Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pączki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pączki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lutego 2017

Pączki, margarita i przepis od rzeczy czyli sałatka z dynią i nasionami






















Wszystkiego najlepszego z okazji dnia margarity!

Odważylibyście się powiedzieć głośno i wyraźnie, że nie lubicie małych kotków?
Jeśli wciąż chcecie mieć znajomych, to lepiej nie ryzykujcie.
Ktoś pokazuje wam 643 filmik na youtubie roniąc łzy wzruszenia a wy liczycie od końca gwiazdy w gwiazdozbiorze Wega z pamięci dla uspokojenia morderczych myśli.
Mieliście tak kiedyś?.
Kotki są słodkieeee, kjuuuuud, łoooooo, i tak dalej.
No, są słodkie. Ale żeby z ich powodu zachowywać się jak... No właśnie...jak?
Nie jak dziecko, bo widziałam co dziecię ukochane z ogonkiem pluszakowym może zrobić. I na pewno nie jest to bezkresny zachwyt. Już raczej nieodparta ochota by zajrzeć do wnętrza.
Dzieci też lepiej w towarzystwie potraktować na zasadzie: im mniejszy bobas tym zachwyt większy. A dzieci brudzą, zakłócają ciszę, przeszkadzają i nieciekawie pachną.
Powiedzcie to głośno. Przy stole. Głośno i wyraźnie przy rodzicach takich małych „skarbów”.
Po ostatniej wizycie znajomych z „słodkim skarbem” okruchy ciastek wyjmuję z miejsc całkiem zaskakujących. I to po dwóch tygodniach. Dziecko potrafi.
Dobrze, że w końcu rośnie. I potem wpada w zachwyt nad kotkiem, świnką, puszystą kuleczką.
Poprawność towarzyska, poprawność społeczna, poprawność polityczna. Dziwne rozważania przy okazji pączków.
Bo o pączkach miał być wstęp.
A pączki lubicie czy może jecie dzisiaj bo tak wypada? No, tak z ręką na sercu.
Ja nie lubię pączków. I zjadłam dziś jednego. Czy to ze strachu przed, podobno czekającym mnie pechem, jeśli nie zjem choć malutkiego pączusia? Czy może z obawy przed znaczącymi spojrzeniami: „aha, znów się odchudza”.
Bo tak trzeba, bo się powinno, bo wypada, bo inni, bo tradycja....
MMŻ nie był dziś rano szczęśliwy. Policzył, że przyjdzie mu zjeść w pracy co najmniej cztery pączki. Dobrze, że nie zatrudnia tuzina kobiet, bo każda czułaby się w obowiązku przynieść torbę ciastek. I każda postawiłaby do kawy talerzyk z pączkiem. Nie trzeba być matematykiem, żeby się doliczyć 12 pączków w ciągu dnia.
Nikt normalny nie ładuje w siebie takiej porcji. Biedny MMŻ.
W nosie mam pączki. Wolę margaritę.
Dobrze, że niektóre dobre dusze czuwają i odkryły, że dziś jest jej dzień. I to nie lokalny a globalny.
Międzynarodowy dzień margarity!
Zapominam o pączkach ruszam na poszukiwanie tequilli.
Niech żyje margarita!

No tak, zapomniałbym o przepisie.
Nie będzie, jak się domyślacie, o pączkach. O margaricie też nie, choć mnie kusi.


Będzie o czymś lekkim i kolorowym, stojącym w opozycji do tego, co za oknem.
Ale narzekać na szarość będę kiedy indziej.


Dziś sałatka z dynią i nasionami.

