Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 stycznia 2024

Styczniowa mucha i las w człowieku czyli tort jagodowo kokosowy

 


Nie pamiętam! Tak dawno mnie nie było, że musiałam sobie przypomnieć kim tutaj jestem.

I znalazłam bardzo pachnący wpis. Szkoda, że ostatni. 

Rzut oka na zdjęcie i od razu w głowie otworzyła mi się buteleczka z napisem "lucerna" i zatęskniłam za tarasem, białym winem pitym w świetnym towarzystwie, za dziewczynami pachnącymi pączkami  (za samymi pączkami też:)), za spleśniałym domkiem pod lasem. Nawet o krecich kopcach pomyślałam z rozrzewnieniem. Pomyślałam, że już, już niedługo, jeszcze tylko ze trzy miesiące i będzie można przywitać się z bzem, demonicznym różowym drzewkiem, wiewiórkami w sadzie i dzikami za żywopłotem. 

Każdej zimy przychodzi taki moment kiedy mówię: "starczy". Niech sobie zima bywa, ale pod koniec stycznia mam jej serdecznie dość. 

Śnieg był? Był.

Mrozy dały się we znaki? Dały.

Gwiazdka była? I owszem. 

Sylwester odhaczony? No i już.

W górę rękę ten, kto otwierając szafę uśmiecha się na widok zimowej kurtki.

Te buty, te skarpety, podkoszulki, rękawiczki, szaliki! Ileż można? 

Dziś świeciło słońce. I to nie jakaś marna imitacja, tylko prawdziwe ciepłe cieszące oko i serce slońce. Balkon otwarłam, koty wypuściłam, lampki świąteczne zwinęłam w końcu do skrzyni. 

Nie tylko ja zareagowałam entuzjastycznie na dzisiejszą słoneczność. Mucha się pojawiła w zasięgu wzroku, nie tylko mojego. Od razu została pożarta. Świat jest niebezpieczny.

Z rozpędu kupiłam bukiet tulipanów wiedząc, że kiedy tylko się ze swoich zielonych kokonów rozwiną, to okażą się bladymi podróbkami wiosny. Ale nadzieja umiera ostatnia.

Do tych soczystych żółcią i czerwienią grządkowych tulipanów jeszcze daleko. Po drodze kalendarz pokazuje walentynki,  Czarodziejski flet, dzień kobiet.....

W taki dzień jak dziś pocieszam się myślą, że dzisiaj jest do wiosny bliżej niż było we wrześniu. 

Póki jej nie ma zerknę jeszcze na pole lucerny. Dobrze, że mamy zdjęcia, wspomnienia i kalendarz.

Pozdrawiam wszystkich ciepło i zapraszam na wspomnienie lata czyli tort jagodowo kokosowy. 





Tort jagodowo kokosowy

Jak pewnie wiecie,  lubię mieć zamrożone resztki ciasta z różnych wypieków. Nie wszystko zużywam do konkretnych ciast a to co zostaje świetnie się mrozi; czy to biszkopty czy ciasta typu brownie. 

Taki skarb w zamrażarce skraca czas robienia ciasta o połowę. 

Wyjmujemy zlodowaciałe ciasto na blat kuchenny a za pół godziny mamy gotową bazę do tortu. 

Moje zapasy składały się z dwóch pięknych blatów biszkoptowych i worka resztek czekoladowego ciasta, które uwielbiam za prostotę i niezawodność. Te resztki były skrawkami o różnych kształtach. Wiedzcie, że to żadna przeszkoda w zrobieniu spektakularnego tortu. 

Jeśli nie macie czekoladowych resztek, pokrójcie biszkopt na trzy części. Też będzie pięknie.

Składniki na tort o średnicy 18 cm

Potrzebujemy:

biszkopt o średnicy 18 cm

jeden czekoladowy blat (lub kolejny krążek biszkoptu) o średnicy 18 cm

Biszkopt:

4 jajka, osobno żółtka, osobno białka

140 g drobnego cukru

100 g mąki pszennej

30 g mąki ziemniaczanej

30 g roztopionego i wystudzonego masła

szczypta soli

Rozgrzewamy piekarnik do 170 stopni.

Ubijamy białka do spienienia i dodajemy po łyżce cukier. Każdą łyżkę wsypujemy po rozpuszczeniu się poprzedniej porcji cukru. Kiedy białka z cukrem są ubite i przypominają materiał na bezę, wlewamy kolejno żółtka. Mąki mieszamy i delikatnie łączymy z masą jajeczną. Na koniec cienką strużką wlewamy masło.

Dno foremki wykładamy papierem do pieczenia. Wylewamy ciasto i pieczemy 45 minut lub do suchego patyczka.

Wyjmujemy i studzimy.

Nie dzielimy na blaty, na to przyjdzie czas następnego dnia. 

W dniu, w którym pieczemy biszkopt zrobimy też żelkę jagodową.

żelka jagodowa:

200 g jagód

50 g cukru

4 g żelatyny plus odrobina wody do jej zamoczenia

sok z cytryny

Zagotowujemy jagody z cukrem. Żelatynę zalewamy wodą by napęczniała. Potem stawiamy na garnku z gotującą się wodą by się żelatyna rozpuściła.

Zagotowane jagody miksujemy i przecieramy przez sito.

Łączymy z sokiem z cytryny (około łyżki) i płynną żelatyną. Mieszamy i wylewamy do formy mniejszej o 1 cm od formy, w której będziemy składać ciasto. 

Nie posiadam specjalnch rantów do robienia żelki. Wykładam 16 cm formę folią spożywczą i wlewam do niej jagody. Studzę, a potem wkładam do zamrażarki. Zamrożona żelka łatwiej odchodzi od folii i elegancko umieszcza się na cieście.

Kolejnego dnia robimy mus jagodowy i kokosowy.

mus jagodowy:

200 g jagód

5 g żelatyny

40 g cukru

1 łyżka soku z cytryny

130 ml kremówki

Jagody zagotowujemy z cukrem. Miksujemy na puree i przecieramy przez sito. Łączymy z rozpuszczoną żelatyną (patrz wyżej) i sokiem z cytryny.

Ubijamy kremówkę ale nie na sztywno. Ma spływać z łyżki. Do puree  dodajemy łyżkę jagód. Mieszamy a potem dodajemy resztę. Łączymy śmietanę z jagodami.

Krem kokosowy

200 g gęstej części mleczka kokosowego lub po prostu śmietanki kokosowej

100 g białej czekolady 

5 g żelatyny, rozpuszczonej (patrz wyżej)

130 ml kremówki

Podgrzewamy śmietankę kokosową by była dość ciepła ale nie gotująca. Do ciepłej śmietamki wrzucamy połamaną czekoladę. Zostwiamy na 5 minut i mieszamy do rozpuszczenia się czekolady. Dodajemy płynną żelatynę. Mieszamy. Studzimy.

