Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fasolka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fasolka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 listopada 2014

Błędy młodości i wegetariańskie makhanawala

























Coś mi ostatnio dni uciekają. Piszę mało, gotuję średnio ale za to zagadnienia gramatyczne wszelakiej maści zajmują moje myśli. Rozpatrywanie niezliczonej ilości możliwości zrobienia błędu przy budowaniu zdań mnie pochłania.
Nic się nie martwcie. To nie profesor Miodek ukrył się pod nazwą Limonka. Do profesora jest mi równie daleko jak na Madagaskar. Moje problemy są przyziemne i wynikają z zaniedbań młodości.
Skupienie się na jednej rzeczy zawsze odbywa się ze stratą dla innych.
Jak widać na przestrzeni ostatnich tygodni nawet ciasta robię na skróty. Byle szybciej i mniej kłopotliwie.
A przed nami....wszyscy wiemy co przed nami. Już dziś markety katują nas „Last Christmas”. MMŻ w zeszłym roku stwierdził, że to jest pierwszy powód, dla którego byłby w stanie uciec od świąt gdzie pieprz rośnie. Ta piosenka jest jak zagłaskanie kotka na śmierć. Stach pomyśleć, że przed nami jeszcze cztery tygodnie tych samych zestawów muzycznych. Aż ciarki przechodzą.

Wracając do moich językowych problemów muszę przyznać, że człowiek w życiu popełnia całą masę głupstw. Szkoda, że dobrych rad nie brałam na poważnie. Gdybym była kiedyś bardziej rozważna niż romantyczna, dziś nie tylko wiedziałabym czemu woda w oceanie jest słona ale znałabym definicję słowa „ kwark” (nie ma nic wspólnego z wytapianiem słoniny) i bez problemów uprawiałbym konwersację z Juanem na zmianę z Johnem.
Niestety, „mądr Polak po szkodzie”. Teraz staram się nadrobić błędy młodości ale możliwości nie zawsze nadążają za chęciami.
Jadę samochodem i powtarzam lekcje. Budzę się i układam w myślach pytania. Wyciągam mleko z lodówki i odpowiadam sobie na pytania.
Dziś bliska byłam pójścia na wagary. Nic z tego nie wyszło bo okazało się, że z latami umocniło się i okrzepło moje poczucie obowiązku. Powlokłam swoje szare (a właściwie zzieleniałe) komórki na rzeź wbrew zdrowemu rozsądkowi.
Niby nie było źle, ale najtrudniej jest zadowolić samego siebie. A do tego jeszcze daleka droga.

Na pokrzepienie serc, ponurą aurę i upiorne świąteczne piosenki trzeba znaleźć antidotum. Co powiecie na wino grzane z laską cynamonu, miodem i goździkami? Albo gorącą czekoladę z anyżem i dużą kroplą rumu?
Nic z tego. Żadnych używek. Umysł ma być świeży jak stokrotka o świcie.
Nie mam nic przeciwko temu, ale nie dziś.
Dziś jeszcze mam co nieco do przejrzenia. Curry musi wystarczyć.




wegetariańskie makhanawala 
wg Rick Stein's" India"

Pyszne kremowe curry, które ma swój rodowód na Goa. Rodzaj użytych warzyw nie ma znaczenia. Bakłażan, kalafior, ziemniaki, bataty, marchewka, fasolka, cukinia - każde będzie odpowiednie.
Rick Stein zastanawiał się co znaczy „makhanawala” i doszedł do wniosku, że to znaczy „z dużą
ilością masła i śmietany”. Czy to nie brzmi jak plaster na deszczowe dni?

