Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kruche ciasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kruche ciasto. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 września 2020

Niebieska książeczka i tarta z limoncello i figami




Ty mnie nie naciskaj, bo się w sobie zamknę...

Znacie ten tekst? To Osioł do Shreka.

Kto lubi być naciskany, przymuszany, zobligowany (fuj, ale to obrzydliwe słowo)?

Przymus wywołuje opór. I choć staram się być od kilku lat nie tak grzeczną dziewczynką jak kiedyś, to i tak nie jest łatwo.

Czytałyście (lub czytaliście) Magię Olewania? Jeśli nie macie problemów z olewaniem (tu aż się wewnętrznie kurczę bo grzeczna dziewczynka mówi, że "olewanie" nie to nie jest ładne słowo), to podziwiam i nieco zazdroszczę. 

Mnie kiedyś olewanie nawet by do głowy nie wpadło. 

Grzeczne dziewczynki wychowane przez grzeczne mamusie noszą grzeczne sukienki i grzecznie spuszczają oczęta. Tak mi mówiono. Jako, że naiwność to moje drugie imię, ani mi w głowie było poddawać tę zasadę w wątpliwość. Jakoś mi się w życiu udawało. Ktoś tam mnie oszukał. Ktoś inny wykorzystał moją łatwowierność. Ktoś popukał się znacząco w czoło. A ja tkwiłam na nieugiętym stanowisku, że świat jest piękny, ludzie dobrzy a jednorożce czekają za rogiem. A, i jeszcze wierzyłam, że dobro zostanie nagrodzone a zło ukarane.

Chwila przerwy, bo muszę się przestać śmiać. Z samej siebie. 

Rodzina patrzyła na mnie jak na raroga i rozciągała nade mną, na ile była w stanie, parasol ochronny.

No wypisz, wymaluj, księżniczka w wieży.

Myślę, że pewnego dnia cierpliwość moich najbliższych bliska była wyczerpaniu. Miłość miłością, wyrozumiałość jak najbardziej, ale cierpliwość to nie źródło bez dna.

Skoro logiczne argumenty trafiały w studnię, postanowili wziąć mnie sposobem...na  gwiazdkę dostałam małą niebieską książeczkę, która zmieniła moje życie.

- To można nie iść na imieniny cioci?

- Można powiedzieć "nie" koleżance, która n..ty raz z rzędu pożycza od ciebie twoją ulubioną bluzkę? 

- Można powiedzieć: "nie chce mi się" oglądać kolejną komedię romantyczną z Tomkiem Karolakiem?

O kurcze!  Nie wiedziałam. 

Spróbowałam na początek użyć słowa "nie" w domu. Nieśmiało i nieco półgębkiem. 

I wiecie co? Ziemia się nie zatrzęsła. Nikt nie skonał w męczarniach oburzony moją asertywnością. Mało tego, nikt nawet mojego "nie" nie komentował. Po prostu życie toczyło się dalej, jakby "nie" nie istniało.

Ożesz ty. Czemu ja tego nie wiedziałam wcześniej? Tyle lat zmarnowanych na byciu grzeczną. 

Koniec z tym. Teraz "nie" będę celebrować, pieścić, napawać się i dosładzać. 

Od tego postanowienia minęło sporo czasu. Po pierwszym zachłyśnięciu się wolnością, mogłam zacząć wyciągać wnioski. 

Najważniejsze to zrobić sobie listę osób, których zdanie jest dla ciebie ważne. Możecie się śmiać, ale ja nosiłam w portfelu swoją listę (krótka była). I ona przywracała mnie do pionu, kiedy martwiłam się na przykład, że nie kupiłam kalendarza od kominiarza lub prosiłam tylko o dwa plasterki szynki w sklepie.

Czy kominiarz i sklepowa są na liście? Nie? Wyrzuty sumienia niech spadają.

Po drugie trzeba być czujnym, nie przesadzić z asertywnością. Łatwo zamienić ją w arogancję. A to już całkiem przeciwległy biegun. 

Niebieska książeczka była tylko impulsem do zmian. Wszystko jak w każdej zmianie musi się zacząć w głowie. To trudne, rozumiem. Ale może czasem warto spojrzeć na świat z innej perspektywy. Może zauważymy, że jednak białe jest białe a czarne jest czarne a tęcza to wspaniałe zjawisko przyrody. 

Nagadałam się zupełnie nie na temat. O śliwkach i kiszonkach powinnam pisać. 

Najlepsze rozmowy toczą się przy stole, więc mój wstęp jest jakby uzupełnieniem stołu.

Aha, ta niebieska książeczka to Magia Olewania Sarah Knight. Polecam.

A co gotujemy?

Może dla coś słodkiego?

Wszystko w tej tarcie jest moje ulubione: kruche ciasto (MidnightCookie spróbuj choć raz), limoncello i figi. 






Tarta z limoncello i figami


ciasto kruche- składniki

90 g zamrożonego masła

50 g zimnego smalcu

200 g mąki pszennej

szczypta soli

50 g drobnego cukru

2-4 łyżki lodowatej wody

lodowate ręce


krem z limoncello - składniki

100 g stopionego i wystudzonego masła

pół szklanki kremówki

5 jajek

180 g drobnego cukru

pół szklanki limoncello

skórka otarta z jednej cytryny

pół szklanki mielonych orzechów laskowych

kilka fig pokrojonych w plasterki do położenia na górze

parę łyżek konfitury morelowej do posmarowania fig


kruche ciasto - wykonanie

Mąkę mieszamy z solą i cukrem. Mało ścieramy na grubej tarce wprost do mąki. Dorzucamy pokrojony w kostkę smalec. Kruszymy palcami do uzyskania okruchów. Wlewamy 2 łyżki wody i zagniatamy szybko ciasto w kulkę. Jeśli ciągle się sypie, dodajemy jeszcze wodę. 