  • mieszanka sałat ulubionych
  • 1 mała dynia, pokrojona w kawałki (na jeden kęs) i upieczona w piekarniku (tu przepis)
  • garść ulubionych ziaren:słonecznika, dyni, sezamu, siemienia lnianego czy orzechów, uprażone na suchej patelni
  • 1 mała cukinia pokrojona na cienkie plastry wzdłuż
  • garść ulubionych pomidorków
  • 1 nieduży ogórek, potraktowany jak cukinia
dressing:
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżka soku z pomarańczy
  • 2 szczypty otartej skórki z pomarańczy
  • 4 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka oleju z dyni
  • pół łyżeczki soli
  • 2 szczypty mielonego pieprzu

Na talerzu rozkładamy w składniki sałatki (oprócz nasion) w mniej lub bardziej artystyczny sposób.
W słoiczku miksujemy składniki dressingu.
Polewamy sałatkę sosem i posypujemy ziarnami.
Kto bardziej żarłoczny niech dorzuci do sałatki jakiś zacny kozi lub wędzony serek.
Smacznego




P.S.

Wszystkich miłośników słodkich filmików, rodziców przesłodkich bobasów, pączkożerców i innych, jeśli poczuli się dotknięci, serdecznie i szczerze przepraszam

czwartek, 4 lutego 2016

Kłopot z nadmiarem i kalafiorowa zupa krem z musztardą ziarnistą i cheddarem

























Wcale nie będę pisać o tłustym czwartku. Ani słowa na temat pączków, chrustu, donatów i oponek.
Zastanawiałam się nad różnorodnością diet, które stosowałam w życiu i powiem jedno. Syndrom Bridget Jones nie jest wymysłem literackim.
Jak sięgam pamięcią, zawsze jakaś dieta krążyła w moim życiu. Śmiało mogę powiedzieć, że wiem o czym mówię. To jak z palaczami rzucającymi palenie. Robili to już tyle razy, że mogą uchodzić za fachowców.
Podobnie ze mną. Długi czas wydawało mi się, że jest mnie za dużo. Zawróćcie uwagę na wyrażenie „wydawało mi się”.
Potem poszłam po rozum do głowy i postanowiłam mniej przejmować się tym, co mi się wydaje, a bardziej cieszyć się tym, co jest.
Diety, diety, diety. Otwieramy pierwsze z brzegu czasopismo i już czytamy: „Jak pozbyć się oponki w trzy godziny”, albo „Szczuplejsza po zjedzeniu 7 pączków – niezawodna dieta”.
I nawet jeśli oponki mam tylko w samochodzie, to po skonfrontowaniu obiektu na gazetowym zdjęciu z odbiciem w lustrze, popadłam w zadumę.
Może faktycznie trzeba by coś odchudzić? Brzuszek? Rzut oka w dół...no, niby idealnie płaski nie jest.
Po drodze w kierunku brzuszka, zahaczyłam o biust. O, tu jest zdecydowanie za dużo.
Z odchudzaniem tej części ciała jest jednak jedno wielkie nieszczęście. Nie da się odchudzić.
Brzuszek znika, spodnie spływają z bioder a biust jaki był, taki jest. Jak okręt flagowy.
Wchodzisz do pokoju i najpierw w drzwiach ukazuje się on....
Tak, tak, wiem co mi powiecie. To żadne zmartwienie. Tak mogą mówić tylko ci, którzy go nie mają (zmartwienia oczywiście).
A kiedyś było całkiem normalnie, zgrabnie. Aż pewnego dnia MMŻ wypowiedział zaklęcie.
Jakie?
Kiedy byłam w ciąży z drugą córką i nieco mi tu i ówdzie przybyło, MMŻ z nadzieją rzekł: och, żeby ci tak zostało....
I tak mi zostało.
Znacie może jakieś zaklęcie odwołujące?
Diety nie pomagają. Ktoś, kiedyś powiedział, że jeśli nie możesz czegoś zmienić, to powinnaś to polubić. Lubię, ale...

Jak widzicie ani słowa nie było o pączkach. Zresztą, nie jest to moje ulubione ciasto. Zamiast smażenia na smalcu, mam dziś genialną zupę kalafiorową. Ma wszystko co lubię: musztardę pełnoziarnistą, kalafiora i cheddar.
Ale nic nie stoi na przeszkodzie by dziś mieć i pączka, i zupę kalafiorową. Tą drugą jako usprawiedliwienie rozpusty pączkowej.
A dieta?
Jutro też jest dzień.