Potrzebujemy na 4 porcje:
800 g różnych warzyw (marchewki, brokuła, kalafiora, fasolki, ziemniaków, batatów, dyni – wybór należy do was), pokrojonych na kawałki wielkości kęsa

sos:
50 g ghee*
1 cebula, pokrojona w piórka
5 ząbków czosnku, drobno roztartych
5 cm imbiru, drobno pokrojonego
400 g pomidorów z puszki
1 łyżeczkę chilli
pół łyżeczki mielonej kolendry
pół łyżeczki mielonego kuminu
pół łyżeczki mielonego cynamonu
ćwierć łyżeczki kurkumy
pół łyżeczki przyprawy garam masala**
1 łyżeczka wiórków kokosowych
1 łyżeczka soli
pół łyżeczki brązowego cukru
75 ml gęstego naturalnego jogurtu
4 łyżki kremówki
25 g orzechów nerkowca
zielona kolendra do posypania

Zaczynamy od ugotowania osobno ziemniaków i marchewki. Kiedy są miękkie ale jędrne, zdejmujemy z ognia i wylewamy wodę.
Aby zrobić sos rozgrzewamy ghee na patelni i wrzucamy cebulę. Smażymy aż będzie miękka i złota. Następnie dodajemy czosnek i imbir, i smażymy minutę. Wlewamy pomidory i gotujemy 5 minut. Czas na dodanie przypraw, soli i wiórków kokosowych. Dolewamy jeszcze pół szklanki wody i gotujemy wszystko na niedużym ogniu 10 minut.
W tym czasie w blenderze mielimy na pastę orzechy z 2 łyżkami wody. Dodajemy ją (pastę) do sosu i dolewamy jeszcze pół szklanki wody. Wrzucamy do sosu również warzywa, oprócz ziemniaków i marchewki i gotujemy wszystko 10 minut lub do momentu aż warzywa będą miękkie.
Na koniec do sosu dokładamy ziemniaki i marchewkę oraz jogurt i śmietanę. Zagotowujemy wszystko i zdejmujemy z ognia.
Posypujemy świeżą kolendrą.

*Jak zrobić masło ghee? Żadna to filozofia. To po prostu sklarowane na małym ogniu masło.
Bierzemy kostkę masła i wkładamy do rondelka. Podgrzewamy na malutkim ogniu aż się rozpuści. Zbieramy pianę z powierzchni masła. Gotujemy masło pół godziny aż będzie złoto karmelowe. Miejcie je na oku, żeby się nie spaliło. Zresztą, poczujecie, kiedy coś pójdzie nie tak.
Sklarowane masło przelewamy do słoiczka tak, by cała niepotrzebna reszta została na dnie rondla.
Gotowe ghee ma lekko orzechowy aromat i można je przechowywać dłużej niż masło.

**Jak zrobić garam masala (przepis Ricka Steina)
1 łyżka ziaren czarnego pieprzu
2 łyżki ziaren kuminu
2 łyżki ziaren kolendry
2 łyżeczki nasion kardamonu (około 30 strączków)
4 łyżeczki całych goździków
7 cm laski cynamonu
1 cały owoc gałki muszkatołowej

Wszystkie przyprawy (cynamon łamiemy na kawałki), oprócz gałki muszkatołowe wkładamy na suchą patelnię i podgrzewamy aż zaczną wydzielać zapach. Gałkę ścieramy na tarce i dodajemy do reszty przypraw. Mielimy przyprawy w blenderze na mączkę i przesypujemy do słoika. Szczelnie zakręcamy i mamy zapas na najbliższe dni. Co najmniej przez miesiąc przyprawa nie straci nic ze swego aromatu.




