Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żelatyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żelatyna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 stycznia 2024

Styczniowa mucha i las w człowieku czyli tort jagodowo kokosowy

 


Nie pamiętam! Tak dawno mnie nie było, że musiałam sobie przypomnieć kim tutaj jestem.

I znalazłam bardzo pachnący wpis. Szkoda, że ostatni. 

Rzut oka na zdjęcie i od razu w głowie otworzyła mi się buteleczka z napisem "lucerna" i zatęskniłam za tarasem, białym winem pitym w świetnym towarzystwie, za dziewczynami pachnącymi pączkami  (za samymi pączkami też:)), za spleśniałym domkiem pod lasem. Nawet o krecich kopcach pomyślałam z rozrzewnieniem. Pomyślałam, że już, już niedługo, jeszcze tylko ze trzy miesiące i będzie można przywitać się z bzem, demonicznym różowym drzewkiem, wiewiórkami w sadzie i dzikami za żywopłotem. 

Każdej zimy przychodzi taki moment kiedy mówię: "starczy". Niech sobie zima bywa, ale pod koniec stycznia mam jej serdecznie dość. 

Śnieg był? Był.

Mrozy dały się we znaki? Dały.

Gwiazdka była? I owszem. 

Sylwester odhaczony? No i już.

W górę rękę ten, kto otwierając szafę uśmiecha się na widok zimowej kurtki.

Te buty, te skarpety, podkoszulki, rękawiczki, szaliki! Ileż można? 

Dziś świeciło słońce. I to nie jakaś marna imitacja, tylko prawdziwe ciepłe cieszące oko i serce slońce. Balkon otwarłam, koty wypuściłam, lampki świąteczne zwinęłam w końcu do skrzyni. 

Nie tylko ja zareagowałam entuzjastycznie na dzisiejszą słoneczność. Mucha się pojawiła w zasięgu wzroku, nie tylko mojego. Od razu została pożarta. Świat jest niebezpieczny.

Z rozpędu kupiłam bukiet tulipanów wiedząc, że kiedy tylko się ze swoich zielonych kokonów rozwiną, to okażą się bladymi podróbkami wiosny. Ale nadzieja umiera ostatnia.

Do tych soczystych żółcią i czerwienią grządkowych tulipanów jeszcze daleko. Po drodze kalendarz pokazuje walentynki,  Czarodziejski flet, dzień kobiet.....

W taki dzień jak dziś pocieszam się myślą, że dzisiaj jest do wiosny bliżej niż było we wrześniu. 

Póki jej nie ma zerknę jeszcze na pole lucerny. Dobrze, że mamy zdjęcia, wspomnienia i kalendarz.

Pozdrawiam wszystkich ciepło i zapraszam na wspomnienie lata czyli tort jagodowo kokosowy. 





Tort jagodowo kokosowy

Jak pewnie wiecie,  lubię mieć zamrożone resztki ciasta z różnych wypieków. Nie wszystko zużywam do konkretnych ciast a to co zostaje świetnie się mrozi; czy to biszkopty czy ciasta typu brownie. 

Taki skarb w zamrażarce skraca czas robienia ciasta o połowę. 

Wyjmujemy zlodowaciałe ciasto na blat kuchenny a za pół godziny mamy gotową bazę do tortu. 

Moje zapasy składały się z dwóch pięknych blatów biszkoptowych i worka resztek czekoladowego ciasta, które uwielbiam za prostotę i niezawodność. Te resztki były skrawkami o różnych kształtach. Wiedzcie, że to żadna przeszkoda w zrobieniu spektakularnego tortu. 

Jeśli nie macie czekoladowych resztek, pokrójcie biszkopt na trzy części. Też będzie pięknie.

Składniki na tort o średnicy 18 cm

Potrzebujemy:

biszkopt o średnicy 18 cm

jeden czekoladowy blat (lub kolejny krążek biszkoptu) o średnicy 18 cm

Biszkopt:

4 jajka, osobno żółtka, osobno białka

140 g drobnego cukru

100 g mąki pszennej

30 g mąki ziemniaczanej

30 g roztopionego i wystudzonego masła

szczypta soli

Rozgrzewamy piekarnik do 170 stopni.

Ubijamy białka do spienienia i dodajemy po łyżce cukier. Każdą łyżkę wsypujemy po rozpuszczeniu się poprzedniej porcji cukru. Kiedy białka z cukrem są ubite i przypominają materiał na bezę, wlewamy kolejno żółtka. Mąki mieszamy i delikatnie łączymy z masą jajeczną. Na koniec cienką strużką wlewamy masło.

Dno foremki wykładamy papierem do pieczenia. Wylewamy ciasto i pieczemy 45 minut lub do suchego patyczka.

Wyjmujemy i studzimy.

Nie dzielimy na blaty, na to przyjdzie czas następnego dnia. 

W dniu, w którym pieczemy biszkopt zrobimy też żelkę jagodową.

żelka jagodowa:

200 g jagód

50 g cukru

4 g żelatyny plus odrobina wody do jej zamoczenia

sok z cytryny

Zagotowujemy jagody z cukrem. Żelatynę zalewamy wodą by napęczniała. Potem stawiamy na garnku z gotującą się wodą by się żelatyna rozpuściła.

