Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czosnek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czosnek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 sierpnia 2024

Dzień dobrych wiadomości i sałatka z sosem bazyliowym i halloumi



Splot wydarzeń. 

Kojarzy się z rozwojem akcji w książce lub zwrotem tejże w filmie.

Nie macie czasem wrażenia, że wszystko wam się wymyka z rąk. Od ulubionego kubka na herbatę rano po długie spacery po szpitalnych korytarzach.

Czego ja się nie dowiedziałam w ciągu ostatnich miesięcy. Żyjemy sobie w swoich wygodnych kokonikach. Tajfuny, szarańcze czy topniejące lodowce znamy tylko z ekranu. Są daleko i nieco abstrakcyjne. Jeśli myślimy czasem o niefortunnych przypadkach to przecież nie zdarzają się one nam. To ktoś inny łamie nogę. Komuś obcemu ginie bagaż. I na odległym krańcu świata ktoś cicho płacze w poduszkę. 

Nasza malutka, starusieńka, doświadczona Europa jest jak ciepłe kapcie. Czujemy się wygodnie, w miarę bezpiecznie. Wielkie narodowe dramaty mamy za sobą (tu muszę zaznaczyć, że to moje, bardzo prywatne zdanie) i zapewne przed sobą. Kto by się nimi na poważnie przejmował. 

Jest lato, jest gorąco. Piwo schodzi w sklepach jak papier toaletowy w czasach komuny...na pniu. Kto w 30 stopniach gorąca myślałby o pożarach, suszach czy grypie? Przecież to nie u nas. To nie mnie niebo spadnie na głowę.

A licho nie śpi.

Wsiadam codziennie do pociągu i w czasie 11 minut podróży głównie patrzę na ludzi. Ilu z nich położy się dziś spać w równie dobrym nastroju w jakim wstało? Ilu z nich dostanie wiadomość, która przecież nie powinna do nich dotrzeć, bo złe przytrafia się innym?

W ilu głowach błyśnie po raz pierwszy myśl, że wszystko mija? Sprowokowana lub nie. Chciana bądź nie. 

Dziś nie powinnam snuć takich rozważań. Dziś jest Dzień Dobrych Wiadomości. 

Ten wpis jest kartką z przeszłości. Niedalekiej. A ta kartka jest rodzajem... napomnienia... carpe diem. 

Zdrowia wszystkim życzę.

Czy coś ugotujemy? Czy tylko będziemy snuć melancholijne frazesy? 

Ugotujemy. I to jak!



Sałatka z sosem bazyliowym i grillowanym halloumi (na dwie osoby)

miska mieszanej zieleniny: rukoli, radicchio, sałaty lodowej, roszponki. Wybór należy do was.

pół szklanki fasoli jaś z puszki (w sezonie bobowym zastąpcie fasolę ugotowanym bobem)

pół szklanki ciecierzycy z puszki

kilka plasterków boczku usmażonych na chrupko

kawałek halloumi, pokrojony w plastry

sos do sałatki:

pęczek bazylii

1 ząbek czosnku

sok i starta skórka z cytryny

2 łyżki startego parmezanu

ćwierć łyżeczki soli

pieprz

pół szklanki oliwy


Składniki sosu wkładamy do blendera i miksujemy na gładko. 

Do sporej miski wrzucamy umyte i osuszone liście. Wlewamy połowe sosu i mieszamy. W drugiej misce mieszamy fasolę, ciecierzycę z drugą połowę sosu.

Ser grillujemy lub podsmażamy na patelni np tej, na której wytapialiśmy boczek.

Na duży talerz wykładamy sałatę, na nią fasolę z ciecierzycą. Na górę kładziemy ciepły ser i pokruszony boczek. 

Mamy przed sobą wystarczający dla dwojga obiad w sam raz na upalny piątek.

Smacznego i uważajcie na słońcu

* zamiast halloumi może być oscypek, kozi ser  lub jakikolwiek ulubiony, dający się zgrillować





piątek, 3 marca 2023

Pieczarki, ciecierzyca i waciki czyli jak popadłam w zdumienie oraz pyszny Nigel Slater



Dzisiaj będę zbulwersowana. Rozumiem masło; jestem już przyzwyczajona do tego, że czekolada; bo to, że napoje w Biedrze to wiadomo od dawna. Ale żeby waciki! Nijak nie mogę sobie ich wytłumaczyć.

