Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2020

Ciasto czekoladowe z musem wiśniowym czyli ptaszęta niebieskie




Aby zrobić zdjęcie do dzisiejszego wpisu, musiałam zaliczyć dziś wyprawę na targ.
Czereśnie były mi potrzebne. Co prawda ciasto jest z musem wiśniowym, ale kto by tam zwracał uwagę na takie niuanse, tym bardziej, że wiśnie póki co jeszcze w powijakach.

Czereśnie zatem miały pełnić rolę wiśni.
Wczoraj wieczorem wszystko sobie zaplanowałam (należę do tych, co zawsze muszą mieć plan). Czereśnie różowiły się na drzewkach; dużo ich nie było ale by pełnić rolę ozdóbki w zupełności by wystarczyło. Nie miałam zamiaru napełniać nimi słoików.

Deszcz lał zupełnie obojętny na moje plany i pomyślałam sobie, że w takich warunkach wodnych czereśnie są zupełnie bezpieczne. Co może im zagrozić? Huragan? Nagłe oblodzenie? Piorun z jasnego nieba?
Przecież nawet łasy na sąsiedzkie dobroci sąsiad siedzi w domu i zagryza palce ze złości.
Jednego nie wzięłam pod uwagę: ptasząt niebieskich. Im deszcze, susze, moje modły i zaklęcia są najzupełniej obojętne. One nie czekają aż czereśnia z rumieńca przejdzie w zaawansowany pąs. One są żarłoczne jak szarańcza. One zostawiają po sobie "spaloną ziemię i kości" czytaj gołe gałęzie i pestki na ziemi.
Między jedną chmurą a drugą postałam przed drzewkami dziś z rana jak żona Lota. Obrazek pod tytułem "widok na zeżarte marzenia"rozciągał się przede mną w romantycznej mgiełce.
Ciasto było gotowe. Tylko przysłowiowej wisienki mi brakowało. A ta wraz ze świtem zniknęła w jakiejś sójkowej czy kosowej paszczy.
Nie miałam w planach wędrówki na targ. A już na pewno nie w deszczu i okolicach godziny 10.00. O tej porze na targu następuje koncentracja całej okolicy. I czy wirus czy deszcz, ludziska tłoczą się zarówno przy stoiskach ze skarpetkami jak oglądając kojce z ptactwem.
Truskawki wyrywano sobie jak karpie przed wigilią  w latach 80-tych. Parasol obijał się o parasol, maseczki gremialnie zostały w domach, a kultura osobista wyparowała wraz z  ostatnią paróweczką hrabiego Barry Kenta. Oszołomy żądne wymiany poglądów głośno akcentowały swoje uwielbienie bądź pogardę do poszczególnych kandydatów na...
Całkiem wesoło się zrobiło. Powietrze mokre, twarze nieosłonięte, dyskusje na granicy wrzenia.
Nie wybrzydzałam, w dyskusjach ludowych nie chciałam brać udziału  a nagłego rzucenia sobie w ramiona przedstawicieli dwóch wrogich obozów nie podejrzewałam. Już raczej do gardeł. Pierwsze wiśnie z brzegu zapakowałam do torby i wróciłam do domu.

Ciasto zostało skończone. Moja próżność zaspokojona. MMŻ przysięga, że czy z wisienką, czy z czereśnią, czy bez którejkolwiek z niej, ciasto i tak jest świetne.
Jeśli macie w zasięgu czereśnie lub wiśnie i nie dybią na nie żadne pierzaste harpie, korzystajcie z nich i upieczcie ciasto z kremem wiśniowym.
A jeżeli macie podobne do moich problemy w najeźdźcami, kupcie czereśnie na targu, lub (co najbezpieczniejsze) kupcie woreczek wiśni mrożonych.