Zagotowane jagody miksujemy i przecieramy przez sito.

Łączymy z sokiem z cytryny (około łyżki) i płynną żelatyną. Mieszamy i wylewamy do formy mniejszej o 1 cm od formy, w której będziemy składać ciasto. 

Nie posiadam specjalnch rantów do robienia żelki. Wykładam 16 cm formę folią spożywczą i wlewam do niej jagody. Studzę, a potem wkładam do zamrażarki. Zamrożona żelka łatwiej odchodzi od folii i elegancko umieszcza się na cieście.

Kolejnego dnia robimy mus jagodowy i kokosowy.

mus jagodowy:

200 g jagód

5 g żelatyny

40 g cukru

1 łyżka soku z cytryny

130 ml kremówki

Jagody zagotowujemy z cukrem. Miksujemy na puree i przecieramy przez sito. Łączymy z rozpuszczoną żelatyną (patrz wyżej) i sokiem z cytryny.

Ubijamy kremówkę ale nie na sztywno. Ma spływać z łyżki. Do puree  dodajemy łyżkę jagód. Mieszamy a potem dodajemy resztę. Łączymy śmietanę z jagodami.

Krem kokosowy

200 g gęstej części mleczka kokosowego lub po prostu śmietanki kokosowej

100 g białej czekolady 

5 g żelatyny, rozpuszczonej (patrz wyżej)

130 ml kremówki

Podgrzewamy śmietankę kokosową by była dość ciepła ale nie gotująca. Do ciepłej śmietamki wrzucamy połamaną czekoladę. Zostwiamy na 5 minut i mieszamy do rozpuszczenia się czekolady. Dodajemy płynną żelatynę. Mieszamy. Studzimy.

Ubijamy kremówkę jak poprzednio czyli nie na sztywno.

Znów łączymy łyżkę ubitej kremówki z kokosową mieszanką. Potem łączymy obie części.

do nasączenia ciasta:

pół szklanki syropu kokosowego 

2 łyżki wody 

lub pół szklanki syropu cukrowego czyli woda z cukrem

Czas poskładać tort. 

Nie wiem czy używacie folii do składania trortu ale jeśli jeszcze jej nie wypóbowaliście, to polecam z całego serca. Jeśli jej nie macie, to użyjcie papieru do pieczenia jako kołnierza bo tort jest dość wysoki.

Na spód formy kładziemy pierwszy blat ciasta. Nasączamy syropem.

Wykładamy połowe musu jagodowego. Na środek kładziemy krążek żelki jagodowej. Całość przykrywamy resztą musu jagodowego.

Wkładamy ciasto na kwadrans do lodówki.

Kładziemy kolejny krążek ciasta. U mnie resztki czekoladowego brownie. Nasączamy. Wykładamy krem kokosowy, wygładzamy powierzchnię i na kwadrans do lodówki.

Kładziemy ostatni krążek ciasta i wkładamy do lodówkki na kilka godzin.

Przygotowujemy krem do tynkowania tortu.

200 g miękkiego masła

200 g mleka zgęszczonego

Jeśli robicie ozdoby typu"jagoda na krzaczku" odłóżcie z 5 łyżek kremu by je połączyć z barwnikami.

Masło ubijamy na puch i wąską strużką wlewamy do ubijającego się masła mleko.

Możemy położyć krem na ciasto.

Żaden ze mnie cukiernik i nigdy nie jestem zadowolona z efektu ale muszę przyznać, że praca z tynkiem tego typu jest łatwa. Polecam go wszystkim wątpiącym. Jako dodatkową reklamę dodam, że  świetnie nadaje się do ozdób na tort typu szlaczki, kwiatki, listki i tym podobne.

Smarujemy cienko tort tynkiem by złapał wszystkie okruchy, wyrównujemy i schładzamy. Potem kładziemy jeszcze jedną warstwę tynku. Ona będzie tą ozdobną. Teraz możemy tort dekorować. 

Jeśli chcecie zrobić jagodowe krzaki użyjcie barwników do pozostawionych kilku łyżek kremu. Jeśli zapomnieliście o pozostawieniu kremu, udekorujcie tort borówką amerykańską i listeczkami mięty. Oba składniki cały rok są obecne w sklepach.

Fajne jest takie ciasto. Weronika powiedziała, że człowiek z lasu wyjdzie ale las z człowieka nigdy. Sama prawda.

Smacznego




sobota, 6 maja 2023

Ślimak w wodzie i wiosenny tort z wiśnią, cytryną i śmietaną



Może to wyglądać na przynudzanie lub obesyjne trzymanie się jednego tematu ale muszę to powiedzieć. 

Nasza chata za wsią lubi sprawiać niespodzianki. W zeszłym roku wszelkie plany odleciały z majowym kwieciem, bo sufit spadł nam na glowę. I  nie jest to poetycka przenośnia. Gruz i pył powitały nas zamiast ptasząt. 

Kto by o tym pamiętał rok później? 

