Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sernik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sernik. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 września 2019

Anty-ageizm i sernik czekoladowy z maliną




Nagle, zazwyczaj po 50 postanawiamy nie umierać. Nigdy. Dookoła przykłady mnożą się jak drożdże w zakwasie.
Po zamiejskich drogach, które przemierzam w ostatnim czasie częściej niż zazwyczaj, spotykam przykłady totalnie zdrowego trybu życia. Biegacze, kijkarze, rowerzyści, piechurzy.
Po głębokiej analizie doszłam do wniosku, że znakomita ich większość jest w wieku...no cóż....dojrzałym.
Jedzie naprzeciwko mnie, w kasku, goglach, obowiązkowych rajtuzach, z wyszczerzonymi zębami, na oko, radosna 70 latka.
Nie wiem czy grymas na jej twarzy to zapowiedź zawału, czy stan bliski odlotu od nadmiaru adrenaliny. Czuję lekki niepokój. Śpieszyć z pomocą czy zazdrościć?

Zapewne nie wszyscy poddajemy się dyktatowi wiecznej młodości, ale rozejrzyjcie się wokół.
Znacie niejakiego Krzysia I.? Znacie. Starzeje się? Wręcz przeciwnie. Nie wiem czy to działanie sił nadprzyrodzonych, czy dobre geny, czy też picie wody z kałuży, w każdym razie efekt powalający jest.
Każdy by tak chciał. Przemijanie go nie dotyczy.

Co robimy my, wspierając się tak zawstydzającym przykładem?
Wciągamy brzuchy, prostujemy plecy, podciągamy to i owo na twarzy palcami. Kiedy okazuje się, że tylko gumka recepturka na czubku głowy jest w stanie utrzymać w jako takich ryzach nasze fizys, machamy ręką, unikamy lustra lub….
Wsiadamy na rower, zakładamy adidasy, kumplujemy się z karkami z siłowni.
Za wszelką cenę próbujemy złapać młodość.

Żyjesz człowieku pół wieku, telepiąc się przez dni, tygodnie, lata i ani ci w głowie myśl o przemijaniu. 
Zresztą, jakie przemijanie, skoro dzieci trzeba wykarmić, autko updatować, świat z małżonką objechać, kochankę w mieszkanko wyposażyć, biust sobie ulepszyć, "Modę na sukces" obejrzeć od pierwszego odcinka do ostatniego. 
Kto by sobie zawracał głowę jakimiś bzdetami?
Przemijać to może, ewentualnie, pociąg na przejeździe. My? Nigdy!

Ale licho nie śpi. Przyjdzie, oj przyjdzie ten moment. Jeśli nie dziś, to jutro. Za miesiąc, za 10 lat ale przyjdzie.

Wtedy odkurzamy nasze dyplomy szkolne ( II miejsce w biegu na 100 metrów w siódmej klasie) i buszujemy w necie w poszukiwaniu bajerów. Potem oddajemy swoje życie i ciało we władanie aplikacji, która wyciśnie z nas siódme poty i da nam złudzenie władzy nad czasem.
Do standardowych (w pewnym wieku, ma się rozumieć) niedomagań typu poranne próby łapania równowagi dochodzą nowe w postaci zakwasów lub uszkodzonych kolan.

Nie zniechęcam nikogo do jogowych wygibasów. Nie mam zamiaru ściągać kogokolwiek ze ścieżki wiodącej do zaliczenia maratonu. I jestem jak najdalej od lekceważenia roli rzeźby w życiu intymnym.

Sama pewnego jesiennego poranka wdziałam "gustowne" obuwie w kolorze różu i poleciałam w pola łapać kondycję.
Pierwsze co mnie złapało to zadyszka. Potem kolka a wreszcie uczucie, że zaraz to wszystko się skończy i zejdę na zawał.

Ale tak łatwo nie było. Skoro już postanowiłam nie umierać (patrz pierwsze zdanie), to chyba powinnam dać sobie szansę. Kiedy przy trzeciej próbie przebiegnięcia kilometra spotkałam na swojej ścieżce rosłego trzydziestolatka, biegnącego jak rączy jeleń, wypięłam pierś, podniosłam brodę i udawałam, że całe to bieganie, to po prostu bułka z masłem.

To nic, że lada chwila groziło mi niedotlenienie a  mózg, schodzący już na manowce, wysyłał mi alarmujące sygnały: ODDYCHAJ!, ODDYCHAJ!.  
Powoli doświadczałam oddzielenia ciała od ducha…i wtedy ten rączy jeleń pomachał do mnie ręką. Potraktował mnie jak swego. Jak członka plemienia biegaczy. Poczułam jak rosną mi skrzydła. No, może skrzydełka.

Od tego czasu parę rzeczy się zmieniło. Mój ortopeda ma dużo więcej roboty. Dowiedziałam się kilku prawd o sobie. Nic tak człowieka nie odziera z udawania jak zmęczenie.
Kupiłam sobie kolejną parę brzydkich, sportowych butów (wszystkie buty sportowe są brzydkie). Odkryłam, że ruch na świeżym powietrzu a ruch po dachem mają się tak do siebie jak czekolada Lindta do wyrobu czekoladopodobnego.Częściej śmieję się sama do siebie.
I co z tego przydługiego wywodu wynika?
Nigdy nie mów nigdy i nigdy nie jest za późno. 
Tylko tyle.