CZEKOLADOWE CIASTO Z MUSEM WIŚNIOWYM

1/3 szklanki oleju słonecznikowego
1/4 szklanki wody
pół szklanki cukru
2 łyżki kakao
Wszystkie składniki umieszczamy w rondelku. Mieszamy, zagotowujemy i odstawiamy do wystudzenia.
Następnie po wystudzeniu dodajemy:
3 jajka, osobno białka, osobno żółtka
1/4 szklanki drobnego cukru
3/4 szklanki mąki pszennej
pół łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki sody oczyszczonej
Ubijamy białka jak na bezę. Dosypujemy, wciąż ubijając, cukier. Potem dodajemy żółtka, ciągle ubijając.
Masa powinna trzykrotnie powiększyc swoją objętość. Teraz wąską strużką wlewamy do napowietrzonej masy wystudzoną część kakaową. Mieszamy dokładnie. Przesianą mąkę z sodą i proszkiem wsypujemy do masy jajeczno kakaowej. Delikatnie, ale dokładnie łączymy obie części.
Formę wykładamy papierem do pieczenia i wlewamy do niej ciasto.
Pieczemy w 180 stopniach około 40 minut lub do suchego patyczka.
Wystudzone ciasto kroimy na dwa blaty.
MUS WIŚNIOWY (czereśniowy, jagodowy, truskawkowy...)
800 g wiśni
6 łyżek brązowego cukru
1 łyżka soku z cytryny
1 galaretka wiśniowa lub adekwatna do smaku owoców
150 g mascarpone
100 ml kremówki

Wiśnie zagotowujemy z cukrem. Zdejmujemy z ognia i wsypujemy galaretkę. Dobrze mieszamy by galaretka się rozpuściła. Studzimy i miksujemy z grubsza. Kawałki owoców są mile widziane.
Wystudzoną galaretkę owocową umieszczamy w lodówce by nieco stężała.
Ubijamy śmietanę z mascarpone. Dodajemy lekko tężejącą galaretkę wiśniową. Miksujemy do połączenia się składników.
Dolny blat ciasta nasączamy likierem wiśniowym. Wykładamy cały mus i przykrywamy drugim blatem ciasta. Wkładamy do lodówki.
Przygotowujmy czekoladową polewę:
100 g deserowej czekolady
100 ml kremówki.
Mocno podgrzewamy kremówkę. Zdejmujemy z pieca i wrzucamy do śmietany połamaną czekoladę. Po 5 minutach mieszamy do otrzymania gładkiej polewy czekoladowej.
Wylewamy na ciasto, wyrównujemy powierzchnię i ponownie wkładamy do lodówki.
Do dekoracji używamy wiśni lub czereśni. Byle nie z narażeniem zdrowia bądź życia.

Smacznego



piątek, 13 września 2019

Anty-ageizm i sernik czekoladowy z maliną




Nagle, zazwyczaj po 50 postanawiamy nie umierać. Nigdy. Dookoła przykłady mnożą się jak drożdże w zakwasie.
Po zamiejskich drogach, które przemierzam w ostatnim czasie częściej niż zazwyczaj, spotykam przykłady totalnie zdrowego trybu życia. Biegacze, kijkarze, rowerzyści, piechurzy.
Po głębokiej analizie doszłam do wniosku, że znakomita ich większość jest w wieku...no cóż....dojrzałym.
Jedzie naprzeciwko mnie, w kasku, goglach, obowiązkowych rajtuzach, z wyszczerzonymi zębami, na oko, radosna 70 latka.
Nie wiem czy grymas na jej twarzy to zapowiedź zawału, czy stan bliski odlotu od nadmiaru adrenaliny. Czuję lekki niepokój. Śpieszyć z pomocą czy zazdrościć?

Zapewne nie wszyscy poddajemy się dyktatowi wiecznej młodości, ale rozejrzyjcie się wokół.
Znacie niejakiego Krzysia I.? Znacie. Starzeje się? Wręcz przeciwnie. Nie wiem czy to działanie sił nadprzyrodzonych, czy dobre geny, czy też picie wody z kałuży, w każdym razie efekt powalający jest.
Każdy by tak chciał. Przemijanie go nie dotyczy.

Co robimy my, wspierając się tak zawstydzającym przykładem?
Wciągamy brzuchy, prostujemy plecy, podciągamy to i owo na twarzy palcami. Kiedy okazuje się, że tylko gumka recepturka na czubku głowy jest w stanie utrzymać w jako takich ryzach nasze fizys, machamy ręką, unikamy lustra lub….
Wsiadamy na rower, zakładamy adidasy, kumplujemy się z karkami z siłowni.
Za wszelką cenę próbujemy złapać młodość.