Smacznego

środa, 21 sierpnia 2013

Co futro robi z człowiekiem i obiad awaryjny czyli naany z curry




Ile człowiek jeszcze się musi o sobie dowiedzieć!
Nigdy nie należałam do osób lubujących się w zdrobnieniach. Słysząc szczebiotanie do małego zbója w wózku: ti, ti, bobaśku. A cio bobasiek źlobił ze smoczusiem?, dostawałam mdłości. Mamusie wołające swoje pociechy: Kondzio! Sandrunia! powodowały, że ewakuowałam się na drugi koniec parku. Wszelkie tłumaczenia dzieciom zawiłości świata za pomocą infantylnego języka wywoływały wysypkę.
Niczego nie lubiłam zdrabniać. Foka nie była foczką, tylko foką, mleko było mlekiem a nie mleczusiem, a babcia babcią a nie babciunią. Twardo wymawiałam” r „ nie udając, że jako „l” jest lepiej przyswajalne. Dzieci miały ze mną ciężko. Za to problemy z wymową znałam tylko z teorii. Słowo „infantylne” zawsze było na mojej czarnej liście.
Wydawałoby się, że problemy ze zdziecinnieniem dopiero przede mną.
W życiu jak to w życiu, zdarzają się niespodzianki.
Ranek był piękny, rześki. Plan na dzień był następujący. Jedziemy z wizytą do Łodzi. Właściwie jedziemy aby dokonać wyboru. Trzy przepiękni przedstawiciele kociej arystokracji czekali na nas właśnie w Łodzi. Trzeba było tylko wybrać tego jedynego.
Byłyśmy przygotowane na mające nas spotkać niespodzianki, bo pod naszym dachem mieszka już od kilku lat jedna z uroczych kotek.
Imię zostało wybrane. Kot jeszcze na razie jest teoretyczny ale imię jak najbardziej realne.
Jak powiedziałam nic nie zapowiadało rewolucji uczuciowej. Całe 200 km piękną trasą Katowice Łódź przejechałyśmy dyskutując o przyszłości Unii Europejskiej i czy na wiosnę wrócą do mody getry.
Dwie dorosłe kobiety rozmawiające na dorosłe tematy.
To były ostatnie w tym dniu objawy zdrowego rozsądku. Potem nasze głowy zapełniły futerka, ogonki, pyszczki, prążki, kotki, koteczki, kociątka.


Jak zdziecinniałe zapomniałyśmy ludzkiego języka. Przez 2 godziny bełkotałyśmy jakimś dziecięcym narzeczem. Gdyby ktoś wtedy poprosił o nazwisko prezydenta RP na bank nie przypomniałbym go sobie.
Pojechałyśmy wybrać jednego kota. Gdyby był tylko jeden, jest nadzieja, że sprawy przybrałyby bardziej ludzki obrót. Niestety, kotów, kotków, koteczków było dużo więcej. Jak poradzić sobie emocjonalnie z taką ilością przytulności, bezbronności, miękkości, uroku, nie głupiejąc doszczętnie?
Jeśli przez całe życie unikałam z powodzeniem przesładzania języka, to nadrobiłam to w kilkadziesiąt minut. I wcale nie było mi wstyd.
W drodze powrotnej nietrudno zgadnąć, co było tematem wiodącym. Koty. A widziałaś jak…?
A pamiętasz jaki ten miał…? A kiedy ten…
Język już wrócił do normy ale emocje pozostały. Czy wybrałyśmy kotka? Nie było łatwo, bo jak wybrać tego jedynego najpiękniejszego spośród kilku najpiękniejszych? Wybór należał do Oli. To z nią mały futrzak poleci za wodę.
Wróciłyśmy do domu i stwierdziłam, że Lolo jest cieplejsze od Orlando a Citek brzmi o wiele bardziej uroczo niż Duende.  Nasze domowe koty też wydawały się być zadowolone z takiego obrotu spraw.
Czy zmieniłam zdanie na temat zdrobnień? Nie do końca. Doszłam do wniosku, że wszystko zależy od okoliczności.
Dobrze jest czasami powiedzieć do Kazimierza Kaziu. Ja niestety mam imię absolutnie nie zdrabnialne.  Może stąd niechęć do zdrabniania.



Po powrocie czekało nas curry i naany. Zapobiegliwie przygotowałyśmy sobie obiad wcześniej. I całe szczęście bo korek w Tuszynie był jak najedzony wąż, długi i mało mobilny.

Chlebki naan:

1,5 szklanki mąki
1 łyżeczka suchych drożdży
pół szklanki letniej wody
pół łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka oleju
2 łyżki  jogurtu
2 łyżki mleka
1 łyżka cukru
pół łyżeczki czarnuszki
pół łyżeczki  ziaren kolendry
ćwierć łyżeczki soli