Zupa krem kalafiorowa z musztardą i cheddarem
(wg styczniowego Delicious)

połówka dużego kalafiora
1 duża cebula
1 litr bulionu
2 łyżki masła
1 spora łyżka mąki
ćwierć szklanki mleka
pół szklanki kremówki
2 łyżki angielskiej musztardy
3 łyżki startego cheddara

dodatkowo:

kilka różyczek kalafiora
2 łyżki oliwy
1 łyżka musztardy pełnoziarnistej
3 łyżki kremówki
drobno pokrojony szczypiorek
1 łyżka startego cheddara


Na patelni rozgrzewamy masło i wrzucamy pokrojoną w kostki cebulę. Przykrywamy patelnię i na niedużym ogniu podsmażamy cebulę. Ma być miękka a nie brązowa. Zagotowujemy bulion.
Następnie do cebuli wsypujemy mąkę i smażymy mieszając około minuty.
Potem wlewamy chochlę bulionu. Mieszamy. Wlewamy resztę bulionu.
Dodajemy różyczki kalafiora/ Przykrywamy garnek, zmniejszamy ogień i gotujemy póki kalafior nie stanie się miękki.
Wyłączamy ogień i odstawiamy zupę by nieco przestygła. Wlewamy do niej mleko, kremówkę i dodajemy musztardę.
Teraz musimy użyć blendera. Miksujemy zupę na gładko.
Zmiksowaną zupę przelewamy z powrotem do garnka i jeszcze raz zagotowujemy.
Zestawiamy garnek z pieca i dorzucamy starty ser. Mieszamy. Jeśli trzeba solimy.

Na patelni, na rozgrzanej oliwie smażymy różyczki kalafiora by nabrały brązowego koloru na brzegach. Lekko solimy. Potem wlewamy 2 łyżki wody i przykrywamy patelnię. Gotujemy kalafior 3 minuty i zdejmujemy patelnię.

W miseczce mieszamy pełnoziarnistą musztardę z kremówką.
Do talerzy wlewamy zupę. Na wierzch kładziemy przypieczone kawałki kalafiora. Polewamy sosem musztardowym i posypujemy szczypiorkiem.
Pycha.



























Smacznego

czwartek, 3 kwietnia 2014

Wiosna w kuchni, wiosna w przyrodzie czyli bułeczki jak różane pączki























Podobno są tureckie. Piekłam kiedyś chleb turecki z rodzynkami i ciągle sobie obiecuję, że do niego wrócę.
Te bułeczki wpadły mi w oko ze względu na wygląd. Są bardzo adekwatne do tego co teraz w przyrodzie. Rosną w oczach i wyglądają jak pączki. Nie te na tłusty czwartek ale te na drzewach.
Śliwy i czereśnie zaczynają kwitnąć w mieście. Mam takie ulubione miejsce, gdzie przeplatają się drzewka kwitnące na różowo i kwitnące na biało. Czysta poezja.
Kasztany też mnie zaskoczyły swoim pośpiechem. Na wsi mojej jedyny kasztan w okolicy ma dopiero zapowiedź pączków. Ale stoi sam i nikt mu nie powiedział, że jego miejska rodzina wyprzedza go o dwa tygodnie.
Wszystko na mojej wsi jest opóźnione. I nie ma się czemu dziwić, skoro wczoraj w okolicach porannej siódmej termometr pokazywał minus siedem!!!
Forsycja zapomniała o kwitnieniu a magnolia ciągle jeszcze śpi snem zimowym. Tylko róże zachowują się nieodpowiedzialnie i wypuszczają wszystko, co się da. One chyba nie spodziewają się się mroźnych niespodzianek albo mają lepszą (niż kasztan i magnolia) komunikację z miastem.
Skoro róże pączkują, to i bułeczki są na czasie. Pełno ich internecie. Raz wymagają użycia jogurtu innym razem odrobiny oleju. Tutaj i tutaj i tutaj możecie znaleźć różne wersje.
Moje są bardzo tradycyjne, czyli mąka, drożdże, cukier, masło i jajko. Prawie włoskie panettone.
Nie wiem czy są tureckie czy irlandzkie ale wiem, że są pyszne.










