Ubijamy kremówkę jak poprzednio czyli nie na sztywno.

Znów łączymy łyżkę ubitej kremówki z kokosową mieszanką. Potem łączymy obie części.

do nasączenia ciasta:

pół szklanki syropu kokosowego 

2 łyżki wody 

lub pół szklanki syropu cukrowego czyli woda z cukrem

Czas poskładać tort. 

Nie wiem czy używacie folii do składania trortu ale jeśli jeszcze jej nie wypóbowaliście, to polecam z całego serca. Jeśli jej nie macie, to użyjcie papieru do pieczenia jako kołnierza bo tort jest dość wysoki.

Na spód formy kładziemy pierwszy blat ciasta. Nasączamy syropem.

Wykładamy połowe musu jagodowego. Na środek kładziemy krążek żelki jagodowej. Całość przykrywamy resztą musu jagodowego.

Wkładamy ciasto na kwadrans do lodówki.

Kładziemy kolejny krążek ciasta. U mnie resztki czekoladowego brownie. Nasączamy. Wykładamy krem kokosowy, wygładzamy powierzchnię i na kwadrans do lodówki.

Kładziemy ostatni krążek ciasta i wkładamy do lodówkki na kilka godzin.

Przygotowujemy krem do tynkowania tortu.

200 g miękkiego masła

200 g mleka zgęszczonego

Jeśli robicie ozdoby typu"jagoda na krzaczku" odłóżcie z 5 łyżek kremu by je połączyć z barwnikami.

Masło ubijamy na puch i wąską strużką wlewamy do ubijającego się masła mleko.

Możemy położyć krem na ciasto.

Żaden ze mnie cukiernik i nigdy nie jestem zadowolona z efektu ale muszę przyznać, że praca z tynkiem tego typu jest łatwa. Polecam go wszystkim wątpiącym. Jako dodatkową reklamę dodam, że  świetnie nadaje się do ozdób na tort typu szlaczki, kwiatki, listki i tym podobne.

Smarujemy cienko tort tynkiem by złapał wszystkie okruchy, wyrównujemy i schładzamy. Potem kładziemy jeszcze jedną warstwę tynku. Ona będzie tą ozdobną. Teraz możemy tort dekorować. 

Jeśli chcecie zrobić jagodowe krzaki użyjcie barwników do pozostawionych kilku łyżek kremu. Jeśli zapomnieliście o pozostawieniu kremu, udekorujcie tort borówką amerykańską i listeczkami mięty. Oba składniki cały rok są obecne w sklepach.

Fajne jest takie ciasto. Weronika powiedziała, że człowiek z lasu wyjdzie ale las z człowieka nigdy. Sama prawda.

Smacznego




piątek, 21 kwietnia 2023

Noga jako początek i buraki w mleczku kokosowym jako curry




To jest ten moment kiedy wpół kroku między krawężnikiem a ulicą dopada cię nagła, niepohamowana potrzeba wyjazdu z miasta. Już, teraz, natychmiast. Jakby coś wewnątrz mnie wierzgnęło kopytkiem. Aż tchu mi zabrakło.

MMŻ radoście ogłosił w sobotę Pierwszy Wielki Marsz Wiosenny. Spojrzałam na niego sceptycznie: ty idź Kochany w ten parkowy tłum póki cię euforia w ramionach swych trzyma. Ja sobie posiedzę, pomarudzę, może jeszcze pod kołderkę wrócę... I poszedł krokiem dziarskim w słoneczny poranek. Zniknął mi z oczu nim wypiłam poranną herbatę.

Z zapowiedzi mojego poranka niewiele wyniknęło. Nie marudziłam, o kołderce zapomniałam zaraz po otwarciu okna. A może by tak jednak na chwilkę, na słonko? Nie roiły mi się w głowie spacery długodystansowe. Cholernym wyczynowcem jest tylko MMŻ. Dla niego 17 km spaceru to pikuś.

Wyszłam więc, będąc praktyczną, w bardzo konkretnym celu. Zdobycia nóg.

Już was zaciekawiłam, prawda? Nie oczekujcie sensacji. Nogi potrzebne mi nagle i spontanicznie miały być krągłe, sześciocentymetrowe i drewniane. Meblowe po prostu. Sklep, który pamiętałam, że istniał jakieś 15 lat temu, jest niedaleko. Nie zmęczę się, a może wiosnę znajdę. 

Szłam sobie z uśmiechniętą gębą bo jak się tu nie śmiać kiedy słońce całkiem zadowalająco grzeje w plecy. Tu drzewko różowe rzuciło mi się w oko, tam forsycja kwitnąca. Jakiś obłok biały na wiśni sprawił, że przeczucie mnie ogarnęło, że zaraz coś się wydarzy. Powietrze zapachniało, niebo błysnęło błękitem tak niebieskim aż na moment zgubiłam kierunek. Dokąd ja właściwie idę?

I nagle zorientowałam się, że nogi (tym razem nie drewniane) niosą mnie w stronę przeciwną do pożądanego sklepu. Wiosna złapała mnie na wędkę i wlecze bezmyślnie od krzaka do krzaka. Zrobiłam krok ku ulicy i aż mnie zabolało. 

Ja chcę za miasto! Ja muszę do lasu!  Pal licho nogi drewniane, stalowe i gliniane. Muszą sobie radzić beze mnie. 

Czas pakować koty i ruszać pod las. 

Zanim to jednak nastąpi coś ugotujemy.

Wiecie zapewne, że moją obsesją w kuchni jest curry. A może raczej powinnam powiedzieć są curry? Ich ilość jest chyba niepoliczalna. Kto nie lubi mleczka kokosowego(!!!???), może znaleźć takie z jogurtem, lub suche. Kto jest bezmięsny znajdzie bez liku wege i wegetariańskich. Z tofu i paneerem....I długo by tak wyliczać.

Buraki nigdy nie kojarzyły mi się z kuchniami egzotycznymi. A już polączenie buraka i mleczka kokosowego, które uważam za dziewiąty cud świata nigdy do głowy by mi nie wpadło. Do czasu aż odkryłam zupę buraczano kokosową. Była pyszna i powinna mnie była zainspirować do dalszych działań w tym kierunku. 

Oto urzeczywistnienie buraczano kokosowych marzeń. Nie kombinujcie, zróbcie to curry a najbliżsi padną z wrażenia.



Przepis pochodzi z książki THE GREEN ROASTING TIN autorstwa Rukmini Iyer.