Teraz do garów. Ciasto dziś będzie. Sernik. Czekoladowy. Z malinami. Obłędny.




sernik czekoladowy z polewą malinową

250 g mascarpone
100 g gorzkiej czekolady
100 ml kremówki
4 łyżki mleka zgęszczonego
2 łyżki budyniu waniliowego
350 g czekoladowej philadelphii (2 opakowania)
6 małych ciasteczek oreo
2 łyżki stopionego masła
szczypta soli

Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej.
Ciasteczka miażdżymy na piasek, dolewamy masło i miksujemy.
Formę wykładamy papierem do pieczenia a potem okruchami ciasteczek. Dociskamy ciastka do dna np. szklanką i schładzamy w lodówce 15 minut.
W tym czasie przygotowujemy sernik.
Do misy wykładamy oba sery i mleko zgęszczone. Mieszamy do połączenia się składników.
Jajka rozmącamy w miseczce i dodajemy do serów. Mieszamy.
Mocno podgrzewamy kremówkę. Kiedy jest już gorąca, wrzucamy połamaną czekoladę. Po pięciu minutach czekolada zmięknie i możemy ją zamieszać. Gotowy sos czekoladowy studzimy.
Kiedy sos ma już temperaturę pokojową wlewamy go do masy serowej i dokładnie mieszamy, dodając szczyptę soli. Na koniec wsypujemy 2 łyżki budyniu i jeszcze raz mieszamy.
Formę szczelnie owijamy folią aluminiową, ponieważ będziemy piec sernik w kąpieli wodnej.
Foremkę, do której zmieści się nasza forma z ciastem napełniamy do połowy wysokości wodą i wstawiamy do piekarnika.
Nastawiamy temperaturę 180 stopni.
Kiedy piekarnik się nagrzeje, wlewamy masę serową do okrągłej foremki i wstawiamy do piekarnika, gdzie czeka już forma z gorącą wodą.
Pieczemy około godziny. Środek ciasta po poruszaniu formą powinien lekko falować. Troszkę jak brzuch tancerki egzotycznej.
Upieczony sernik wyjmujemy z piekarnika i zdejmujemy folię. Studzimy a potem wkładamy do lodówki.
Schłodzony, polewamy malinową polewą i dekorujemy wg uznania. To bardziej trufla czekoladowa niż sernik. Pycha.






Smacznego

sobota, 7 września 2013

Sernik podwójnie kawowy i malutka wymówka



Nie otrułam się grzybem, nie pożarło mnie życie, nie wyjechałam. Po prostu ostatnie dni obfitowały w nieoczekiwane wydarzenia, które może nie zmieniły biegu historii, ale były czasochłonne. Kursowanie między miastem a wsią mimo coraz wspanialszych dróg, tak czy inaczej zajmuje sporo czasu.
Jeśli dodamy do tego członka rodziny leżącego w szpitalu, to nagle okazuje się, że czas dziwnie przyspieszył.
W mojej kuchni w tym tygodniu zapanowała atmosfera dworca. Pakujemy kanapki i w drogę. Wszystko przycichło i czeka na mój powrót. Pomidory, papryki, jeżyny i maliny muszą się uzbroić w cierpliwość.
Zamiast więc roztrząsać kolejne odkrycia kulinarne, pokażę wam pyszny sernik kawowy, który upiekłam, kiedy jeszcze godzina miała 60 minut a nie dwadzieścia (jak obecnie).


 Sernik kawowy

4 jajka
1 kg twarogu
¾ szklanki cukru
2 łyżki mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka wanilii
3 łyżeczki  kawy rozpuszczalnej
2 łyżeczki kakao

Na spód
200g ciastek digestive
80 g masła stopionego

Ciastka miksujemy na drobne okruchy i mieszamy z masłem. Masą ciastkową wykładamy foremkę. Ubijamy np. dnem szklanki i odkładamy do lodówki.
Kawę rozpuszczalną zalewamy 4 łyżkami gorącej wody. Odlewamy połowę kawy. Do jednej połowy dodajemy kakao i dokładnie mieszamy. Drugą część kawy zostawiamy w spokoju. Chłodzimy obie części.
W misce mieszamy, jajka i cukier. Dodajemy wanilię i mąkę ziemniaczaną. Dokładnie mieszamy.
Dzielimy masę serową na trzy części. 

I część pozostaje bez dodatków – jest jasna, jak śmietanka do kawy

II część to masa serowa zmieszana z kawą rozpuszczalną – jest koloru cappuccino.

III część  jest mieszana z kawą, zmieszaną z kakao – jest bardzo ciemna, jak espresso.