Żyjesz człowieku pół wieku, telepiąc się przez dni, tygodnie, lata i ani ci w głowie myśl o przemijaniu. 
Zresztą, jakie przemijanie, skoro dzieci trzeba wykarmić, autko updatować, świat z małżonką objechać, kochankę w mieszkanko wyposażyć, biust sobie ulepszyć, "Modę na sukces" obejrzeć od pierwszego odcinka do ostatniego. 
Kto by sobie zawracał głowę jakimiś bzdetami?
Przemijać to może, ewentualnie, pociąg na przejeździe. My? Nigdy!

Ale licho nie śpi. Przyjdzie, oj przyjdzie ten moment. Jeśli nie dziś, to jutro. Za miesiąc, za 10 lat ale przyjdzie.

Wtedy odkurzamy nasze dyplomy szkolne ( II miejsce w biegu na 100 metrów w siódmej klasie) i buszujemy w necie w poszukiwaniu bajerów. Potem oddajemy swoje życie i ciało we władanie aplikacji, która wyciśnie z nas siódme poty i da nam złudzenie władzy nad czasem.
Do standardowych (w pewnym wieku, ma się rozumieć) niedomagań typu poranne próby łapania równowagi dochodzą nowe w postaci zakwasów lub uszkodzonych kolan.

Nie zniechęcam nikogo do jogowych wygibasów. Nie mam zamiaru ściągać kogokolwiek ze ścieżki wiodącej do zaliczenia maratonu. I jestem jak najdalej od lekceważenia roli rzeźby w życiu intymnym.

Sama pewnego jesiennego poranka wdziałam "gustowne" obuwie w kolorze różu i poleciałam w pola łapać kondycję.
Pierwsze co mnie złapało to zadyszka. Potem kolka a wreszcie uczucie, że zaraz to wszystko się skończy i zejdę na zawał.

Ale tak łatwo nie było. Skoro już postanowiłam nie umierać (patrz pierwsze zdanie), to chyba powinnam dać sobie szansę. Kiedy przy trzeciej próbie przebiegnięcia kilometra spotkałam na swojej ścieżce rosłego trzydziestolatka, biegnącego jak rączy jeleń, wypięłam pierś, podniosłam brodę i udawałam, że całe to bieganie, to po prostu bułka z masłem.

To nic, że lada chwila groziło mi niedotlenienie a  mózg, schodzący już na manowce, wysyłał mi alarmujące sygnały: ODDYCHAJ!, ODDYCHAJ!.  
Powoli doświadczałam oddzielenia ciała od ducha…i wtedy ten rączy jeleń pomachał do mnie ręką. Potraktował mnie jak swego. Jak członka plemienia biegaczy. Poczułam jak rosną mi skrzydła. No, może skrzydełka.

Od tego czasu parę rzeczy się zmieniło. Mój ortopeda ma dużo więcej roboty. Dowiedziałam się kilku prawd o sobie. Nic tak człowieka nie odziera z udawania jak zmęczenie.
Kupiłam sobie kolejną parę brzydkich, sportowych butów (wszystkie buty sportowe są brzydkie). Odkryłam, że ruch na świeżym powietrzu a ruch po dachem mają się tak do siebie jak czekolada Lindta do wyrobu czekoladopodobnego.Częściej śmieję się sama do siebie.
I co z tego przydługiego wywodu wynika?
Nigdy nie mów nigdy i nigdy nie jest za późno. 
Tylko tyle.

Teraz do garów. Ciasto dziś będzie. Sernik. Czekoladowy. Z malinami. Obłędny.




sernik czekoladowy z polewą malinową

250 g mascarpone
100 g gorzkiej czekolady
100 ml kremówki
4 łyżki mleka zgęszczonego
2 łyżki budyniu waniliowego
350 g czekoladowej philadelphii (2 opakowania)
6 małych ciasteczek oreo
2 łyżki stopionego masła
szczypta soli

Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej.
Ciasteczka miażdżymy na piasek, dolewamy masło i miksujemy.
Formę wykładamy papierem do pieczenia a potem okruchami ciasteczek. Dociskamy ciastka do dna np. szklanką i schładzamy w lodówce 15 minut.
W tym czasie przygotowujemy sernik.
Do misy wykładamy oba sery i mleko zgęszczone. Mieszamy do połączenia się składników.
Jajka rozmącamy w miseczce i dodajemy do serów. Mieszamy.
Mocno podgrzewamy kremówkę. Kiedy jest już gorąca, wrzucamy połamaną czekoladę. Po pięciu minutach czekolada zmięknie i możemy ją zamieszać. Gotowy sos czekoladowy studzimy.
Kiedy sos ma już temperaturę pokojową wlewamy go do masy serowej i dokładnie mieszamy, dodając szczyptę soli. Na koniec wsypujemy 2 łyżki budyniu i jeszcze raz mieszamy.
Formę szczelnie owijamy folią aluminiową, ponieważ będziemy piec sernik w kąpieli wodnej.
Foremkę, do której zmieści się nasza forma z ciastem napełniamy do połowy wysokości wodą i wstawiamy do piekarnika.
Nastawiamy temperaturę 180 stopni.
Kiedy piekarnik się nagrzeje, wlewamy masę serową do okrągłej foremki i wstawiamy do piekarnika, gdzie czeka już forma z gorącą wodą.
Pieczemy około godziny. Środek ciasta po poruszaniu formą powinien lekko falować. Troszkę jak brzuch tancerki egzotycznej.
Upieczony sernik wyjmujemy z piekarnika i zdejmujemy folię. Studzimy a potem wkładamy do lodówki.
Schłodzony, polewamy malinową polewą i dekorujemy wg uznania. To bardziej trufla czekoladowa niż sernik. Pycha.






Smacznego

sobota, 23 lutego 2019

Jak daliśmy się wkręcić i absolutnie świetne ciasto czekoladowe z figą i kawą




























Nie ma obaw. Dziś nie będzie niczego pachnącego kolendrą, cynamonem czy kozieradką.
Nieco monotonnie się zrobiło bo hinduskie dania pojawiają się jedno za drugim. 
Co mnie wczoraj podkusiło, żeby brnąć w masale i paneery? Szok spowodowany widokiem tego ostatniego, jak widać, miał swoje konsekwencje.

Zamiast ubijać śmietanę i topić czekoladę ja zapomniałam, że piątek ma swoje prawa. A prawem piątku jest oczekiwać ciasta.

Ciężkie czasy nadeszły. Klasyk w postaci "jak żyć panie Premierze" zawsze znajdzie zastosowanie. Jak tu prowadzić ożywione życie towarzyskie kiedy wokół same rezygnacje, restrykcje lub diety. 

Ten nie je glutenu, tamta od marchewki robi się pomarańczowa, jeszcze inna żywi się jedynie tęczą.  Znam takich, którzy jedzą tylko potrawy w kolorze lawendy. Niektórzy uciekają gdzie pieprz rośnie na sam dźwięk słowa "orzechy".

Patrzę na stół z obłędem w oku. Dla kogo krwiste tatary? lub soczyste udeczka? Kto będzie oblizywał paluszki po ociekających tłuszczykiem żeberkach?

A ciasta? Te kremowe jak zapach lipca, te nasączone rumem jak Jack Sparrow. Oszaleję chyba.
Dla kogo gotować? Dla kogo piec?

Nawet upić się jest niełatwo bo czasy wstrzemięźliwości nadeszły jak spełniona przepowiednia. Gdzie oko nie zawiesić tam smoothie, spirulina, jarmuże i dietetyczna woda mineralna.

Jedzenie łagodzi obyczaje. Przecież spotykać się trzeba. Przy stole. Jedząc i rozmawiając. Nie wyobrażam sobie swobodnej rozmowy z kimś, kto traktuje stół jak pole minowe a w głowie ma działający niczym perpetuum mobile przelicznik: galaretka - 170 kcal,  cztery krewetki - 1,5 godziny na bieżni.

Urządzając domowy "paśnik" i zapraszając gości pytam o ograniczenia i przeciwwskazania bo licho nie śpi. Nawet nie zauważyłam kiedy wpadłam do tzw. mainstream'u. A jeszcze niedawno nikt nie marudził kiedy na stole powszechnym aplauzem witana była sałatka jarzynowa i miska podgrzanych frankfurterków.