Gdyby się zastanowić nad klęskami wszelkimi, które dane nam były przez ostatnie lata na otwarcie sezonu wiosennego, to nie powinnam się nieczemu dziwić. 

Nietoperz? Był.

Pęknięta rura? A jakże.

Włamanie? Uf, dawno temu.

Kuna i jej potomstwo? Oj, była.

Zrujnowana łazienka? Wolę zapomnieć.

Sufit w okolicach podłogi? Całkiem nadawno.

Kiedy z ciekawością otwieraliśmy drzwi w tym roku, żadne z nas nie spodziewało się tego, co tym razem nas czekało. 

Czekało cierpliwie, w spokoju i bez jakichkolwiek symptomów. Tylko trawa rosła z niespotykaną intensywnością.

Najpierw MMŻ obszedł włości dookoła. Jak wiadomo, dziczyzna działała pełną mocą więc na pewno będzie co robić. 

Potem ja obcięłam maliny i wyplewiłam grządkę. 

Po tak dobrze rozpoczętym dniu zachciało nam się herbaty. Kto by pomyślał, że ta fanaberia okaże się klęską?

By napełnić czajnik trzeba wpełznąć półtorej metra pod ziemię i odkręcić zawór wody. Łatwizna. 

Ha, niestety, wpełznięcie nie wchodziło w grę. Zanurkowanie owszem, gdyby nie martwy ślimak na powierzchni. Nasze wodne podziemie stało się studnią, wypełnioną po brzegi wodą. Gdzieś tam, półtorej metra niżej majaczyły zawory. Te, od których zależała nasza herbata. Popatrzyliśmy, pokiwaliśmy głowami a potem szlag nas trafił. 

Po co nam to wszystko? Po co nam co roku ta sama rosyjska ruletka. 

Tylko ileż można się wkurzać na wodę? Albo na siły natury? 

Trzy dni póżniej, o parę tysiący złotych ubożsi i bogatsi o ileś metrów błota zamiast trawnika oraz nową studzienkę mogliśmy się w końcu napić herbaty. Ale nam się odechciało.  

Potem już było lepiej choć nie idealnie. Po drugiej stronie drogi, po naszej stronie drogi i trawnika wciąż pietrzą się sąsiedzkie zwały ziemi i piasku. Uwielbiam nasze: "szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie" oraz "moje jest mojsze". I zamiast przyjść z flaszką wina i uśmiechem na twarzy mówiąc: "sorry, że to tak długo trwa i  nieco zdewastowaliśmy wasz kawałek podłogi..." sąsiedzi strzelili focha i przestali się kłaniać. 

Czyżby mieli pretensje, że my mamy pretensje?

Dziwni jesteśmy jako gatunek.

Podsumowując: woda jest, prąd jest, nieproszonych gości, zarówno skrzydlatych jak  pierzastych nie zauważyliśmy, nic nam się nie usunęło z pod nóg i  nic nam nie zleciało na głowy. Wiosna ma się dobrze, dziury w drodze jeszcze lepiej.

Na szczęście wiosna to taki moment kiedy prasują się wszelkie zagniecenia. Kwitnący sad i kicające szaraki skutecznie odwracają myśli od średnio atrakcyjnego widoku z tarasu. Będzie dobrze, jeśli nie jutro, to na pewno kiedyś. I tego się trzymajmy.

Na dobry humor ciasto jak wiosna a w cieście: wiśnie, lemon curd, śmietana, brownie




 Ciasto:

Wyjęłam z zamrażarki. To rewelacyjny sposób na zrobienie szybkiego ciasta. 

Jeśli upieczecie kiedyś za dużo ciasta, obojętnie jakiego, zostanie wam np górka, albo jeden blat, owińcie te resztki folią spożywczą, włóżcie do torebki na mrożonki i schowajcie do zamrożenia. Kiedy przyjdzie wam ochota na zrobienie tortu, to jeden blat już macie. A jeśli zamroziliście wcześniej różne blaty, to tym lepiej. Tort będzie wyglądał jakbyście spędzili na jego tworzeniu długie godziny. Następnym razem pokażę wam tort zrobiony z zielonego i czekoladowego ciasta. 

Dziś jednak jest czas ciasta adekwatnego do kwitnącego sadu, różowego, żółtego, białego.



Zapraszam na tort wiśniowo, cytrynowo śmietankowy na czekoladowym spodzie.

Wszystkie części ciasta są typowymi resztkami, wymiecionymi z lodówki i zamrażarki.

Część czekoladowa:

Jeśli nie macie zachomikowanego mrożonego ciasta weźcie:

1 szklankę czekoladowych  oreo

2 łyżki stopionego masła

W blenderze zmieszajcie okruchy ciastek i masło i wyłóżcie nimi okrągłą formę o średnicy 18 cm. Dodatkowo wykładam boki formy foliowym rantem. Bardzo ułatwia on eleganckie wyjęcie ciasta z formy. 

Formę z okruchami wkładamy do lodówki i zajmujemy się musami.

