Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kalafior. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kalafior. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lutego 2016

Lewy do prawego czyli samosy z warzywami

























Kurcze, ale potrzebna jest prawa ręka. Natychmiast.
Niestety, na prawą rękę muszę trochę poczekać. Nawet sobie nie wyobrażałam sytuacji, kiedy nie będę umiała się podpisać. Zresztą, całe moje życie podporządkowane jest prawej ręce. Zajmuje niewielki procent mojego całego „ja” a taka jest niezbędna. Próbuję wykorzystać tę, która większość czasu leniuchowała w najlepsze ale ona nie jest zbyt skora do współpracy.
Podobno dobrze jest przećwiczyć umysł i od czasu do czasu napisać coś lewą lub przekręcić klucz w zamku.
Łatwo powiedzieć. Ja siłą woli swoje a ona swoje. Jakieś niedopatrzenie to jest, bo do pary owszem mamy drugą rękę ale chyba tylko po to, żeby nimi synchronicznie machać w trakcie marszu. Moja lewa do niczego innego się nie nadaje.
Marchewki nie obierze, włosów nie uczesze, guzika nie zapnie. Prawa patrzy na lewą z politowaniem ale nic poradzić nie może. Unieruchomiona jest i już.
Pozostaje mieć nadzieję, że po dwóch tygodniach wszystko wróci na swoje miejsca i prawa weźmie się do roboty a lewa do nic nierobienia.
Póki co, po kątach snują się kłaczki, koty zarastają kołtunami a pisanie leży odłogiem.
Tylko prasowanie ma się świetnie. Ale ono ma swojego opiekuna i ja nie mam z żelazkiem nic wspólnego.
Przynajmniej mamy czyste i wyprasowane pranie.
Gotowanie czegokolwiek też jest karkołomne. Jajko na miękko proszę bardzo ale spróbujcie pokroić np. cebulę lewą ręką.
Wykorzystam więc moje zapasy zdjęć i zapisków by całkiem nie zapomnieć o blogu.



Samosy z warzywami
(na 20 sztuk)

ciasto:
400 g mąki pszennej
pół łyżeczki soli
100 g masła ghee (jeśli nie mamy, używamy stopionego i wystudzonego masła)
3/4 szklanki zimnej wody

nadzienie:
3 ziemniaki, pokrojone na małą kostkę
kalafior (taka ilość jak ziemniaków), rozdrobniony na malutkie różyczki
1 szklanka groszku zielonego (najlepiej mrożonego bo ma piękny kolor)
1 łyżeczka startego imbiru
1 ząbek starego czosnku
1 łyżeczka ziaren kminu rzymskiego
pół łyżeczki mielonej kolendry
pół łyżeczki kurkumy
pół łyżeczki cynamonu
pół łyżeczki ziaren kozieradki
pół łyżeczki mielonego chilli kashmiri (lub dowolnego chilli)
1 łyżeczka soli
pół łyżeczki pieprzu
4 łyżki masła lub ghee

oraz olej do smażenia

Zagniatamy ciasto na pierogi. 
Mieszamy mąkę z solą i masłem. Najlepiej użyć w tym celu widelca.
Otrzymamy ciasto przypominające wyglądem kruszonkę na ciasto drożdżowe. Powoli wlewamy wodę i wyrabiamy ciasto. Nieoceniony w tym miejscu okazuje się robot kuchenny. Wykona za nas klejącą robotę.
Zagniatamy ciasto, nie żałując energii około 5 minut aż stanie się gładkie i miękkie i nie będzie się kleiło do rąk.
Formujemy kulę i przykrywamy wilgotną ściereczką. Niech odpocznie.

Bierzemy się za nadzienie.
Na patelni rozgrzewamy masło. Wrzucamy imbir, czosnek, kmin rzymski i kozieradkę. Wsypujemy resztę przypraw. Smażymy kilka sekund i wrzucamy ziemniaki. Smażymy mieszając 5 minut i dorzucamy kalafior. Smażymy 3 minuty i wlewamy 4 łyżki wody. Przykrywamy i gotujemy około 10 minut.
Zaglądajcie pod pokrywkę, żeby mieszanina się nie przypaliła. Kiedy ziemniaki i kalafior są miękkie, dorzucamy groszek. Gotujemy jeszcze minutę i zdejmujemy patelnię z pieca. Doprawiamy pieprzem, solą i studzimy.

Wracamy do pierożków.
Dzielimy ciasto na 10 kulek. Każdą rozwałkowujemy na placek o średnicy 15 cm. Dzielimy każdy placek na pół (uwaga: tu wróćcie pamięcią do szkoły i przypomnijcie sobie lekcje geometrii; kroimy placek po przekątnej).
Smarujemy prosty brzeg wodą i składamy na pół. Mocno sklejamy. Robimy torebkę z ciasta, do której włożymy nadzienie. Zawijamy górny brzeg pierożka, przyciskając brzeg palcami.

