Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oreo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oreo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 lutego 2018

Drżące ciało czyli coś na deser























Nie dla mnie żelatyna. Przepadnijcie wszelkie galaretki. Jeśli coś ma drżeć, to tylko liść na wietrze.
W tzw. "spożywce" drżący produkt wywołuje u mnie dygot. I ucieczkę. Dokądkolwiek byle daleko.
Skąd ta awersja do ruchów sprężynujących? Tu potrzeba dobrej amerykańskiej psychoanalizy bo sama do niczego nie dojdę.
Ha, ha, ha nie liczcie w tym miejscu na tajemnice z mojego życia. Nie będę rozkładać na czynniki pierwszych moich kontaktów z matką ani grzebać w życiu płodowym.
Zresztą, moje zainteresowanie tematem nie jest tak głębokie.
Po prostu, nie lubię galaretki pod żadną postacią i kropka.
Czasem jednak nie lubić nie oznacza nie robić. Oczekiwania i skłonności osób najbliższych są wystarczającym powodem by własne animozje schować do piwnicy. Niech tam drżą jak niewinna dziewica w skandynawskim wydaniu.
Ciasta bez pieczenia na swój prywatny użytek nie nazywam ciastami. Coś, co nie wymaga pieczenia pachnie mi z daleka szwindlem i łatwizną. To uczucie absolutnie subiektywne więc proszę sobie nie brać do serca.
Osobiście czuję rodzaj niedosytu używając żelatyny ale znam zagorzałych fanów niestabilności wszelakiej i nie mnie oceniać gusta. Dysputę o wyższości drożdżowego nad galaretowatym uważam za stratę czasu. Jedni lubią schabowego a inni nie. I już.
MMŻ należy do zaprzysięgłych, zatwardziałych i manifestujących swoje uwielbienie wyznawców drżenia.
Niech ma. Czego jak czego ale galaretki na pewno nie będę mu żałować.







Drżące jogurtowo kokosowe ciastko z różową wkładką

Spód ciasta:
paczka oreo
2 łyżki masła

masa jogurtowo kokosowa:
350 g jogurtu
1 szklanka kokosowej śmietanki
1 galaretka kokosowa (pinacolada)
3 łyżki cukru pudru
3 łyżeczki żelatyny
1 galaretka wiśniowa
200 ml kremówki do dekoracji
1 łyżka cukru pudru
Ciastka mielimy w blenderze a masło rozpuszczamy Wlewamy do okruchów i znów puszczamy w ruch blender.
Masą ciastkową wykładamy okrągłą formę o średnicy 21 cm. Wkładamy do lodówki.
Galaretkę wiśniową przyrządzamy zgodnie z przepisem i wlewamy do płaskiego naczynia. Kiedy wystygnie, przekładamy do lodówki. Zastygłą galaretkę kroimy w kostkę.
Żelatynę zalewamy wodą by napęczniała. Galaretkę kokosową rozpuszczamy w pół szklanki gorącej wody.
Napęczniałą żelatynę wkładamy do miseczki z galaretką kokosową.
Zagotowujemy rondelek z wodą i zdejmujemy z pieca. Do rondelka wkładamy miskę z żelatynę i galaretką kokosową. Teraz będziemy mieli pewność, że i jedno, i drugie rozpuści się perfekcyjnie. Tylko pamiętajcie by wody w rondelku było tyle, że po włożeniu miski nie wlała się do środka. Drugim sposobem jest postawienie miski na garnku z gotującą się wodą (jak w przypadku rozpuszczania czekolady).
Kiedy żelatyna z galaretką będą gładką i jednolitą substancją bierzemy się za jogurt.
Ubijamy w misce śmietankę kokosową z cukrem. Nie będzie miała puszystości ubitej kremówki ale trochę bąbelków powietrza nada jej lekkości.
Do ubijanej śmietanki dodajemy jogurt. 
Dwie łyżki mieszanki jogurtowej dodajemy do żelatyny i mieszamy.
Do ubijanej masy kokosowej wlewamy jeszcze ciepła żelatynę. Sprawdzamy czy jest wystarczająco słodka.
Wyjmujemy formę ze spodem z lodówki.
Wlewamy połowę masy jogurtowej na ciasto. Pokrojoną w kostkę galaretkę sypiemy na białą masę. Przykrywamy drugą częścią masy jogurtowej.
Wkładamy do lodówki by ciasto stężało.
Ubijamy kremówkę z jedną łyżką cukru pudru i wyciskamy rękawem cukierniczym zgrabne różyczki na wierzch ciasta. Ja dodatkowo posypałam górę różowym cukrem. Jak szaleć, to szaleć.
MMŻ odpłynął do deserowego raju przy tym cieście. 