Buraczano, soczewicowo, kokosowe curry:

1 cebula, pokrojona w kostkę

2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę

5 cm imbiru, startego

600 g buraków, obranych ze skórki i pokrojonych na kawałki w kęs

1 puszka ciecierzycy, odcedzona

1 czerwone chilii, posiekane

1 czubata łyżeczka mielonego kuminu

1 czubata łyżeczka mielonej kolendry

1 czubata łyżeczka mielonego imbiru

1/2 łyżeczki kurkumy

1 łyżeczka soli

1 puszka (400ml) mleczka kokosowego

1 łyżka oleju

sól do smaku.

Nie jest to potrawa, która wymaga długich przygotowń.

Zacznijmy od nagrzania piekarnika do 200 stopni. 

Wszystkie składniki oprócz mleczka kokosowego wkładamy do naczynia do zapiekania. Mieszamy dokładnie by przyprawy pokryły warzywa. Pieczemy 40 minut.

Po 40 minutach wlewamy mleczko kokosowe i dokładnie mieszamy. Wkładamy ponownie do piekarnika i pieczemy jeszcze 10 minut. Sprawdzamy czy trzeba dosolić i podajemy z ryżem basmati lub z chlebkami naan. 

Uwaga: kto lubi, może do piekących się buraków dorzucić kilka goździków lub mały anyżek. Próbowałam, było super.

I tyle. Krótko i treściwie. I smacznie.




Pięknego weekendu i smacznego tego, co na stole.


piątek, 14 kwietnia 2023

Żegnaj zdrowy rozsądku czyli tort "trzy czekolady"



Jak co roku o tej porze chodzę i biadolę na brak miejsca. Jak co roku w okolicach stycznia zaklinam się i przysięgam, że tym razem nie dam się zwariować i nawet oka nie zawieszę.

I jak co roku moja silna wola topnieje jak szron na dachu samochodu w maju. 

Nie wiem, czy to kalendarz jest winny, czy może w powietrzu coś nabrzmiewa i wślizguje się do krwioobiegu by tam zasiać (nomen omen) natrętną myśl o braku konsekwencji. 

W styczniu jestem w nastroju kategorycznym i zdecydowanie zdaję sobie sprawę, że podjęcie decyzji na "tak" będzie skutkowało intensywną pracą latem. I trwam w swojej konsekwencji do marca. A potem słońce robi mi kaszkę z mózgu a sklepy wystawiają witrynki z nasionami. I co? I pstro. Dostaję amoku, zapominam jak się nazywam, a obietnice złożone samej sobie odbieram jako przestarzały, zimowy żart. I sieję jak szalona by po kilku tygodniach z przerażeniem odkryć na parapetach dziesiątki kiełkujących, zielonych istnień.

Coś ty najlepszego narobiłaś kobieto! 

Wydawało się, że w tym roku będzie inaczej. Wszystkie parapety są zasiedlone. Rosną, piętrzą się i rozpychają na nich konsekwencje (!!!) pandemii. Niewinna kruszynka dwa lata temu nieśmiało wyglądajaca zielonym oczkiem zza brzegu doniczki okazała się ponad dwu metrowym tryfidem, zaborczo traktującym najbliższe otoczenie. Gdzie mu tam do spojrzenia łaskawym liściem na towarzystwo jakichś ogrodowych pokurczów.

Wydawało się, że w tym roku cała ta zielona fala mnie ominie. Czułam się usprawiedliwiona, bo przecież miejsca nie mam nawet na maciupką sępolię.

I w takim błogim momencie moja szanowna Mama rzuca mimochodem: a u mnie wszystkie parapety są wolne. Możesz na nich posiać  swoje pomidorki, bakłażanki, papryczki, cukinie, dynie..........

Ja, zamiast unieść z godnością głowę i tonem cesarzowej odrzucić ten niedorzeczny pomysł, najpierw zamarłam z zachwytu nad prostotą tego rozwiązania a potem pokicałam do pierwszego ogrodniczego i wróciłam z siatą nasionek. 

Konsekwencji pewnie się domyślacie. 

Najpierw wysiałam, nie u siebie, kilkanaście torebek. Nie oszczedzałam sobie, bo przecież w zeszłym roku zwalony sufit w wiejskiej chacie załatwił sezon ogrodniczy na amen. Więc w tym roku poszłam na całość. Zwalam to na oszołomionie wiosenne bo w innym przypadku musiałabym się poddać fachowej terapii. 

I jeżdżę teraz doglądać małe kiełkujące maleństwa. A te, natchnięte magiczną mocą wyłażą jak dżdżownice po deszczu- stadami. 

Drżyjcie znajomi! Zostaniecie obdarowani sadzonkami. Niech wasze balkony, tarasy i ogródki rosną w siłę a wam niech się żyje pracowicie. Potem zbierzecie plony mojego braku umiaru i nieliczenia się z konsekwencjami.

Na pokrzepienie coś zjemy. Może tort? Tytuł dzisiejszego wpisu jest zamierzenie dwuznaczny;))



Tort "trzy czekolady"

spód tortu "brownie":

2 jajka

100ml letniego mleka

80 ml oleju

0,5 szklanki brązowego cukru

2 łyżki białego cukru

II część "sucha":

100g mąki

ćwierć łyżeczki sody

3/4 łyżeczki proszku do pieczenia

szczypta soli

Mieszamy I część. MieszamyII część. Łączymy obie części. Bedą raczej płynne.

Formę o średnicy 18 cm wykładamy papaierem a piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni.

Wlewamy ciasto i pieczemy około 40 minut.

Wyjmujemy upieczone z piekarnika i studzimy.

Po wystudzeniu okazuje się, że ciasta mamy na dwa torty. I bardzo dobrze bo za tydzień mamy pieczenie ciasta z głowy, ponieważ mamy zapas w zamrażarce. 

Wystudzone ciasto kroimy w poprzek na dwa blaty. Jeden owijamy papierem do pieczenia i wkładamy do foliowej torebki. Ten ląduje jako żelazny zapas w zamrażarce. Kiedy ogarnie nas panika sobotnia np za miesiąc, wtedy wyjmujemy nasz zapas , rozmrażamy i voila! mamy gotową bazę do tortu. 

Drugi blat umieszczamy w formie. Teraz uwaga: jeśli macie formę o naprawdę wysokich brzegach nie czytajcie dalej (mam na myśli wysokość rzędu 10-12 centymetrów).

Jeśli takowej nie macie musicie kombinować. Najlepiej kupić folię rantową i nią wyłożyć brzegi. Wtedy wszelakie rozpasanie w ilości kremu wam nie straszne. Jeśli nie macie folii lub kurier zaspał z jej świeżą dostawą zróbcie dodatkowe brzegi z papieru do pieczenia. Choć, przyznam szczerze nie jest to rozwiązanie zadowalające. 