Rano piję wodę z miodem i cytryną. Nie jem mięsa (za często). Wodę piję tylko niegazowaną. Piekę chleb (ten zabójczy gluten!). Kolor zielony nadaje ton moim posiłkom. Jeśli czekolada, to tylko gorzka...i to raz w tygodniu.
I to ma być życie?! Panie Premierze, coś mi się tu nie zgadza. Ktoś dał się zwariować. Czy my daliśmy się zwariować?

Ośmielę się wyrazić mały głos sprzeciwu. Co złego jest w piątkowym cieście? Wiem, wiem, zabójcze kalorie, krwiożerczy gluten, czyhający cholesterol i... cała fura zadowolenia, zmysłowej przyjemności, może wspomnienie dzieciństwa.

Nie zawsze "twardym trza być". Chwila z talerzykiem smakowitości jest jak rozpięcie ciasnego gorsetu. Powoduje, że oddychamy swobodniej. Choć przez chwilę. Potem możemy wbiec na 10 piętro tanecznym krokiem w ramach zadanej sobie pokuty. Ale dopiero potem.
Na razie zróbmy ciasto. Na przekór trendom, groźbom, modom i szaleństwu. 




Ciasto czekoladowe z figą i kawą
czekoladowe ciasto:

4 jajka
200 ml letniego mleka
170 ml oleju roślinnego
1 szklanka brązowego cukru
1/4 szklanki białego cukru
200 g mąki pszennej
4 łyżki kakao
pół łyżeczki sody oczyszczonej
1 i 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia

krem kawowy

250 g mascarpone
500ml kremówki
3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej w proszku
4 łyżki cukru pudru

Wszystkie składniki miksujemy razem aby otrzymać gęsty kawowy krem (około 3 minut)

likier kahlua do nasączania lub filiżanka espresso z cukrem
konfitura figowa do przełożenia

polewa czekoladowa:

100 g czekolady
150 ml kremówki
2 łyżeczki glukozy lub golden syrupu
Mocno podgrzewamy kremówkę. Zdejmujemy ją z ognia i wrzucamy do niej połamaną czekoladę i golden syrup. Po 3 minutach dokładnie mieszamy by otrzymać gładką czekoladową polewę.

Robimy ciasto:
Potrzebujemy dwóch misek: na składniki suche i mokre. Nie potrzebujemy miksera. Wystarczy ręka i widelec.
W jednej misce mieszamy mleko, olej, jajka, cukry. 
W drugiej mieszamy wszystkie suche składniki.
Zawartość miski z suchymi składnikami wsypujmy do drugiej miski. Mieszamy do wymieszania się składników. Widelec zupełnie wystarczy.
Formę 40x24 wykładamy papierem do pieczenia, samo dno. Przelewamy do niej ciasto. Pieczemy w temperaturze 170ºC przez około 40 minut. 
Upieczone, wyjmujemy z piekarnika i studzimy.
Wystudzone ciasto (najlepiej następnego dnia) dzielimy na dwa blaty. 
Najłatwiej zrobić to takim sprytnym urządzeniem do krojenia tortu czyli mocno naprężoną linką między dwoma uchwytami.
Mnie zależało na wysokim cieście, więc najpierw ciasto pokroiłam na dwie części a potem z nich zrobiłam po dwa blaty. Tym sposobem miałam przed sobą cztery kwadratowe placki ciasta.
Każdy blat nasączamy likierem lub kawą i smarujemy obficie konfiturą figową. 
Na to szczodrze kładziemy krem kawowy. 
Przykrywamy go kolejnym blatem i historia się powtarza: likier, krem, następny blat.
Na samej górze powinien znaleźć się ostatni blat, który przykryjemy czekoladową polewą. Najlepiej jeśli polewa jest jeszcze nieco ciepła bo ładnie pokryje górę ciasta.
Wcześniej użytym do mieszania widelcem możemy zrobić na polewie esy floresy.

Jeśli nie próbowaliście połączenia kawy z figą, to zaręczam, że czeka was niespodzianka.
Może warto czasem zasady schować do szafy? Szczególnie w przypadku czegoś słodkiego.