Na patelni rozgrzewamy olej do smażenia. Samosy powinny w nim swobodnie pływać.
Nieco zmniejszamy ogień i smażymy pierożki po 6-7 minut z każdej strony. Powinny być złotobrązowe.
Wyjmujemy na papierowy ręcznik i podajemy z raitą.

Powiem wam w tajemnicy, że próbowałam też nieco oszukanych samosów z ciastem, które zrobiłam do empanadas. Smakowały bez zarzutu. Jeśli więc zostanie wam ciasta z przepisu na pierożki hiszpańskie, to nie wyrzucajcie go, tylko nadziejcie je na indyjski sposób. To się nazywa kuchenna sztuczka:))







Smacznego


czwartek, 4 lutego 2016

Kłopot z nadmiarem i kalafiorowa zupa krem z musztardą ziarnistą i cheddarem

























Wcale nie będę pisać o tłustym czwartku. Ani słowa na temat pączków, chrustu, donatów i oponek.
Zastanawiałam się nad różnorodnością diet, które stosowałam w życiu i powiem jedno. Syndrom Bridget Jones nie jest wymysłem literackim.
Jak sięgam pamięcią, zawsze jakaś dieta krążyła w moim życiu. Śmiało mogę powiedzieć, że wiem o czym mówię. To jak z palaczami rzucającymi palenie. Robili to już tyle razy, że mogą uchodzić za fachowców.
Podobnie ze mną. Długi czas wydawało mi się, że jest mnie za dużo. Zawróćcie uwagę na wyrażenie „wydawało mi się”.
Potem poszłam po rozum do głowy i postanowiłam mniej przejmować się tym, co mi się wydaje, a bardziej cieszyć się tym, co jest.
Diety, diety, diety. Otwieramy pierwsze z brzegu czasopismo i już czytamy: „Jak pozbyć się oponki w trzy godziny”, albo „Szczuplejsza po zjedzeniu 7 pączków – niezawodna dieta”.
I nawet jeśli oponki mam tylko w samochodzie, to po skonfrontowaniu obiektu na gazetowym zdjęciu z odbiciem w lustrze, popadłam w zadumę.
Może faktycznie trzeba by coś odchudzić? Brzuszek? Rzut oka w dół...no, niby idealnie płaski nie jest.
Po drodze w kierunku brzuszka, zahaczyłam o biust. O, tu jest zdecydowanie za dużo.
Z odchudzaniem tej części ciała jest jednak jedno wielkie nieszczęście. Nie da się odchudzić.
Brzuszek znika, spodnie spływają z bioder a biust jaki był, taki jest. Jak okręt flagowy.
Wchodzisz do pokoju i najpierw w drzwiach ukazuje się on....
Tak, tak, wiem co mi powiecie. To żadne zmartwienie. Tak mogą mówić tylko ci, którzy go nie mają (zmartwienia oczywiście).
A kiedyś było całkiem normalnie, zgrabnie. Aż pewnego dnia MMŻ wypowiedział zaklęcie.
Jakie?
Kiedy byłam w ciąży z drugą córką i nieco mi tu i ówdzie przybyło, MMŻ z nadzieją rzekł: och, żeby ci tak zostało....
I tak mi zostało.
Znacie może jakieś zaklęcie odwołujące?
Diety nie pomagają. Ktoś, kiedyś powiedział, że jeśli nie możesz czegoś zmienić, to powinnaś to polubić. Lubię, ale...

Jak widzicie ani słowa nie było o pączkach. Zresztą, nie jest to moje ulubione ciasto. Zamiast smażenia na smalcu, mam dziś genialną zupę kalafiorową. Ma wszystko co lubię: musztardę pełnoziarnistą, kalafiora i cheddar.
Ale nic nie stoi na przeszkodzie by dziś mieć i pączka, i zupę kalafiorową. Tą drugą jako usprawiedliwienie rozpusty pączkowej.
A dieta?
Jutro też jest dzień.