Lub: wszystko ładujemy do malaksera i po minucie mamy gotową kulkę ciasta. Kulkę lekko spłaszczamy pięścią by łatwiej nam się ją wałkowało później.

Ciasto wkładamy do woreczka i do lodówki na co najmniej godzinę.

Potem wyjmujemy ciasto z lodówki i z woreczka. Kładziemy na arkuszu papieru do pieczenia i przykrywamy drugim arkuszem.

Tu następuje najtrudniejsza część przepisu. Trzeba mieć krzepę. Rozwałkowanie na placek twardej jak beton kulki nie jest łatwe (podobno można ją zetrzeć na tarce a potem przyklepać do dna). Jeśli macie pod ręką jakieś mocarne ramię, to teraz się przyda. 

Kiedy już udało wam się wypełnić formę (średnica 24 cm) wkładamy formę z ciastem na kolejne pół godziny do lodówki.

Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni. Ciasto wyjmujemy z lodówki, przykrywamy papierem do pieczenia i wsypujemy coś by ciasto obciążyć np fasolę, groch, soczewicę, kamyczki. Nie chcemy by ciasto urosło za bardzo. Musi się przecież zmieścić w nim clou przepisu czyli limoncello.

Tak wyposażoną formę wkładamy do piekarnika i pieczemy 10 minut. Teraz zdejmujemy obciążenie z papierem i pieczemy jeszcze 10 minut. 

Wyjmujemy tartę z piekarnika i studzimy.


krem z limoncello - wykonanie

wszystkie składniki pakujemy do miski i krótko miksujemy. Wylewamy na podpieczoną tartę i pieczemy w nagrzanym do 180 stopni piekarniku 30 minut. 

Upieczoną tartę (środek nie może być płynny, może drżeć jak osika ale powinien być jednością) studzimy a potem dekorujemy plastrami fig. 

Figi smarujemy podgrzaną konfiturą morelową (bez farfocli!) i podajemy z uśmiechem.




Smacznego


piątek, 2 września 2016

Wyrazy współczucia i ciasto z pieczonymi śliwkami i bezą




















Dzieci, jak się czujecie w nowym roku szkolnym?
Przejeżdżałam dziś rano obok pobliskiej szkoły i poczułam ulgę, że ani sama nie chodzę do szkoły, ani nie muszę już nikogo do niej odprowadzać.
Bałagan to coś, co powinno szkoły omijać z daleka. Wiem co mówię, bo szkoła zajęła mi ogromną część życia.
Obserwując nonszalancję, z jaką traktuje się dziś uczniów, ich rodziców, nauczycieli i naszą bądź co bądź przyszłość, mam wrażenie, że niektórzy wciąż wyznają zasadę: po nas choćby potop.
Całe szczęście, że uczniowie bardziej cieszą się z dodatkowych dni wolnych i drożdżówek ze zmniejszoną zawartością cukru (ciekawe kto to będzie sprawdzał) niż zaprzątają sobie głowę edukacyjnym bałaganem.
Gorzej z rodzicami i nauczycielami. Trzymam za was kciuki, bo wsparcie będzie wam potrzebne.

Z wiadomości optymistycznych pragnę donieść, że śliwek mam zatrzęsienie. Ledwo co uporałam się z renklodami, a już węgierki depczą im po piętach.
Ogarnęła mnie rezygnacja, bo nie mam najmniejszych szans wykorzystać całego sadu.
Wywożę wiadra znajomym, piekę śliwki z czekoladą i pakuję do słojów, a one ciągle są.
A to dopiero początek.
Równie dobrze mają się dynie. Kto czyta, ten wie, że dynie to moja obsesja. Ale dzięki niej jeszcze w maju tego roku mogłam się cieszyć zupą dyniową.
Tym razem ilość hokkaido, butternut squashów i nelsonów przerosła wszelkie moje oczekiwania.
W zeszłym roku przytargałam mój zbiór do miasta i służył między innymi jako ozdoba kuchni.
Tegoroczny zbiór wymagałby dodatkowego pomieszczenia. Dynie panosza się jak perz.
I niestety nie cieszą się wśród znajomych wzięciem. Każdy patrzy na mnie jak na przybysza z kosmosu: co ja z nią (znaczy dynią) zrobię? A do halloween daleko.
Póki co piekę śliwki.












Ciasto kruche z pieczonymi śliwkami i bezą

kruche ciasto:
(forma kwadratowa z wyjmowanym dnem 23 na 23)

ciasto:
2 szklanki mąki pszennej
250 g zimnego masła
2 łyżki cukru pudru
ćwierć łyżeczki soli
4-5 łyżek lodowatej wody

1 kg śliwek węgierek, podzielonych na połówki


beza:

4 białka
250 g cukru pudru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka soku z cytryny

kilka łyżek powideł śliwkowych


Wszystkie sypkie składniki ciasta mieszamy. Wrzucamy masło pokrojone w małą kostkę. Siekamy nożem lub pomagamy sobie mikserem. Kiedy ciasto nabierze konsystencji okruchów, wlewamy po łyżce lodowatą wodę. Miksujemy do połączenia się składników w kulę.
Dzielimy ciasto na dwie części, wkładamy do lodówki na godzinę.