Bułeczki różyczki z serem

na 8 sztuk bułeczek

250 g mąki pszennej
50 g cukru
2 żółtka
70 ml ciepłego mleka
4 g suchych drożdży
50 g rozpuszczonego masła
szczypta soli
otarta skórka z połowy pomarańczy

nadzienie serowe:

20 dkg twarogu
50 g cukru
1 jajko
1 łyżeczka esencji waniliowej
pół szklanki mielonych migdałów
otarta skórka z drugiej połówki pomarańczy

Jajko roztrzepujemy i dzielimy na dwie części. Jedną dodamy do nadzienia a drugą będzie służyła do posmarowania bułeczek.
Wszystkie składniki nadzienia mieszamy i odstawiamy na bok.

Przygotowujemy ciasto drożdżowe.
Ze zrobieniem tych bułeczek poradziłby sobie nawet przedszkolak (przy niewielkiej naszej pomocy).
Mieszamy mąkę z drożdżami. Żółtka ubijamy z cukrem i solą i skórką pomarańczową. Mieszamy z mlekiem.
Żółtka z mlekiem wlewamy do mąki. Wyrabiamy ciasto. Kiedy składniki są już dobrze połączone dodajemy powoli wystudzone masło i wyrabiamy jeszcze 10 minut. Ciasto powinno być sprężyste i gładkie.
Przykrywamy miskę z ciastem folią i zostawiamy do wyrośnięcia czyli około godziny. Kiedy ciasto podwoi swoją objętość ,wyjmujemy je na stół i rozwałkowujemy je na grubość kilku milimetrów. Dzielimy je na osiem części (jak tort). Każdy kawałek formujemy w kulkę i ją rozwałkowujemy na placek o przekątnej około 20 cm. Nacinamy placek na krzyż, zostawiając środek nie przecięty (jak na zdjęciu). W ten środek nakładamy łyżkę nadzienia serowego. Nadzienie otulamy najpierw jednym płatkiem ciasta a potem resztą płatków.
Gotowe bułeczki odkładamy do wyrośnięcia na pół godziny, przykryte ręcznikiem.
Rozgrzewamy piekarnik do 190 stopni.
Wyrośnięte bułeczki smarujemy rozmąconym jajkiem i posypujemy płatkami migdałowymi. Pieczemy bułeczki pół godziny.





Zarumienione i pachnące bułeczki i szklanka mleka to wymarzone śniadanie czy podwieczorek. Nie tylko dla przedszkolaka.


Smacznego

sobota, 6 kwietnia 2013

Czy można zjeść pączka przez słomkę czyli ciasto czekoladowe z kremem i wiśniami



Najwięcej obecnie zużywamy lodu i foliowych woreczków. Podstawowa dieta to lody. Czekoladowe, malaga i sorbet cytrynowy. Główne narzędzie to słomka. Zupa krem to dobry pomysł pod warunkiem, że nie jest gorąca. Jedzenie stałe nie może zawierać farfocli.  Spanie odbywa się na siedząco. A co kilka godzin mile widziana jest solidna porcja prochów.
Mała rzecz a cieszy lub wręcz przeciwnie.  Nawet coś, czego nie ma, może boleć. I to jak diabli. Rozmiar w tym przypadku nie ma znaczenia.
Jak nakarmić kogoś, kto nie potrafi się nawet uśmiechnąć, a co dopiero zjeść cokolwiek. I jak upiec na niedzielę ciasto, które dałoby się wciągnąć przez słomkę?

Kiedyś Dzieci miały założone gustowne odrutowanie w celach estetyczno zdrowotnych. Zakładały się wtedy ze sobą, która wymyśli bardziej ekstremalną potrawę, dającą się zjeść przez słomkę. Uczciwie zaznaczam, że po każdej wizycie u ortodonty jedzenie nie było przyjemną czynnością. Wiecie co było na pierwszym miejscu potraw, których zjedzenie przez słomkę zaliczaliśmy do wyjątkowych wyczynów? Pączki. Poczciwe pączki z konfiturą różaną.