Mus wiśniowy:

1 szklanka wiśni mrożonych

2 łyżki cukru

1 galaretka wiśniowa

0,5 szklanki kremówki

Podgrzewamy wiśnie z cukrem. Kiedy cukier się rozpuści blendujemy wiśnie i wlewamy z powrotem do rondelka. Zagotowujemy. Zdejmujemy z pieca i wsypujemy galaretkę. Dokładnie mieszamy by się rozpuściła. Studzimy.

Ubijamy kremówkę i łączymy jedną łyżkę wiśni ze śmietaną. Niech się zapoznają.

Potem delikatnie łączymy obie części. Wylewamy na wyjęte z lodówki ciasto i ponownie schładzamy.

Czas na mus cytrynowy:

3/4 szklanki lemon curd (tutaj przepis)

3/4 szklanki kremówki

2 czubate łyżki mascarpone

1 łyżka cukru (jeśli lubicie bardziej na słodko)

2 łyżeczki żelatyny

4 łyżeczki wody do zalania żelatyny 

Żelatynę zalewamy wodą by napęczniała. Wstawiamy do miski z zagotowaną (ale nie gotującą się wodą!). Niech się rozpuści. I zostanie gorąca.

Ubijamy kremówkę z mascarpone i cukrem. Kiedy ubiją się na krem dodajemy po łyżce lemon curd. 

Do miseczki z żelatyną wkładamy łyżkę musu cytrynowego by się zahartował. Potem dodajemy drugą łyżkę a na naszych oczach i ku naszemu przerażeniu wszystko razem przypomina nieforemnego gluta. 

Spokojnie, bez paniki.

Macie jeszcze gorącą wodę, w której rozpuszczaliście żelatynę? Teraz będzie jej wielkie entree. Do miski z gorącą wodą wkładamy miskę z glutem i cierpliwie mieszamy. Po minucie wszystko razem odzyska aksamitną postać. I ten aksamit wlewamy do naszego musu. Krótko miksujemy i piękny cytrynowy mus wlewamy na wiśniowy mus, który zdążył już zastygnąć w lodówce. I znów wszystko ląduje w lodówce.

Po kwadransie chłodzenia możemy zająć się ostatnią warstwą ciasta.

Krem śmietanowy:

3/4 szklanki kremówki

3 łyżki mascarpone

1 łyżka cukru pudru

Ubijamy wszystko na krem i wykładamy na mus cytrynowy. 

Robimy widelcem esy floresy i schładzamy kilka godzin.

Smacznego

Tyle. Pisania dużo, roboty mało. Polecam.

I pięknej kolejnej soboty i niedzieli w tym tygodniu




A poniżej cały przepis bez zbaczania z głównej drogi.

część czekoladowa:

Jeśli nie macie zachomikowanego mrożonego ciasta weźcie:

1 szklankę czekoladowych  oreo

2 łyżki stopionego masła

mus wiśniowy:

1 szklanka wiśni mrożonych

2 łyżki cukru

1 galaretka wiśniowa

0,5 szklanki kremówki

mus cytrynowy:

3/4 szklanki lemon curd (tutaj przepis)

3/4 szklanki kremówki

2 czubate łyżki mascarpone

1 łyżka cukru (jeśli lubicie bardziej na słodko)

2 łyżeczki żelatyny

4 łyżeczki wody do zalania żelatyny 

krem śmietanowy:

3/4 szklanki kremówki

3 łyżki mascarpone

1 łyżka cukru pudru

smacznego


Na ostatnim zdjęciu załapał się jeden z bohaterów kolejnej opowieści.

piątek, 14 kwietnia 2023

Żegnaj zdrowy rozsądku czyli tort "trzy czekolady"



Jak co roku o tej porze chodzę i biadolę na brak miejsca. Jak co roku w okolicach stycznia zaklinam się i przysięgam, że tym razem nie dam się zwariować i nawet oka nie zawieszę.

I jak co roku moja silna wola topnieje jak szron na dachu samochodu w maju. 

Nie wiem, czy to kalendarz jest winny, czy może w powietrzu coś nabrzmiewa i wślizguje się do krwioobiegu by tam zasiać (nomen omen) natrętną myśl o braku konsekwencji. 

W styczniu jestem w nastroju kategorycznym i zdecydowanie zdaję sobie sprawę, że podjęcie decyzji na "tak" będzie skutkowało intensywną pracą latem. I trwam w swojej konsekwencji do marca. A potem słońce robi mi kaszkę z mózgu a sklepy wystawiają witrynki z nasionami. I co? I pstro. Dostaję amoku, zapominam jak się nazywam, a obietnice złożone samej sobie odbieram jako przestarzały, zimowy żart. I sieję jak szalona by po kilku tygodniach z przerażeniem odkryć na parapetach dziesiątki kiełkujących, zielonych istnień.

Coś ty najlepszego narobiłaś kobieto! 