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Wyjmujemy formę z lodówki i owijamy dokładnie folią aluminiową. Będziemy piekli sernik w kąpieli wodnej. Zagotowujemy w czajniku wodę.
Na warstwę ciastek wylewamy I część sernika, białą. Na nią delikatnie, łyżką, wykładamy cześć II cappuccino.
Formę z ciastem wkładamy do nieco większej formy z gorącą wodą i ostrożnie kładziemy do piekarnika.  Pieczemy sernik 20 minut. Po 20 minutach wyjmujemy sernik z piekarnika i znów delikatnie wykładamy III część masy serowej. Wygładzamy jej powierzchnię i umieszczamy z powrotem w piekarniku. Pieczemy jeszcze 50 minut.
Po upieczeniu, zostawiamy w piekarniku do wystygnięcia. Chłodny sernik przykrywamy i chowamy w lodówce do następnego dnia.
Dekorujemy np. kakao. Pycha!





Pięknej niedzieli nie muszę wam życzyć, bo to co za oknem mówi samo za siebie.

Zatem po prostu  smacznego

piątek, 11 stycznia 2013

Sernik figowy i zimowe fanaberie







Po ostatniej angielskiej inwazji zostały mi w głowie nowe słówka, w spiżarni zapas warzyw, a w lodówce dwie półki serów wszelakiego rodzaju. Po generalnym przeglądzie wytypowałam sery, które lada moment mogą zacząć żyć własnym serowym życiem. A wymaszerowywujące z lodówki ricotta i mascarpone, to ostatnie, co chciałabym zobaczyć. Stiltony i cheddary mogą jeszcze poczekać, ale Włochów czas nadszedł już dziś.
Sernik jest wytworem uniwersalnym. Jego zrobienie nie dość, że nie wymaga żadnych umiejętności, to na dodatek składniki są prozaiczne.
Skoro jest tak prosto, to po co komplikować?
Ha. Przekora. To właściwa odpowiedź. Natura ludzka już taka jest. Przekorna.
Czego nie widziałam w sklepach a mogłabym użyć do sernika?



Była taka bajka o złej (a była jakaś dobra?) macosze, która kazała biednej sierotce przynieść koszyczek malin w grudniu.
W dzisiejszych czasach sierotka nie mrugnęłaby okiem na takie represje, tylko migiem poleciała do marketu. Maliny, truskawki, morele, śliwki. Czy ktoś zaczął współczuć sierotce?
Ciężki jest los macoch. Jakie zadanie, niemożliwe do  zrealizowania, wymyślić dla sierotki? Może figi?
Świeże! W grudniu to chyba dobry pomysł, żeby pogrążyć spryciarę sierotkę?  I gwarantujący porażkę.
Nic z tego moi Państwo. Chcesz figi? Proszę bardzo – czekają.
Będąc macochą poszłabym na terapię.



Sernik figowy
(dla formy o średnicy 18 cm)

Spód:
100 g ciastek digestive
6 sztuk suszonych fig
100 g masła

Masa serowa:
250 g ricotty
250 g mascarpone
4 jajka
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
¾ szklanki drobnego cukru
1 laska wanilii
3  figi (mogą być świeże lub suszone)

Polewa
6 suszonych fig
Szklanka czerwonego wina
2 łyżki cukru

Zaczniemy od przygotowania spodu. Figom obcinamy twarde ogonki. Kroimy figi na kawałki. Do blendera wkładamy ciastka i figi i miksujemy do uzyskania figowo - ciasteczkowego piasku. Topimy masło i mieszamy z okruchami. Wylepiamy ciastem dno formy i odstawiamy do lodówki.
Włączamy piekarnik, bo od teraz pójdzie błyskawicznie. Nastawiamy temperaturę 170 stopni.
Do misy wkładamy oba rodzaje sera, wsypujemy cukier. Laskę wanilii rozcinamy na pół i nożem wyskrobujemy ziarenka. Nie wyrzucajcie pustego strączka. Pokrójcie go na dwa, trzy kawałki, włóżcie do małego słoiczka i zasypcie cukrem. Po dwóch dniach będziecie mieli swój cukier waniliowy.
Ziarenka wanilii dodajemy do serów. Miksujemy krótko, tylko do połączenia się składników.
W osobnej misce rozbijamy jaka. Lekko je mącimy. Dodajemy po trochu do miksowanych serów. Na końcu dosypujemy mąkę ziemniaczaną. Miksujemy.
Wlewamy do formy wyjętej z lodówki. Figi kroimy na cienkie plasterki i wkładamy do masy serowej.

Jestem zwolennikiem pieczenia serników w kąpieli wodnej. Ta metoda gwarantuje, że sernik będzie jedwabisty i kremowy.

Formę z naszym sernikiem owijamy z zewnątrz dokładnie folią aluminiową. Wstawiamy go do większej foremki. Wlewamy do  niej wrzącej wody i wszystko razem pakujemy do piekarnika.
Pieczemy sernik godzinę i kwadrans. Tyle piekł się mój egzemplarz. Pozwalamy mu wystygnąć w piekarniku.
Kiedy wystygnie, chowamy go do lodówki.



Kolejnego dnia zrobiłam polewę figową.
Do garnuszka wlewamy wino, sypiemy cukier i dodajemy pokrojone figi. Po 20 minutach wino powinno się odparować a figi zmięknąć. Miksujemy wszystko i chłodną polewą smarujemy sernik

Jeszcze tylko kilka świeżych fig do dekoracji i każda macocha byłaby zadowolona.



