie odkurzamy, odtłuszczamy rozcieńczalnikiem i malujemy.
Jak dobrze pójdzie to kolację podacie już na dziele rąk waszych.
Kobieta zwariowała, powiecie.
Czasami też mam takie wrażenie. Ale po zbudowaniu w zeszłym tygodniu ceglanej ściany i odnowieniu dziś stołu* nic mnie już nie zdziwi.


Na tym pięknym nowym stole można postawić śliczne morelowe ciasto. Ciekawe co wzbudzi większy zachwyt?



Totalnie morelowe ciasto
forma prostokątna 28 x 20

biszkopt:
3 jajka
3 łyżki cukru pudru
3 łyżki mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
strata skórka z jednej cytryny

do nasączenia
likier morelowy lub syrop morelowy (może być woda z cukrem i cytryną)

krem morelowy:

400 ml kremówki
2 galaretki morelowe
kilka świeżych moreli

do przełożenia:

Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni.
Białka ubijamy na sztywno. Dosypujemy cukier i ubijamy jak na bezę. Do niej dodajemy żółtka i ubijamy jeszcze kilkanaście minut.
Wyłączamy mikser i przesiewamy do miski mąki i dodajemy skórkę z cytryny. Delikatnie mieszamy i wykładamy na dwie blaszki wyłożone papierem do pieczenia.

Używam dwóch blaszek bo zawsze mam problem z przekrojeniem prostokątnego ciasta. Piekąc biszkopt w dwóch formach nie muszę martwić, ze coś mi się rozerwie.

Wkładamy blaszki do piekarnika i pieczemy około 10 minut.
Studzimy.
Wystudzone biszkopty zdejmujemy z papieru i skrapiamy likierem lub sokiem. Jeden z biszkoptów smarujemy konfiturą. Przykrywamy drugim biszkoptem i odkładamy na bok.
Aby zrobić krem rozpuszczamy obie galaretki w szklance wrzątku i studzimy je.
Ubijamy kremówkę i łączymy z wystudzoną galaretką (to bardzo ważne by oba składniki miały podobną temperaturę). Robimy to etapami. Najpierw dodając do galaretki łyżkę śmietany, potem drugą i całą resztę.
Wylewamy krem morelowy na biszkoptowy spód.
Morele kroimy na cząstki i rozrzucamy po kremie (lekko pomagamy sobie łyżką aby je zatopić)
Chłodzimy ciasto w lodówce. Przed podaniem dekorujemy je cząstkami owoców.




I jak sądzicie? Lepiej szlifować czy piec?


Smacznego i dużo satysfakcji wszystko jedno z czego.
* Jeżeli kogoś interesują szczegóły odnawiania, to odpowiem na wszelkie pytania (jeżeli będę znała odpowiedź, oczywiście)

czwartek, 11 grudnia 2014

Niebieski latawiec i piernikowe ciastka z musem morelowym i waniliową pianką


























Wczoraj było pięknie.
Można po tygodniu całodniowych ciemności zapomnieć o tym, że w życiu są jakieś pozytywne strony. Na szczęście jeden pogodny poranek zmienia nastawienie o 180 stopni.
Wszystko rano było białe i skrzące. Pierwszy poważny poranny przymrozek. W ruch poszły drapaczki do szyb i odmrażacze. Pechowcy nie umieli włożyć kluczyków do zamków.
A szczęśliwcy założyli czapki, słoneczne okulary i poszli napawać się widokami.
Niektórzy nawet pojechali za miasto.
Opowiadali potem, że widzieli zimę. I sarny na polu. I latawca niebieskiego. I jak para ulatywała obłoczkami z psich nosów.
Opowiadali jak słońce zgarniało z trawy poranne igiełki i jak zima zawzięcie broniła swojego mrocznego terytorium. Jak świat podzielił się na ten po jasnej i ten po ciemnej stronie mocy. Na szczęście tylko w kwestii zimy. Granice między zielenią a bielą były jak odcięte nożem. Żadne półśrodki nie miały tu wstępu. Albo cień i mróz, albo słońce i zieleń.
I wrócili szczęśliwi, choć nie było ich tylko dwie godziny. Jak to dobrze, że niektórym do szczęścia wystarczy kolor niebieski, odrobina wyobraźni, dwa słoneczne promyki. i może coś jeszcze.
Jako dodatek do ich pogodnego nastroju wymyśliłam ciasteczka. Jest w nich nieco mroczne ciasto, słoneczny mus i lekka jak szron pianka. Taki obrazek wczorajszego dnia...