Wydawało się, że w tym roku będzie inaczej. Wszystkie parapety są zasiedlone. Rosną, piętrzą się i rozpychają na nich konsekwencje (!!!) pandemii. Niewinna kruszynka dwa lata temu nieśmiało wyglądajaca zielonym oczkiem zza brzegu doniczki okazała się ponad dwu metrowym tryfidem, zaborczo traktującym najbliższe otoczenie. Gdzie mu tam do spojrzenia łaskawym liściem na towarzystwo jakichś ogrodowych pokurczów.

Wydawało się, że w tym roku cała ta zielona fala mnie ominie. Czułam się usprawiedliwiona, bo przecież miejsca nie mam nawet na maciupką sępolię.

I w takim błogim momencie moja szanowna Mama rzuca mimochodem: a u mnie wszystkie parapety są wolne. Możesz na nich posiać  swoje pomidorki, bakłażanki, papryczki, cukinie, dynie..........

Ja, zamiast unieść z godnością głowę i tonem cesarzowej odrzucić ten niedorzeczny pomysł, najpierw zamarłam z zachwytu nad prostotą tego rozwiązania a potem pokicałam do pierwszego ogrodniczego i wróciłam z siatą nasionek. 

Konsekwencji pewnie się domyślacie. 

Najpierw wysiałam, nie u siebie, kilkanaście torebek. Nie oszczedzałam sobie, bo przecież w zeszłym roku zwalony sufit w wiejskiej chacie załatwił sezon ogrodniczy na amen. Więc w tym roku poszłam na całość. Zwalam to na oszołomionie wiosenne bo w innym przypadku musiałabym się poddać fachowej terapii. 

I jeżdżę teraz doglądać małe kiełkujące maleństwa. A te, natchnięte magiczną mocą wyłażą jak dżdżownice po deszczu- stadami. 

Drżyjcie znajomi! Zostaniecie obdarowani sadzonkami. Niech wasze balkony, tarasy i ogródki rosną w siłę a wam niech się żyje pracowicie. Potem zbierzecie plony mojego braku umiaru i nieliczenia się z konsekwencjami.

Na pokrzepienie coś zjemy. Może tort? Tytuł dzisiejszego wpisu jest zamierzenie dwuznaczny;))



Tort "trzy czekolady"

spód tortu "brownie":

2 jajka

100ml letniego mleka

80 ml oleju

0,5 szklanki brązowego cukru

2 łyżki białego cukru

II część "sucha":

100g mąki

ćwierć łyżeczki sody

3/4 łyżeczki proszku do pieczenia

szczypta soli

Mieszamy I część. MieszamyII część. Łączymy obie części. Bedą raczej płynne.

Formę o średnicy 18 cm wykładamy papaierem a piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni.

Wlewamy ciasto i pieczemy około 40 minut.

Wyjmujemy upieczone z piekarnika i studzimy.

Po wystudzeniu okazuje się, że ciasta mamy na dwa torty. I bardzo dobrze bo za tydzień mamy pieczenie ciasta z głowy, ponieważ mamy zapas w zamrażarce. 

Wystudzone ciasto kroimy w poprzek na dwa blaty. Jeden owijamy papierem do pieczenia i wkładamy do foliowej torebki. Ten ląduje jako żelazny zapas w zamrażarce. Kiedy ogarnie nas panika sobotnia np za miesiąc, wtedy wyjmujemy nasz zapas , rozmrażamy i voila! mamy gotową bazę do tortu. 

Drugi blat umieszczamy w formie. Teraz uwaga: jeśli macie formę o naprawdę wysokich brzegach nie czytajcie dalej (mam na myśli wysokość rzędu 10-12 centymetrów).

Jeśli takowej nie macie musicie kombinować. Najlepiej kupić folię rantową i nią wyłożyć brzegi. Wtedy wszelakie rozpasanie w ilości kremu wam nie straszne. Jeśli nie macie folii lub kurier zaspał z jej świeżą dostawą zróbcie dodatkowe brzegi z papieru do pieczenia. Choć, przyznam szczerze nie jest to rozwiązanie zadowalające. 

Przechodzimy do gwoździa przepisu. 

Kremy czekoladowe:

I krem z gorzkiej czekolady:

110g gorzkiej czekolady

90g mleka

2 jajka

40g cukru

7 g żelatyny

35g wody

150g kremówki

II krem z mlecznej czekolady:

110g mlecznej czekolady

90g mleka

2 jajka

40g cukru

7 g żelatyny

35g wody

150g kremówki

III krem z białej czekolady:

110g białej czekolady

90g mleka

2 jajka

40g cukru

7 g żelatyny

35g wody

150 g kremówki

Jak widzicie trudno tu doszukać się komplikacji. 3X to samo. Z techniką postępowania jest podobnie.

Mamy trzy miseczki na trzy porcje żelatyny. Żelatynę zalewamy wodą, niech napęcznieje. Potem zagotowujemy w niskim rondelku wodę. Zdejmujemy ją z pieca i wstawiamy do rondla miseczkę z żelatyną by się rozpuściła. Nie topcie miseczki, niech pływa niezagrożona jak materacyk w basenie. Z każdą porcją żelatyny postępujemy tak samo.