Zupa krem kalafiorowa z musztardą i cheddarem
(wg styczniowego Delicious)

połówka dużego kalafiora
1 duża cebula
1 litr bulionu
2 łyżki masła
1 spora łyżka mąki
ćwierć szklanki mleka
pół szklanki kremówki
2 łyżki angielskiej musztardy
3 łyżki startego cheddara

dodatkowo:

kilka różyczek kalafiora
2 łyżki oliwy
1 łyżka musztardy pełnoziarnistej
3 łyżki kremówki
drobno pokrojony szczypiorek
1 łyżka startego cheddara


Na patelni rozgrzewamy masło i wrzucamy pokrojoną w kostki cebulę. Przykrywamy patelnię i na niedużym ogniu podsmażamy cebulę. Ma być miękka a nie brązowa. Zagotowujemy bulion.
Następnie do cebuli wsypujemy mąkę i smażymy mieszając około minuty.
Potem wlewamy chochlę bulionu. Mieszamy. Wlewamy resztę bulionu.
Dodajemy różyczki kalafiora/ Przykrywamy garnek, zmniejszamy ogień i gotujemy póki kalafior nie stanie się miękki.
Wyłączamy ogień i odstawiamy zupę by nieco przestygła. Wlewamy do niej mleko, kremówkę i dodajemy musztardę.
Teraz musimy użyć blendera. Miksujemy zupę na gładko.
Zmiksowaną zupę przelewamy z powrotem do garnka i jeszcze raz zagotowujemy.
Zestawiamy garnek z pieca i dorzucamy starty ser. Mieszamy. Jeśli trzeba solimy.

Na patelni, na rozgrzanej oliwie smażymy różyczki kalafiora by nabrały brązowego koloru na brzegach. Lekko solimy. Potem wlewamy 2 łyżki wody i przykrywamy patelnię. Gotujemy kalafior 3 minuty i zdejmujemy patelnię.

W miseczce mieszamy pełnoziarnistą musztardę z kremówką.
Do talerzy wlewamy zupę. Na wierzch kładziemy przypieczone kawałki kalafiora. Polewamy sosem musztardowym i posypujemy szczypiorkiem.
Pycha.



























Smacznego

wtorek, 25 listopada 2014

Błędy młodości i wegetariańskie makhanawala

























Coś mi ostatnio dni uciekają. Piszę mało, gotuję średnio ale za to zagadnienia gramatyczne wszelakiej maści zajmują moje myśli. Rozpatrywanie niezliczonej ilości możliwości zrobienia błędu przy budowaniu zdań mnie pochłania.
Nic się nie martwcie. To nie profesor Miodek ukrył się pod nazwą Limonka. Do profesora jest mi równie daleko jak na Madagaskar. Moje problemy są przyziemne i wynikają z zaniedbań młodości.
Skupienie się na jednej rzeczy zawsze odbywa się ze stratą dla innych.
Jak widać na przestrzeni ostatnich tygodni nawet ciasta robię na skróty. Byle szybciej i mniej kłopotliwie.
A przed nami....wszyscy wiemy co przed nami. Już dziś markety katują nas „Last Christmas”. MMŻ w zeszłym roku stwierdził, że to jest pierwszy powód, dla którego byłby w stanie uciec od świąt gdzie pieprz rośnie. Ta piosenka jest jak zagłaskanie kotka na śmierć. Stach pomyśleć, że przed nami jeszcze cztery tygodnie tych samych zestawów muzycznych. Aż ciarki przechodzą.

Wracając do moich językowych problemów muszę przyznać, że człowiek w życiu popełnia całą masę głupstw. Szkoda, że dobrych rad nie brałam na poważnie. Gdybym była kiedyś bardziej rozważna niż romantyczna, dziś nie tylko wiedziałabym czemu woda w oceanie jest słona ale znałabym definicję słowa „ kwark” (nie ma nic wspólnego z wytapianiem słoniny) i bez problemów uprawiałbym konwersację z Juanem na zmianę z Johnem.
Niestety, „mądr Polak po szkodzie”. Teraz staram się nadrobić błędy młodości ale możliwości nie zawsze nadążają za chęciami.
Jadę samochodem i powtarzam lekcje. Budzę się i układam w myślach pytania. Wyciągam mleko z lodówki i odpowiadam sobie na pytania.
Dziś bliska byłam pójścia na wagary. Nic z tego nie wyszło bo okazało się, że z latami umocniło się i okrzepło moje poczucie obowiązku. Powlokłam swoje szare (a właściwie zzieleniałe) komórki na rzeź wbrew zdrowemu rozsądkowi.
Niby nie było źle, ale najtrudniej jest zadowolić samego siebie. A do tego jeszcze daleka droga.

Na pokrzepienie serc, ponurą aurę i upiorne świąteczne piosenki trzeba znaleźć antidotum. Co powiecie na wino grzane z laską cynamonu, miodem i goździkami? Albo gorącą czekoladę z anyżem i dużą kroplą rumu?
Nic z tego. Żadnych używek. Umysł ma być świeży jak stokrotka o świcie.
Nie mam nic przeciwko temu, ale nie dziś.
Dziś jeszcze mam co nieco do przejrzenia. Curry musi wystarczyć.




wegetariańskie makhanawala 
wg Rick Stein's" India"

Pyszne kremowe curry, które ma swój rodowód na Goa. Rodzaj użytych warzyw nie ma znaczenia. Bakłażan, kalafior, ziemniaki, bataty, marchewka, fasolka, cukinia - każde będzie odpowiednie.
Rick Stein zastanawiał się co znaczy „makhanawala” i doszedł do wniosku, że to znaczy „z dużą
ilością masła i śmietany”. Czy to nie brzmi jak plaster na deszczowe dni?