Przechodzimy do gwoździa przepisu. 

Kremy czekoladowe:

I krem z gorzkiej czekolady:

110g gorzkiej czekolady

90g mleka

2 jajka

40g cukru

7 g żelatyny

35g wody

150g kremówki

II krem z mlecznej czekolady:

110g mlecznej czekolady

90g mleka

2 jajka

40g cukru

7 g żelatyny

35g wody

150g kremówki

III krem z białej czekolady:

110g białej czekolady

90g mleka

2 jajka

40g cukru

7 g żelatyny

35g wody

150 g kremówki

Jak widzicie trudno tu doszukać się komplikacji. 3X to samo. Z techniką postępowania jest podobnie.

Mamy trzy miseczki na trzy porcje żelatyny. Żelatynę zalewamy wodą, niech napęcznieje. Potem zagotowujemy w niskim rondelku wodę. Zdejmujemy ją z pieca i wstawiamy do rondla miseczkę z żelatyną by się rozpuściła. Nie topcie miseczki, niech pływa niezagrożona jak materacyk w basenie. Z każdą porcją żelatyny postępujemy tak samo.

Robimy I krem (tak samo robimy II i III):

Ubijamy jajka z cukrem. Mleko zagotowujemy. Do jajek wlewamy wąską strużką wrzące mleko. Miksujemy w czasie wlewania. Stawiamy na małym ogniu (jesli miska jest metalowa, jeśli nie, przelewamy masę  do rondelka) i na maluteńkim ogniu chwilę mieszamy by masa nieco zgęstniała. Zachowajcie czujność bo nie chcecie mieć słodkiej jajecznicy. Jadłam taką kiedyś na Okęciu...ale to historia na kiedy indziej.

Kiedy jajeczna masa zgęstnieje wlewamy do niej płynną żelatynę i wrzucamy połamaną czekoladę i mieszamy do powstania pięknej, gładkiej, aksamitnej masy. Lekko masę studzimy. Ubijamy kremówkę i łączymy z masą jajeczną (nie musi być całkiem zimna)

Ciasto w tortownicy skrapiamy np rumem i wlewamy pierwszy krem z gorzkiej czekolady. Wkładamy do lodówki. Po pół godzinie krem powinien stężeć. Wtedy wlewamy drugi krem z mlecznej czekolady i znów ciasto wędruje do schłodzenia. Po kolejnej pół godzinie trzeci krem z białej czekolady wylewamy do formy i schładzamy tort, najlepiej przez noc. 

Następnego dnia zdelmujemy wszelkie więzy i pęta krępujące nasze maleństwo czyli formę i ranty. 

Dekorujemy jak potrafimy czyli np obsypujemy kakao za pomocą sitka lub polewamy czekoladowym ganaszem jeśli komuś mało w torcie czekolady.




Smacznego i pięknego weekendu


niedziela, 30 maja 2021

Jak to robią wilgi i pachnący chleb z czosnkiem niedźwiedzim




Wyjście rankiem na taras jest jak spora dawka medytacji. I to nic, że zimno jak w marcu a woda kapie nawet parapetów. Dziś o 8.00 wyszło nareszcie słońce. Pierwsza próba wystawienia nosa na zewnątrz spaliła na panewce bo jeszcze pół godziny temu wszystko wyglądało jakby dzień dzisiaj nie miał się zacząć. Padało, padało i padało. 

Na zewnątrz wywabiły mnie śpiewy. 

Jak najciszej wyśliznęłam się na zewnątrz by nie płoszyć przyrody. I co zobaczyłam? 

W mokrym porannym powietrzu z modrzewia na modrzewia śmigały wilgi. Jeszcze deszcz przygniatał mokre gałązki a słońce nawet nie zamierzało otworzyć jednego oka, kiedy w drzewach szumiało, dźwięczało a przede wszystkim śpiewało. Wiecie jak śpiewa wilga? 

Pięknie. A tym razem śpiew był na kilka głosów.

Stałam i stałam, słuchając. Wilgi w naszej okolicy to nie rzadkość ale rzadkością jest je zobaczyć. Tym razem okazało się, że ten poranny "festiwal w Sopocie" to lekcja latania.

Pamiętacie kiedy opowiadałam o pierwszych lotach małych dzięciołów? 

Dziś część druga: jak uczą się wilgi.

Wilgi urządziły szkółkę  latania naprzeciwko mnie. Udawałam, że jestem fragmentem drzwi i z otwartą buzią, w zachwycie porannym chłonęłam widok.

Z drzewa na drzewo sfrunął, gwiżdżąc przeciągle ptak. Chwila ciszy i za nim poleciał następny. Potem rozległo się melodyjne śpiewanie i poleciał kolejny. Sytuacja powtórzyla się czterokrotnie. Śpiewu przy tym było mnóstwo. Każdy z młodych donośnie obwieszczał światu, że zalicza właśnie swoją kolejną gałąź. Mama zachęcając maruderów też śpiewała na całe gardło. Było  w tym spektaklu mnóstwo porządku i planowania. Kolejne etapy przefruwania z drzewa na drzewo odbywały się jak w balecie, synchronicznie i z wdziękiem.

Po dłuższej chwili, kiedy wszystkie kropelki wody zostały z modrzewi strząśnięte, wilgi przeniosły się do sadu. Uf, nareszcie mogłam wypuścić powietrze z płuc.

Co tam, że zimno. Co tam, że z drzew kapie woda jak z nie wyżętej skarpety. Co tam, że koniec maja a ja mam na sobie kurtkę narciarską. Takie poranki przypominają mi o jednym: przyroda robi swoje a my jako jej część nie powiniśmy jej w tym przeszkadzać. Aha, wspomniałam o medytacjach.... wiecie co się dzieje w krzakach o tej porze roku? Pojedźcie za miasto i posłuchajcie.  Może uda wam się podpatrzeć i podsłuchać co piszczy nie tylko w trawie.

A na zachętę dorzucam chleb z dodatkiem sezonowym czyli czosnkiem niedźwiedzim. 

Czosnek już co prawda kwitnie, ale nie przeszkadza to w wykorzystaniu i liści i kwiatów w kulinarnych kombinacjach.

Tym razem zachciało mi się chleba wilgotnego i obawy, że mokry chleb będzie sprawiał kłopoty zignorowałam na samym początku. Po prostu nie dopuszczałam myśli, że coś może się nie udać.

Wszystko poszło gładko i po mojej myśli. Dlatego zamieszczam tu ten wpis, bo za chwilę po czosnku niedźwiedzim zostaną tylko wspomnienia.

