Już wyjaśniam o co mi chodzi. Masło kiedyś ważyło w kostce 250 gramów. Ha, tego już nikt nie pamięta. Potem schudło do 200 gramów. Wiadomo, ciężkie czasy a klient więcej płacić nie chce. Więc zróbmy klienta w bambuko i udawajmy, że dobro klienta przede wszystkim. Bo klient wrażliwy i delikatny jest i ogłoszenie mu nagiej prawdy czyli" teraz za to samo zapłacisz mniej" mogłoby wzburzyć klienta. Ktoś tu kogoś potraktował niepoważnie. 

Nad tabliczką czekolady gorzkiej stałam jak żona Lota dnia pewnego jesiennego. Jak to 90 gramów? Zawsze potrzebując tabliczki (czytaj: 100 gramów) kupowałam jedną sztukę i ganasz wychodził pierwsza klasa. 

I znów mam wrażenie jakby po cichutko, skradając się producent postanowił oszczędzić zdrowie psychiczne klienta i go raczej nie informować. Jeszcze się  biedak zmartwi.

Ale ostatnia przygoda calkowicie zbiła mnie z pantałyku. 

Waciki są jakie są. Lubię bawełniane, takie po 100 sztuk. 

I jestem wierna sprawdzonym markom. 

Kiedyś zapas się kończy i trzeba się zaopatrzyć w nowy zestaw. Poszłam, kupiłam, przyniosłam do domu. Na pierwszy i drugi a nawet czwarty rzut oka nic mnie nie zaniepokoiło. Waciki jak waciki. Długi rulon, napis jak byk "100 sztuk", 100% bawełna. 

A wieczorem cała prawda stanęła naga jak świety turecki. Wacik pierwszy nieco mnie zastanowił. Jakis taki mikry był i niewyraźny. Jakby słabo się czuł i leciał z nóg. Wybaczcie tę antropomorfizację produktu kosmetycznego. Ale pierwszego wacika zrobiło mi się po ludzku żal. 

W umyśle moim zestawiłam go sobie z całą resztą 99 prężnych i napakowanych bawełną wacików i pomyślałam, że ten pierwszy to wypadek przy pracy. By machnąć sobie tonikiem oblicze musialam użyć sztuk dwóch. I jakież było moje zdumienie kiedy okazało się, że ten drugi jest również wagi muszej! I trzeci i kolejny, i pięćdziesiąty. Przy tym ostatnim skapitulowałam. 

Hm, wypadki się zdarzają, nawet najdoskonalsza linia produkcyjna czasem dostaje czkawki. Poczekałam do rana i popędziłam robić badanie rynku. 

Gdzieś w głowie, nieśmiało wykluwała się myśl, że może waciki są jak masło, jak czekolada, jak cola w Biedrze, jak mydło w kostce i one też straciły na wadze ale przybrały na wartości?

Bingo! wszystkie sprawdzone przeze mnie rulony, czy to 100 czy 50 sztukowe były tak samo anemiczne. Kiedyś umyłam dzioba 100 razy jedną paczką, teraz tylko 50 bo żeby poczuć magiczną świeżość muszę użyć kanapki z wacików. Wacik sztuk jeden nadaje się tylko do....nawet nie wiem do czego.

Świat jest zadziwiający. Oprócz papryki po 34 złote za kilogram i pomidorów na wagę złota są na tym świecie waciki, które są niby liczone w setkach a jednak nie do końca. 

Jest też dobra wiadomość: cebula staniała.

Tą wywrotową informacją przechodzę do jedzenia.

Moim drugim guru kuchni, obok Yotama Ottolenghi'ego jest Nigel Slater. Co prawda On twierdzi, że jest gotujacym pisarzem a nie piszącym kucharzem, ale wierzcie mi i jedno, i drugie robi po mistrzowsku.