Potrzebujemy na 4 porcje:
800 g różnych warzyw (marchewki, brokuła, kalafiora, fasolki, ziemniaków, batatów, dyni – wybór należy do was), pokrojonych na kawałki wielkości kęsa

sos:
50 g ghee*
1 cebula, pokrojona w piórka
5 ząbków czosnku, drobno roztartych
5 cm imbiru, drobno pokrojonego
400 g pomidorów z puszki
1 łyżeczkę chilli
pół łyżeczki mielonej kolendry
pół łyżeczki mielonego kuminu
pół łyżeczki mielonego cynamonu
ćwierć łyżeczki kurkumy
pół łyżeczki przyprawy garam masala**
1 łyżeczka wiórków kokosowych
1 łyżeczka soli
pół łyżeczki brązowego cukru
75 ml gęstego naturalnego jogurtu
4 łyżki kremówki
25 g orzechów nerkowca
zielona kolendra do posypania

Zaczynamy od ugotowania osobno ziemniaków i marchewki. Kiedy są miękkie ale jędrne, zdejmujemy z ognia i wylewamy wodę.
Aby zrobić sos rozgrzewamy ghee na patelni i wrzucamy cebulę. Smażymy aż będzie miękka i złota. Następnie dodajemy czosnek i imbir, i smażymy minutę. Wlewamy pomidory i gotujemy 5 minut. Czas na dodanie przypraw, soli i wiórków kokosowych. Dolewamy jeszcze pół szklanki wody i gotujemy wszystko na niedużym ogniu 10 minut.
W tym czasie w blenderze mielimy na pastę orzechy z 2 łyżkami wody. Dodajemy ją (pastę) do sosu i dolewamy jeszcze pół szklanki wody. Wrzucamy do sosu również warzywa, oprócz ziemniaków i marchewki i gotujemy wszystko 10 minut lub do momentu aż warzywa będą miękkie.
Na koniec do sosu dokładamy ziemniaki i marchewkę oraz jogurt i śmietanę. Zagotowujemy wszystko i zdejmujemy z ognia.
Posypujemy świeżą kolendrą.

*Jak zrobić masło ghee? Żadna to filozofia. To po prostu sklarowane na małym ogniu masło.
Bierzemy kostkę masła i wkładamy do rondelka. Podgrzewamy na malutkim ogniu aż się rozpuści. Zbieramy pianę z powierzchni masła. Gotujemy masło pół godziny aż będzie złoto karmelowe. Miejcie je na oku, żeby się nie spaliło. Zresztą, poczujecie, kiedy coś pójdzie nie tak.
Sklarowane masło przelewamy do słoiczka tak, by cała niepotrzebna reszta została na dnie rondla.
Gotowe ghee ma lekko orzechowy aromat i można je przechowywać dłużej niż masło.

**Jak zrobić garam masala (przepis Ricka Steina)
1 łyżka ziaren czarnego pieprzu
2 łyżki ziaren kuminu
2 łyżki ziaren kolendry
2 łyżeczki nasion kardamonu (około 30 strączków)
4 łyżeczki całych goździków
7 cm laski cynamonu
1 cały owoc gałki muszkatołowej

Wszystkie przyprawy (cynamon łamiemy na kawałki), oprócz gałki muszkatołowe wkładamy na suchą patelnię i podgrzewamy aż zaczną wydzielać zapach. Gałkę ścieramy na tarce i dodajemy do reszty przypraw. Mielimy przyprawy w blenderze na mączkę i przesypujemy do słoika. Szczelnie zakręcamy i mamy zapas na najbliższe dni. Co najmniej przez miesiąc przyprawa nie straci nic ze swego aromatu.