Smacznego

piątek, 14 września 2012

Wieszamy obrazki czy pieczemy sernik czekoladowo miętowy




A może upieczemy ciasto?
Kilka dni przed wyjazdem, po załatwieniu spraw bardziej i mniej ważnych,  można pozwolić sobie na pewną rozpustę. Tym bardziej, że najbliższe domowe ciasto Córka zje dopiero w grudniu. To ciasto to jej wybór. Właśnie włożyłam formę do lodówki. Zielone kuleczki* na ozdobę już czekają na swoją kolej. Na razie muszę zająć się sprawami nieco bardziej przyziemnymi. Wiercenie dziur w ścianach jest jak najbardziej przyziemne. Mój fachowiec od wszystkiego (czyli tu coś pomalować, tu wymienić rurkę, tu coś przykręcić) z entuzjazmem podszedł do wiercenia dziur w ścianach. Ale tylko do czasu aż go nie uświadomiłam, że te dziesięć haków, które sobie dzielnie przygotował, to zaledwie początek. O domu stanowią nie jego mury ale ich zawartość. Postanowiłam więc zawiesić wszystko, co wcześniej upchałam do kartonów. Nonszalancja i pobożne życzenia towarzyszyły mi w tym przedsięwzięciu.  Skoro na razie muszę mieszkać, tam gdzie nie chcę, to przynajmniej otoczę się tym , co najprzyjemniejsze.
Przezornie ewakuowałam się po czterdziestym haku. Mam przeczucie, że sąsiedzi są na skraju załamania nerwowego. Do poniedziałku mam nadzieję emocje sąsiedzkie opadną. Swoją drogą, my to jesteśmy mistrzami wkurzania okolicy. A to burzymy ściany  lub wyrywamy schody, a to wieszamy na ścianach cały swój estetyczny dobytek. Na pocieszenie mogę światu obiecać, że kolejna przeprowadzka będzie  przeszkadzać jedynie sarnom i bażantom.
Na razie na skołatane nerwy proponuję herbatkę z melisą lub miętę.
Nam środek na uspokojenie nie jest potrzebny, ale miętę lubimy. Czekoladę też.
Razem wyszedł nam sernik czekoladowo miętowy.




Sernik czekoladowo miętowy

250 g mascarpone
4x125 g serka śmietankowego np. Turek
3 jajka
1 gorzka czekolada
210 g pastylek miętowych (użyłam czekoladek Wawel)
2 łyżki syropu miętowego
pół szklanki kremówki
pół szklanki mleka zgęszczonego słodzonego
2 łyżki budyniu czekoladowego

Na ciasto:
100 g masła
1 łyżeczka kakao
150 g ciasteczek typu digestive

Pianka śmietankowa:

200 ml kremówki
150 ml mleka
180 g marshmallows
kilka kropel barwnika zielonego



Na godzinę przed włączeniem piekarnika wyjmujemy wszystkie składniki ciasta na stół. Niech się dostosują do temperatury otoczenia.
Po godzinie włączamy piekarnik i nastawiamy temperaturę 190 stopni.
Zaczynamy od przygotowania ciasta. Masło musimy stopić a ciasteczka pokruszyć. Wałek, butelka, blender, sfrustrowany małżonek, każde spełni swoje zadanie. Ważne by z ciastek powstały okruchy. Do nich wlewamy stopione masło i wsypujemy kakao. Mieszamy dokładnie i wylepiamy ciastem formę do pieczenia. Pieczemy 15 minut i wyjmujemy, żeby wystygło.
Na garnku z wodą stawiamy miskę (pamiętacie, że nie powinna dotykać powierzchni wody, prawda?). Do niej wlewamy kremówkę i wkładamy połamaną czekoladę oraz pastylki miętowe. Kiedy woda pod miską zawrze, zdejmijcie garnek z pieca. Gorąca woda przez dłuższy czas będzie jeszcze parować i stopi nam zawartość miski.
W tym czasie mieszamy sery, mleko zgęszczone, rozmącone jajka i esencję waniliową. Nie miksujemy ale po prostu mieszamy. Kiedy zawartość miski ma jednolitą konsystencję, dolewamy jajka, a potem wystudzoną czekoladę. Wsypujemy budyń i znów mieszamy.
Formę z upieczonym ciastem bardzo starannie owijamy folią aluminiową. Będziemy piec sernik w kąpieli wodnej. Ona sprawi, że będzie jedwabiście kremowy. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Wlewamy ciasto do formy i wkładamy do większej blaszki. Zagotowujemy wodę i wlewamy na blachę. Woda powinna sięgać przynajmniej do 1/3 wysokości formy. Ostrożnie przenosimy blachę z zawartością do piekarnika i pieczemy, nie otwierając drzwiczek, 55 minut. Potem czekamy aż sernik wystygnie w piekarniku.
Na górę położyłam piankę z marshmallows’ów.  Jako, że ciasto jest wyraźnie miętowe, to pianka jest delikatnie śmietankowa. A ozdoby znów miętowe.
Piankę robimy tak. Zagotowujemy mleko i zdejmujemy z pieca. Wrzucamy do niego marshmallows i mieszamy aż się rozpuszczą. Studzimy i wlewamy barwnik. Ubijamy na niezbyt sztywno kremówkę i delikatnie mieszamy (nie miksujemy!) z mleczną wystudzoną pianką. Wylewamy na sernik i całość wędruje do lodówki na noc.
Następnego dnia dekorujemy sernik i śmiało możemy go zaprezentować światu.