Do naczynia żaroodpornego wkładamy śliwki, przecięciem do góry. Wkładamy do nagrzanego do 190 stopni piekarnika i pieczemy 40 minut. Studzimy.

Ciasto wyjmujemy z lodówki i rozwałkowujemy. Wykładamy nim formę, nakłuwamy widelcem i chłodzimy jeszcze 15 minut.
Potem pieczemy 20 minut w 180 stopniach.
Schładzamy ale nie wyłączamy piekarnika. Zmniejszamy jego temperaturę do 150 stopni.

Białka ubijamy na sztywno i sypiemy cukier (łyżka po łyżce a nie wszystkie naraz). Delikatnie łączymy z sokiem z cytryny a następnie z mąką.

Na schłodzone upieczone kruche ciasto nakładamy powidła śliwkowe i dokładnie smarujemy. Unikniemy dzięki temu namoczenia spodu śliwkami.
Na powidła ciasno układamy upieczone śliwki. Na śliwki wykładamy bezę i szpatułką wyrównujemy powierzchnię. By zrobić na bezie czubki, przykładamy wypukłą część łyżki do bezy i pociągamy łyżkę do góry.
Wstawiamy formę do piekarnika z temperaturą 150 stopni na około 40 minut. Beza powinna się wysuszyć.

To dopiero początek sezonu śliwkowego a ja już zaczynam rozglądać się czymś nie śliwkowym. Obfitość też czasami może być uciążliwa.





Smacznego i cudnego weekendu


niedziela, 4 października 2015

Zew natury i tarta z marcepanem i jabłkami
























Korzystam z pięknej pogody i nie robię nic.
Fajnie jest zrobić sobie wagary. A jeśli jeszcze nikt nas nie będzie wzywał na dywanik z ich powodu, to tym większa przyjemność.
Co robicie w tak piękną niedzielę. Tylko nie mówcie, że siedzicie przed telewizorem i katujecie się „Kawą na ławę” lub sprzątacie z powierzchni Ziemi kolejny statek obcych.
Nie ma dziś usprawiedliwienia dla siedzenia w domu.
Proszę natychmiast wyjąć z piwnicy rower, odkurzyć wygodne buty lub spakować plecaczek i ruszyć szanowne cztery litery.
Wszystko jedno czy tylko do pobliskiego parku czy w Bieszczady.
Jeśli tego nie zrobicie dzisiaj, to w czwartek będziecie mogli sobie pluć w brodę. Ale wtedy będzie już za późno.
Bo w czwartek przyjdzie zło. Zło zimne, oślizgłe i bezlitosne. Będzie miało na imię „Zmiana pogody”.
I na nic będą tęskne spojrzenia w stronę półki z sandałami. Na nic wyrzuty sumienia, że „piękna była niedziela, a ja ją przespałam
To se ne wrati, moi mili.
Zamykamy więc laptopy, chowamy pilota do szuflady i ruszamy.
Pogrzebmy w liściach i przypomnijmy sobie jak to było, kiedy majstrowało się kasztanowe krówki i niedźwiedzie.
Kto z was pamięta jakie to uczucie zamknąć w dłoni świeżego, jeszcze lekko wilgotnego kasztana?
No, właśnie.
Spróbujcie a zobaczycie, że radość w zbieraniu kasztanów nie ma nic wspólnego z wiekiem.
Tylko pośpieszcie się, niedziela nie będzie trwać wiecznie. Powiem więcej: dziś jest jej mniej niż tydzień temu.

Za miastem przyroda naprodukowała tyle dobra, że nawet możemy mieć namacalną korzyść z takich wagarów. Jabłka aż proszą się o wykorzystanie.
Wniosek jest jeden: nie ma co szukać wymówki. Dziś żadna wymówka nie będzie dobra.

















Tarta z marcepanem i jabłkami
(forma o średnicy 24 cm)

100g zimnego masła
2 łyżki cukru pudru
1,5 szklanki mąki pszennej
3 łyżki zimnej kwaśnej śmietany
1 żółtko

kostka miękkiego marcepanu (kupiłam w Lidlu)
1 kg kwaskowatych jabłek
100 ml kremówki
1 jajko
4 łyżki konfitury morelowej

Ciasto:
szybko zagniatamy składniki ciasta, formujemy kulę, spłaszczamy ją ręką, wkładamy do woreczka i umieszczamy na godzinę w lodówce.
Po godzinie włączamy piekarnik i nagrzewamy go do 180 stopni. Ciasto wyjmujemy z lodówki i rozwałkowujemy na placek. Wykładamy nim formę (najlepiej taką z wyjmowanym dnem), ocinając kawałki ciasta, wystające poza formę.
Nakłuwamy ciasto widelcem i wkładamy do piekarnika na 15 minut.
Podpieczone ciasto wyjmujemy z pieca i studzimy. Nie wyłączamy piekarnika.
W tym czasie kroimy obrane jabłka na ćwiartki. Ćwiartki kroimy w cienkie plasterki.
Na wystudzone ciasto kładziemy plastry marcepanu.
Jak go doprowadzić do płaskiej postaci?
Trzeba go rozwałkować. Najlepiej kroić go na plastry, posypać z obu stron cukrem pudrem (dzięki temu nie przylepi się do deski i wałka) i wałkować do otrzymania placka o grubości około 2 milimetrów. Tym sposobem pokryjemy ciasto kilkoma (tak jest łatwiej) marcepanowymi plackami zamiast jednym dużym (trudno go rozwałkować a potem przenieść).
Na warstwę marcepanową układamy plasterki jabłek. Robimy to ciasno, troszkę na wzór łusek.
W miseczce rozmącamy jajko ze śmietaną i wylewamy na jabłka.
Wstawiamy formę do piekarnika i pieczemy 40 minut.
Upieczone ciasto smarujemy podgrzaną konfiturą morelową.
