Smacznego

wtorek, 21 października 2014

Co tak pachnie czyli ziemniaki z kalafiorem w wersji indyjskiej


























Nie ma kuchni bardziej aromatycznej niż kuchnia indyjska. Podobno dotyczy to nie tylko aromatów
przyjemnych dla naszych zmysłów ale i tych całkiem odmiennych.
Ci, którzy byli są zgodni. Indie to kraj oszałamiających doznań zapachowych. Może kiedyś to sprawdzę. Na razie trwa skuteczna kampania zniechęcania mnie do podróży. Bo brudno, bo niebezpiecznie, bo śmierdzi, bo, bo, bo.....
Ja swoje wiem i póki się sama nie przekonam będę tkwić w bollywódzkich klimatach.
Dzisiejsza kolacja właściwie czekała w lodówce pod postacią ziemniaków i ugotowanego kalafiora. Nie wiem jak wy, ale ja lubię resztki. Ich zastosowanie w niekonwencjonalny sposób jest jedną z moich ulubionych czynności kuchennych.
Drugie życie makaronu nie jest żadnym wyzwaniem. Równie łatwo ugotowany ryż szybko da się zastosować np. w arancini. Pieczone mięsa można wsadzić w pieróg, naleśnik czy sałatkę.
Ziemniaki aż proszą się by je odsmażyć i zjeść z kefirem. Albo w duecie z kalafiorem zanurzyć je w mleczku kokosowym z dodatkiem curry.
Lub można z nich zrobić małe zgrabne kuleczki i podać z gorącym sosem jogurtowo pomidorowym.
Z resztek z wczorajszego obiadu wyjdzie pięknie pachnące i przyjemnie chrupiące danie egzotyczne. Jedząc wczoraj na obiad ziemniaki z kalafiorem i jajkiem sadzonym nie spodziewałam się, że dziś będzie wycieczka do Indii.
Polecam ją wam, bo resztki są pyszne.



















































Alu kofta

5-6 ugotowanych ziemniaków
połówka ugotowanego na pół twardo kalafiora
5 łyżek mąki z ciecierzycy*
pęczek posiekanej kolendry
1 łyżeczka przyprawy garam masala**
sól
pieprz
*Mąka z ciecierzycy jest dość istotna w kuchni indyjskiej. Można ją kupić w sklepach ze zdrową żywnością. Ona nadaje cudnej chrupkości smażonym plackom bhaji czy pakorom.
Jeżeli jednak nie możecie jej zdobyć, to użyjcie mąki pszennej. Nie polecam własnoręcznego mielenia ciecierzycy, bo grozi to utratą słuchu.

**Garam masala to jedna z popularniejszych mieszanek przyprawowych. Nie zawiera żadnych tajemniczych składników i bez problemów można ją zrobić się samodzielnie. Potem zamknąć w słoiku i chwalić się znajomym naszymi zdolnościami.

Są nam potrzebne:
1 łyżka czarnego pieprzu
1 łyżka nasion kminu rzymskiego
1 łyżka cynamonu
pół łyżki goździków
pół łyżki kardamonu
ćwierć łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej

Wszystko mielimy w młynku lub ucieramy w moździerzu. Zamykamy w słoiku.

Najlepiej ugotować ziemniaki i kalafiora dzień wcześniej (tu kłaniają się resztki z obiadu).
Na tarce z grubymi oczkami ścieramy ziemniaki i kalafiora. Dodajemy mąkę i resztę składników.
Formujemy w dłoniach kuleczki wielkości orzecha włoskiego. Ja dodatkowo obtaczam je jeszcze w mące z ciecierzycy.
Odstawiamy je na chwilkę i rozgrzewamy olej w głębokiej patelni.
Smażymy kuleczki na gorącym oleju aż będą złote. Obracamy w połowie smażenia.
Usmażone wyjmujemy na papierowe ręczniki i robimy sos.

Sos pomidorowo jogurtowy:

1 łyżka masła ghee (może być olej)
1 łyżeczka startego imbiru
1 mała papryczka chilli, drobno posiekana
1 puszka pomidorów bez skórki
pół łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
pół łyżeczki kurkumy
sól
oraz 1 szklanka jogurtu

W rondelku rozgrzewamy ghee i smażymy imbir i chilli kilka sekund. Następnie dodajemy przyprawy i znów smażymy mieszając kilka sekund. Kiedy cała kuchnia zapachnie jak marzenie o Indiach wlewamy pomidory i gotujemy aż całość zgęstnieje.
Dodajemy sól i jogurt, mieszamy i zdejmujemy z ognia.
Podajemy do wszelkich kulek warzywnych, do smażonego paniru, czy po prostu moczmy w nim chlebki naan.

Ale pycha!
Kto leniwy bądź zbyt głodny by czekać na gorący sos niech weźmie jogurt, doda do niego zmiażdżony czosnek, odrobinę mielonego kuminu i łyżkę oliwy. Taki sos do moczenia tez jest zabójczo smaczny.