Najpierw w misce mieszamy drożdże, cukier i łyżkę ciepłej wody. Odstawiamy na 5 minut. W drugiej misce mieszamy ze sobą przesianą mąkę, proszek do pieczenia.
Dodajemy olej, jogurt, mleko i zaczyn drożdżowy. Mieszamy i wyrabiamy ciasto przez 5 minut. Przykrywamy i odstawiamy na 10 minut. Po tym czasie dodajemy sól, czarnuszkę i kolendrę i wyrabiamy jeszcze 5-7 minut. Znów przykrywamy i odstawiamy w ciepłe miejsce aż podwoi swoją objętość. Dzielimy ciasto na 4 kawałki i rozwałkowujemy je na podłużne, cienkie placki.
Rozgrzewamy patelnię i dodajemy łyżeczkę oleju. Kładziemy chlebek na gorącą patelnię i pieczemy aż się pojawią brązowe plamki. Chlebek powinien nabrać powietrza, jakby go coś od spodu nadmuchało.
Potem odwracamy placek na drugą stronę i znów pieczemy do pojawienia się brązowych plamek. Pieczenie jednego placka trwa nie dłużej niż 3 minuty.
Podajemy gorące a najlepiej polane stopionym ghee.



Curry warzywne:

1 łyżka żółtego curry
kilka różyczek kalafiora
1 cebula
1 marchewka
garść zielonej fasolki
garść groszku cukrowego
200 ml mleczka kokosowego
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka oleju

Curry to najłatwiejsza potrawa na świecie. 
Najpierw kroimy cebulę w piórka a marchewkę w słupki. Rozgrzewamy patelnię z łyżką oleju i kładziemy na nią łyżkę pasty curry. Przysmażamy kilka sekund. Wrzucamy cebulę i marchewkę. Smażymy 5 minut. Dodajemy kalafior i pokrojoną fasolkę. Wlewamy mleczko i sos sojowy i zagotowujemy. Gotujemy na niedużym ogniu aż kalafior i fasolką zmiękną. Dorzucamy groszek cukrowy i zdejmujemy z ognia.
Podajemy z naami.



Smacznego 

niedziela, 9 czerwca 2013

Burzowa sałatka nicejska




Burza robi coś niesamowitego z powietrzem. Gdybym uważała na fizyce, to może umiałabym sobie wytłumaczyć te wszystkie skomplikowane procesy, dziejące się ze światłem i powietrzem. Ale ja wolałam liczyć gniazda na pobliskim kasztanie. Wszystkie optyki, kinetyki i inne”- yki” nudziły mnie śmiertelnie. 
Wszystko ma jednak swoje konsekwencje. Co prawda nie wzywam bogów na widok pioruna i raczej nie składam kota w ofierze widząc tęczę, ale czasami kołaczą mi się po głowie pytanie, na które dobrze by było znać odpowiedź. Ciekawe, że w większości wypadków za nasze braki w wiedzy na poziomie szkolnym odpowiedzialni są nauczyciele. Nuda i schematyczność zabijają wszelką ciekawość. Lekcje mające swój charakter i pasję mam w pamięci do dziś. Biologia była jak wyprawa do innego świata. Za to fizyka i chemia to klęska. A przecież pracownia chemiczna czy fizyczna są jak jaskinia alchemika. Pełno w niej tajemnic. Jak mogły nie interesować kilkunastolatka?
Zamiast więc analizować spektrum słoneczne (na marginesie, kojarzy mi się tylko z The Dark Side of the Moon Pink Floyd), wyłączam w głowie funkcję: ”niewygodne pytania”, a włączam „cielęcy zachwyt”.


Co ta burza wyprawia z powietrzem? Przed i po. „Przed” powietrze gęstnieje, szarzeje, żółknie. Ruch zastyga. W momencie, kiedy przestają śpiewać ptaki, wiem, że za chwilę się zacznie.
Potem się dzieje. Och, jak się dzieje! Czasem trwa to kilka minut a czasem kwadrans. Wszystko jest w ruchu. Powietrze nabiera przyspieszenia.


„Po” mam wrażenie jakby było po wielkim sprzątaniu. Czysto, mokro i pachnie środkami myjącymi. To jak gruntowne porządki przed świętami. Wszystko jest wyraźniejsze, bardziej kolorowe, dźwięczne. A jeśli się ma szczęście (fizycy nazywają to inaczej), to można złapać tęczę.
Wiem co mówię, bo dzisiaj przez nasz las maszeruje burza za burzą. Biegam do sadu i z powrotem to wieszając pranie, to zdejmując.
Czekając na słońce i pozwalając się burzy wyszaleć, można sobie zadać nieco trudu i upichcić coś smacznego. Kiedy świat po raz kolejny dziś otrząśnie się z wody, zjemy coś na tarasie.