Chleb z czosnkiem niedźwiedzim

150 g aktywnego zakwasu żytniego 

300 ml ciepłej wody plus dodatkowe 30 ml 

300 g mąki pszennej chlebowej

200 g mąki orkiszowej lub płaskurki

10 g soli

garść liści czosnku niedźwiedziego, pokrojonych w paseczki

Rano wyjmujemy z lodówki zakwas. Kiedy osiągnie temperaturę pokojową dokarmiamy go mąką żytnią razową i odstawiamy w ciepłe miejsce. Po 7 godzinach jest gotów do dalszej współpracy. Wtedy mieszamy zakwas z 300 ml wody i wlewamy do misy z mąkami. Mieszamy przez chwilę by mąka wchłonęła wodę i przykrywamy folią do żywności. Odstawiamy w ciepłe miejsce na godzinę.

Po godzinie wyrabiamy ciasto 3 minuty a następnie posypujemy solą i polewamy resztą czyli 30 ml ciepłej wody.

Wyrabiamy minutę i dodajemy pokrojony czosnek niedźwiedzi. Wyrabiamy jeszcze dwie minuty.

Ciasto będzie kleiste i absolutnie nie będzie przypominać zgrabnej kuleczki. 

Nic się nie martwcie, tak ma być. 

Ciasto  będziemy składać co pół godziny (czyli np pierwsze składanie o 16.00, drugie o 16.30, trzecie o 17.00, czwarte o 17. 30). 

Przez pierwsze dwie godziny czyli po 4 składaniach niewiele się będzie działo. Ale potem zauważymy, że siatka glutenowa to nie nowa nazwa zabiegu chirurgii estetycznej lecz fakt niezaprzeczalny drzemiący w naszej misce z ciastem chlebowym.

Kolejne składanie robimy po 45 minutach (czyli np o 18.15) i następne po kolejnych 45 minutach (czyli o 19.00). 

Potem składamy ciasto chlebowe co godzinę (czyli np o 20.00 i 21.00).

I pamiętajcie: gwarancją sukcesu w pieczeniu chleba jest naprawdę aktywny zakwas. Bąbelki, bąbelki i jeszcze raz bąbelki.

Zasada jest taka, że im bardziej mokre ciasto, tym więcej składań potrzebuje.

Po ostatnim składaniu posypujemy mąką koszyk do wyrastania chleba i umieszczamy w nim nasz bochenek.

Wkładamy koszyk do torby foliowej i niech sobie postoi w kuchni przez godzinę.

Po godzinie, koszyk, wciąż zapakowany w folię wkładamy do lodówki i idziemy spać. 

Garujący chlebek może mieszkać w lodówce nawet 24 godziny. Podobno, bo nigdy tego nie sprawdziłam. Moje zazwyczaj w okolicy śniadania lądują w piekarniku.

Rano wkładamy żeliwny garnek do zimnego piekarnika i rozgrzewamy piekarnik do 240 stopni. Po pół godzinie garnek powinien być odpowiednio gorący.

Wyjmujemy garnek na deskę (bardzo ostrożnie), zdejmujemy pokrywkę.

Wyjmujemy chleb z lodówki. Posypujemy z góry obficie mąką, co da nam gwarancję, że chleb się nie przyklei przy wyciąganiu go z koszyczka. Na górę chleba (jeszcze leżącego w koszyku) kładziemy karton i delikatnie odwracamy koszyk do góry nogami. Chleb powinien wylądować na umączonym kartoniku. Karton jest o tyle lepszy od każdego innego sposobu bo da się z niego zrobić rynienkę po której spłynie do garnka chlebek.

Nacinamy ostrą żyletką z góry nasz bochenek (lub nie) i bez wahania zsuwamy bochenek z kartonika do gorącego garnka. Przykrywamy garnek pokrywką i wstawiamy do piekarnika na 25 minut. Po tym czasie zdejmujemy pokrywkę i dopiekamy chleb jeszcze przez 20 minut, zmniejszając temperturę do 210 stopni.

Upieczony chleb wyjmujemy z piekarnika (razem z garnkiem) i ostrożnie, pomagając sobie nożem i rękawicą, wyjmujemy chleb z garnka. Studzimy na kratce a potem mdlejemy z przejęcia.

Smacznego i drobna sugestia. W tym przepisie czosnek niedźwiedzi można zastąpić boczkiem, morelami, rodzynkami, orzechami, bazylią, rozmarynem i co wam tam jeszcze do głowy wpadnie.




Powodzenia


czwartek, 3 kwietnia 2014

Wiosna w kuchni, wiosna w przyrodzie czyli bułeczki jak różane pączki























Podobno są tureckie. Piekłam kiedyś chleb turecki z rodzynkami i ciągle sobie obiecuję, że do niego wrócę.
Te bułeczki wpadły mi w oko ze względu na wygląd. Są bardzo adekwatne do tego co teraz w przyrodzie. Rosną w oczach i wyglądają jak pączki. Nie te na tłusty czwartek ale te na drzewach.
Śliwy i czereśnie zaczynają kwitnąć w mieście. Mam takie ulubione miejsce, gdzie przeplatają się drzewka kwitnące na różowo i kwitnące na biało. Czysta poezja.
Kasztany też mnie zaskoczyły swoim pośpiechem. Na wsi mojej jedyny kasztan w okolicy ma dopiero zapowiedź pączków. Ale stoi sam i nikt mu nie powiedział, że jego miejska rodzina wyprzedza go o dwa tygodnie.
Wszystko na mojej wsi jest opóźnione. I nie ma się czemu dziwić, skoro wczoraj w okolicach porannej siódmej termometr pokazywał minus siedem!!!
Forsycja zapomniała o kwitnieniu a magnolia ciągle jeszcze śpi snem zimowym. Tylko róże zachowują się nieodpowiedzialnie i wypuszczają wszystko, co się da. One chyba nie spodziewają się się mroźnych niespodzianek albo mają lepszą (niż kasztan i magnolia) komunikację z miastem.
Skoro róże pączkują, to i bułeczki są na czasie. Pełno ich internecie. Raz wymagają użycia jogurtu innym razem odrobiny oleju. Tutaj i tutaj i tutaj możecie znaleźć różne wersje.
Moje są bardzo tradycyjne, czyli mąka, drożdże, cukier, masło i jajko. Prawie włoskie panettone.
Nie wiem czy są tureckie czy irlandzkie ale wiem, że są pyszne.










































Bułeczki różyczki z serem

na 8 sztuk bułeczek

250 g mąki pszennej
50 g cukru
2 żółtka
70 ml ciepłego mleka
4 g suchych drożdży
50 g rozpuszczonego masła
szczypta soli
otarta skórka z połowy pomarańczy

nadzienie serowe:

20 dkg twarogu
50 g cukru
1 jajko
1 łyżeczka esencji waniliowej
pół szklanki mielonych migdałów
otarta skórka z drugiej połówki pomarańczy

Jajko roztrzepujemy i dzielimy na dwie części. Jedną dodamy do nadzienia a drugą będzie służyła do posmarowania bułeczek.
Wszystkie składniki nadzienia mieszamy i odstawiamy na bok.