·        *Zielone kuleczki zrobiłam z masy cukrowej zmieszanej z syropem miętowym. Niestety pośpiech (spieszyłam się do wiercenia dziur) spowodował, że do sesji zdjęciowej kulki nie dotrwały w stanie zadowalającym. Nieco się rozpłynęły. Jak wiadomo, pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł. 




sobota, 25 sierpnia 2012

Fundusze inwestycyjne i sernik na zimno z malinami i jeżynami




Podaż, popyt. Zbyt, fundusze inwestycyjne. Sobota popołudnie. Czujecie tu pewien zgrzyt? Sobotnie popołudnie powinno kojarzy się z zupełnie innym zbiorem pojęć. Luz, ognisko, kieliszek wina, słońce.
Finanse wyglądają jak ciemna, złowróżbna chmura wisząca jak statek obcych w Dniu Niepodległości. Na naszym tarasie trwa szkolenie w dziedzinie inwestycji. Czy ktoś wyciągnie jakieś budujące wnioski z tej skomplikowanej a niezbędnej wiedzy? Miejmy nadzieję. Gdzieś tam majaczy perspektywa ogniska.
Na razie inwestycje w złoto bądź w buraki rozpaliły emocje i zaraz skoczymy sobie do gardeł. Ktoś coś pomyślał. Ktoś inny nie usłyszał. A jeszcze inny zinterpretował po swojemu. I gorąca dyskusja gotowa.
Albo kubeł zimnej wody albo inna forma chłodu będzie pomocna.
W lodówce chłodzi się sernik na zimno z malinami i jeżynami.
Zobaczymy czy ciasto łagodzi obyczaje.



Sernik na zimno z malinami i jeżynami

500 g twarogu
200 g serka śmietankowego
2 łyżki żelatyny
3/4 szklanki mleka zgęszczonego
2 tabliczki białej czekolady
400 ml kremówki
2 łyżki wody
szklanka malin
pół szklanki jeżyn

ciastkowa baza 

150 g ciastek
1 łyżka kakao
2 łyżki orzechów laskowych
100 g masła

W blenderze miksujemy ciastka i orzechy. Wsypujemy kakao i znów krótko miksujemy. Wlewamy rozpuszczone i ostudzone masło. Mieszamy a następnie wykładamy ciastem formę. Dobrze jest przed wyłożeniem ciastem, położyć na dnie tortownicy folię aluminiową. Dociskamy ciasto np. szklanką i wstawiamy na 10 minut do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni.
Spód ciasta mamy gotowy.
Część serową robimy następująco. Acha, nie zapomnijcie wyjąć wszystkich składników z lodówki nieco wcześniej. Dajmy im szansę na osiągnięcie jednakowej temperatury. Dzięki temu unikniecie niemiłych niespodzianek w postaci np. zwarzonej śmietany.
Serki miksujemy dodając do nich zgęszczone mleko. Na piecu stawiamy garnek, w którym zagotowujemy wodę. Do miseczki wkładamy połamaną czekoladę i wlewamy 100 ml śmietany.  Stawiamy miseczkę na garnku z woda, tak żeby miska nie dotykała powierzchni wody. Z doświadczenia wiem, że wystarczy poczekać aż woda się zagotuje i wyłączyć ogień. Czekolada się stopi siłą rozpędu.
Żelatynę zalewamy zimną wodą i czekamy aż napęcznieje. Potem stawiamy miskę z żelatyną na tym samym garnku, na którym topiliśmy czekoladę. Żelatyna zmienia stan skupienia ze stałego na płynny.
Wlewamy żelatynę do czekolady a potem wszystko razem do mieszanki serowej.  Moja rada: najpierw zahartujcie obie części czyli dodajcie dwie łyżki żelatyny z czekoladą do masy serowej.
Pierwszy kontakt pozwoli uniknąć późniejszych wpadek. Jakoś tak się dzieje, że takie wczesne rozpoznanie dobrze się sprawdza.
Teraz nadszedł moment połączenia obu części razem. Jeszcze raz miksujemy ciasto i jesteśmy gotowi do ostatniego etapu. Ubijamy śmietankę  i łyżka po łyżce łączymy z masą serowo czekoladową.
Owoce dzielimy na dwie części. Pół szklanki malin i ćwierć szklanki jeżyn sypiemy na masę serową. Trzonkiem lub ładnie umytym paluszkiem topimy owoce w masie, przykrywamy szczelnie i ładujemy na kilka godzin do lodówki.