Robimy I krem (tak samo robimy II i III):

Ubijamy jajka z cukrem. Mleko zagotowujemy. Do jajek wlewamy wąską strużką wrzące mleko. Miksujemy w czasie wlewania. Stawiamy na małym ogniu (jesli miska jest metalowa, jeśli nie, przelewamy masę  do rondelka) i na maluteńkim ogniu chwilę mieszamy by masa nieco zgęstniała. Zachowajcie czujność bo nie chcecie mieć słodkiej jajecznicy. Jadłam taką kiedyś na Okęciu...ale to historia na kiedy indziej.

Kiedy jajeczna masa zgęstnieje wlewamy do niej płynną żelatynę i wrzucamy połamaną czekoladę i mieszamy do powstania pięknej, gładkiej, aksamitnej masy. Lekko masę studzimy. Ubijamy kremówkę i łączymy z masą jajeczną (nie musi być całkiem zimna)

Ciasto w tortownicy skrapiamy np rumem i wlewamy pierwszy krem z gorzkiej czekolady. Wkładamy do lodówki. Po pół godzinie krem powinien stężeć. Wtedy wlewamy drugi krem z mlecznej czekolady i znów ciasto wędruje do schłodzenia. Po kolejnej pół godzinie trzeci krem z białej czekolady wylewamy do formy i schładzamy tort, najlepiej przez noc. 

Następnego dnia zdelmujemy wszelkie więzy i pęta krępujące nasze maleństwo czyli formę i ranty. 

Dekorujemy jak potrafimy czyli np obsypujemy kakao za pomocą sitka lub polewamy czekoladowym ganaszem jeśli komuś mało w torcie czekolady.




Smacznego i pięknego weekendu


piątek, 13 września 2019

Anty-ageizm i sernik czekoladowy z maliną




Nagle, zazwyczaj po 50 postanawiamy nie umierać. Nigdy. Dookoła przykłady mnożą się jak drożdże w zakwasie.
Po zamiejskich drogach, które przemierzam w ostatnim czasie częściej niż zazwyczaj, spotykam przykłady totalnie zdrowego trybu życia. Biegacze, kijkarze, rowerzyści, piechurzy.
Po głębokiej analizie doszłam do wniosku, że znakomita ich większość jest w wieku...no cóż....dojrzałym.
Jedzie naprzeciwko mnie, w kasku, goglach, obowiązkowych rajtuzach, z wyszczerzonymi zębami, na oko, radosna 70 latka.
Nie wiem czy grymas na jej twarzy to zapowiedź zawału, czy stan bliski odlotu od nadmiaru adrenaliny. Czuję lekki niepokój. Śpieszyć z pomocą czy zazdrościć?

Zapewne nie wszyscy poddajemy się dyktatowi wiecznej młodości, ale rozejrzyjcie się wokół.
Znacie niejakiego Krzysia I.? Znacie. Starzeje się? Wręcz przeciwnie. Nie wiem czy to działanie sił nadprzyrodzonych, czy dobre geny, czy też picie wody z kałuży, w każdym razie efekt powalający jest.
Każdy by tak chciał. Przemijanie go nie dotyczy.

Co robimy my, wspierając się tak zawstydzającym przykładem?
Wciągamy brzuchy, prostujemy plecy, podciągamy to i owo na twarzy palcami. Kiedy okazuje się, że tylko gumka recepturka na czubku głowy jest w stanie utrzymać w jako takich ryzach nasze fizys, machamy ręką, unikamy lustra lub….
Wsiadamy na rower, zakładamy adidasy, kumplujemy się z karkami z siłowni.
Za wszelką cenę próbujemy złapać młodość.

Żyjesz człowieku pół wieku, telepiąc się przez dni, tygodnie, lata i ani ci w głowie myśl o przemijaniu. 
Zresztą, jakie przemijanie, skoro dzieci trzeba wykarmić, autko updatować, świat z małżonką objechać, kochankę w mieszkanko wyposażyć, biust sobie ulepszyć, "Modę na sukces" obejrzeć od pierwszego odcinka do ostatniego. 
Kto by sobie zawracał głowę jakimiś bzdetami?
Przemijać to może, ewentualnie, pociąg na przejeździe. My? Nigdy!

Ale licho nie śpi. Przyjdzie, oj przyjdzie ten moment. Jeśli nie dziś, to jutro. Za miesiąc, za 10 lat ale przyjdzie.

Wtedy odkurzamy nasze dyplomy szkolne ( II miejsce w biegu na 100 metrów w siódmej klasie) i buszujemy w necie w poszukiwaniu bajerów. Potem oddajemy swoje życie i ciało we władanie aplikacji, która wyciśnie z nas siódme poty i da nam złudzenie władzy nad czasem.
Do standardowych (w pewnym wieku, ma się rozumieć) niedomagań typu poranne próby łapania równowagi dochodzą nowe w postaci zakwasów lub uszkodzonych kolan.

Nie zniechęcam nikogo do jogowych wygibasów. Nie mam zamiaru ściągać kogokolwiek ze ścieżki wiodącej do zaliczenia maratonu. I jestem jak najdalej od lekceważenia roli rzeźby w życiu intymnym.