Przygotowujemy ciasto drożdżowe.
Ze zrobieniem tych bułeczek poradziłby sobie nawet przedszkolak (przy niewielkiej naszej pomocy).
Mieszamy mąkę z drożdżami. Żółtka ubijamy z cukrem i solą i skórką pomarańczową. Mieszamy z mlekiem.
Żółtka z mlekiem wlewamy do mąki. Wyrabiamy ciasto. Kiedy składniki są już dobrze połączone dodajemy powoli wystudzone masło i wyrabiamy jeszcze 10 minut. Ciasto powinno być sprężyste i gładkie.
Przykrywamy miskę z ciastem folią i zostawiamy do wyrośnięcia czyli około godziny. Kiedy ciasto podwoi swoją objętość ,wyjmujemy je na stół i rozwałkowujemy je na grubość kilku milimetrów. Dzielimy je na osiem części (jak tort). Każdy kawałek formujemy w kulkę i ją rozwałkowujemy na placek o przekątnej około 20 cm. Nacinamy placek na krzyż, zostawiając środek nie przecięty (jak na zdjęciu). W ten środek nakładamy łyżkę nadzienia serowego. Nadzienie otulamy najpierw jednym płatkiem ciasta a potem resztą płatków.
Gotowe bułeczki odkładamy do wyrośnięcia na pół godziny, przykryte ręcznikiem.
Rozgrzewamy piekarnik do 190 stopni.
Wyrośnięte bułeczki smarujemy rozmąconym jajkiem i posypujemy płatkami migdałowymi. Pieczemy bułeczki pół godziny.





Zarumienione i pachnące bułeczki i szklanka mleka to wymarzone śniadanie czy podwieczorek. Nie tylko dla przedszkolaka.


Smacznego

wtorek, 9 kwietnia 2013

Wiosenne wróżby i aromatyczny falafel






Wczoraj miały miejsce wydarzenia kategorycznie odebrane jako stuprocentowe oznaki wiosny. Po pierwsze: nasze koty weszły w stan wiosennych amorów.  To nic, że możliwości mają średnie, chęci się liczą.
Po drugie: widziałyśmy pierwszy, z całą pewnością odkryty, kabriolet. I nie miało to miejsca na jakimś Lazurowym Wybrzeżu, tylko na poczciwym Śląsku. Desperacja ludzka nie ma granic. Powstało od razu podejrzenie, że widziany samochód miał problem ze złożeniem dachu ale malkontentów nie słuchamy. Słońce świeciło, to i kabriolet miał swoje uzasadnienie.
Po trzecie: moja Mama spakowała torbę i ogłosiła, że weekend spędzamy na wsi. !!!!  Sądząc po tym co widzę za oknem, na naszym wiejskim podwórku spokojnie można jeszcze używać sanek. A tu Mama ogłasza koniec zimy. Coś jest na rzeczy. W prognozy już nie wierzę, bo od marca ani jedna się nie sprawdziła. Teraz bardziej przemawia do mnie wróżba pod tytułem : widzieć kabriolet i spakowaną torbę w rodzinie, znaczy wiosna już blisko.
Z premedytacją pomijam słyszane w parku kosy i ruch w okolicy gniazd na pobliskich drzewach. To zauważyliście zapewne wszyscy.

W domu też idzie ku lepszemu. Z diety płynnej przechodzimy na nieco bardziej wyrafinowane dania.
Po kilku dniach dość specyficznej diety nadszedł czas zmierzenia z pożywieniem w stałym stanie skupienia.  Tym stanem jest mała aromatyczna kuleczka. MMŻ na widok stosiku złocistych piłeczek na talerzu zapytał co jest w środku. Jest ciecierzyca, cebula, czosnek i cała szuflada przypraw.
Mina MMŻ sugerowała średni zachwyt. Cóż kiedy ja miałam swoją idee fixe. Nie po to męczyłam się z mieleniem puszki ciecierzycy i kulałam te maleństwa, żeby teraz pojawiły się przy stole jakieś fochy.
Albo falafel albo zostajemy tylko przy zupie. Na szczęście okazało się, że nie taki falafel straszny i pierwsza próba zakończyła się słowami: smakuje jak mięso. Czyli chyba nieźle. Mnie smakowało bardzo, a tej,  która nareszcie wróciła do prawie normalnej diety, jeszcze bardziej.



Falafel:

800 g ciecierzycy z puszki
3 łyżki mąki z ciecierzycy
1 cebula
4 ząbki czosnku
1 łyżka mielonego  kuminu
1 łyżka mielonej kolendry
1 łyżeczka mielonego chili
pół łyżeczki mielonego pieprzu
1 łyżeczka otartej skórki z cytryny
1 łyżeczka soli
pęczek pietruszki
2 łyżki posiekanych liści kolendry

do smażenia:
około litra oleju do smażenia

do maczania kuleczek:
kubek jogurtu (najlepiej typu greckiego)
2 ząbki czosnku (przeciśnięty przez praskę)
pół łyżeczki kuminu
2 łyżki oliwy z oliwek
sól i pieprz do smaku

Drogi są dwie. Albo ciecierzycę zalewamy wodą na noc i taką napęczniałą, ale odsączoną rozdrabniamy w blenderze. Albo kupujemy puszkę  ciecierzycy i po odsączeniu z zalewy rozdrabniamy w blenderze. Obie drogi są dobre i w obu przypadkach dobrze jest mieć dobry sprzęt do miksowania. Mój pozostawia nieco do życzenia, więc troszkę się namęczyłam zanim ciecierzyca zamieniła się w drobinki. Ona nie musi być papką. Może być piaskiem albo żwirkiem. Co kto lubi. 
Po udanym zmieleniu ciecierzycy dodajemy do niej przeciśnięty przez praskę czosnek i drobniutko posiekaną cebulę. Dosypujemy wszystkie przyprawy i posiekaną zieleniną. Dodajemy mąkę i mieszamy wszystko razem. Zostawiamy na godzinkę w spokoju i zajmujemy się sosem jogurtowym.

Składniki sosu mieszamy dokładnie, przykrywamy i odkładamy do lodówki.