Pieczarki, ciecierzyca, tahini - tako rzecze Nigel Slater w książce "Zielona Uczta, jesień, zima"

Potrzebujemy:

2 pieczarki portobello

2 obrane ząbki czosnku

1 puszkę ciecierzycy czyli 400g 

2 łyżki tahini

2 łyżeczki mielonego sumaku

1 łyżkę soku z cytryny

1 łyżkę listków tymianku

1 łyżkę czarnego sezamu

1 łyżkę białego sezamu

oliwa

Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni.

Na blaszce kładziemy kapelusze pieczarek bez nóżek. Nacinamy wnętrze i skrapiamy oliwą. Delikatnie solimy.

Czosnek blendujemy z 4 łyżkami oliwy, sumakiem, cytryną i szczyptą soli. Dorzucamy połowę ciecierzycy i blendujemy całość. Ja męczyłam się w moździerzu ale myślę, że blender da radę.

Mieszamy z masą tymianek, tahini i po łyżce ziaren sezamowych.

Do kapeluszy leżących na blaszce nakładamy pastę ciecierzycową. Na górę kładziemy ciecierzycowe kuleczki i polewamy oliwą oraz posypujemy resztą sezamu. Pieczemy około pół godziny.

Podałam te kapelusze z pieczonymi z harrisą ziemniakami i sałatką . 

Nigel Slater wie co pisze i wie co dobre.




Polecam i życzę smacznego


wtorek, 16 lutego 2021

413 dzień roku i marudzenie nad zielonym makaronem

 















Czy to już nowy rok czy jeszcze stary? Niektórzy twierdzą, że dziś jest 413 dzień 2020 roku. 

Coś w tym jest. Niby data się zmieniła i nic poza tym. Dalej siedzimy w domach, patrzymy na siebie wilkiem. Chwile euforii z przyczyn wiadomych (już, zaraz, za chwilę się zaszczepimy), przychodzą i odchodzą. Niektórzy jadą szybko balować do Zakopanego a inni czekają kiedy znowu zabronią.

Podobno był karnawał. Podobno dziś jest śledź. W takim zawieszeniu kalendarz jest niepotrzebny.

Zresztą, kupno atrakcyjnego kalendarza pod koniec 2020 roku graniczyło z cudem. Nawet ta dziedzina owinęła się kołdrą i wzięła na przeczekanie. 

Po co nam kalendarz? Co możemy w nim zapisać? Wizytę u dentysty? Zaznaczyć czerwonym serduszkiem dzień szczepienia? O, do tego większość z nas będzie potrzebowała kalendarza z zupełnie innego roku. Średnio optymistycznego.

Dobrze, że słońce świeci bo można by odnieść wrażenie, że dobry los się od nas odwrócił tyłem. A co gorsza, puszcza nam w twarz bąki.

Nie pomagam takim marudzeniem, prawda? Och, niedobry ten rok jest, niedobry. Nie będę go porównywać do poprzedniego, bo tamten też był niedobry.

Wyskrobuję resztki optymizmu jak w dzieciństwie robiłam to z budyniem jedzonym z garnka. Szoruję łyżką po ściankach a i tak zamiast treści znajduję tylko optymistyczny zapach. Dobre i to.

Zamiast śledzia na dziś będzie postne danie na jutro.

I niosące nadzieję...kolorem. Zielone.

Zaprezentował je w swojej książce 5 składników Jamie Oliver.





Zielony makaron

(dwie porcje)

150 g spaghetti

4 ząbki czosnku

200 g jarmużu 

30 g parmezanu

30 g ricotty

3 łyżki oliwy

sól

pieprz

Zaczynamy od zagotowania wody w garnku. Solimy ją porządnie i kiedy się zagotuje wrzucamy do niej makaron.

Obieramy czosnek i odrywamy z jarmużu grubsze i twardsze cześci. Do gotującego się makaronu wrzucamy jarmuż i czosnek i gotujemy 5 minut. 

Wyjmujemy jarmuż i czosnek z wody i przekładamy do blendera. Wlewamy 2 łyżki oliwy i starty parmezan. Blendujemy do uzyskania sosu. Doprawiamy solą i pieprzem. Ugotowany makaron odcedzamy, zachowując pół szklanki wody z gotowania.