Jesień w całej okazałości na talerzu. No, może z małym letnim elementem, w postaci lodów waniliowych.






Smacznego

sobota, 11 lipca 2015

Gdzie jest ziemia obiecana czyli letnie ciasto z kremem waniliowym i wiśniami
























Jakie piękne słońce świeci. Jakie piękne 14 stopni pokazuje termometr. Tydzień temu przemilczałam upały ale koniec tego dobrego. Jak dziesiątego lipca może być siedem stopni o poranku?
Już wolę milczeć o upałach niż z przerażeniem szukać szalika w lipcu.

Zagrzebałam się w mapach. Czas rozpracować trasę wycieczkową, zaplanowaną na koniec miesiąca.
Z grubsza wiem dokąd jadę i jakie chcę miejsca odwiedzić, jednak pomiędzy Białowieżą i Lublinem jest jakieś 240 km i pewnie niejedno do obejrzenia.
Jak mało człowiek wie o tym, co za miedzą.
Jeździłam oglądać jakieś stare kamienie na krańcu świata a nigdy nie wpadło mi do głowy, żeby pojechać w Polskę. A może to tak działa? Żeby zatęsknić za tym, co mamy na wyciągnięcie ręki, trzeba spojrzeć na to z daleka?
Ktoś kiedyś powiedział, że ziemia obiecana jest zawsze po drugiej stronie pustyni.

Tym razem padło na Ścianę Wschodnią. Dla mnie to egzotyka porównywalna do wycieczki na Islandię.

Ludzie wymieniają się planami wakacyjnymi. Ci jadą na Sardynię, inni do Turcji, kolejni planują włóczęgę po Chorwacji. Na szczęście wszyscy nasi znajomi wykazali się zdrowym rozsądkiem i ani im w głowach Tunezje i Egipty. Nawet nasza zagorzała fanka egipskich plaż, słodka Agnieszka, w tym roku powiedziała „nie” faraonom. Mądra dziewczyna.
Jak co roku, część naszych znajomych martwi się pogodą nad Bałtykiem. Jeśli macie skłonności do hazardu, to możecie próbować obstawiać ilość ciepłych dni w lipcu nad morzem.
Wiecie, że w Toskanii można znaleźć agroturismo w cenie porównywalnej do kwatery w Jastarni?

Pewnie większość ma już bardzo sprecyzowane plany na spędzenie urlopu. Może ktoś się wybiera pod koniec miesiąca do Białowieży? Może spotkam po drodze kogoś znajomego? Lub może ktoś ma w planach Roztocze?
Moja wędrówka będzie nieco chaotyczna i dyktowana oczami. Jedziemy gdzie oczy poniosą.
Tak jeszcze nie podróżowałam ale jestem przekonana, że będzie niecodziennie.
Na razie jednak studiuję mapy, bo spontan spontanem, ale mapę mieć trzeba.

Na mroźną lipcową sobotę mam ciasto obłędnie letnie. Wiśnie teraz smakują niezależnie od słupka rtęci. Są soczyste i aromatyczne. Kilogram mieszka już w słoiku razem ze spirytusem .
Te co zostały na drzewku, wykorzystałam do ciasta.
Zapraszam




Kruche ciasto z kremem waniliowym i frużeliną wiśniową

ciasto:
2 szklanki pszennej mąki
1/4 kostki masła
2 łyżki smalcu
1 żółtko
1 łyżka cukru pudru
3 łyżki lodowatej wody
szczypta soli

Szybciutko siekamy składniki. Potem jeszcze szybciej zagniatamy składniki i formujemy kulę. Przekładamy ciasto do folii, rozpłaszczamy dłonią (łatwiej się potem rozwałkuje) i wkładamy do lodówki na minimum godzinę.

W czasie kiedy ciasto się chłodzi, przygotowujemy krem waniliowy.

krem waniliowy:
pół litra mleka
1 laska wanilii
5 żółtek
1/4 szklanki drobnego cukru
2 łyżki (płaskie) mąki pszennej
1,5 łyżki mąki kukurydzianej

Żółtka ucieramy z cukrem na jasną masę a potem mieszamy z mąkami. Mleko zagotowujemy i powoli wlewamy do masy jajecznej. Mieszamy i stawiamy na malutkim ogniu. Mieszamy aż masa zacznie się gotować (delikatnie). Gotujemy jeszcze minutę ciągle mieszając.
Zdejmujemy garnek z pieca i przykrywamy krem folią spożywczą by nie zrobił się kożuch. Lekko studzimy.
Wyjmujemy spód ciasta z lodówki i wylewamy na niego krem waniliowy.
Studzimy ciasto i na masę waniliową wykładamy frużelinę wiśniową.

frużelina wiśniowa:
2 szklanki wydrylowanych wiśni
pół szklanki cukru
1,5 łyżeczki żelatyny
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej

Wiśnie zasypujemy cukrem i zostawiamy na kwadrans. Po kwadransie zagotowujemy je na małym ogniu. W szklance mieszamy odrobinę wody z mąką ziemniaczaną i wlewamy do gotujących się wiśni. Mieszamy by masa zgęstniała i po jej zagotowaniu zdejmujemy z pieca. Do gorącej masy wlewamy rozpuszczoną żelatynę i dokładnie mieszamy.
Studzimy frużelinę ( może być ciepła ale nie gorąca) i wylewamy na krem waniliowy.