Wracamy do ciecierzycy. Z masy formujemy kuleczki wielkości orzecha włoskiego.
W wysokim garnku rozgrzewamy olej do 180 stopni. Nie musicie mieć termometru. Po prostu wrzućcie odrobinę masy falafelowej do garnka. Jeśli od razu skwierczy, można smażyć kuleczki. Potem nieco przykręćcie ogień. Kuleczki powinny się smażyć z 5 minut. Będą pięknie złociste i chrupkie na zewnątrz po wyjęciu na papierowy ręcznik. Nie martwcie się, jeśli coś wam się nie dosmaży. Falafel nie zawiera niczego, czego nie moglibyśmy zjeść na surowo.
Zróbcie próbę na jednym egzemplarzu. Usmażcie go a po 5 minutach wyjmijcie z oleju i przekrójcie na pół. Nie ma lepszej próby jakości nad własne kubki smakowe. Jeśli uznacie, że środek jest jeszcze surowy, to wrzućcie do oleju na kolejne 2 minuty.




Kiedy stwierdzicie, że falafel jest gotowy, podajcie go z sosem jogurtowym ku uciesze konsumentów.



Żegnam was z entuzjazmem i życzę wiosennych doznań, nie tylko smakowych.

P.S.
MidnightCookie dziękuję, że oderwałaś się od ważnych spraw, żeby pokazać na zdjęciach te smaczne maleństwa. 

wtorek, 5 marca 2013

Mało jedzenia, dużo radości




Niech mówią co chcą. Niech straszą końcem tygodnia. Niech zapowiadają śniegi. Niech nie wierzą.
Ja tam swoje wiem. I mam dowód na to, że moja wiara to nie tylko pobożne życzenia.

Drugi dzień świeci słońce. I to nie jakieś tam mgliste słoneczko. Świeci słońce pełną gębą. Aż mnie świerzbiły palce, żeby ten nadmiar szczęścia wykorzystać. Zaprzęgłam mojego rączego rumaka i skoro świt pognałam dziś na wieś. Domek odwiedzić, włości zlustrować, oko nasycić wiosną.
Oj, ale się zdziwiłam. Wieś śniegiem zasypana, droga jak lodowisko, temperatury poranne w okolicy minus ośmiu. Ale słońce świeciło tak samo upojne jak w mieście. Więc promyczek nadziei nie zniknął.
Wróciłam do domu nieco rozczarowana, bo wydawało mi się, że dwa dni słońca są w zupełności wystarczające, żeby drzewa zakwitły. Głupia czy naiwna? Ani jedno ani drugie.

Kiedy sobie maszerowałam środkiem mego brudnego city, kątem oka coś mi mignęło zupełnie nie w kolorze okolicy. To coś było kolorowe, świeże i całkowicie optymistyczne.
Oto dowód na to, że moje poszukiwania wiosny nie były niedorzeczne.


Zrobiłam je nie całą godzinę temu. To nie fotomontaż, ani zdjęcia z zeszłego roku. Ręczę swoim honorem.


I powiem wam jeszcze, że do mojej jeszcze śniegowej wsi też już dotarła wiosna. Słyszałam skowronka. Wyobrażacie sobie? Skowronka!

                                            ten tajemniczy przybysz rósł sobie obok krokusów


To by było na tyle. Trzeba wyciszyć ekscytację i pomyśleć o obiedzie. Żegnam was, wybaczcie brak przepisu, ale dziś pochłonęły mnie krokusy. 

poniedziałek, 19 marca 2012

Pieróg z fetą po spacerze. Czyli czy to już naprawdę wiosna?



Ostatnie dwa dni powinny były rozwiać wszystkie wątpliwości.  O tym jak spragnieni jesteśmy zmiany, niech świadczą tłumy spacerujące wczoraj w WPKiW w Chorzowie.  Jak okiem sięgnąć las głów.  Małe dzieci wywiezione w wózkach. Te ledwo chodzące, zaliczały pierwsze kontakty z rowerzystami, niecierpliwymi spacerowiczami  lub rozbrykanym światem zwierzęcym.  Ten zaś, poczuł wolę bożą i też dał się ponieść zapachowi wiosny. Sądząc z ilości kup pozostawionych na trawnikach, następną wizytę w parku musi poprzedzić rzęsisty deszcz. 
Słońce, ciepełko, ptaszęta śpiewają, zakochani trzymają się za ręce (i nie tylko), mamusie dumnie prezentują światu potomstwo, a starsze pokolenie okupuje ławeczki.  A to dopiero pierwsza taka niedziela. Z każdą następną ilość ludzi w parku będzie rosła proporcjonalnie do rosnącej temperatury.
Park Kultury jest najłatwiej dostępny. Bez problemu można do niego dojechać  i wszędzie z niego blisko.  Był taki czas w moim życiu, że bywałam w nim codziennie.  I przyznam szczerze, że na początku zdarzyło mi się w nim zgubić.  Bywały nawet sytuacje, kiedy odkrywałam drobne parkowe tajemnice. Rzadko włóczyłam się po nim razem z niedzielnymi tłumami. Wolałam pory wcześniejsze , kiedy spacerowicze jeszcze śpią i spotkać można było tylko takie ranne ptaszki jak ja.  Ale najbardziej lubiłam deszczowe, mokre i mgliste dni. Wtedy wydawało mi się,  ze całą tą zieloność i przestrzeń mam tylko dla siebie.  Wszystkie znane mi kąty we mgle wyglądały inaczej.  I ta cisza. Mgła tłumiła nawet ruch uliczny, zazwyczaj docierający tu bez trudu. Alejki, krzaki, łąki, wiewiórki, wszystko to należało tylko do mnie i Jarvisa.  Nie chodziłam na spacery sama. Wyprowadzał mnie  na nie mój pies.  Najwspanialszy pies pod słońcem.
Pierwsze symptomy wiosny pojawiały się  na krzakach pod Planetarium. Będąc w Parku codziennie, bardzo dokładnie widziałam jak dzień po dniu wiosna nabiera rumieńców.
Wczoraj niepodważalnymi oznakami wiosny były tłumy, spacerujące po parku.  I nieważne, że dziś znów jest chłodniej i mokro. W następną sobotę  zapełnią się alejki, bo zima to może nam najwyżej pomachać z daleka.

Na orzeźwiającym  spacerze nie  fundujcie sobie frytek, smażonych na pamiętającym zeszły sezon tłuszczu. Nie kupujcie zapiekanek, odgrzewanych w mikrofali. Wróćcie do domu i zróbcie sobie brika.
Może nie będzie to brik w pełnym tego słowa znaczeniu, bo zrobiony z ciasta francuskiego, ale obiecuję, że będzie wam smakował.