Sama pewnego jesiennego poranka wdziałam "gustowne" obuwie w kolorze różu i poleciałam w pola łapać kondycję.
Pierwsze co mnie złapało to zadyszka. Potem kolka a wreszcie uczucie, że zaraz to wszystko się skończy i zejdę na zawał.

Ale tak łatwo nie było. Skoro już postanowiłam nie umierać (patrz pierwsze zdanie), to chyba powinnam dać sobie szansę. Kiedy przy trzeciej próbie przebiegnięcia kilometra spotkałam na swojej ścieżce rosłego trzydziestolatka, biegnącego jak rączy jeleń, wypięłam pierś, podniosłam brodę i udawałam, że całe to bieganie, to po prostu bułka z masłem.

To nic, że lada chwila groziło mi niedotlenienie a  mózg, schodzący już na manowce, wysyłał mi alarmujące sygnały: ODDYCHAJ!, ODDYCHAJ!.  
Powoli doświadczałam oddzielenia ciała od ducha…i wtedy ten rączy jeleń pomachał do mnie ręką. Potraktował mnie jak swego. Jak członka plemienia biegaczy. Poczułam jak rosną mi skrzydła. No, może skrzydełka.

Od tego czasu parę rzeczy się zmieniło. Mój ortopeda ma dużo więcej roboty. Dowiedziałam się kilku prawd o sobie. Nic tak człowieka nie odziera z udawania jak zmęczenie.
Kupiłam sobie kolejną parę brzydkich, sportowych butów (wszystkie buty sportowe są brzydkie). Odkryłam, że ruch na świeżym powietrzu a ruch po dachem mają się tak do siebie jak czekolada Lindta do wyrobu czekoladopodobnego.Częściej śmieję się sama do siebie.
I co z tego przydługiego wywodu wynika?
Nigdy nie mów nigdy i nigdy nie jest za późno. 
Tylko tyle.

Teraz do garów. Ciasto dziś będzie. Sernik. Czekoladowy. Z malinami. Obłędny.




sernik czekoladowy z polewą malinową

250 g mascarpone
100 g gorzkiej czekolady
100 ml kremówki
4 łyżki mleka zgęszczonego
2 łyżki budyniu waniliowego
350 g czekoladowej philadelphii (2 opakowania)
6 małych ciasteczek oreo
2 łyżki stopionego masła
szczypta soli

Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej.
Ciasteczka miażdżymy na piasek, dolewamy masło i miksujemy.
Formę wykładamy papierem do pieczenia a potem okruchami ciasteczek. Dociskamy ciastka do dna np. szklanką i schładzamy w lodówce 15 minut.
W tym czasie przygotowujemy sernik.
Do misy wykładamy oba sery i mleko zgęszczone. Mieszamy do połączenia się składników.
Jajka rozmącamy w miseczce i dodajemy do serów. Mieszamy.
Mocno podgrzewamy kremówkę. Kiedy jest już gorąca, wrzucamy połamaną czekoladę. Po pięciu minutach czekolada zmięknie i możemy ją zamieszać. Gotowy sos czekoladowy studzimy.
Kiedy sos ma już temperaturę pokojową wlewamy go do masy serowej i dokładnie mieszamy, dodając szczyptę soli. Na koniec wsypujemy 2 łyżki budyniu i jeszcze raz mieszamy.
Formę szczelnie owijamy folią aluminiową, ponieważ będziemy piec sernik w kąpieli wodnej.
Foremkę, do której zmieści się nasza forma z ciastem napełniamy do połowy wysokości wodą i wstawiamy do piekarnika.
Nastawiamy temperaturę 180 stopni.
Kiedy piekarnik się nagrzeje, wlewamy masę serową do okrągłej foremki i wstawiamy do piekarnika, gdzie czeka już forma z gorącą wodą.
Pieczemy około godziny. Środek ciasta po poruszaniu formą powinien lekko falować. Troszkę jak brzuch tancerki egzotycznej.
Upieczony sernik wyjmujemy z piekarnika i zdejmujemy folię. Studzimy a potem wkładamy do lodówki.
Schłodzony, polewamy malinową polewą i dekorujemy wg uznania. To bardziej trufla czekoladowa niż sernik. Pycha.






Smacznego

piątek, 10 maja 2019

Zalety mrugania i zielone ciasto limonkowe ze szpinakiem

























Jedno mrugnięcie okiem (czy można jeszcze czymś mrugnąć?) i okazuje się, że trawa jest zdecydowanie zieleńsza. Drugie mrugnięcie i wyrywa mi się westchnienie zachwytu. Kwitną bzy. O kasztanach nie wspomnę. Magnolie są już w tym roku historią. Tulipany gdzieniegdzie się jeszcze panoszą. A na scenę wkraczają konwalie. Nie można przegapić wiosny. Wpycha się nachalnie w każdy zaczerpnięty oddech. Nawet smród miasta nie jest w stanie ukatrupić świeżości wiosennych pąków.