Do garnka z makaronem dodajemy zielony sos. Mieszamy i jeśli potrawa jest za gęsta dolewamy nieco wody z gotowania.

Przekładamy makaron na talelerze, polewamy oliwą i posypujemy kawałkamim ricotty.

Moja uwaga:

Makaron wygląda świetnie. Trochę podniósł mój leżący poziom optymizmu. Może nie do pozycji siedzącej ale już nie leżącej na obu łopatkach.

Jedną rzecz na pewno zmienię przygotowując zielony makaron następnym razem. Zamiast nijakiej w smaku ricotty użyję zdecydowanej fety lub sera, który ma charakter.




Smacznego 


środa, 3 lutego 2021

Nieoczekiwane skutki braku światła czyli tofu, miód, imbir i sos sojowy

 















Obiad był w pełnym rozwoju. Talerze dymiły, potrawy pachniały, ślinka ciekła.

I wtedy zrobiło się ciemno. Nie żeby pstryk i koniec. Nie, nie. Najpierw zamrugało, potem lampy dostały czkawki a na koniec zapadł mrok. Widelce zawisły nad stołem w cichym niezrozumieniu.  Zamarliśmy w oczekiwaniu. A nuż wróci. Nie wróciło. 

Ruszyliśmy ku bezpiecznikom. W skrzynce zastaliśmy ciszę, spokój i pełen porządek. Jakby technika w ogóle nie zauważyła, że światło sobie poszło. 

Wylegliśmy na korytarz. A tu, co za ulga, też ciemno. Niestety wywiad na prędce zrobiony u sąsiadów szybko rozwiał nasze nadzieje, że ktoś dzieli z nami los. Oni mieli światło. My nie. 

Rzut oka na pobliskie mieszkania nie rozstrzygnął sprawy. Jedni mieli okna jasne, inni ciemne. 

Zagadka.

Sąsiedzi okazali się przydatni. Od razu namierzyli sprawców: "ci od domofonu". Jeden telefon i panowie sprawcy zostali wezwani na  miejsce zbrodni. Pozostało nam czekać.

Tymczasem na korytarzu (ciągle ciemnym) rozkwitło życie sąsiedzkie. 

Najpierw pojawiło się  współczucie. Potem propozycja kawy: co tam będziecie po ciemku siedzieć (nie tak znowu po ciemku, zapaliłam świece), napijecie sie u nas kawy.

Sąsiad z prawej przyniósł drabinę (bezpieczniki są wysoko), sąsiad z lewej pęk wytrychów (skrzynka z bezpiecznikami zamknięta na głucho). Panie w tym czasie omawiały romantyczne skutki zaistniałej sytuacji. 

Minęła godzina. Nic w kwestii rozjaśnienia sytuacji się  nie zmieniło ale poczuliśmy z MMŻ, że nie jesteśmy sami w nieszczęściu. Sąsiedzi zamiast zająć się swoimi sprawami, bo przecież w kwestii wspołczucia już swoje zrobili, ani myśleli zostawić nas samych sobie. 

Na korytarzu pojawiły się krzesła. Kto to widział stać tyle czasu? 

Może napijemy się wina? 

No i kieliszki trzeba było na czymś postawić. Więc obok krzeseł stanął stolik.

Skąd wzięła się taca z pączkami a po kolejnych trzech godzinach kanapki, nawet nie wiem.

Kiedy jednocześnie gada sześć osób, to robi się naprawdę gwarno.

I już byśmy o tym świetle a właściwie jego braku zapomnieli gdyby nie walenie w drzwi wejściowe piętro niżej. Zapomniałam dodać na początku, że domofon też padł.  

Odsiecz przybyła. Nowy, błyszczący i sprawny bezpiecznik przywiozła. I stała się światłość w domu i na korytarzu. 

Chcecie wiedzieć co było dalej?

Powrót jasności niczego na korytarzu nie zmienił. Rozmowy, śmiechy trwały w najlepsze. Około pół godziny po północy doszłam do wniosku, że trzeba oprzytomnieć i pogoniłam towarzystwo do łóżek. 

Ale zanim zgasiłam lampkę nocną doszłam do wniosku, że życie jest pełne niespodzianek.