Jak to dobrze, że ludzie są różni. Smacznego 

środa, 3 maja 2017

Mysia dieta oraz co można zrobić z oreo, pieczonych truskawek, czekolady i bezy



















Puk, puk, dzień dobry. Jest tu kto?
Sama nie wiem czy jestem. Trochę mnie nie było i szczerze powiedziawszy zniknął też kwiecień. Początek miesiąca zapowiadał wręcz cudny ciąg dalszy. Niestety na zapowiedziach się skończyło.
Potem już tylko śniegi, wiatry i problemy.
Jeszcze w tak komfortowych warunkach, na leżąco, Wielkanocy nie spędzałam. Spróbowałam i na razie podziękuję. Wolę jednak masowanie szynki i ugniatanie baby. O malowaniu jajeczek nie wspomnę.
Maj jest też dobry by zacząć celebrowanie wiosny...cóż kiedy ochota jest ale wiosny jakby tak, na lekarstwo.
Gdzieś słoneczna wiosenność utknęła. Jakieś góry, prądy czy może złe myśli trzymają ją na łańcuchu.
W desperacji związanej z datą w kalendarzu pojechałyśmy otwierać leśne podwoje. Przecież to weekend majowy! Jak tu nie spędzić go w Domu pod lasem.
A w domu pod lasem zimno, całe 13 stopni, zamarły jesienią piec i chłód nie pozwalający zdjąć rękawiczek.
A jednak życie w domu kwitło pełną piersią. W moim łóżku znalazłam dwa mysie gniazda. W nich kolekcję kasztanów, orzechów i zawartość cukierniczki (jak one przeniosły cukier?). Za kuchennymi szafkami, sądząc po intensywnym zainteresowaniu naszych futer, myszy zorganizowały swoją redutę. Głupie nie są.
Wędrówka po domu ujawniła zjedzoną część progu w łazience i kompletną sieczkę w szufladzie ze skarpetkami. Ciekawe dlaczego tylko moimi?
Mąka żytnia i pszenna okazały się być ulubionymi dla gryzoni. Kasze, ryż i mąka gryczana zostały wzgardzone. Nadgryziona została za to deska do krojenia i stolnica do zagniatania chleba.
Czyli tak: orzechy, mąka pszenna, do tego cukier i wiórki drewniane. Na okrasę kolorowe strzępy skarpetek. Ciekawa dieta.
Pół roku nieobecność obfituje w niespodzianki. Przyroda nie lubi próżni.
Na razie spenetrowałam, i mam nadzieję odzyskałam, dolną część domu. Przede mną wycieczka na strych. Póki co, zajrzę tam bez okularów. Wtedy jest szansa, że co mniejszych mieszkańców nie zauważę. Potem będę miała nadzieję, że zanim zajrzę tam uzbrojona w odpowiednie narzędzia, część nieproszonych gości się wyniesie.