Musiałam więc upiec ciasto, które będzie miękkie, delikatne i dające się wciągnąć. Jeśli nie przez słomkę, to przynajmniej bezboleśnie.
Chyba mi się udało.


Czekoladowe ciasto z kremem śmietanowym i wiśniami
Ciasto:
3 łyżki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3 jajka
3 łyżki cukru pudru
¾ tabliczki gorzkiej czekolady
3 łyżki (płaskie) miękkiego masła
szczypta soli

Krem:
250 g mascarpone
200 ml kremówki
4 łyżki cukru pudru
Ponadto:
pół szklanki wiśniówki
pół kilograma mrożonych wiśni.
1 łyżka mąki ziemniaczanej
4 łyżki cukru


Zaczynamy od stopienia czekolady. Na garnku z gotującą się wodą (do 1/3 wysokości garnka) stawiamy miskę i do  niej wkładamy połamane kostki czekolady. Możemy w tym momencie wyłączyć ogień, czekolada i tak się rozpuści a my unikniemy niebezpieczeństwa jej rozwarstwienia.
Letnią roztopioną czekoladę mieszamy z miękkim masłem.
Teraz zajmujemy się ciastem. Oddzielamy białka od żółtek. Ubijamy na sztywno białka ze szczyptą soli. Do ubitych białek dodajemy po łyżce  cukier puder. W następnej kolejności dodajemy żółtka i ubijamy jeszcze przez trzy minuty.
W małej miseczce mieszamy 3 łyżki masy jajecznej i łyżkę stopionej i wystudzonej czekolady. Mieszamy a potem całość łączymy z masą jajeczną. Ja to nazywam wstępnym rozpoznaniem. Uważam, że dobrze kiedy składniki się najpierw ze sobą zapoznają, zanim stworzą głębszy związek.
Kiedy zawartość małej miseczki połączyliśmy z sukcesem z masą jajeczną, możemy po łyżce wmieszać do masy resztę czekolady. Najlepiej zrobić to ręcznie aby masa nie opadła. Ostatnim etapem jest wmieszanie przesianej mąki z proszkiem do pieczenia.
Wymieszane ciasto wlewamy do formy, wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy 45 minut w piekarniku nagrzanym do 170 stopni.
Upieczone ciasto studzimy i najlepiej zostawiamy do następnego dnia. Wtedy dobrze się je kroi.
Aby przełożyć ciasto kremem, tniemy je na trzy placki.
Wiśnie wsypujemy go rondla i stawiamy na ogniu. Nie musimy ich rozmrażać. Kiedy puszczą sok, odlewamy 1/3 szklanki i studzimy (jeśli trzeba). Wiśnie z resztą soku zagotowujemy i słodzimy cukrem. Do szklanki z odlanym sokiem dodajemy łyżkę mąki ziemniaczanej.  Mieszamy i wlewamy mieszankę soku i mąki do gotujących się wiśni. Kiedy całość zgęstnieje, wyłączamy ogień i studzimy zawartość rondla.
Robimy krem śmietankowy. Ubijamy kremówkę z cukrem i delikatnie łączymy z mascarpone.
Czas na przełożenie ciasta. Dolny krążek skrapiamy likierem wiśniowym. Teraz kładziemy warstwę wiśni a na nie krem śmietanowy. Ta operacja najlepiej powiedzie się jeśli użyjecie rękawa cukierniczego lub torebki foliowej napełnionej kremem. Łyżką nie da nie tej operacji przeprowadzić, bo będziecie się ślizgać po wiśniach. Na krem kładziemy kolejny krążek ciasta. I znów skrapiamy je wiśniówką. Następnie warstwa wiśni i krem. Ostatni krążek jak wcześniej moczymy likierem, ale odwracamy kolejność. Teraz smarujemy ciasto kremem  a dopiero potem wykładamy wiśnie.
Moje wiśnie się nieco rozpłynęły, bo ilość mąki okazała się za mała. Nam to nie przeszkadzało, nawet uznaliśmy, że takie ciasto wygląda bardziej dramatycznie.