Sąsiedzi mieszkają obok od lat. Mijamy się, kłaniamy sobie, zostawiamy liściki na Boże Narodzenie. Poprawne sąsiedzkie stosunki - tak nazywa się ten stan rzeczy.

Nic o sobie nie wiemy. A precyzyjnie mówiąc: nie wiedzieliśmy. Do tego tygodnia.

Na piątek jesteśmy umówieni na wspólne oglądanie filmu. Co wy na to?





Na dodatek, przygotowane w pełnym świetle pyszne tofu nie tylko dla nie jedzących mięsa. 

Tofu w miodzie, sosie sojowym i imbirze


opakowanie tofu (około 250 g)

2 łyżki sosu jasnego sojowego

1,5 łyżki płynnego miodu

3 ząbki czosnku, zmiażdżone

kawałek imbiru wielkości kciuka, starty

1 gruszka, starta na grubych oczkach

kilka dymek, tylko biała część

2 łyżki oleju sezamowego

1,5 łyżki pasty gochujang*

2 łyżki oleju

1 łyżka uprażonych ziaren sezamu (pół na pół, jasnych i ciemnych)


* gochujang to pasta koreańska, która odmienia życie, szczególnie tym, którzy lubią mocne wrażenia. Bez tej pasty kiszenie kimchi byłoby jeśli nie niemożliwe, to na pewno trudniejsze.


Tofu owijamy ręcznikami papierowymi i obciążamy np drewnianą deską. Niech pozbędzie się nadmiaru wody. Kroimy na centymetrowe plastry.

Na patelni rozgrzewamy olej i osuszone tofu smażymy na złoty kolor.

Przekładamy tofu na papierowy (kolejny) ręcznik. 

W miseczce mieszamy sos sojowy, miód, czosnek, imbir, pokrojone dymki, olej sezamowy, gochujang i 1 łyżkę wody.

Na gorącą patelnię z jedną łyżką oleju wlewamy zawartość miseczki. Wkładamy do sosu podsmażone tofu. Obtaczamy w sosie i na niedużym ogniu zagotowujemy. Gotujemy około 5 minut. Sos powinien się nieco zredukować. Posypujemy sezamem i zieloną częścią dymki i podajemy.

Smakuje nieziemsko z dodatkiem sałatki z brokułów lub ryżem 

Smacznego 






poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Zakiszony, zakiszona, zakiszone czyli kimchi i nie tylko




Kisiłam już ogórki i rzodkiewkę(sezonowo), marchewkę, buraki (wciąż i wciąż), pomidorki (tylko w latem), mąkę żytnią razową na żurek, mąkę pszenną razową na chleb, cytryny (och, ten Yotam!), no i kapustę.
Już kiedyś polecałam wam kimchi ale teraz, kiedy pożądliwie patrzymy na każdy fragment zieleni dobrze jest wrócić do kiszonek.
Ta ostatnia cieszy się w moim domu popularnością dorównującą papierowi toaletowemu w ostatnich dniach. Znika w podobnym tempie. I choć lubimy kiszoną kapustę w wielu odsłonach za wyjątkiem kapuśniaku i bigosu, to na pierwsze miejsce wysuwa się ostatnio kimchi.
Jemy słoik za słoikiem  i najeść się nie możemy. Smakuje nam i już. Ostre toto jest jak przedsionek piekieł,  śmierdzi jak najprzedniejszy rozkładający się ser. Ale jak smakuje!

Otwarcie słoika jest nieporównywanym z niczym innym przeżyciem estetycznym. Ekstatycznym.
"Śmierdzi toto jak dno beczki" - pamiętacie ten fragment. Dotyczy co prawda niewinnego zwierzątka w kropeczki ale gdyby autor spróbował choć raz wyziewów ze słoika z kimchi, nigdy biedronka nie zostałaby opisana jako "dno beczki".

Kiedyś już, chyba przy okazji gotowania dhala, wspominałam żeby nie sądzić po pozorach. Coś, co wygląda mało instagramowo, przy bliższym poznaniu okazuje się bramą do  nieba.
Z kimchi jest podobnie. Chociaż wzbudza uczucia skrajne. Jedni porzucają ją z odrazą po pierwszej randce a inni przysięgają jej miłość do grobowej deski.
Nietrudno się domyślić, że należymy do tych drugich.