A tak na marginesie, kto puszcza latawce w grudniu?


























Piernikowe ciastka z musem morelowym i waniliową pianką
(foremka wielkości 23 x 18)

piernikowe ciasto:

2 łyżki miodu
1 łyżka brązowego cukru
30 g masła
1 jajko
pół szklanki mąki
1 łyżeczka kakao
1 łyżeczka przyprawy do piernika
pół łyżeczki proszku do pieczenia

W garnuszku podgrzewamy miód z cukrem i masłem.
Suche składniki przesiewamy przez sito do miski.
Do mieszanki miodowo maślanej, ciągle ciepłej (ale nie gorącej) wbijamy jajko i miksujemy przez chwilkę. Potem dodajemy suche składniki i mieszamy wszystko razem.
Masa będzie dość gęsta i zdecydowanie bardzo klejąca.
Najlepiej upiec ją z silikonowej formie. Jeżeli zdecydujecie się na tradycyjną foremkę, to wyłóżcie ją papierem do pieczenia i rozsmarowując masę nie traćcie cierpliwości. Zanurzanie łyżki w wodzie nieco ułatwia rozsmarowywanie ciasta na papierze.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni i pieczemy ciasto 15 minut.
Byłam bardzo zdziwiona jak urosło. Po wystudzeniu, bez problemów dało się pokroić wzdłuż na dwie warstwy.

mus morelowy

1 galaretka morelowa (lub malinowa)
pół szklanki przetartej konfitury morelowej (lub żurawinowej czy malinowej)

Galaretkę rozpuszczamy w 1 szklance gorącej wody. Mieszamy do całkowitego jej rozpuszczenia.
Podgrzewamy w rondelku konfiturę. Potem przecieramy konfiturę przez sitko by pozbyć się kawałków owoców.
Łączymy przetartą konfiturę z galaretką i mieszamy. Odstawiamy do wystygnięcia. Najlepiej po wystygnięciu, włożyć galaretkę do lodówki. Kiedy zaczyna się ścinać, wyjmujemy ją z lodówki i wykładamy na dolną część piernikowego ciasta. Znów wstawiamy do chłodnego miejsca, by całość stężała.
I robimy waniliową piankę.

waniliowa pianka

4 białka
200 g drobnego cukru
4 łyżeczki żelatyny
110 ml wody
łyżka miękkiego masła
woda do rozpuszczenia żelatyny
esencja waniliowa

Cała zabawa z pianką jest nieco skomplikowana. Sprawę zdecydowanie ułatwia termometr cukierniczy (Charlie, dziękuję ci bardzo).
Jak ustalić temperaturę syropu cukrowego? Można zastosować metodę „nitki” ale dla mnie brzmiało to zbyt wyszukanie. Termometr jest tu jak koło ratunkowe. Jeżeli jeszcze nie wysłaliście listu do Dzieciątka, to dodajcie go do spisu życzeń świątecznych. Na pewno się przyda.

Odkładamy 2 łyżki cukru do osobnej miseczki. Do rondelka wsypujemy resztę cukru i wlewamy wodę. Podgrzewamy na małym ogniu i gotujemy do 130 stopni.
W tym samym czasie ubijamy na sztywno dodając odłożone wcześniej 2 łyżki cukru.

Żelatynę zalewamy w miseczce 3 łyżkami wody by napęczniała. Potem stawiamy miseczkę na garnuszku z gorącą wodą do rozpuszczenia się żelatyny.

Kiedy syrop cukrowy osiągnie temperaturę 130 stopni, zdejmujemy go z pieca i cienką strużką wlewamy do ciągle ubijanych białek. Ta się nazywa robienie bezy włoskiej. Człowiek całe życie się uczy.
Do ubijanej bezy, po wlaniu syropu, wlewamy ciepłą, rozpuszczoną żelatynę. Na koniec dodajemy miękkie masło i esencję waniliową.

Wydawało mi się, że pianka jest za rzadka, za mało puszysta i że nic z tego nie wyjdzie.
Więcej wiary w siebie.