A co słychać w kuchni? Coś tam słychać. Kiedy opadł kurz powielkanocny mogłam się przymierzyć do ponownych zmagań z garami. Idzie mi dobrze, choć powoli.
Na razie coś mało spektakularnie ale dajcie mi czas i pójdę na całość.
Dziś na dobry (kolejny) początek coś na osłodę. Coś, co wygląda jak główna wygrana w konkursie pt. „Rozmiar nie ma znaczenia”.
I co najważniejsze nie wyssie z was wszystkich sił, bo bądź co bądź, te trzeba zachować na zmaganie z chłodem.








Oreo, pieczona truskawka, ganasz czekoladowy i beza

200g ciasteczek oreo
1/4 szklanki rozpuszczonego masła

słoik pieczonych truskawek (lub śliwek, lub ulubionej konfitury z całych owoców)

ganasz czekoladowy:
150 g gorzkiej czekolady
1/4 szklanki kremówki
1 łyżka masła

małe bezy:

2 białka
200 g drobnego cukru
szczypta soli

bezy:
Piekarnik rozgrzewamy do 130 stopni.
Białka ubijamy dodając sól. Kiedy zaczynają przypominać górskie szczyty zimą dodajemy po łyżce cukier, wciąż ubijając.
Pod koniec piana powinna być sztywna i błyszcząca.
Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia. Ubite białka przekładamy do rękawa cukierniczego i wyciskamy na papier zgrabne gwiazdki czy kwiatuszki (takie na jeden kęs).
Wkładamy blaszkę do piekarnika i suszymy 10 minut. Potem obniżamy temperaturę do 90 stopni i suszymy godzinę.

Bierzemy się za „ciasto”. Żadne to ciasto, to po prostu okruszki oreo połączone z masłem. Wkładamy oreo do blendera i mielimy na okruchy. Potem dodajemy masło i dokładnie mieszamy.
Tym „ciastem” wylepiamy formę, dociskając boki i spód.
Po godzinie w lodówce forma jest gotowa na przyjęcie reszty składników.

W rondelku mocno podgrzewamy kremówkę z masłem. Do miski wsypujemy połamaną czekoladę.
Zalewamy ją prawie wrzącą kremówką. Po chwili mieszamy do całkowitego rozpuszczenia się czekolady.

Wyjmujemy formę z „ciastem”. Na dno wykładamy pieczone truskawki. Zalewamy je czekoladowym ganaszem. Odstawiamy na kwadrans.
Czekoladowa polewa nieco zgęstnieje i możemy udekorować ciasto bezami.
Ciasto nie wymaga przechowywania w lodówce. Lodówka ma zły wpływ na bezy. Można ciasto kroić na malutkie porcje lub ekstremaliści mogą jeść jak chcą. Ciasto jest słodkie i malutki kawałek zaspokoi głód cukru na cały dzień.






Bardzo smacznego

sobota, 19 marca 2016

Początek wiosny i tarta jeszcze zimowa z czerwonymi pomarańczami


























Produkcja ruszyła. Śmiało można powiedzieć, że jakiś czas temu. Szynki i boczki leżą w kąpieli soli i przypraw by już niedługo złożyć się w ofierze na wielkanocnym stole.
Jeżeli jeszcze czegoś nie pieczemy, to najprawdopodobniej planujemy zestaw bab i mazurków, mających oczarować każdą teściową.
Sprytniejsi bądź bardziej zabiegani złożyli już zamówienia na zestaw świąteczny czyli jajeczko, pasztecik, szyneczka, serniczek w pobliskich delikatesach.
Ostatnim ostrzeżeniem dla niefrasobliwych jest jutrzejsza niedziela palmowa. Kto jeszcze nie zdobył bazi, niech ubierze się ciepło i ruszy z sekatorem w pobliskie chaszcze. Może znajdzie tam kilka puszystych gałązek.
W innym przypadku trzeba się będzie zadowolić supermarketową pseudo cepelią. Swoją drogą ciekawi mnie czy nasze marketowe palmy też kleją chińskie rączki?
Plastikowe i styropianowe jajeczka w kolorze majtkowego różu i kanarkowej żółci nieodmiennie wprawiają mnie w dobry nastrój. Jakim trzeba być daltonistą by jajkom wielkanocnym nadać tak psychodeliczne barwy. Myślę, że wytwórca dobrze się przy ich majstrowaniu bawi.
Zaglądam jeszcze do czekoladowych zajączków, które jeszcze w grudniu były reniferkami i spokojnie kieruję się do stoiska z owocami.
Tam znajdę czerwone pomarańcze. One zakończą sezon zimowy. Zwlekałam z upieczeniem tarty pomarańczowej i nagle okazało się, że albo dzisiaj albo poczekam do przyszłego sezonu.
Od poniedziałku panować nam będzie wiosna i pomarańcze będą brzmiały jakoś tak...passe.
Bierzmy więc ostatnie w tym sezonie czerwone pomarańcze i zróbmy z nich pożytek.
Później niech nastąpią baby i mazurki.