Sałatka nicejska jest akurat.
(sałatka na jedną osobę)

kilka liści sałaty masłowej
kilka liści roszponki
kilka liści rukoli
kilka liści świeżej bazylii
1 jajko ugotowane na półmiękko
1 młody ziemniak też ugotowany
1 łyżka ugotowanej fasolki szparagowej
1 łyżka białej fasolki (takiej z puszki)
1 łyżka pokrojonych w plastry oliwek
2 fileciki anchois
1 łyżka tuńczyka z puszki (w sosie własnym lub oliwie, w zależności czy jesteście na diecie)
ewentualnie pokrojony w piórka korniszon
kilka wiórków parmezanu

Sos do sałatki
1 nieduży ząbek czosnku
szczypta soli
3 łyżki oliwy
1 łyżka octu białego np. jabłkowego
1 łyżeczka musztardy dijon
pieprz

Czosnek kroimy na kawałeczki i rozcieramy z solą. Dodajemy do niego pozostałe składniki i mocno wstrząsamy (np. w słoiku)
Na talerzu układamy umyte i osuszone liście. Na nich kładziemy ziemniaka, oliwki, fasolki, anchois i tuńczyka*. Na górę sypiemy liście bazylii. Polewamy sosem i na koniec sypiemy płatki parmezanu.



Wierzcie mi, że taki talerz jest wystarczającym obiadem.
*kto ma alergię na ryby, może sobie dodatek rybny darować




Smacznego i jak najwięcej słońca oraz satysfakcjonujących odpowiedzi.

środa, 6 marca 2013

Zgubne skutki roztargnienia czyli kremowe curry pomidorowe




Tak utonęłam dziś w słowach grzebiąc w słowniku, że zapomniałam o całym świecie. I tylko jakaś cząstka mojej świadomości pozostała obojętna na ekscytujące znaczenie słowa exaggerate, za to wyczulona na subtelne zmiany w otoczeniu. Coś się zmieniło. Co?
Wciąż z niezbyt przytomnym spojrzeniem i ołówkiem w zębach próbowałam znaleźć źródło zmiany w otoczeniu. Hm… Pachnie ziemniakami. Gotowanymi. Nie, nie gotowanymi. Przypalonymi. Komuś właśnie przypala się obiad. Ciekawe skąd w mojej kuchni zapach czyichś ziemniaków?
I nagle rozum ogarnął całą grozę sytuacji. Kobieto, to twój obiad właśnie zmienia stan skupienia! I było już za późno i dla ziemniaków, i dla garnka.
Za to słówko exaggerate na zawsze utkwi mi w głowie. Chwila zapomnienia i trzeba było zrewidować swoje plany obiadowe.
Do czego potrzebne były te ziemniaki? No tak, do rybnych kotlecików.
Cóż, kotleciki będą kiedy indziej. Przyjdzie mi zamknąć pomoce naukowe i zajrzeć do lodówki.
W takich wypadkach (bardzo trafne słowo) niezastąpione jest curry. Jest go tyle rodzajów, że nigdy się nie nudzi.
Dzisiejsze będzie kremowe, lekko pomidorowe. Pycha. Już nie żałuję ziemniaków.


Kremowe curry pomidorowe

pół kalafiora
szklanka zielonej fasolki szparagowej (mrożona jest całkiem niezła)
1 marchewka
1 cebula
2 ziemniaki
3 łyżki oleju
5 nasion zielonego kardamonu (wyłuskanych ze strączka)
2 liście laurowe
2 cm świeżego imbiru (pokrojonego)
1 łyżka kolendry
pół łyżki kuminu
pół łyżeczki kurkumy
pół łyżeczki chili
szklanka pomidorów z puszki
1 łyżeczka soli
¾ szklanki wody
¾ szklanki śmietanki kremówki