Na wcześniej upieczony spód z musem morelowym wylewamy piankę waniliową i wstawiamy do lodówki. Po kwadransie, kiedy pianka już nieco okrzepnie, przykrywamy ją drugą warstwą piernikowego ciasta.
Chłodzimy całość w lodówce przez noc.
Potem zostaje nam zdecydować czy polewamy czekoladą czy nie.
Ja część posmarowałam czekoladą (to dopiero było wyzwanie!), a część (większą) pokroiłam na małe kawałki i udekorowałam tylko wierzch. Smarowanie czekoladą przerosło moje umiejętności.
Upaprane było całe otoczenie, ja, stół, pół kota a nawet firanka. Po wstępnej masakrze dałam sobie spokój.
Dzięki tej decyzji ciasta pięknie prezentują swoje wnętrze. I niczego nie trzeba się domyślać.
Smakują bardzo przed świątecznie.




Troszkę przypominają kostkę domino. U mnie zamiast marcepanu jest waniliowa pianka.

Smacznych przygotowań:)

wtorek, 2 grudnia 2014

Pójście na łatwiznę czyli szybki deser jabłkowy na wszelki wypadek


























Znów przepis z gatunku „natychmiast”.
Idąc z pracy kupujemy gotowe kruche ciasto i renety. W domu, krzątając się wokół obiadu, robimy deser. Zanim się obejrzymy i przełkniemy ostatni kęs obiadu, w mieszkaniu zapachnie jabłkami i cynamonem.
Zamiast pieczonych jabłek, wypełnionych miodem, zróbmy jabłkową wariację z orzechami i cynamonem.
Ciekawa jestem czy wasze pierniki już leżakują. Ja zlekceważyłam pierniki.
Póki co spokojnie podchodzę do najbliższych planów. Jakieś porządki, jakieś zakupy, jakaś ryba, jakieś przygotowania. Może od jutra?

Wybrałam się dziś na rekonesans przedświąteczny. Pojechałam pełna wiary i optymizmu. Wróciłam z pustymi rękami, obłędem w oku i niechęcią do kolejnych wypraw zakupowych. Znów to samo.
Może wrócę do wiary w świętego Mikołaja i jemu zostawię organizowanie prezentów.
Na razie wolę upiec jabłka.
Pięknie pachną.


























Jabłkowe róże
na 4 foremki

kruche ciasto

2 szare renety
100ml kremówki
2 łyżki cukru pudru
1 jajko
3 łyżki mielonych orzechów laskowych
1 łyżeczka cynamonu
oraz
5 łyżek galaretki pigwowej (lub jakiejkolwiek ulubionej konfitury)

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.
Przygotowujemy ciasto.
Tutaj znajdziecie przepis na kruche ciasto. Tym razem z braku czasu poszłam na łatwiznę i w drodze do domu kupiłam gotowe kruche. Nie zawsze trzeba być idealnym.
Resztę kruchego ciasta możemy przeznaczyć na ciasteczka, które potem pomalujemy lukrem i posypiemy np. cukrowym śniegiem. Będzie jak znalazł zamiast (lub obok) pierniczków.

Foremki wykładamy kruchym ciastem. Obcinamy końcówki, zwisające poza krawędzie.
Nakłuwamy ciasto widelcem.
Miksujemy jajko, śmietanę, cukier, orzechy i cynamon. Wlewamy po równo do foremek z ciastem i wkładamy do lodówki, póki nie obierzemy jabłek.
Obieramy renety za skórki. Nożem do obierania kroimy jabłko na długi cienki pasek. Mnie wyszło to średnio ale winię za to jabłka. Były już zdecydowanie przywiędłe. Może jędrniejsze kroiły by się ładniej.
Wyjmujemy foremki z ciastem z lodówki i staramy się ułożyć paski jabłka na kształt róży. Zaczynamy od środka foremki i owijamy pasek w kierunku brzegów formy.
Moje zawijanie odbyło się fragmentarycznie, bo pasek jabłka był pocięty niemiłosiernie. Ale i tak jestem zadowolona z rezultatu.
W garnuszku podgrzewamy galaretkę lub konfiturę i smarujemy paski jabłka.
Wkładamy foremki do piekarnika i pieczemy 30 minut.
Po wyjęciu możemy jeszcze raz przesmarować wierzch ciastek konfiturą.