Kiedy wszystko stężeje układamy na wierzchu owoce, które zostały. Smarujemy je lekko podgrzaną konfiturą (malinową, morelową lub inną) i znów chłodzimy. Smarowanie konfiturą spokojnie możecie pominąć. Bez tego punktu ciasto jest tak samo smaczne.





Życzę smacznego, mniej emocjonujących dyskusji i samych trafionych inwestycji finansowych

sobota, 21 lipca 2012

Sernik z białą czekoladą i kremem czekoladowym wcale nie przejściowy





Czuje się zagubiona, postawiona nie na swoim miejscu. Przyczyna tkwi w słowie „przejściowo”
Nie mam swojej kuchni, swoich książek, swojego kawałka podłogi. Przejściowo.
Mam mnóstwo wątpliwości, obaw i oczekiwań. Przejściowo.
Gdzieś tam leżą moje sprzęty kuchenne, słoiczki z przyprawami i cała reszta wiernych kuchennych towarzyszy. Ale gdzie je postawić? Obecna kuchnia jest wielkości mojej dawnej szafki z książkami kulinarnymi. Też przejściowo.
To słowo ma w sobie mrok.
Wiecie jak to jest z kryzysem. Miał być przejściowy. Acha, powiedzcie to Grekom. Uchodźcy też coś słyszeli o przejściowości swojej obozowej sytuacji. Ile to lat temu?
Boję się tej przejściowości. Kiedyś, po kolejnej przeprowadzce nie mieliśmy stołu. Tylko przejściowo, ma się rozumieć, bo ciągle obiecywaliśmy go kupić. Ta przejściowość trwała trzy lata. To nie nastraja pozytywnie.
Na razie wydeptuję ścieżki po (nie bardzo już mojej) kuchni. Robię to z premedytacją, żeby nogi zapamiętały to uczucie. Już za kilka dni nogi w poruszaniu się po kuchni nie będą mi potrzebne. Wszystkiego sięgnę siedząc.
Chleb dziś upiekłam. Nie wiem, czy nie ostatni, bo widok „nowego” piekarnika mocno mnie przestraszył.
Sernik z białą czekoladą też. I ciasteczka.
Gdyby nie wyglądało to podejrzanie, to nie wychodziłabym dziś z kuchni. Ale MMŻ czuwa. Wie, że moja kondycja psychiczna jest nieco nadwyrężona. Trzeba być czujnym i nie okazywać smutku. Lepiej mieszać w garach. Niech to będzie rodzaj terapii. Ona też jest przejściowa.
W chaosie, który mnie otacza (oczywiście, przejściowo), zachciało mi się czegoś uporządkowanego, eleganckiego. Dziś żadnego bałaganu, zero kolorystycznego szaleństwa. Owoce z ich nieprzewidywalnością nie mają wstępu. Tylko ying i yang. No, może jakaś kropelka czerwieni. Dla dodania energii.




Sernik z białą czekoladą

150g mascarpone,
400g serka twarogowego, śmietankowego np. Piątnica
250g serka Philadelphia
2 tabliczki białej czekolady
pół szklanki kremówki
1 laska wanilii
2 łyżki budyniu waniliowego
pół szklanki mleka zgęszczonego
3 jaja
forma 22 cm

Krem czekoladowy

2 tabliczki deserowej czekolady
400 ml śmietany kremówki

Piekarnik nagrzewamy do 190 stopni.
Zasada najważniejsza: wszystkie składniki muszą mieć tę samą temperaturę. Przed pieczeniem wyjmujcie je z lodówki i niech sobie poleżakują z godzinę w temperaturze pokojowej. Unikniemy brzydkich niespodzianek.

Na garnku z odrobiną wody stawiamy miskę, tak by dno nie dotykało lustra wody. Łamiemy czekoladę na kawałki. Wlewamy do miski nad garnkiem śmietanę i wsypujemy połamaną czekoladę. Kiedy woda pod miską się zagotuje, możemy zdjąć ją z ognia. Czekolada rozpuści się siłą rozpędu. Lubi być wtedy mieszana. Odstawiamy i zajmujemy się serami.
Teraz wszystkie sery do michy i łączymy je mieszając. Bez pośpiechu i ubijania. Do mieszanych serów dolewamy skondensowane mleko i wanilię. Jajka myjemy i rozmącamy w miseczce trzepaczką. Wlewamy do mieszanki serowej i mieszamy. Dodajemy stopioną czekoladę i mieszamy. Dosypujemy budyń lub mąkę ziemniaczaną i mieszamy.

Formę bardzo starannie owijamy folią aluminiową, by nie przepuściła wody. Żeby uszczelnić formę, bo licho nie śpi, kładę na dno papier do pieczenia i zamykam obręcz formy. Jest wtedy zdecydowanie ciaśniej i niebezpieczeństwo dostania się do środka wody jest zażegnane.
Piec nagrzewamy do 190 stopni. Do dużej formy wstawiamy naszą formę z ciastem. Wstawiamy te konstrukcję do piekarnika. Nalewamy do większej formy wrzątku do połowy wysokości formy z sernikiem. Zamykamy piekarnik i pieczemy w tej saunie 55 minut. Jeśli zależy wam na kremowym kolorze ciasta, w połowie pieczenia przykryjcie je kawałkiem folii.
Po upieczeniu pozwólcie sernikowi ostygnąć w piekarniku.