Smacznego

niedziela, 9 grudnia 2018

Sernik z musem piernikowym na imbirowym spodzie oraz jak przepędzić ciemność






















W ciemnym pokoju wszystko ma swoje miejsce. W jasnym ma miejsce tym bardziej ale dziś jasne wnętrza nie są przedmiotem mojego zainteresowania.
Tak więc, w ciemnym pokoju wszystko ma swoje ciemne miejsce. W ciemnym pokoju trudno je dostrzec. Czy wszystko ma miejsce czy miejsce ma wszystko?
Czy można posiadać ciemność? Raczej ona trzyma nas w garści. Nigdzie nie jest tak ciasno jak w ciemności. Nic tak nie wyciska powietrza z płuc jak ciemność.
Ciemność wypełnia wszystkie zakamarki, wszystkie kąty, wszystkie przestrzenie. Każdy załom i kąt po brzegi zapchane są ciemnością.
Ciemny pokój, tak dobrze znany w świetle dnia, wieczorem staje się bezkresem pułapek. Dywan jest włochatą płaszczką czającą się w grocie pod stołem.
Krzesła nabierają odwagi i każdą swoją nogą starają się sprowadzić nas do parteru. Każdy wystający kawałek szafki udaje zamachowca, którego jedynym celem jest napędzić nam strachu lub nabić guza.
Ile niebezpieczeństw w tak dobrze znanym za dnia pokoju. Dopiero po zmroku zauważamy, że w ciemności to ziemie nieznane.

Jak ważne jest światło.
Kiedy nasz dom spowija ciemność, a przyjazne dotąd przedmioty zbroją się i szczerzą złowrogo zęby, wystarczy wąska strużka światła by wrócił zdrowy rozsądek.
Ciemność okazuje się płocha, skora do ucieczki. Co prawda czai się jeszcze pod stołem i próbuje się skradać za zasłoną ale już raczej bez przekonania i tchórzliwie. Ciemność boi się światła.
To odkrycie ma wagę gdańskiej szafy. Nie tylko światło drży przed ciemnością. Ciemność również czuje przed światłem respekt.

Czyli jeśli czujemy się niekomfortowo w ciemności, możemy zapalić światło.
Światło. Przegania nie tylko mrok. Rozprasza smutki i przygnębienie.
Potrzebujemy światła. Bez niego marniejemy, znikamy. Bo światło to nie tylko jasna żarówka; to dotyk, czułość, troska, miłość.
Wiecie, że podanie ręki człowiekowi może znów w nim światło zapalić?

Idą święta. To nie odkrycie lecz stwierdzenie faktu. Nie dajmy się ciemności, czymkolwiek by ona była.
Bądźmy ciepli, serdeczni, przyjaźni. To więcej warte niż wszystkie prezenty z allegro.
I upieczmy ciasto. Są takie rzeczy, których zrobienia nigdy nie żałujemy. Ktoś kiedyś odniósł to do prysznica (po namyśle zgodziłam się z nim w pełni). Dodałabym do tej listy upieczenie ciasta. A może macie kolejne propozycje?





sernik z musem piernikowym na imbirowym spodzie
spód:
10 ciasteczek imbirowych
1 łyżka stopionego masła

sernik:
300 g sera typu "śniadaniowy"
250 g mascarpone
2 jajka
1/3 szklanki brązowego cukru
1/3 szklanki golden syrupu
1/2 szklanki kremówki
1 płaska łyżka mąki

mus piernikowy:
1,5 tabliczki mlecznej czekolady
2 łyżeczki żelatyny
3 łyżeczki przyprawy piernikowej
ćwierć łyżeczki mielonego imbiru
ćwierć łyżeczki mielonego cynamonu
300 ml kremówki
Dodatkowo: powidła śliwkowe oraz stare, zasuszone pierniki (mogą być z zeszłego roku)

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.

Miksujemy ciastka imbirowe na piasek i mieszamy z rozpuszczonym masłem.
Wykładamy dno okrągłej formy (wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia). Pieczemy 20 minut i pozostawiamy do wystygnięcia.

Wszystkie składniki sernika umieszczamy w misie miksera i miksujemy krótko, tylko do połączenia składników.
Owijamy formę z podpieczonym spodem imbirowym folią aluminiową. Będziemy piec sernik w kąpieli wodnej.
Na większą blachę wlewamy gorącą wodę i umieszczamy w niej formę z ciastem (zabezpieczoną folią aluminiową). Woda powinna sięgać najwyżej do połowy formy.
Pieczemy w 160 stopniach godzinę.
Upieczony sernik studzimy. Zdejmujemy folię.