Tarta z czerwonymi pomarańczami i orange curdem
(forma z wyjmowanym spodem o średnicy 24 cm)

spód:

200 g ciastek oreo
2 łyżki kakao
70 g stopionego masła

Wszystkie składniki miksujemy blenderem na drobne okruszki i wykładamy nimi spód i boki formy. Formę wstawiamy do lodówki.

krem orange curd:

3 jajka
2 żółtka
pół szklanki drobnego cukru
1/4 szklanki soku pomarańczowego (wyciśniętego)
2 łyżki soku z cytryny
skórka otarta z dwóch pomarańczy
115 g zimnego masła, pokrojonego na kawałki

oraz 
200  ml kremówki

W szklanej misce mieszamy sok, jajka, cukier, skórkę. Stawiamy miskę na garnku z gotującą się wodą. Pamiętajcie by dno miski nie miało kontaktu z powierzchnią wody.
Kiedy cukier się rozpuści dorzucamy kawałki zimnego masła i mieszamy krem.
Nie ubijamy tylko mieszamy np. drewnianą łyżką. Po około 10 minutach krem powinien zacząć gęstnieć. Jeśli zostawia ślad na łyżce, to znaczy jest gotowy. Po schłodzeniu zgęstnieje jeszcze bardziej (ma przecież w sobie masło).
Zgęstniały krem zdejmujemy z pieca i przykrywamy folią spożywczą by uniknąć kożucha.
Wystudzony krem wkładamy do lodówki na kilka godzin.

karmelizowane pomarańcze:

2 pomarańcze dokładnie wyszorowane i sparzone wrzątkiem
pół szklanki cukru
1 szklanka wody
1 łyżeczka wody pomarańczowej (niekoniecznie)

W szerokim, płaskim garnku zagotowujemy wodę z cukrem. Gotujemy 3 minuty i wkładamy pomarańcze pokrojone w plastry. Staramy się układać plastry obok siebie. Na malutkim ogniu gotujemy pomarańcze w syropie około 20 minut. Pilnujemy by się nie rozpadły.
Miękkie pomarańcze zdejmujemy z ognia i skrapiamy wodą pomarańczową. Studzimy

Schłodzony orange curd wyjmujemy z lodówki. Ubijamy kremówkę i dodajemy łyżkę orange curd. Delikatnie mieszamy. Dodajemy resztę kremu pomarańczowego, dokładnie łącząc go z śmietaną.
Wyjmujemy spód z lodówki. Wykładamy cały krem i wyrównujemy powierzchnię. Na górę układamy plastry karmelizowanej pomarańczy.




Niech energia tego koloru spłynie na was.
A od poniedziałku tylko pastelowe zielenie i błękity.