Cała sztuka w przygotowaniu tego dania polega na szybkim obgotowaniu warzyw. Zarówno kalafior jak i fasolkę wkładamy do lekko osolonego wrzątku na 3 minuty.  Marchewkę na 4 minuty. Potem przelewamy zimną wodą, żeby przerwać proces gotowania. Ziemniaki obieramy, kroimy w kostkę i również obgotowujemy przez 5 minut.
W rondlu rozgrzewamy olej i smażymy kardamon i liście laurowe. Po pół minucie dodajemy cebulę i imbir i smażymy kolejne 5 minut na niewielkim ogniu. Nie zapominamy o mieszaniu, bo z cebuli zastaną gorzkie skwarki. Już wystarczy, że spaliłam garnek.
Dosypujemy kolendrę, kumin, chili i kurkumę. Po pół minucie smażenia dolewamy wodę i pomidory. Zagotowujemy i po minucie dodajemy warzywa. Najpierw marchewkę i ziemniaki a po 5 minutach resztę warzyw. Solimy. Gotujemy jeszcze 3 minuty i dolewamy śmietankę. Znów zagotowujemy i po 3 minutach powinno być po wszystkim.



W przerwach miedzy wyjmowaniem kalafiora a pilnowaniem cebulki, przygotowujemy naany. Jeśli chcecie się popisać, to zróbcie je sami. Ale zaznaczam, że ich zrobienie będzie wymagało wolnego popołudnia.
Ja nie zawracałam sobie głowy zabawą z drożdżami. Kupiłam naany w Lidlu. Też były dobre. Opiekłam je w piekarniku i po 5 minutach wszystko było gotowe i pachnące.


Smacznego i bądźcie czujni





środa, 7 marca 2012

Kotleciki w sosie z mascarpone i musztardą



Koty szaleją. Nawet nie podejrzewają, że temperatura na zewnątrz daleka jest od tej, którą lubią. Choć Lolo i tak poszedłby w pole. Mając takie zimowe futro, nawet ciężkie mrozy nie zrobiłyby na nim wrażenia. A słońce świeci i wyprowadza na manowce nasze Futerka. Jeszcze trochę poczekają i przyjdą dni, kiedy będzie i słonecznie, i ciepło. Ziemia jeszcze zamarznięta a ja już szukam kątem oka czegoś zielonego. Na razie tylko butelki po napojach wyskokowych zielenią się pod krzakami.
Tulipany kupiłam.  Nie mogę ich dać osobie, o której myślałam, więc stoją sobie na stole i przypominają, że powodów do narzekania nie ma. Słońce jest, marzec jest. Jest więc dobrze a będzie jeszcze lepiej.
Pisałam ostatnio o pieczonych warzywach jako pysznej kolacji. Wspomniałam o mięsnym do nich dodatku. Tym dodatkiem były kotlety wieprzowe w mascarpone i musztardzie.
Przepis wzięłam z ostatniego numeru Kuchni. Wieprzowinę jadamy rzadko. Wyjątkiem są przepisy, które wywołują zainteresowanie. Ta wersja okazała się bardzo trafiona. Mięso było miękkie, smaczne, sosu dużo (MMŻ twierdzi,  ze bez sosu nie ma życia) a warzywa w roli dodatku z odrobiną kopru idealnie pasowały.
Z czystym sumieniem polecam tę wersję poczciwych schabowych.

kotlety z mascarpone i musztardą

2 kotlety schabowe
250 g mascarpone
2 łyżki musztardy gruboziarnistej
garść fasolki szparagowej
3 łyżki mąki pszennej
oliwa, sól, pieprz
otarta skórka z cytryny i łyżka soku


Kotlety myjemy, obsuszamy i lekko turbujemy tłuczkiem. Solimy, pieprzymy i panierujemy w mące. Otrzepujemy nadmiar mąki. Rozgrzewamy patelnię i na oliwie smażymy kotlety. Kiedy nabiorą lekko złotawego koloru, dokładamy na patelnię mascarpone i musztardę. Ja najpierw w miseczce zmieszałam obie rzeczy i jako sos dodałam do mięska. Przykrywamy patelnię i na niewielkim ogniu trzymamy prze kwadrans. Następnie dodajemy otartą skórkę z cytryny i sok cytrynowy. Na wierzch kładziemy garść fasolki szparagowej (u mnie wystąpiła mrożona) i lekko delikatnie gotujemy jeszcze pięć minut.




Potem pozostaje nam tylko nakryć do stołu i zajadać ze smakiem.