Komu mało atrakcji może każdą porcję udekorować łyżką bitej śmietany.
Ale pycha!






















Smacznego

sobota, 17 stycznia 2015

Jak (prawie) zostałam milionerem i orzechowe ule z adwokatem


























Kto nie chciałby zostać milionerem? Każdy. Gracie w Totolotka? Podejrzewam, że choć jeden zakład macie za sobą.
Podobno są ludzie analizujący częstotliwość występowania bądź nie poszczególnych liczb.
W całym moim życiu może kupiłam ze dwadzieścia kuponów. W naszej parze to MMŻ jest tym który śni o milionach. Ja pozostaję w przekonaniu, że gry losowe są nie dla mnie.
Tylko raz w życiu udało mi się wygrać coś w konkursie i nie miało to nic wspólnego z ślepym losem. Znałam po prostu odpowiedź i miałam niezły refleks. Efektem był film VHS Tańczący z wilkami.
Było to tak dawno temu, że zastanawiam się czy mi się to po prostu nie śniło. Od tamtego czasu tzw Fortuna omija mnie szerokim łukiem. Może przyczyną jest mój brak udziału w grach losowych. Wiecie, to jak w tym dowcipie o marudzącym do Boga na brak wygranej Jontku. Co mu Bóg odpowiedział? Żeby w końcu kupił kupon.

Mając w ręce skreśloną trójkę (MMŻ kupił, skreślił i wygrał), zamiast zainkasować oszałamiające 12 złotych, postanowiłam je mądrze zainwestować. Kupiłam dwa kupony.
Kupon schowałam w portfelu i od razu zapomniałam o całej sprawie. Jak widzicie moje przywiązanie do myśli o zostaniu krezusem nie jest zbyt mocne.
Na szczęście MMŻ zachował czujność i wieczorem postanowił sprawdzić mnie i moje szczęście.
Do zgarnięcia było 17 milionów. Wykazując zerowe zainteresowanie moim ewentualnym niespodziewanym bogactwem wzięłam się za czytanie Dużego Formatu.
I słyszę: trafiłaś 2. Trafiłaś 15. Trafiłaś 24. Trafiłaś...
Popatrzyłam z powątpiewaniem na mojego ukochanego.
Okulary ma. Wygląda na zdrowego. I najwyraźniej nie robi sobie żartów.
To ile zgarnęłam? - pytam w końcu, oczami wyobraźni widząc te dziesiątki schronisk dla psów, zaopatrzonych dzięki mojej wygranej w ciepłe budy, koce i karmę na najbliższy rok świetlny.
- Trafiłaś czwórkę!
No dobra, może nie wygrałam 17 baniek ale chyba niewiele mniej. Starczy może nie na dziesiątki schronisk ale chociaż dziesięć.
Oj, kobieto, kobieto! Wygrałaś całe 214 złotych. Na dobry gumowy młotek, żeby ci wybić z głowy dziwne inwestycje wystarczy.

I co wy na to? Wygrałam w totolotka! Po raz pierwszy w życiu! I jestem lepsza od MMŻ. On nigdy nie wygrał czwórki. Choć w trójkach jest bezkonkurencyjny.
Kto tu jest większym szczęściarzem?
Może rzucić się w otchłanie hazardu?

Na osłodę po tych 17 nie wygranych milionach ulepiłam słodkie ule z adwokatowym nadzieniem.

Robota jest znacznie łatwiejsza niż wygrana w totolotka.
Trzeba mieć mielone orzechy, białko i cukier. No i trzeba mieć foremki. Ostatnio zasypało nimi sklepy z dodatkami do domu. Kupiłam komplecik i skorzystałam z przepisu na opakowaniu.
Poszło raz dwa. Już wiem, że czekanie na mannę z nieba to nie moja działka. Co innego jeżeli chodzi o robienie słodkości.




Orzechowe ule z adwokatowym nadzieniem

foremki w kształcie uli
200 g mielonych orzechów
150 g cukru pudru (dałam mniej niż w przepisie)
1 białko.
pół łyżeczki alkoholu (rumu, wódki, spirytusu)


Z podanej ilości składników zrobimy około 20 średniej wielkości uli.

Wszystkie składniki dobrze wyrabiamy. Otrzymamy masę podobną do plasteliny.

Foremkę zamykamy i wysypujemy ścianki cukrem pudrem. Wypełniamy środek masą i dość mocno ugniatamy. Inaczej, po otwarciu ul nie będzie trzymał formy. Robimy otwór w masie orzechowej.
Z tym miałam problem, bo czym tu zrobić dziurkę? Poradziłam sobie używając tylki do wyciskania kremu (i tak była mi potrzebna później). Dziurki drążymy w cieście orzechowym na tyle duże, by zmieścił się do nich krem.

Robimy krem adwokatowy

pół szklanki likieru adwokat
200 g białej czekolady
50 g masła

Podgrzewamy adwokat i wrzucamy do niego połamaną czekoladę, potem masło. Nie gotujemy masy tylko podgrzewamy. Mieszamy aż wszystko się rozpuści i pięknie połączy. Potem schładzamy krem w lodówce. Nie pozwólcie mu całkowicie zastygnąć bo musimy nim napełnić ule.
Za pomocą rękawa cukierniczego i tylki napełniamy ule i naklejamy od spodu ciasteczka. Wstawiamy deser do lodówki, najlepiej całą noc.