Smacznego

niedziela, 22 listopada 2015

Co się snuje po kątach czyli ciasto z musem z białej czekolady z pomarańczowymi drobinkami
























Miałam opowiedzieć o nowym sprzęcie kuchennych, który dopiero zaczyna rozwijać przede mną swoje możliwości. Niestety, do niczego sprzęt ten nie był mi dziś potrzebny, bo ciasto zrobiło się przy użyciu miksera, płyty indukcyjnej i lodówki.
Wszystko mnie w moim domu zachwyca ale możliwości jednego z pomocników kuchennych przerosły moje najśmielsze przypuszczenia.
Skoro nie mam dania wprost z niego, nie będę o nim teoretyzować. Musi poczekać.
Zupełnie nieoczekiwanie dziś będzie ciasto z gatunku: robimy przegląd resztek i kombinujemy wykwintne ciasto.
W szufladzie zasychało ciasto, którym pogardziłam tydzień temu.
Wtedy było lepkie i pachnące. Po tygodniu spędzonym w papierowej torbie wyglądało żałośnie.
Jako, że nie chciałam się dziś przemęczać (latałam wczoraj ze ścierą całe przedpołudnie by doprowadzić nasze włości do porządku choć na chwilę; posiadanie dwóch reprezentantów świata futrzastego powoduje całą masę kłaków w absolutnie wszystkich kątach), ciasto musiało być dla leniwców.
Spód już miałam, kremówka zawsze stoi w lodówce, tak na wszelki wypadek, czekolada czekała w szufladzie.
Lubię przepisy, które można realizować słuchając ożywionej dyskusji na TOK FM. Lubię kiedy komplikacje są nieobecne a perspektywy zachwycające.
Coś się rozpuszcza, coś zastyga, a jeszcze coś innego obiecująco pachnie.
Nagle, ni stąd, ni zowąd do lodówki wędruje foremka czegoś, co jeszcze niecałą godzinę temu nie było nawet w planach. Czary.
Nie zawsze ten patent się sprawdza, ale czasami opatrzność spojrzy przychylnym wzrokiem lub powieją dobre wiatry i wszystko się udaje. Kremówka ani myśli o zwarzeniu, czekolada grzecznie rozpływa się w miseczce a czas chyba pod wpływem smacznych zapachów zwalnia i zamiast pędzić, zawija się wokół nas jak ciepły kocyk.
Trzeba łapać takie momenty, bo trwają dwa mrugnięcia okiem.
W zrobieniu tego ciasta najdłużej (nie licząc chłodzenia w lodówce) trwała moja wyprawa do sklepu po pomarańcze.














Ciasto z musem z białej czekolady i pomarańczowymi drobinkami

ciasto:
średnica formy 17 cm

zmielone resztki zasuszonego brownie lub oreo z topionym masłem
czyli
około dwóch szklanek połamanych ciastek
1 łyżka z czubkiem topionego masła

Miksujemy wszystko na drobny piasek i wylepiamy nim spód formy. Wkładamy do lodówki i czekamy pół godzinki.


mus z białej czekolady:

230g białej czekolady
400 ml kremówki
otarta skórka z jednej pomarańczy
1 łyżka żelatyny

Mocno podgrzewamy 200 ml kremówki. Zdejmujemy ją z pieca i wrzucamy do niej połamaną czekoladę. Zostawiamy na trzy minuty i mieszamy czekoladę by się rozpuściła.
Żelatynę zalewamy zimną wodą (tylko tyle by przykryła żelatynę) i zostawiamy do napęcznienia.
Kiedy żelatyna napęcznieje stawiamy ją na garnku z gorącą wodą by się rozpuściła.
Gorącą, płynną żelatynę wlewamy do płynnej czekolady. Mieszamy dokładnie i schładzamy(nie w lodówce, blat kuchenny wystarczy).
Ubijamy pozostałe 200 ml kremówki i dodajemy po łyżce do wystudzonej czekolady. Dodajemy startą skórkę pomarańczową.
Mieszamy.
Masę czekoladową wylewamy na spód z ciastek i całość umieszczamy w lodówce.
Schładzamy najlepiej całą noc.
Przed podaniem dekorujemy wg uznania. Na cieście na zdjęciach jako dekoracja (jadalna) służą owoce physalis (czyli miechunki lub wiśni peruwiańskiej).