Są urocze, są pyszne, są doskonałe na wtorek (na środę i czwartek też).

Smacznego

sobota, 17 sierpnia 2013

Lawendowe ciasto z karmelizowanymi morelami czyli co moja głowa robi nocą



Budzę się w środku nocy. Nieprzytomnie próbuję sobie przypomnieć co mnie obudziło. W ciemnościach mojego półprzytomnego umysłu błyskają pojedyncze wskazówki. Pomarańczowy, ściana, batonik. Myśli, choć ospale, idą ich śladem.
Leżę i wiem, że nastąpi przerwa w spaniu. Myśli zaczną się podkradać najpierw pojedynczo i ostrożnie a potem rozszalałą bandą.
Nocą stają się bardziej śmiałe. Jakby światło dnia i moja przytomność umysłu stanowiły skuteczną zaporę. Nocą trudniej nałożyć im kaganiec i zapędzić do ciemnych kątów. Niektóre nigdy nie powinny oglądać światła dziennego.  Czy nocą zamki w myślowych klatkach pozostają niedomknięte i myśli wykorzystują to niedopatrzenie na wymknięcie się po cichu?
Czy może strażnik zasnął i w głowie odbywa się bal na całego.
Leżę i im głębiej w tę moją głowę zaglądam, tym bardziej obudzona jestem.
A gdyby? A co? Jeżeli…? Kto? Może by..? Kiedy? Muszę… Powinnam… To przypomina karuzelę, w której ktoś uszkodził hamulce.
Otwieram oczy i widzę w mroku sprzęty sypialni. Skoro je widzę, to znaczy, że czas płynie i za chwilę wstanie dzień. Świt nabiera rozpędu.
Nie patrzę na zegarek, żeby samej siebie nie przestraszyć. Przecież chcę zasnąć. Wyłączyć ten rozgardiasz.  Wrzasnąć do  własnej głowy: CISZA!
Próbuję skierować myśli do wyjścia. Może jakaś wyliczanka spłucze je jak woda z prysznica. Potrzebna mi jest przynęta. Pomarańczowy, batonik, ściana. Od tego się zaczęło. Wracam do snucia pomarańczowych scenariuszów opierając o ścianę słusznych rozmiarów batonik…
Zasypiam.
Jakie to szczęście, że jest sobota. Zamiast dochodzić do przytomności nad czwartą kawą, mogę się położyć na trawie i patrzeć na chmury. Wszystko mogę. Nic nie muszę.




Ciasto lawendowe z karmelizowanymi morelami:

W wazonie stały trzy badylki lawendy. Uschły już a ja pokruszyłam je do ciasta kruchego. Nie spodziewałam się, że łyżeczka suszonej lawendy nada smaku tarcie.

Ciasto kruche lawendowe:

2 szklanki  mąki pszennej
200 g zimnego masła
2 żółtka
2 łyżki kwaśnej śmietany
2 łyżki cukru pudru
1 łyżeczka suszonej lawendy
szczypta soli

oraz:

kilka łyżek konfitury morelowej
250 g mascarpone
2 łyżki cukru pudru

1 kilogram moreli
5 łyżek cukru
2 łyżki wody

Szybko siekamy a potem zagniatamy składniki na ciasto. Formujemy kulę, spłaszczamy ją i wkładamy w worku do lodówki na godzinę. Potem rozwałkowujemy ciasto i wykładamy  nim formę do tarty. Przykrywamy papierem, obciążamy np. fasolą i pieczemy 10 minut w 180 stopniach.
Po 10 minutach zdejmujemy papier i dopiekamy ciasto kolejne 10 minut.
Karmelizujemy morele. Dzielimy owoce na pół. Na patelnię sypiemy cukier i dwie łyżki wody. Rozpuszczamy cukier i czekamy aż zacznie się złocić. Wrzucamy morele i obracamy patelnią, żeby morele całe zanurzyć w karmelu. Gotujemy 5 minut morele i zdejmujemy z ognia. Studzimy.
Serek mascarpone miksujemy z cukrem pudrem. Na upieczonym cieście rozsmarowujemy konfiturę morelową. Na nią kładziemy warstwę zmiksowanego mascarpone. Na górę wykładamy morele.
Ciasto schładzamy w lodówce (przykryte) i podajemy na podwieczorek w taką sobotę jak dzisiaj.






Smacznego