Chciałam pójść na skróty i kupić ciastka do zamknięcia uli ale okazało się to trudniejsze niż trafienie czwórki.
W końcu musiałam upiec krążki zwykłego kruchego ciasta (z większej części zrobiłam tartę orzechową; ale o tym kiedy indziej) i one posłużyły za dno uli.

Bardzo słodkie te ule. Za to nadzienie rewelacja. Polecam jako małe co nieco na pocieszenie po niewygranych milionach.





Smacznego i wesołej niedzieli.

sobota, 11 października 2014

Upolowana tarta pekanowa czyli wspomnienia z Devon


























Sprawa wyglądała tak: stałyśmy przed ladą w malutkiej knajpce. W planach miałyśmy lunch. Ja potrzebowałam kawy. Większość moich myśli zajmowała w tym momencie potrzeba zastrzyku kofeiny. Żadne dodatki w postaci pustych kalorii nie były mi potrzebne. Tylko kofeina.
Dziecko w tym czasie lustrowało wystawione na widok publiczny węglowodany i cukry.
Nie powiem, widok był kuszący. Osobniki o słabej woli czy regularne łasuchy zostały wystawione na próbę.
Wśród nich moje Dziecko:
- O matko i córko co wybrać? Mamo, które ciasto mam wziąć? Wszystkie wyglądają jak milion cukrowych dolarów
- Weź to, które wygląda najmniej efektownie i jest go najmniej.

Padło na tartę z orzechami pekan. Wyglądało, jakby ktoś na nim usiadł.
Inne ciasta czyli marchewkowe, sernik z passiflorą, cały zastęp muffinów i ciasto czekoladowe mogłyby spokojnie brać udział w konkursie na lokalny produkt cukierniczy. Jednak intuicja podpowiadała mi, że stali bywalcy wiedzieli co biorą,
- Dwa cappuccino i tatrę pekanową poproszę.
Widok rozanielonej miny Młodszej wart był podróży do Devon. Dziecko jest ogromnym entuzjastą karmelu. Tarta, którą wybrała okazała się ciastem idealnym.

Byłam gotowa zmierzyć się z tą tartą. Uwielbiam się uczyć i nie mam nic przeciwko nowym wyzwaniom. Tutaj początek był prosty. Kruche ciasto mam opanowane. Orzechy pekan też leżą w granicach moich możliwości. A reszta?
Spaja je karmel, ale czy tylko? Miałam wątpliwości.

Moje dalsze plany obejmowały wizytę u starszego Dziecka. A tam, pierwszą książką, którą wzięłam do ręki był Hummingbird. W nim jak latarnia świecił przepis na pekanową tartę.
Nie mówcie mi, że zbieg okoliczności jest przereklamowany.
- Panie Twain, może się pan jednak mylił.
Zrobiłam zdjęcie telefonem (o tempora! o mores!) i przywiozłam przepis do Polski.
Oto moje refleksje na temat....i przepis oczywiście też.

Podstawowa zasada to czytać instrukcje. Uniknie się nieporozumień, miotania przedmiotami i kompromitacji. Czytanie instrukcji jest nudne ale, niestety, potrzebne. Przynajmniej od czasu do czasu.
Tak było i w przypadku tego ciasta. Tak się ucieszyłam, że je znalazłam, że nie zawracałam sobie głowy zagłębianiem się w szczegóły. Nie byłoby problemu, gdybym potraktowała ten przepis czysto teoretycznie. Ja jednak postanowiłam ciasto upiec natychmiast. Wzięłam się za zrobienie tej tarty bez czytania instrukcji. Niedobrze.
Kiedy już kupiłam pekany a ciasto kruche chłodziło się w lodówce, nadszedł czas na zgłębienie przepisu.
A tu, jak różowy krasnoludek w zielonym lesie tkwi coś, co w żaden sposób nie figuruje na liście składników, posiadanych przeze mnie. Ciemny syrop kukurydziany*! A co to za dziwo?!
Mam golden syrup, mam melasę, mam miód, mam syrop z buraków i syrop cukrowy. O syropach miętowym i kokosowym nie wspomnę, bo średnio pasują mi do pekanowej tarty. Ale syrop kukurydziany?
Idziemy na żywioł? Jak najbardziej.
Ciemny syrop kukurydziany* (internet powiedział mi, że ten rodzaj ulepku cieszy się ogromną popularnością w USA) zastąpiłam tym, co miałam w spiżarni czyli golden syrupem i syropem z buraków. Oba kupiłam w normalnym polskim sklepie.
Do dzieła!


























Tarta pekanowa

kruche ciasto czyli:

100 g zimnego masła
1 szklanka mąki
1 łyżka cukru pudru
szczypta soli
1 żółtko
1 łyżka kwaśnej śmietany

nadzienie karmelowe:

200 g cukru
250 ml ciemnego syropu kukurydzianego*(w moim cieście jest mix golden syrup i syropu z buraków)
0,5 łyżeczko soli
3 jajka
60 g masła
wanilia
100 g orzechów pekan plus do dekoracji


forma o średnicy 23 cm

Zagniatamy kruche ciasto. Wkładamy do lodówki na półtorej godziny. Potem rozwałkowujemy, przekładamy do formy, nakłuwamy widelcem i znów schładzamy pół godziny.

Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni

Aby zrobić nadzienie musimy zagotować syrop z cukrem. Wiem, że brzmi to karkołomnie gotować cukier z cukrem, ale tak trzeba. Nie mieszamy gotującego się syropu z cukrem. Obracamy tylko patelnią z czułością. Gotujemy tę mieszankę minutkę i zdejmujemy ją z pieca. Teraz dodajemy pokrojone w kawałki masło i mieszamy aż się rozpuści. Studzimy.
Do misy miksera wbijamy jajka i ubijamy aż się połączą (nie robimy kogla mogla). Do jajek wlewamy przestudzoną masę cukrową. Powinna być ciepła ale nie gorąca. Nie zależy nam na słodkiej jajecznicy.
Miksujemy do połączenia się składników dodając sól i wanilię.