Smacznego

piątek, 21 listopada 2014

Historia lubi się powtarzać czyli tarta z kremem pomarańczowym

























Sprawa jest prosta jak budowa przysłowiowego gwoździa. A nawet prostsza. Idąc za ciosem i sukcesem "ciasta oszukańca" z poprzedniego tygodnia, poszłam kolejny raz na łatwiznę i oto jej efekt.
Druga wersja ciasta bez wysiłkowego. Zamiast digestivów użyłam oreo a rodzaj kremu uwarunkowany był kolorem marsmallow;ów.
Gdzieś przepadły białe pianki i znane mi źródła oferowały tylko pianki w kolorach kucyków Pony.
Moja starsza Córka na pewno by się ucieszyła.
Na szczęście i tak planowałam tym razem pójść w kierunku pomarańczy, więc problem koloru rozwiązał się sam.
Co tu dużo opowiadać. Ci, którzy jedli to ciasto do dziś dzwonią i proszą o przepis.
Trochę mi wstyd, że zrobienie tego ciasta jest tak mało wymagające. Żaden ze mnie bohater w tej kwestii. Ciasto jest po prostu żałośnie nieskomplikowane.
A może wcale nie trzeba komplikować?

Jedna uwaga przed rzuceniem się do kuchni. Nie używajcie starych marshmallow'ów. Ja popełniłam ten błąd. Znalazłam jakieś prehistoryczne zapasy pianek (za to białych) i wydawało mi się, że ich wygląd zasuszonych mumii nie będzie miał znaczenia.
Miał znaczenie elementarne. Białe mumie dobre są w Kairskim muzeum a nie w garnku. Moje nie chciały się rozpuścić za żadne skarby.
Wyglądały jak białe gluty i ilość dolewanego mleka nie robiła na nich żadnego wrażenia. Glutami pozostały. W końcu wylądowały w koszu a ja grzecznie udałam się do pobliskiego Lidla kupić świeży zapas. I trafiły mi się kolorowe.

Teraz słowo o dość nietypowym ozdobieniu ciasta.
Ten egzemplarz został zrobiony na zamówienie. Miał pojechać w dość specyficzne miejsce, gdzie chemia i mikrocząsteczki przychodzą rano do wodopoju.
Najbardziej ucieszyła się młodsza Córka. Jej bliskie są klimaty zagrażające gatunkowi ludzkiemu a kucyki Pony zjada na podwieczorek. Następnym razem zrobię ci ciasto z pierwiastków radioaktywnych, Serduszko.
A na razie, nie uciekajcie gdzie pieprz rośnie, bo ciasto z oreo i kolorowych panek jest tak samo niebezpieczne jak tęcza u kucyków Pony.
Dziś zamykam sezon na dziwne eksperymenty. Od jutra tylko pierniczki i pierwsze przymiarki do zakiszenia barszczu.

















































Ciasto biohazard z kremem pomarańczowym

2 paczki oreo
80 g masła

160 g pianek
130 ml mleka
400 ml kremówki
otarta skórka z jednej pomarańczy
3 łyżki cointreau
czekolada z pomarańczą i chilli do posypania

Nie powinnam niczego wyjaśniać, bo to samo robiłam tydzień temu.

Miksujemy ciastka na drobne okruchy. Mieszamy z rozpuszczonym masłem i wylepiamy formę do tarty.
Formę wkładamy do lodówki na godzinę.

Pianki sypiemy do miski i zalewamy gorącym mlekiem. Miskę z piankami stawiamy na garnku z gorącą wodą i mieszamy do całkowitego rozpuszczenia się pianek.
Zdejmujemy z pieca i dodajemy skórkę z pomarańczy i likier pomarańczowy. Mieszamy i studzimy.