Najważniejsze, że ciasto jest delikatne, miękkie i samo się wsuwa. Dla kogoś, kto większość pokarmów wchłania przez słomkę jest idealne, bo nie sprawia łopotów. Zęby przy jego zjadaniu nie są potrzebne.


Pięknej niedzieli i smacznego
P.S.
A wiecie czego absolutnie nie da się przez słomkę wciągnąć? Ziemniaczanego puree.

sobota, 16 lutego 2013

Kalmary po baskijsku jako sposób na chandrę



Jaka ponurość dzisiaj za oknem. Jemy śniadanie i ktoś pyta: nie wydaje wam się, że jest coraz ciemniej? A to dopiero poranek.
Czy gdzieś dzisiaj w naszym uroczym kraju zaświeciło słońce? Może ktoś podzieli się swoim szczęściem i chociaż opisze to rzadkie zjawisko.
W moim wazonie doszliśmy do ostatniego etapu rozwoju. Gałązka, którą przytargałam do domu  1 lutego, po kilkudniowej hibernacji, nieśmiało pozwoliła pęknąć pączkom. A w środku czekało delikatne zielone coś. Biorąc pod uwagę przygnębiającą aurę, brak światła, zmęczenie zimą, pojawienie się nawet takich maleństw nastraja optymistycznie. Teraz już wiem, jak zaprezentuje się tajemnicze drzewko, które mnie tak zaciekawiło. Na razie podzielę się z wami zdjęciem maleństwa, a wiosną pokażę drzewko w całej okazałości.




Jeśli tak jak ja narzekacie na niedobór słońca i kolorów, kupcie w kwiaciarni czy supermarkecie doniczkę z pączkującym krokusem czy hiacyntem. Nawet sobie  nie zdajecie sprawy jak budująco działa obcowanie z czymś co rośnie a nie jest ciastem drożdżowym (choć to też piękny widok). A nagrodą za cierpliwość jest odkrycie pewnego ranka, że to coś wam zakwitło.
Jeżeli do tego zaplanujecie sobie potrawę w energetycznym kolorze i smaku, to może jakoś uda się dotrwać do wiosny, nie korzystając z pomocy fachowca. Pomogą wam w tym kalmary po baskijsku.



Kalmary po baskijsku

500 g kalmarów
3 łyżki oliwy
1 cebula
3 ząbki czosnku
szklanka pomidorów (z puszki)
pół szklanki czerwonego wina
szklanka wody
świeży tymianek
sól wędzona
pieprz
1 łyżka zimnego masła

Rozmrożone kalmary dobrze osączamy i osuszamy papierowym ręcznikiem (to nieco ograniczy ich pryskające na wszystkie strony skłonności). Rozgrzewamy oliwę w rondlu i smażymy kalmary. Kiedy nieco zbrązowieją (po około 5 minutach) dodajemy do nich pokrojoną w kostkę cebulę i czosnek. Gdy zmiękną, wlewamy pomidory, wino i wodę. Dodajemy tymianek. Przykrywamy garnek i na malutkim ogniu gotujemy kalmary około 1,5 godziny. Mieszamy od czasu do czasu i sprawdzamy ich miękkość. W efekcie końcowym powinny być miękkie jak masełko, a sos powinien się znacznie zredukować.
Pod koniec gotowania dodajemy łyżeczkę soli. Jeśli macie sól wędzoną, to danie zyska na smaku. Jeśli nie, zwykła sól morska też się sprawdzi. Jeszcze odrobina pieprzu i jako ostatni akcent, po wyłączeniu ognia, dodajemy łyżkę zimnego masła. Mieszamy do jego rozpuszczenia. Wyjmujemy tymianek i możemy podawać kalmary na stół.


Wydawało mi się, że kalmary w tak nieskomplikowanym towarzystwie nie mogą niczym zaskoczyć. Nie wiem, czy to sól wędzona czy dodanie masła na koniec sprawiły, że danie jest wyśmienite. Koniecznie spróbujcie.