By nie było nudno (w końcu to tylko kapusta, prawda?), dorzucam przepis na placki z kimchi. Muszę jednak przyznać, że w drugiej propozycji to nie placki są gwiazdą a sos do nich. Można go zjeść nawet z kawałkiem tektury i jestem przekonana, że tektura byłaby pyszna;)

Jako, że siedzimy w domu (w większości), gotujemy, smażymy i pieczemy, może rzućmy okiem na przepis o kiszeniu.
Dochodzą do mnie narzekania, że a to spódnica się skurczyła, a to skarpetę trudno naciągnąć. Może pieczmy mniej a kiśmy więcej? Byśmy sami nie skiśli.

Zanim zerwiemy pierwszą fasolkę czy pochylimy się nad pierwszą truskawką, wyjmijmy ze słoika kawał  bomby witaminowej i jedzmy bez wyrzutów sumienia.



kimchi przepis 3

1 kapusta pekińska
4 łyżki soli, najlepiej niejodowanej
6 ząbków czosnku
kawałek imbiru wielkości kciuka
2 łyżeczki cukru pudru
2 łyżki koreanskiej pasty paprykowej gochujang (Marzyniu, podzielam twoją radość)
1 biała rzepa
1 marchewka
 zielonych cebulek
Czasami dodaję element na wskroś śmierdzący czyli 1 łyżkę pasty krewetkowej ale i bez niej ta kiszonka ma moc.

Umytą kapustę pekińską kroimy na około 4 centymetrowe kawałki. Posypujemy  solą i dokładnie mieszamy. Ugniatamy kapustę z solą  parę minut i zalewamy zimną wodą. Zostawiamy w lodówce na 2 godziny.

Odcedzamy dokładnie a potem wyciskamy z kapusty resztę wody.

Przygotowujemy pastę. Pastę gochujang, czosnek, imbir, cukier, ewentualnie pastę krewetkową dokładnie mieszamy.

Rzepę i marchew po obraniu kroimy w cienkie słupki lub ścieramy na średniej tarce. Dodajemy do kapusty. Dokładamy pastę i z grubsza posiekaną zieloną cebulkę.

Mieszamy dokładnie (rękawiczki są wskazane), ugniatając wszystko i wkładamy ciasno do słoja. Zakręcamy i zostawiamy w pokojowej temperaturze na 3-5 dni.
Po tym czasie otwarcie słoika powinno spowodować poruszenie wśród członków rodziny zarówno zapachem jak i intensywnym ślinotokiem.

oraz:



placki z kimchi z sosem bardzo sojowym  (z książki "East" Meera Sodha):

200 g kimchi
80 g mąki ryżowej
80 g mąki pszennej
1 łyżeczka soli
100 g tofu, odsączonego i pokrojonego w cienkie plasterki
garść kiełków sojowych
garść szpinaku
zielona cebulka
sos:
3 łyżki ciemnego sosu sojowego
2 łyżki oleju sezamowego
1,5 łyżki octu ryżowego
1 łyżeczka płatków chilli
1 łyżeczka prażonych ziaren sezamu

Kimchi mocno wyciskamy z soków. Kroimy na mniejsze kawałki. Po odciśnięciu powinniśmy otrzymać około pół szklanki płynu. Jeśli mamy mniej, najwyżej dolejemy wody.

W misce mieszamy wodę z kimchi, mąki, sól, tofu, cebulkę, kiełki i kimchi. Mieszamy jak masę na placki ziemniaczane. Odstawiamy na 10 minut.

W tym czasie przygotowujemy sos i szpinak.
Szpinak myjemy, osuszamy i  z grubsza kroimy w paski.

W miseczce mieszamy składniki sosu. Jedną łyżką sosu polewamy szpinak.

Rozgrzewamy łyżkę oleju na patelni. Smażymy placki z kimchi dokładnie w taki sposób jak w przypadku wspomnianych placków ziemniaczanych. Z obu stron na złoto.
Usmażone odkładamy na ręczniki papierowe by pozbyć się tłuszczu.
Jeszcze ciepłe podajemy na talerzach posypane szpinakiem. Obok stawiamy miseczkę z sosem do maczania placków.