Mieszkam w absolutnym centrum miasta. Z jednej strony pociągi, z drugiej tramwaje i auta. Główna ulica mojego city. Może nie Nowy York czy Białystok ale jak każde centrum moje również ponosi konsekwencje bycia w centrum. Śmierdzi, czasem zasnuwa dymną mgłą a smog występuje równie często jak poseł Czarnecki w TV.
Krótko mówiąc moje centrum reprezentuje wszystkie typowe cechy przeciętnego polskiego miasta.
I kiedy nadchodzi moment szczytowy zniechęcenia zimowym smrodkiem; przecież dookoła "zabytkowe" kamienice z niemniej "zabytkowymi piecami-reaktorami, teoretycznie, na węgiel; wybucha wiosna. Wyobrażacie sobie gdyby jej nie było?
Gdyby nie dany nam był bufor oddzielający białą (ha, ha, ha) zimę od ratującej nam zdrowie psychiczne wiosny?

Pierwsze mrugnięcie można przeoczyć. Ale nawet jeśli oczy są zamknięte (czasem trzeba spuścić zasłonę miłosierdzia i zwyczajnie nie oglądać), to uszy pozostają czujne. A one wychwytują pierwsze zupełnie nie zimowe dźwięki, dobiegające z pobliskiego skwerku. Ptaki, kosy są odpowiedzialne za pierwsze mrugnięcie. Później już pozostaje tylko czekać. 
Wiosny nie da się przyśpieszyć. Ale nie da się też opóźnić.
Czasem marudzi, spóźnia się lub rozczarowuje. Ale zawsze przychodzi.

Potem pozostaje tylko jej nie przegapić, nie przespać, nie "przemarudzić". Trzeba mrugać ile sił a z każdym mrugnięciem niech rośnie poziom naszego optymizmu. Bez względu na dym z kominów, śmieci obok kosza, psie kupy na trawniku.
Niech rośnie w nas potrzeba piękna bo jeśli ona będzie rosła, to i nasza determinacja by coś wokół zmienić na lepsze też okaże się na fali wznoszącej.
Niech wiosna będzie dobrym pretekstem by wokół działo się lepiej. Bo niby dlaczego wiosna nie mogłaby trwać nieco dłużej?










zielone wiosenne ciasto ze szpinakiem


zielony biszkopt:

200 g świeżego szpinaku (najlepiej baby, umytego i dobrze osuszonego)
3/4 drobnego cukru
3/4 szklanki oleju słonecznikowego lub rzepakowego
3 jajka
1 i 3/4 szklanki mąki pszennej
2,5 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki soku z limonki
skórka otarta z 1 limonki

Świeży szpinak, olej, skórkę i sok z limonki miksujemy na gładką masę.

Ubijamy całe jajka i cukier na puszystą masę. Powinna potroić swoją objętość. Do jajecznej masy dodajemy po łyżce zieloną papkę szpinakową. Krótko miksujemy i wsypujemy przesianą mąkę z proszkiem i sodą.

Znów mieszamy ręcznie, ale tylko do połączenia się składników.

Foremkę o średnicy 23 cm wykładamy papierem do pieczenia. Wlewamy ciasto, wyrównujemy powierzchnię i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do170 stopni.
Pieczemy 45 minut.

Upieczone ciasto pozostawiamy do wystygnięcia. Do pokrojenia na placki najlepiej poczekać do następnego dnia. Jeśli ciasto rośnie nam z garbkiem, ścinamy go ostrym nożem i wykorzystujemy np. do dekoracji.

Krem limonkowy

1 szklanka jogurtu greckiego, w temperaturze pokojowej
250 g mascarpone w temperaturze pokojowej
pół szklanki cukru pudru
sok i skórka otarta z 1 limonki
1 szklanka śmietany kremówki, schłodzonej
2,5 łyżeczki

Rozpuszczamy żelatynę. Wsypujemy żelatynę do miseczki i zalewamy letnią wodą. Zostawiamy do napęcznienia. Napęczniałą żelatynę stawiamy na garnku z gorącą by się rozpuściła. Lekko studzimy.

Mascarpone, jogurt, cukier puder, sok i skórkę z limonki ubijamy na krem.

Do lekko przestudzonej żelatyny dodajemy łyżkę masy jogurtowej i mieszamy by się zahartowała. Dodajemy jeszcze łyżkę. po czym całość żelatyny łączymy, miksując z masą jogurtową.

W drugiej misce ubijamy na sztywno śmietanę. Dodajemy ją w kilku porcjach do masy jogurtowej i delikatnie mieszamy.

Zielone ciasto kroimy na dwa placki. Dolny nasączamy limoncello. Wykładamy połowę kremu limonkowego i przykrywamy drugim plackiem. Nasączamy go limoncello i pokrywamy resztą kremu.

Dekorujemy np. pokruszoną resztą zielonego ciasta.
Schładzamy kilka godzin w lodówce.

P.S.
Gdybym sama tego ciasta nie upiekła nigdy bym nie uwierzyła, że jest w nim szpinak. Wszystkim czującym wstręt do tego wdzięcznego liścia  proponuję w ramach terapii pokonywania niechęci upiec to zielone ciasto. 
Może wasze życie się zmieni? 





Smacznego bardzo