Czas na zrobienie musu piernikowego.

Żelatynę zalewamy w małej miseczce 2 łyżkami wody. Powinna napęcznieć.
Miseczkę z napęczniałą żelatyną stawiamy na garnku z gorącą wodą by żelatyna się rozpuściła.
W innym rondelku podgrzewamy 100 ml kremówki. Nie zagotowujemy. Mocno podgrzewamy. zdejmujemy z pieca.
Do gorącej kremówki wlewamy rozpuszczoną żelatynę. Mieszamy. Wrzucamy połamaną czekoladę. Mieszamy do całkowitego rozpuszczenia się czekolady. Dodajemy przyprawę piernikową oraz imbir i cynamon.
Studzimy.
Ubijamy na sztywno resztę kremówki.
Delikatnie łączymy z wystudzoną czekoladą.

Zimny sernik smarujemy cienką warstwą powideł śliwkowych .

Wykładamy na sernik cały krem piernikowy i wkładamy formę do lodówki.
Po kilku godzinach ciasto jest gotowe.
Powala na kolana gładkością i subtelnością smaku. Idealne na Boże Narodzenie.

Teraz czas na szczegóły techniczne.
Od początku walczyłam z materią. Jak zwykle, po czasie, okazało się, że okrągłe formy, którymi dysponuję mają średnicę raczej odpowiednią dla tortów weselnych. Mała forma ostała się jedna. I na początku była to wiadomość z gatunku tych dobrych.
Schody zaczęły się, kiedy wlałam masę serową do formy.
Jej ilość wykluczyła zastosowanie musu piernikowego. Mówiąc ludzkim językiem sera było tyle, że nic więcej do formy nie miało prawa się zmieścić.
Ale czego nie zrobi zdesperowana kobieta?
Przegrzebałam szufladę z formami i trafiłam na taką, która dotąd żadnego zastosowania nie miała. Miała natomiast jedną zaletę: jej średnica była o 2 cm większa od formy z sernikiem.

Efekt końcowy jest kwestią zupełnego przypadku lub inaczej ujmując: desperacji.
Efekt końcowy jest spełnieniem moich dużo wcześniejszych zamierzeń. Ile razy zastanawiałam się jak udaje się opatulić ciasto kremem w tak idealny sposób, jak prezentują zdjęcia?
Otóż odpowiedź jest następująca: potrzeba matką wynalazku.
Wkładasz małą formę do większej, wlewasz cały krem, który przygotowałaś lub przygotowałeś i umieszczasz całą konstrukcję do lodówki, czekając z niecierpliwością co z tego wyniknie.

To oczywiście opis na skróty.
Pozwólcie, że wrócę do momentu wyjmowania upieczonego sernika z lodówki.

Z wystudzonego sernika zdejmujemy obręcz. Delikatnie ściągamy sernik z dnia formy i pozbawiamy papieru do pieczenia.
Ostrożnie (niech się wam nikt w tym czasie nie plącze pod nogami) przekładamy ciasto do większej formy, starając się umieścić go idealnie w środku.
Teraz wlewamy cały mus piernikowy. Mus powinien wypełnić drugą formę prawie po brzegi. W każdym razie sernik zostanie w nim utopiony.
Wkładamy ciasto do lodówki na noc.
Następnego dnia uwalniamy ciasto z zewnętrznej formy. Nóż zanurzamy we wrzątku i oddzielamy formę od ciasta.
Stawiamy formę na np. małym garnuszku i ściągamy obręcz w dół. Naszym oczom ukazują się idealnie gładkie ścianki piernikowego musu. Rewelacja!
Stare pierniki (ha, ha, ha) (ze trzy, cztery) ścieramy na tarce.
Przesiewamy przez sito.
Ciasto posypujemy drobinkami piernika tak jak przy posypywaniu cukrem pudrem. Dekorujemy jak nam wyobraźnia podpowiada.




Ciasto ideał. No i ten myk z drugą formą. Nie mówcie, że sytuacje kryzysowe nie sprzyjają kreatywności.
Smacznego