Ubijamy śmietankę na sztywno. Dodajemy łyżkę śmietany do wystudzonych pianek. Mieszamy a potem łączymy z resztą śmietany. Najlepiej zrobić to bez użycia sprzętu elektrycznego. Łyżka w zupełności wystarczy.
Masę śmietanową wykładamy na schłodzony spód i wyrównujemy powierzchnię.
Odstawiamy do lodówki, najlepiej na noc.

Dekorację zostawiam waszej wyobraźni. Nie musicie wycinać z kartonu znaku biohazardu.






Pięknego weekendu i smacznych pomysłów.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Aperolowy odlot czyli sernik najlepszy z najlepszych

























Co pewien czas pojawia sernik „najlepszy na świecie”.
Teoretycznie nic w tej materii nie powinno już zaskakiwać. W serniku musi być ser. Reszta okoliczności jest wymienna. Serniki dzielą się na te pieczone i te na zimno.
Przyznam bez bicia, że te na zimno są dla mnie ciastami drugiego gatunku. Może wynika to z faktu, że pod pojęciem „ciasto” kryje się dla mnie coś pieczonego.
Nigdy, przenigdy nie zrobiłbym ciasta na zimno na czyjeś urodziny. Do niedawna.
Dziś nie jestem pewna czy nie wybrałabym sernika zrobionego ostatnio. Sernika na zimno!
MMŻ jest wielkim fanem nie pieczonych serników. Jego doświadczenie (konsumpcyjne) w tej mierze jest ogromne. I jeżeli On twierdzi, że to najlepszy sernik jaki jadł w życiu, to nie są to słowa rzucane na wiatr.
Co mnie skusiło, żeby się za niego zabrać?
Po pierwsze użycie Aperolu. Od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie wykorzystanie w cieście Campari, które jest kuzynem Aperolu.
Zanim przekułam plany w czyn, zobaczyłam, że ktoś użył już gorzkiego aperitifu do słodkiego deseru. Wystarczyło tylko otworzyć gazetę.*
Po drugie zdjęcie wyglądało tak zachęcajaco i halloweenowo, że nie mogłam się oprzeć.
Po trzecie, w końcu MMŻ też się jakieś ciasto należy. Z gatunku tych, które lubi najbardziej.

Największy problem z tym ciastem wynikł nie z serem, galaretką czy ciastkami.
Najbardziej zaskoczyła mnie część zrobiona z ciastek Oreo. Wystająca część spodu wyglądała bajecznie, tylko jak ją osiągnąć w realu?
Odpowiedzią jest odpowiednia forma. Nie można tu użyć formy z otwieranym bokiem. Jedyna odpowiadająca przepisowi i idealnie spełniająca swoje zadanie to forma z wyjmowanym dnem. Taka jak przy pieczeniu tart ale wyższa.
Kupiłam taką formę lata temu i nie miałam pojęcia do czego jej użyć. Wyjmowanie z niej upieczonego ciasta było tak trudne, że schowałam ją głęboko w szafie.
I teraz przydała się idealnie. Sernik wyszedł jak marzenie a koronka ciasta sterczała dzielnie jak kołek w płocie.
Połączenie bardzo kremowego sernika z gorzkawo pomarańczową galaretką i chrzęszczącą bazą z Oreo dała efekt niesamowity.
Odwołuję wszystko, co kiedykolwiek powiedziałam o sernikach na zimno. Ten jest królem serników. I niech nam panuje!






Pomarańczowy sernik z aperolową galaretką z prosecco

forma o średnicy 20 cm z wyjmowanym dnem (nie otwierana z boku klamrą!)

spód:

oliwa do wysmarowania formy
300 g oreo
2 łyżki kakao
90 g stopionego masła

sernik:

400 g kremowego serka**
250 g mascarpone
100 g cukru pudru
200 ml kremówki
skórka otarta z jednej pomarańczy

galaretka:

100 ml Aperolu
300 ml proscecco
60 ml wody gazowanej
20 ml syropu cukrowego***
6 łyżeczek żelatyny w proszku

Pierwsza uwaga jest następująca. Sernik jest prosty w wykonaniu. Jednak, z uwagi na to, że każda część potrzebuje czasu by osiągnąć stan idealny, sugeruję zrobienie go na co najmniej 24 godziny przed planowanym podaniem.