Pogodnej soboty i dużo optymizmu. No i smacznego.

wtorek, 5 lutego 2013

Krewetki w prażonym pieprzu syczuańskim czyli znów Walentynki




Zaczęło się. Czerwono, różowo, słodko, misiowato, landrynkowo. Karnawał dostał przyśpieszenia. Tłusty czwartek już z niektórych kuchni pachnie smalcem i konfiturą z róży. Jeszcze się nie otrząśniemy z ostatniego weekendu karnawału, a już śledzia trzeba będzie powiesić pod lampą. Potem chwila memento mori, by w czwartek pogrążyć się złocie, słodkości i czerwieni. Już mnie zęby bolą.

Zrobiłam dziś wycieczkę do stoiska z prasą. Przejrzałam skrupulatnie każde kulinarne czasopismo. Ojejku! Pączki, desery z wylewającą się czekoladą i serca, serca, serca. Na słodko. Na słono. Z ryżu, kurczaka i brokułów. Luty to nieustający festiwal kardiologiczny. Choć element zwierzęcy w postaci pluszowych niedźwiedzi też jest przytłaczający.
I choć każda zapytana przedstawicielka mojej płci na pytanie o walentynki odpowiada lekceważąco: „komercja”, to biada mężczyźnie, który potraktowałby jej słowa poważnie. Ale my jesteśmy nieodgadnione. Jakie nieprzewidywalne! No, sfinksy po prostu. Tu twarde baby, rozstawiające chłopów po katach i oczekujące równego  (czytaj męskiego) traktowania. Tu znów lilie wątłe, oczekujące noszenia na rękach i pisania poematów.

Nikt, moi panowie, nie obiecywał, że będzie łatwo. Czas zrobić plan (najlepiej w czerwonym kolorze) i może upiec jakieś bezowe serduszko. Bo Ona na sto procent uszczęśliwi was słodkim (niekoniecznie smakowo) prezentem.
Ale potem już cisza i spokój przez najbliższe…..21 dni. Bo oto nadchodzi Dzień Kobiet. Którego też „nie lubimy”. Ha, ha, ha.

Mój wkład walentynkowy będzie adekwatny w kolorze. Słodko będzie gdzie indziej. Kuchnia walentynkowa ma być pikantna. 




krewetki z prażonym pieprzem syczuańskim
(na 2 porcje)

 pół kilograma surowych krewetki ( jeśli są zamrożone, to trzeba je rozmrozić)
3 ząbki czosnku
1 chili
1 łyżka pieprzu syczuańskiego (uprażonego na suchej patelni i zmielonego)
sok z połowy limonki
2 łyżki oliwy
sól, pieprz
cebula dymka
sos
wywar z pancerzyków zredukowany do połowy szklanki
tłuszcz po usmażeniu krewetek
50 ml wermutu
szczypta soli
2 łyżki zimnego masła

Krewetki obieramy z pancerzyków. Absolutnie ich nie wyrzucamy. One są podstawą zrobienia sosu.
Pancerzyki zalewamy wodą i gotujemy na małym ogniu 10 minut. Potem przecedzamy wywar. Pancerzyki wyrzucamy a wywar odparowujemy do objętości połowy szklanki.
Obrane krewetki przykrywamy i odstawiamy na bok.

Czosnek obieramy i kroimy na kawałki. Chili siekamy drobno. Na patelnię wlewamy oliwę i do zimnej wrzucamy czosnek, chili i pieprz syczuański. Podgrzewamy na małym ogniu aż oliwa nabierze aromatu. Czyli około 10 minut. Potem zwiększamy ogień i na gorącą oliwę wkładamy krewetki. Smażymy aż nabiorą różowo pomarańczowego koloru. Sypiemy szczyptę soli i wlewamy sok z połowy limonki. Wyjmujemy krewetki do miseczki a na patelnię wlewamy kieliszek wermutu. Odparowujemy alkohol i wlewamy wywar z krewetek. Zagotowujemy i dodajemy zimne masło. Sos dzięki temu będzie miał delikatną, aksamitną konsystencję. Polewamy krewetki i podajemy posypane dymką. 
Chlebki nan czy focaccia są tutaj idealnym dopełnieniem. Sos pięknie się wchłania. 



Smacznego i nie dajcie się zwariować