Kiedy ciasto jest chłodne, przygotowujemy krem czekoladowy. 
Topimy w garnuszku czekoladę. Studzimy ją. Śmietanę kremówkę ubijamy i po łyżeczce dodajemy do czekolady. Mieszamy i wylewamy na sernik. Szczelnie odgradzamy od lodówkowych zapachów i trzymamy w chłodzie do dnia następnego. A następnego dnia wyjmujemy sernikowe cudo.

Różne serniki piekłam ale na ten czekałam całe życie. Niesamowity. 



Już mi lepiej. Taka sernikoterapia jest skuteczna a jutro będzie lepiej. 



Pięknego weekendu wam życzę i smacznego

piątek, 4 maja 2012

Sernikowa grządka z ciasteczkami oreo




Sadzenie, sianie, podlewanie, wyrywanie chwastów, podlewanie, nawożenie. Ile czasowników trzeba użyć, żeby latem zerwać z krzaka pierwszego pomidora. Jutro będzie ten dzień, kiedy malutkie sadzonki przeniosą się na swoje stałe miejsce. W końcu prace odzyskiwania nowych grządek dobiegły końca. Teraz pozostanie mi regularne odwiedzanie, bo niestety miasto też ma swoje prawa. W tym czasie matką zastępczą dla sadzonek będzie moja Mama.  Najpierw w szklarni zamieszkają pomidory i ogórki, potem dołączą do nich bakłażany i papryczki.
Na odpowiedni czas czekają z energią kiełkujące dynie. Moja pasja do ich uprawy graniczy z obsesją. Obiecuję sobie co roku, że tym razem ograniczę swoje szaleństwo i co roku mu ulegam. Co tam, przecież takie dynie to sama przyjemność. Potem, kiedy jest smutno i szaro, przynajmniej za nimi nie tęsknię. Wiem, że spory zapas mieszka w spiżarni.
Na razie cieszę się jak dziecko widząc, jak posadzone ziarenka zaczynają budzić się do życia .
Nawet młodzieży udzielił się entuzjazm, bo upieczony ostatnio sernik zdecydowanie nawiązuje do konwencji ogrodniczej.
Ciasteczka Oreo aż się proszą o niezwykłe zastosowanie. Ich ciemny kolor i struktura po zmieleniu wyglądają jak zawartość moich skrzynek z sadzonkami.  Ciasto jest niejako kontynuacją tego, co robiliśmy cały dzień, czyli grzebaniem w ziemi i sianiem. Na serniku wysypaliśmy ziemię z oreo, a z niej zaczęły kiełkować roślinki z masy cukrowej.



Kiełkujący sernik z ciasteczkami Oreo:

opakowanie ciasta francuskiego
800 g serka kremowego ( Piątnica sprawuje się bardzo dobrze)
4 jajka
pół szklanki zgęszczonego mleka
pół szklanki cukru
pół szklanki kwaśnej śmietany
2 łyżki mąki kukurydzianej
1 łyżka esencji waniliowej
paczka ciastek Oreo
kulka zielonej masy cukrowej wielkości orzecha

Jak wiecie, na brak rozrywek ostatnio nie mogłam narzekać. Nie dziwcie się zatem, że pieczeniu ciasta nie chciałam poświęcać zbyt dużo czasu. Jednak wyczekujące spojrzenia domowników jednoznacznie dawały mi do zrozumienia, że żadna taryfa ulgowa nie wchodzi w grę. Ciasto ma być i już.
Skorzystałam tym razem z ciasta francuskiego, bo było pod ręką. Ten sernik, podobnie jak większość innych, doskonale zaprezentuje się też na cieście kruchym lub z kruszonych ciasteczek. Wybór zostawiam wam. Ja, ciasto francuskie rozwałkowałam i wyłożyłam nim okrągłą formę (24 cm).

Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni.

Wszystkie składniki masy serowej władowałam do miski i po prostu krótko zmiksowałam. Wylałam masę serową do formy wyłożonej ciastem francuskim.

Paczkę ciastek oreo podzieliłam na dwie części. Zostawiłam kilka ciastek (na razie nie miałam sprecyzowanych planów na ich zastosowanie), a większość pokroiłam na ćwiartki i powciskałam  w masę serową.  Owinęłam formę folią z zamiarem upieczenia sernika w kąpieli wodnej.

I tu pojawił się nieprzewidziany problem. Moja forma z sernikiem bez problemu zmieściła się w piekarniku. Niestety, o formie z wodą mogłam zapomnieć. Żadna kąpiel nie wchodziła w grę, bo forma z ciastem wypełniła piekarnik w całości.
Porzuciłam więc plany zapewnienia sernikowi komfortowych warunków. Włożyłam go do nagrzanego piekarnika i piekłam godzinę i dziesięć minut. Potem pozwoliłam mu wystygnąć.