Brik* lub pieróg z ciasta francuskiego z fetą i jajkiem
(na dwa pierogi)

opakowanie ciasta francuskiego
200g miękkiej fety (może być bryndza)
2 jajka
2 ząbki czosnku
kilka liści mięty
starta skórka z jednej cytryny
oliwa, pieprz, jajko do posmarowania

Zanim cokolwiek zrobicie, wyciągnijcie ciasto francuskie z lodówki, żeby miało pokojową temperaturę.  Zróbcie to wychodząc na spacer. Po powrocie oszczędzicie czas i skrócicie sobie męki oczekiwania.

Po powrocie, w miseczce zmieszajcie ser z przeciśniętym czosnkiem, pieprzem i posiekaną miętą i startą skórką z cytryny. Dobrze jest dolać kilka kropel oliwy.

Rozwałkujcie ciasto najcieniej jak się da.  Podzielcie je na dwa kwadraty.  Każdy kwadrat będziemy składali w trójkąty. Zanim to zrobimy, musimy na jedną połowę kwadratu położyć serowe nadzienie. Nakładamy łyżką ser i robimy w nim dołek. Do miseczki wybijamy jajko i oddzielamy żółtko od białka. Delikatnie, żeby nie uszkodzić żółtka, wyjmujemy je łyżeczką i kładziemy w dołku zrobionym w nadzieniu serowym.  Przykrywamy drugą połową kwadratu.  Starannie zaciskamy brzegi trójkątów, żeby nadzienie nam nie zwiało.  Krótko mówiąc, składamy po prostu pieróg. Smarujemy go rozmąconym jajkiem i przekładamy na blachę.

Piekarnik wcześniej rozgrzewamy do 180 stopni i wkładamy do niego blaszkę z brikami. Pieczemy 20-25 minut.

Na talerz połóżcie ulubioną sałatę, pokropcie sokiem z cytryny i oliwą, dodajcie kilka małych pomidorków i drobniutko posiekaną ćwiartkę kiszonej cytryny. Na ten zielony ogródek połóżcie  upieczony pieróg. Polejcie dobrą oliwą i zacznijcie planować kolejne wiosenne wyprawy. Może gdzieś dalej?


*Brik to rodzaj tunezyjskiego pieczonego pieroga z nadzieniem tuńczykowym i płynnym jajkiem. Główną różnicą  jest ciasto. Niestety, w moich okolicach ciasto na brika jest niedostępne. Nawet ciasto filo znam tylko teoretycznie. Potrzeba zjedzenia jednak była tak silna, że postanowiłam zaadaptować przepis na warunki dostępne.
Jeszcze jedno. Super efektowne jest płynne jajko w upieczonym pierogu. Moje nie całkiem wyszło, ale też ciasto francuskie piecze się zdecydowanie dłużej niż filo. Może kiedyś?


Wielkie ukłony,  radości wiosennych i smacznego 

niedziela, 19 lutego 2012

Tam i z powrotem


przed odlotem:

Nerwowość przed wylotem jest wkalkulowana w podróż. Warczymy na siebie, patrzymy wilkiem. Każdy każdego oskarża o zapomnienie to tego, to owego. Klasyczny reisefieber. Na nieszczęście ta przypadłość jest zaraźliwa. Nawet jeśli osiemdziesięcioosobowa grupa tryska humorem i radością majowego poranka, wystarczy jeden marudny i dobre humory topnieją jak bałwan w marcu. Restrykcje lotniskowe tylko ten stan pogarszają. Temu nie podoba się zdejmowanie butów, tamten narzeka na traktowanie mydła jako potencjalnego środka unieszkodliwiającego pilotów. Jeszcze inny nie chce się rozbierać do kalesonów. Człowiek to stworzenie, które zawsze znajdzie powód do narzekania. Lista jest nieograniczona.
Nie inaczej było przed naszym wylotem. MMŻ nawet nie zwrócił uwagi na walentynkowy prezent. Kawa, którą zrobiłam przed wyjściem po raz pierwszy miała udane serduszko na piance. Wszystko na nic. MMŻ konsekwentnie postanowił wprowadzić atmosferę napięcia przed podróżą. Ale ja jestem twarda. Nie dam się. Zamknę oczy na wszystkie "nie" i skupię się na "tak". Tym bardziej, że wiem, iż po wylądowaniu MMŻ odzyska nie tylko dobry humor ale i radość z podróży. Niekiedy dobrze jest po prostu przeczekać.

po powrocie:

Takie to oto dowody na istnienie wiosny znalazłam

Niecałe dwa tysiące kilometrów i dwa różne światy. 10 stopni, piękne słońce, zielona trawa i kwitnące pierwsze wiosenne kwiaty. Zero czapek, zero szalików, zero zimowych płaszczy. Ja, jak przybysz z innego wymiaru w swojej kołdrze. Od czasu do czasu widzę kogoś w krótkim rękawku. Czy to listopad czy luty młodzi Anglicy zawsze mnie zaskakują ignorowaniem kalendarza. Patrzę na te gołe nogi w tenisówkach, dekolty i sukienki na ramiączkach znad kolejnej filiżanki herbaty. Uwielbiam siedzieć w knajpce i jedząc śniadanie udawać, że należę do tego świata. U nas zdziwiłabym sie widząc odzianą w zieloności siedemdziesięcioletnią Lady Gagę z kwiatem wielkości arbuza we włosach. Tutaj uśmiecham się z radością, zazdroszcząc wyrozumiałości dla cudzej odmienności. Czy to słońce? Czy uczucie, że wiosna jest i na pewno do nas też dotrze? Czy radość spotkania kogoś kochanego? Czy duma rodzica? Czy tłumy młodych roześmianych ludzi? Chyba wszystkiego po trochu.
Kilka dni spędzonych poza domem było jak najlepsze wakacje. Pokazałam MMŻ miejsca, które znałam już wcześniej, wypilismy ocean herbaty i morze kawy. Zaliczyliśmy kilometry górek i dołków, niezliczone ilości księgarń i Oxfamów. Ale przede wszystkim spędzaliśmy czas z Córką. To dla niej był ten wyjazd. Ona była głównym powodem naszej wycieczki. Dotknęliśmy magii angielskiej uczelni i poczuliśmy się jak w Hogwardzie. Były togi, było szanowne grono profesorów, uroczyste wręczanie dyplomów. Były łzy i dużo, dużo śmiechu. Było fantastycznie.


A na dodatek wróciliśmy do domu przywożąc coś dla siebie. Ja znalazłam kolejne foremki do ciasteczek i kawał glinianego garnka. MMŻ przywiózł stos płyt i kolejny okaz do swojej kolekcji wojennej.



                                A to powód naszej wycieczki do Bristolu


Czas wrócić do dnia powszedniego i zacząć planować następną wycieczkę. Ale wcześniej chyba coś ugotuję.