Wyjmujemy formę z kruchym ciastem z lodówki.
Odkładamy część orzechów do dekoracji. Resztę pekanów siekamy nożem i wysypujemy na kruchy spód. Wlewamy na orzechy karmelową masę.
Wstawiamy ciasto do piekarnika i pieczemy godzinę. Po upieczeniu dekorujemy orzechami pekan.
Ciasto jest oszałamiające. Już rozumiem, że można zostać fanem karmelu z orzechami.
Takie ciasto to jesień w skondensowanej postaci.

*Spokojnie można zastąpić syrop kukurydziany syropem cukrowym i miodem. Zapewne było to odstępstwo od oryginału, ale liczył się efekt końcowy. A ten był porażający.
Tylko szkoda, że Dziecko mojego ciasta nie spróbowało....na razie.





Smacznego



piątek, 15 sierpnia 2014

Kruche, krem orzechowy, śliwki i jogurt miętowy czyli jak uległam pokusie
























A co tam. Raz kozie śmierć. Każda z części wymienionych w tytule wywołuje same smaczne skojarzenia. Z ciast najbardziej lubię kruche. Nazwa „krem orzechowy” działa na mnie jak na widzów całego świata działała scena zdejmowania przez Ritę Hayworth rękawiczek. Pieczone śliwki skojarzone z jogurtem powodują, że wszystkie obietnice utrzymania diety nikną w tempie Sokoła Milenium.
Jak tu zachować zdrowy rozsądek, kiedy takie smakowitości chodzą mi po głowie?
Skoro nie umiem sobie odmówić żadnej z wymienionych pokus, zafunduję sobie wszystkie naraz.
Jaka to różnica czy popełniam jeden grzech czy kilka?
Pokutę wyznaczę obie później.

























Kruche ciasto z kremem orzechowym, śliwkami i miętowym jogurtem
(okrągła forma 23 cm)

Kruche ciasto:

250 g mąki pszennej
150 g zimnego masła
40 g drobnego cukru
2 żółtka

Szybko zagniatamy ciasto, lekko spłaszczamy, wkładamy do foliowej torby i chłodzimy w lodówce minimum godzinę. Po tym czasie rozwałkowujemy (lekko nie będzie) i wykładamy rozwałkowanym plackiem formę. Zarówno dno jak i boki. Nakłuwamy widelcem. Ponownie wkładamy do lodówki na 15 minut.
Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Obciążamy tartę papierem do pieczenia i np.fasolą. Pieczemy kruche ciasto 20 minut, po czym zdejmujemy papier z obciążeniem, zmniejszamy temperaturę do 150 stopni i pieczemy jeszcze 10 minut. Potem wyjmujemy tartę z piekarnika i czekamy aż ostygnie.
I zajmujemy się kremem orzechowym.

krem orzechowy:

300 g miękkiego masła
200 g drobnego cukru (lub cukru pudru)
3 jajka
300 g mielonych orzechów laskowych
3 łyżki mąki pszennej
3 łyżki likieru amaretto
oraz
1 kg śliwek węgierek

Ubijamy masło z cukrem na puch. Dodajemy jajka i ubijamy dalej. Dodajemy mielone orzechy i mąkę. Na koniec wlewamy amaretto.
Przekładamy krem na wystudzone kruche ciasto.
Śliwki dzielimy na połówki. Kładziemy je na kremie orzechowym, jedna obok drugiej.
Ponownie wkładamy ciasto do piekarnika i pieczemy 40 minut.
Po wystygnięciu, upieczone ciasto podajemy z jogurtem miętowym.

Jogurt miętowy:

kubek jogurtu greckiego
2 łyżki płynnego miodu
4 listki mięty, pocięte na paski nożyczkami

Jogurt mieszamy dokładnie widelcem (robimy to by przybrał postać gęstego kremu), polewamy miodem i posypujemy paseczkami mięty.

Samo pisanie tego przepisu spowodowało zamęt w mojej głowie. Pamięć zapachów, delikatności kremu, słodyczy śliwek i świeżości mięty była tak silna, że popędziłam do kuchni wyjąć masło z lodówki.





Smacznych talerzy i pięknego długiego weekendu

niedziela, 8 czerwca 2014

Kruche babeczki z kremem bzowym i płatkami róż czyli zero zawracania głowy


























Dzisiaj szkoda tracić czas na gotowanie. Szkoda marnować czas na czytanie, błądzenie po blogach czy szukanie śmiesznych kotków na You Tubie. Dziś świeci i grzeje. Każdy kto ma choć trochę rozumu w głowie i nie za dużo obowiązków, powinien pakować kocyk, kosz z kanapką i uciekać do zieleni, trawy, mrówek i os. One tylko na to czekają. Na nas czyli świeżą krew i nasze apetyczne zapasy.
Cała ta zgraja dybiących na naszą krew agresorów nie powinna mieć jednak żadnego znaczenia. Jeden Off lub inny odstraszacz i możemy oddać się niedzielnemu błogostanowi;
pooglądać z bliska co w trawie piszczy, sprawdzić jak mają się poziomki, lub po prostu pogapić się w niebo.
Pamiętacie co ostatnio pisałam o sukience? Dziś jest ten dzień, kiedy można, a nawet trzeba jej użyć. Że niewygodnie na majówce w sukience? Ale za to z jakim fasonem!
I pamiętajcie o kremie z filtrem. Słońce ma też swoje wady (malutkie).
Nie zawracam dziś głowy przepisami. Babeczki leżały od kilku dni w pudełku a krem zrobiłam jedząc śniadanie. Dzika róża znalazła się przypadkiem obok naszego kocyka. I tak to wyszło.
Cieszcie się niedzielą. Jest przepiękna.