Aromatycznych wrażeń i smacznego

środa, 21 sierpnia 2013

Co futro robi z człowiekiem i obiad awaryjny czyli naany z curry




Ile człowiek jeszcze się musi o sobie dowiedzieć!
Nigdy nie należałam do osób lubujących się w zdrobnieniach. Słysząc szczebiotanie do małego zbója w wózku: ti, ti, bobaśku. A cio bobasiek źlobił ze smoczusiem?, dostawałam mdłości. Mamusie wołające swoje pociechy: Kondzio! Sandrunia! powodowały, że ewakuowałam się na drugi koniec parku. Wszelkie tłumaczenia dzieciom zawiłości świata za pomocą infantylnego języka wywoływały wysypkę.
Niczego nie lubiłam zdrabniać. Foka nie była foczką, tylko foką, mleko było mlekiem a nie mleczusiem, a babcia babcią a nie babciunią. Twardo wymawiałam” r „ nie udając, że jako „l” jest lepiej przyswajalne. Dzieci miały ze mną ciężko. Za to problemy z wymową znałam tylko z teorii. Słowo „infantylne” zawsze było na mojej czarnej liście.
Wydawałoby się, że problemy ze zdziecinnieniem dopiero przede mną.
W życiu jak to w życiu, zdarzają się niespodzianki.
Ranek był piękny, rześki. Plan na dzień był następujący. Jedziemy z wizytą do Łodzi. Właściwie jedziemy aby dokonać wyboru. Trzy przepiękni przedstawiciele kociej arystokracji czekali na nas właśnie w Łodzi. Trzeba było tylko wybrać tego jedynego.
Byłyśmy przygotowane na mające nas spotkać niespodzianki, bo pod naszym dachem mieszka już od kilku lat jedna z uroczych kotek.
Imię zostało wybrane. Kot jeszcze na razie jest teoretyczny ale imię jak najbardziej realne.
Jak powiedziałam nic nie zapowiadało rewolucji uczuciowej. Całe 200 km piękną trasą Katowice Łódź przejechałyśmy dyskutując o przyszłości Unii Europejskiej i czy na wiosnę wrócą do mody getry.
Dwie dorosłe kobiety rozmawiające na dorosłe tematy.
To były ostatnie w tym dniu objawy zdrowego rozsądku. Potem nasze głowy zapełniły futerka, ogonki, pyszczki, prążki, kotki, koteczki, kociątka.


Jak zdziecinniałe zapomniałyśmy ludzkiego języka. Przez 2 godziny bełkotałyśmy jakimś dziecięcym narzeczem. Gdyby ktoś wtedy poprosił o nazwisko prezydenta RP na bank nie przypomniałbym go sobie.
Pojechałyśmy wybrać jednego kota. Gdyby był tylko jeden, jest nadzieja, że sprawy przybrałyby bardziej ludzki obrót. Niestety, kotów, kotków, koteczków było dużo więcej. Jak poradzić sobie emocjonalnie z taką ilością przytulności, bezbronności, miękkości, uroku, nie głupiejąc doszczętnie?
Jeśli przez całe życie unikałam z powodzeniem przesładzania języka, to nadrobiłam to w kilkadziesiąt minut. I wcale nie było mi wstyd.
W drodze powrotnej nietrudno zgadnąć, co było tematem wiodącym. Koty. A widziałaś jak…?
A pamiętasz jaki ten miał…? A kiedy ten…
Język już wrócił do normy ale emocje pozostały. Czy wybrałyśmy kotka? Nie było łatwo, bo jak wybrać tego jedynego najpiękniejszego spośród kilku najpiękniejszych? Wybór należał do Oli. To z nią mały futrzak poleci za wodę.
Wróciłyśmy do domu i stwierdziłam, że Lolo jest cieplejsze od Orlando a Citek brzmi o wiele bardziej uroczo niż Duende.  Nasze domowe koty też wydawały się być zadowolone z takiego obrotu spraw.
Czy zmieniłam zdanie na temat zdrobnień? Nie do końca. Doszłam do wniosku, że wszystko zależy od okoliczności.
Dobrze jest czasami powiedzieć do Kazimierza Kaziu. Ja niestety mam imię absolutnie nie zdrabnialne.  Może stąd niechęć do zdrabniania.



Po powrocie czekało nas curry i naany. Zapobiegliwie przygotowałyśmy sobie obiad wcześniej. I całe szczęście bo korek w Tuszynie był jak najedzony wąż, długi i mało mobilny.

Chlebki naan:

1,5 szklanki mąki
1 łyżeczka suchych drożdży
pół szklanki letniej wody
pół łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka oleju
2 łyżki  jogurtu
2 łyżki mleka
1 łyżka cukru
pół łyżeczki czarnuszki
pół łyżeczki  ziaren kolendry
ćwierć łyżeczki soli