Zaczynamy od znalezienia formy. Jeśli ją mamy, smarujemy ją cienką warstwą oliwy.
Ciastka Oreo miksujemy w blenderze z kakao. Masło topimy, studzimy i wlewamy do ciastek. Miksujemy do połączenia się okruchów.
Wykładamy dno i boki formy okruchami, mocno przyciskając je do ścianek. Krawędzie ciasta nie powinny być ładnie wyrównane. Mają raczej przypominać pejzaż górski niż równinę mazowiecką.
Wkładamy formę do lodówki. Po godzinie masa ciastkowa stężeje i zobaczycie, że jest szansa na powodzenie całej misji.

W misie miksera miksujemy ser, mascarpone, cukier puder i kremówkę. Pamiętajmy by składniki były w tej samej temperaturze. Na koniec dodajemy skórkę z pomarańczy. Miksujemy krótko aż całość będzie miała kremową konsystencję.
Wyjmujemy formę z lodówki i całą masę serową nakładamy do formy. Wyrównujemy wierzch i znów ciasto powinno się chłodzić 2-3 godziny.

Ostatnim elementem jest galaretka. Nie trzymałam się ściśle przepisu. Wydawało mi się, że niepotrzebnie wszystko komplikuje. Poszłam na skróty.

Do miseczki wsypujemy żelatynę. Zalewamy ją taką ilością zimnej wody, aby była cała przykryta. Odstawiamy żelatynę do napęczniena czyli na kwadrans. Potem stawiamy miseczkę z żelatyną na ganuszek z gotującą się wodą. Żelatyna rozpuści się błyskawicznie.
Zdejmujemy miseczkę z garnka i lekko studzimy.
Do innej miski wlewamy Aperol. Przestudzoną żelatynę wlewamy do niego i mieszamy. Potem dolewamy wodę gazowaną, syrop cukrowy i znów mieszamy.
Na koniec wlewamy proscecco. Żeby uniknąć spenienia się galaretki, prosecco trzeba wlewać powoli, po łyżce.
Jeżeli jednak na powierzchni wciąż unoszą się bąbelki, jest na to rada. Trzeba delikatnie dotknąć powierzchni papierowym ręcznikiem. A jeśli i to nie pomoże, to się nie przejmujcie. Na smak sernika nie ma to najmniejszego wpływu.

Całość ciasta wkładamy na koniec do lodówki na kilka godzin a najlepiej na całą noc.

Kolejnego dnia przed podaniem, wyjmujemy ciasto z lodówki i pozwalamy mu odetchnąć pokojowym powietrzem przez 20 minut.

Potem czeka nas próba wyjęcia ciasta z formy tak, by wystrzępione brzegi nie poniosły uszczerbku. Stawiamy formę na czymś wyższym od niej np. na doniczce i ściągamy w dół brzegi formy.
Po pierwszej chwili paniki „nie idzie!!!”, nagle czujecie, że coś drgnęło a forma zaczyna się zsuwać w dół. Za moment sernik w całej swej postrzępionej okazałości wyłoni się z formy. I jest to piękny widok.
Potem następuje degustacja a po niej zapada cisza, bo wszyscy odlatują z zachwytu.



























*Przepis znajdziecie w październikowym Delicious
**kremowy serek to Philadelphia lub Piątnica (ja wolę tę drugą)
***Syrop cukrowy to nic innego jak tylko szklanka cukru plus szklanka wody podgrzewane do rozpuszczenia się cukru. Potem zagotowane i wystudzone. 

Smacznego