Babeczki z kremem bzowym i płatkami róż
(na 12 kruchych babeczek)

100 g zimnego masła
1 szklanka mąki
1 żółtko
2 łyżki cukru pudru
szczypta soli
1 łyżeczka wody różanej

Zagniatamy szybko ciasto i wkładamy na godzinę do lodówki. Potem wałkujemy na grubość 3 -4 milimetrów i wyklejamy nim foremki do babeczek. Jeszcze raz schładzamy pół godziny a potem pieczemy 15 minut w 18o stopniach.
Zimne babeczki możemy przechowywać w zamkniętym pojemniku.

krem bzowy:
(wystarczy by napełnić 5 babeczek)

4 łyżki syropu bzowego
135 g serka śmietankowego
płatki dzikiej róży






Smacznego

niedziela, 13 kwietnia 2014

Obcy przybysze i szarlotka pomarańczowa























Zanim zacznę planować ciasta na Wielkanoc, upiekę ciasto, które jest chyba najbardziej domowym z ciast. To pierwsze ciasto upieczone samodzielnie w głębokiej podstawówce. Nie wiem czy przepis był taki jak ten dzisiejszy ale smak na pewno.
Jabłka zapakowane jesienią do słoika, przesmażone z dodatkiem skórki pomarańczowej leżały spokojnie na półce.
Kiedy otwierałam słoik nie miałam w planach pieczenia szarlotki. Zajrzałam do słoika przekonana, że znajdę w nim szaro zielone życie. Ale zmasowany atak oszałamiającego zapachu był dowodem na całkiem niezłą kondycję moich przetworów. To ostatni słoik smażonych jabłek. Pożegnam nim zeszłoroczny sezon zaprawowy. I zapomnę o jabłkach na najbliższe miesiące. Te, które od czasu do czasu kupuję w akcie desperacji wprawiają mnie w smutny nastrój, bo nijak nie przypominają jabłek jesiennych.
Obok nich leżą pomelo, pitaje, tamarillo, grenadiny i inne dziwadła. I kupuję je czasami. Tylko po to, żeby zaraz zatęsknić za kosztelą czy koksą.
Właśnie taki zamorski zakup spowodował moje zainteresowanie szarlotką. Każdy z tych obcych owoców jest ogromnym rozczarowaniem. Najbardziej efektowne są z zewnątrz. Potem, czyli po zajrzeniu do wnętrza jest już gorzej. Ni to agrest, ni to kiwi, a pitaja to lutowy ogórek w smaku.
Choć, po przekrojeniu jego dekoracyjność jest niezaprzeczalna.
Kiedy chcę popatrzeć na martwą naturę to wybieram Gauguina.
Wzięłam więc słoik pełen pachnącego października i bez wahania upiekłam szarlotkę.
























Szarlotka jabłkowo pomarańczowa

kruche ciasto do szarlotki

2 szklanki mąki
125 g zimnego masła
2 żółtka
2 łyżki kwaśnej śmietany
2 łyżki cukru pudru
1 łyżka spirytusu
starta skórka z jednej pomarańczy

nadzienie jabłkowe

słoik z zeszłorocznych zapasów lub:
1 kilogram kwaśnych jabłek
sok z jednej pomarańczy
skórka starta z jednej pomarańczy
pół szklanki cukru (lub więcej, jeśli lubicie słodsze klimaty)

Zaczynamy do ciasta. Jak zawsze w przypadku kruchych ciast, szybko zagniatamy masło z resztę składników (najlepiej mikserem lu zimnymi rękami). Kulę ciasta dzielimy na dwie części. Rozpłaszczamy je (łatwiej je będzie potem rozwałkować), wkładamy do woreczków i chowamy na godzinę w lodówce.

Jabłka obieramy, kroimy na cząstki i wkładamy do rondla. Wlewamy sok pomarańczowy, wsypujemy cukier i skórkę. Mieszamy i na małym ogniu gotujemy do momentu aż zmiękną a woda odparuje. Kiedy jabłka będą miały gęstość konfitur, wyłączmy ogień i pozwalamy jabłkom ostygnąć.

Nagrzewamy piekarnik do 190 stopni.

Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki. Rozwałkowujemy jedną część ciasta i wykładamy nią formę. Nakłuwamy widelcem i wkładamy do gorącego piekarnika. Podpiekamy spód 15 minut, potem je wyjmujemy z piekarnika i studzimy.
Potem na podpieczony spód wykładamy jabłka.
Drugą część ciasta rozwałkowujemy na placek wielkości formy i przykrywamy nim jabłka. Sklejamy brzegi ciasta, smarujemy rozmąconym jajkiem i pieczemy 25-30 minut.

Możemy powierzchnię ciasta posypać płatkami migdałowymi przed włożeniem do piekarnika lub posypać cukrem pudrem po wystygnięciu. Ja użyłam roztopionej czekolady. Do jabłek i aromatu pomarańczy pasowała idealnie.

Ciasto jest świetne na zimno i na ciepło z łyżką gęstego jogurtu.






Smacznego