Najpierw w misce mieszamy drożdże, cukier i łyżkę ciepłej wody. Odstawiamy na 5 minut. W drugiej misce mieszamy ze sobą przesianą mąkę, proszek do pieczenia.
Dodajemy olej, jogurt, mleko i zaczyn drożdżowy. Mieszamy i wyrabiamy ciasto przez 5 minut. Przykrywamy i odstawiamy na 10 minut. Po tym czasie dodajemy sól, czarnuszkę i kolendrę i wyrabiamy jeszcze 5-7 minut. Znów przykrywamy i odstawiamy w ciepłe miejsce aż podwoi swoją objętość. Dzielimy ciasto na 4 kawałki i rozwałkowujemy je na podłużne, cienkie placki.
Rozgrzewamy patelnię i dodajemy łyżeczkę oleju. Kładziemy chlebek na gorącą patelnię i pieczemy aż się pojawią brązowe plamki. Chlebek powinien nabrać powietrza, jakby go coś od spodu nadmuchało.
Potem odwracamy placek na drugą stronę i znów pieczemy do pojawienia się brązowych plamek. Pieczenie jednego placka trwa nie dłużej niż 3 minuty.
Podajemy gorące a najlepiej polane stopionym ghee.



Curry warzywne:

1 łyżka żółtego curry
kilka różyczek kalafiora
1 cebula
1 marchewka
garść zielonej fasolki
garść groszku cukrowego
200 ml mleczka kokosowego
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka oleju

Curry to najłatwiejsza potrawa na świecie. 
Najpierw kroimy cebulę w piórka a marchewkę w słupki. Rozgrzewamy patelnię z łyżką oleju i kładziemy na nią łyżkę pasty curry. Przysmażamy kilka sekund. Wrzucamy cebulę i marchewkę. Smażymy 5 minut. Dodajemy kalafior i pokrojoną fasolkę. Wlewamy mleczko i sos sojowy i zagotowujemy. Gotujemy na niedużym ogniu aż kalafior i fasolką zmiękną. Dorzucamy groszek cukrowy i zdejmujemy z ognia.
Podajemy z naami.



Smacznego 

środa, 6 marca 2013

Zgubne skutki roztargnienia czyli kremowe curry pomidorowe




Tak utonęłam dziś w słowach grzebiąc w słowniku, że zapomniałam o całym świecie. I tylko jakaś cząstka mojej świadomości pozostała obojętna na ekscytujące znaczenie słowa exaggerate, za to wyczulona na subtelne zmiany w otoczeniu. Coś się zmieniło. Co?
Wciąż z niezbyt przytomnym spojrzeniem i ołówkiem w zębach próbowałam znaleźć źródło zmiany w otoczeniu. Hm… Pachnie ziemniakami. Gotowanymi. Nie, nie gotowanymi. Przypalonymi. Komuś właśnie przypala się obiad. Ciekawe skąd w mojej kuchni zapach czyichś ziemniaków?
I nagle rozum ogarnął całą grozę sytuacji. Kobieto, to twój obiad właśnie zmienia stan skupienia! I było już za późno i dla ziemniaków, i dla garnka.
Za to słówko exaggerate na zawsze utkwi mi w głowie. Chwila zapomnienia i trzeba było zrewidować swoje plany obiadowe.
Do czego potrzebne były te ziemniaki? No tak, do rybnych kotlecików.
Cóż, kotleciki będą kiedy indziej. Przyjdzie mi zamknąć pomoce naukowe i zajrzeć do lodówki.
W takich wypadkach (bardzo trafne słowo) niezastąpione jest curry. Jest go tyle rodzajów, że nigdy się nie nudzi.
Dzisiejsze będzie kremowe, lekko pomidorowe. Pycha. Już nie żałuję ziemniaków.


Kremowe curry pomidorowe

pół kalafiora
szklanka zielonej fasolki szparagowej (mrożona jest całkiem niezła)
1 marchewka
1 cebula
2 ziemniaki
3 łyżki oleju
5 nasion zielonego kardamonu (wyłuskanych ze strączka)
2 liście laurowe
2 cm świeżego imbiru (pokrojonego)
1 łyżka kolendry
pół łyżki kuminu
pół łyżeczki kurkumy
pół łyżeczki chili
szklanka pomidorów z puszki
1 łyżeczka soli
¾ szklanki wody
¾ szklanki śmietanki kremówki

Cała sztuka w przygotowaniu tego dania polega na szybkim obgotowaniu warzyw. Zarówno kalafior jak i fasolkę wkładamy do lekko osolonego wrzątku na 3 minuty.  Marchewkę na 4 minuty. Potem przelewamy zimną wodą, żeby przerwać proces gotowania. Ziemniaki obieramy, kroimy w kostkę i również obgotowujemy przez 5 minut.
W rondlu rozgrzewamy olej i smażymy kardamon i liście laurowe. Po pół minucie dodajemy cebulę i imbir i smażymy kolejne 5 minut na niewielkim ogniu. Nie zapominamy o mieszaniu, bo z cebuli zastaną gorzkie skwarki. Już wystarczy, że spaliłam garnek.
Dosypujemy kolendrę, kumin, chili i kurkumę. Po pół minucie smażenia dolewamy wodę i pomidory. Zagotowujemy i po minucie dodajemy warzywa. Najpierw marchewkę i ziemniaki a po 5 minutach resztę warzyw. Solimy. Gotujemy jeszcze 3 minuty i dolewamy śmietankę. Znów zagotowujemy i po 3 minutach powinno być po wszystkim.