Kiedy przyszła pora na przetestowanie ciasta, przypomniałam sobie o zostawionych na wszelki wypadek ciastkach.  Przed chwilą okazało się, że mój ulubiony butternut squash wykiełkował i pomyślałam, że przeniosę grządkę do świata kulinariów. Dziewczyny, bacznie obserwujące moje poczynania, z radością przejęły zadanie udekorowania sernika.
Pozostawione ciasteczka w liczbie 5 sztuk zmieliłam w blenderze i okruchami wysypałam wierzch sernika. Kiełkami zajęli się moi pomocnicy.
Radości przy tej okazji było co nie miara. Kiedy sernik był gotowy, wszystkie zgodnie stwierdziłyśmy,  że taka zabawa powinna odbywa się częściej.

Sami zobaczcie jak nam się udało upodobnić sernik do grządki. Smakował bardzo sernikowo i kremowo. Tak jak rasowy sernik powinien.



Zachęcam do okazjonalnych happeningów i oczywiście życzę wesołej zabawy i smacznego.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Sernik jaśminowy na karnawał w Wenecji



Ale się tydzień trafił! Nie dość, że Walentynki, to na dodatek Tłusty Czwartek. Jutrzejszy dzień spędzę w podróży. Na szczęście z moim osobistym Walentym. Miejsce gdzie cię dopadnie to świeto nie ma znaczenia. Ważny jest ten Ktoś. Zaś w tłusty Czwartek zgodnie z miejscową tradycją, zamiast pączków będziemy zajadać pancakes pod wszelakimi postaciami. Będzie inaczej.
Tyle się w ostatnich dniach pisze o jutrzejszym święcie, że ja sobie daruję.  Tym bardziej, że biegałam dziś jak Królik z Alicji w krainie czarów. Ciągle spóźniona.
W tym poniedziałkowym pośpiechu przypomniałam sobie, że w tym tygodniu będzie jeszcze jedna okazja do świętowania. I to od dzisiaj. Zaczyna sie karnawał w Wenecji! Najbardziej niesamowita karnawałowa impreza w Europie. No, bo czy już samo miejsce nie wpływa na wyobraźnię? A do tego te maski, te bale, te tłumy.
Zarzuciłam więc pomysł wytworzenia kolejnych czekoladowych czy marcepanowych serduszek i zrobiłam sernik, który jak karnawał w Wenecji, jest inny niż wszystkie. Jest jaśminowy. Ze swoim intrygującym smakiem pasuje do okazji i okoliczności. Słodki, tajemniczy, jednorazowy. Polecam. 



sernik jaśminowy

masa serowa:

500 g twarogu
250 g mascarpone
4 jajka
1 szklanka cukru
100 g białej czekolady
1 szklanka kremówki
2 łyżki mąki pszennej
4 łyżki herbaty jaśminowej

spód:

150 g ciastek (pokruszonych)
60 g mielonych migdałów
50 g masła (stopionego)

polewa śmietanowa:

250 g kwaśnej śmietany
2 łyżki cukru pudru
1 łyżka esencji waniliowej

Mieszamy okruszki ciastkowe, mielone migdały i stopione masło. Wykładamy dno tortownicy i odkładamy w chłodne miejsce.

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
Połowę szklanki kremówki zagotowujemy i zalewamy nią herbatę jaśminową. Odstawiamy na pięć minut. Potem odcedzamy na sitku. Dobrze wyciśnijcie mokre fusy, bo są magazynem płynu.
Do sporej miski wkładamy twaróg, mascarpone i cukier. Miksujemy niezbyt długo. Tylko do połączenia się składników. Wbijamy po jednym jajku i znów mieszamy. W następnej kolejności dodajemy resztę kremówki i esencję śmietanowo herbacianą oraz wystudzoną czekoladę. Kolejnym elementem są 2 łyżki mąki. Teraz następuje ostatnie przemieszanie i wlewamy całość do formy.
Pieczemy ciasto przez godzinę w 180 stopniach. Po upieczeniu sernik będzie drżący i miękki, ale w miarę stygnięcia okrzepnie. Mieszamy składniki polewy śmietankowej. Wyjmujemy ciasto z piekarnika (nie wyłączajmy go) i delikatnie polewamy polewą. Ponownie wkładamy do piekarnika na ostatnie 10 minut. Potem wyjmujemy sernik i pozwalamy mu wystygnąć. Kiedy jest już zimny, powinien przenocować w lodówce i cieszyć nasze podniebienia następnego dnia.
Ozdoby na zdjęciach zrobione są z marcepanu.
Jak smakuje? Jest bardzo kremowy i wilgotny. Esencja jaśminowa nadała mu nie tylko koloru ale i niepowtarzalnego smaku.
Eksperyment uważam za udany. Ciekawe czy zjadacze domyślą się czego dodałam.



Jako, że jutro zmieniam miejsce pobytu na kilka dni i żadne sprzęty kuchenne nie znajdą się w moim zasięgu, to ani niczego nie ugotuję ani o niczym nie napiszę. Zatem już dziś życzę Wam wesołych Walentynek, czwartkowego obżarstwa i wstrzemięźliwego końca tygodnia.


Wracam w sobotę. I chyba zaraz rzucę się do spóźnionego pieczenia pączków.