W przerwach miedzy wyjmowaniem kalafiora a pilnowaniem cebulki, przygotowujemy naany. Jeśli chcecie się popisać, to zróbcie je sami. Ale zaznaczam, że ich zrobienie będzie wymagało wolnego popołudnia.
Ja nie zawracałam sobie głowy zabawą z drożdżami. Kupiłam naany w Lidlu. Też były dobre. Opiekłam je w piekarniku i po 5 minutach wszystko było gotowe i pachnące.


Smacznego i bądźcie czujni





środa, 23 stycznia 2013

Jak walczyłam o życie i curry z kalafiora





Faceci są niebezpieczni. Szczególnie w sytuacji zagrożenia. Nawet jeśli zagrożeniem jest np. obcięcie paznokci. Jeśli w grę wchodzi sprawa poważniejsza np. pobieranie krwi… O, tutaj zahaczamy o konflikt nuklearny. Wiadomo, że bez walki się nie podda. Tym razem krew, która się polała należała do mnie.
Nasz domowy macho walczył wszystkimi siłami. Dwie zdesperowane kobiety, używając łokci, dłoni i perswazji próbowały utoczyć nieco męskiej krwi. Nie było łatwo. Krew się, owszem, polała, ale moja. Mój nadgarstek posłużył (jak dawniej klocki w zębach galerników), wyładowaniu wściekłości. Zapach wojny unoszący się dookoła przyćmił moje odbieranie bólu, bo dopiero mokry rękaw uświadomił mi co się stało.
Ale nie przelałam krwi na darmo. Dwie ampułki zostały napełnione krwią zdobyczną. Macho odmaszerował do kąta wściekły. Przed nami pozostało jeszcze nakłonienie go do oddania sików.
Co się działo przy tej czynności chyba wam oszczędzę. Skoro piszę te słowa, to znaczy, że uszłam z życiem. Weterynarz również. Włochata macho-kicia wróciła do psychicznej normy. Apetyt też mu wrócił. Faceci są niebezpieczni. Nawet w kocim, puchatym wydaniu.

Przy tak mrożącej krew w żyłach  historii nie wypada opisywać maślanych ciasteczek czy zupy ogórkowej. Temat powinien być równie ostry.
Kalafior może i wygląda niewinnie, ale ja już wiem, że pozory mylą.
Moje curry jest takim wilkiem w niewinnej skórze.



Curry z kalafiora

1 kalafior
1 puszka mleczka kokosowego
2 marchewki
3 centymetry imbiru
2 ząbki czosnku
1 duża cebula
pęczek kolendry
2 ziemniaki
1 por
1 łyżeczka przecieru pomidorowego
2 łyżki oleju
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka żółtego curry

Jeśli wasza pasta curry jest ostra, nie dodawajcie chili. Jeśli łagodna, dodajcie chili koniecznie
gęsty jogurt

Po kolei zajmujemy się warzywami. Obieramy ziemniaki i kroimy na dość spore kawałki. Gotujemy wodę w garnku i obgotowujemy je do krótko. `Obieramy kalafior i dzielimy na cząstki. Dorzucamy do ziemniaków i gotujemy 5 minut. Odcedzamy.
Obieramy cebulę, czosnek, marchewki, imbir i pora. Cebulę kroimy w piórka, czosnek byle jak, imbir bardzo drobno a pora w krążki. To dobry moment na podjęcie decyzji czy używamy chili.
Rozgrzewamy olej w sporym rondlu. Na gorący wrzucamy wszystkie pokrojone warzywa. Dodajemy pastę curry. Smażymy mieszając 5 minut. Dolewamy mleczko kokosowe. Zagotowujemy i dodajemy podgotowane ziemniaki i kalafior. Dokładamy przecier pomidorowy. Gotujemy jeszcze 5 minut. Próbujemy. Jeśli trzeba, dodajemy odrobinę sosu sojowego. Jeśli uważacie, że danie jest za rzadkie, pogotujcie je chwilkę. Niech się odparuje. Ale dobrym wyjściem jest ryż jako dodatek. Wchłania każdy sos błyskawicznie.
Podając posypcie curry kolendrą i pacnijcie łyżką gęstego jogurtu.



Co prawda moja prawa ręka nie jest w stanie utrzymać widelca, ale lewa poradziła sobie zupełnie nieźle.

                            Niech was nie zmyli ten słodki wygląd.

Smacznego i zdecydowanie mniej krwawych przygód wam życzę