I wierzcie mi. Placki wylecą wam z głowy zanim zdążycie pozmywać ale za sos....to zupełnie inna historia. Ten zostanie z wami na zawsze.


Smacznego

czwartek, 19 marca 2020

Z mojego podwórka i ziemniaki w kokosowej prażonej posypce




Widzę, że po dwóch dniach pustki na ulicach, moi ukochani miejscy sąsiedzi postanowili skorzystać ze słońca. Dzieci, wózki, babcie na ławeczkach, spacerki po skwerku.
Dwa poprzednie dni musiałam sprawdzać czy świat jeszcze trwa. Moje centrum miasta było ciche i spokojne jak w niedzielne, wiosenne przedpołudnie.
Tylko przez dwa dni. Dziś już wszystko wróciło do normy.

Aż miałam ochotę wyjść na balkon i wrzasnąć czy się na rozumy pozamieniali. Nie wiem czy to głupota, bo chyba nie niewiedza czy nieświadomość. Trąbią o ograniczeniu kontaktów we wszystkich możliwych źródłach. A zawsze znajdą się idący pod prąd.

Moja szanowna Matka (wiek zdecydowanie zaawansowany) mówi do nas w niedzielę:
- śmieci wyrzuciłam i byłam zdziwiona, że tak cicho dookoła.
- jak to śmieci!!! Jak to wyrzuciłaś!!! Przecież wiesz, że ci nie wolno!!!
- ale ja to zrobiłam jak już było ciemno...
Mnie się ciemno przed oczami zrobiło. Czy to znaczy, że jest podejrzenie, że po ciemku wirus nie działa? Ślepnie? Idzie spać? Czy po prostu jest zdezorientowany?
Matko moja, zaraz ci klucze z domu odbiorę.
Na szczęście rodzicielka moja już jest grzeczna i nosa z domu nie wyściubia.

Seniorzy, proszę was, mamy już wystarczająco dużo do myślenia: praca, podatki, ZUS-y, komunie, śluby. O planowaniu przyszłości nie wspomnę. Pomóżcie nam i pozwólcie, żebyśmy się nie musieli o was martwić.
Siedzenie w domu na dłuższą metę może być wkurzające (na razie siedzimy tylko kilka dni), ale dla nas to optymistyczna gwarancja, że jesteście w miarę bezpieczni.

Porobiło się. Zdecydowanie.
Kiedy kończyłam wpis w grudniu nawet mi przez myśl nie przeszło, że powrót do bloga nastąpi w tak dramatycznych okolicznościach.

Podobno w Chinach w czasie kwarantanny i zakazu wychodzenia z domów popularność programów kulinarnych wzrosła jak fala tsunami.

Jeśli już mamy się plątać po domu, to może nie bierzmy się nagle za wychowywanie dzieci czy współmałżonka, a wyjmijmy mąkę (mam nadzieję, że wasz sklep miał ją w ofercie) i ubrudźmy sobie rączki w sposób produktywny. Może jakieś bułeczki? Albo ciasteczko?

A może wróćmy do obiadów trzydaniowych. Na chwilkę, oczywiście. Aby za jakiś czas było co z nostalgią wspominać: a pamiętasz jak w czasach zarazy zrobiłeś na obiad policzki w czerwonym winie? Lub placki ziemniaczane jak u mamy?

Bo przecież stan oblężenia nie będzie trwał wiecznie.
A póki trwa, dbajmy o siebie i najbliższych i tych nieco dalszych.
Jeśli upieczesz bułeczki, pomyśl, że może na pietrze jest ktoś, z kim możesz się podzielić.
Dzisiaj drobne gesty są na wagę wielkich przysług. I wszyscy potrzebujemy wsparcia. Wszyscy potrzebujemy czułości. Pomagajmy innym, dbajmy o bezpieczeństwo i mimo wszystko cieszmy się wiosną. Bo ona przyszła. Zauważyliście?

Czy wypada zamieszczać wpis kulinarny, kiedy wokół tylko złe wiadomości i powaga?
Trzeba! Każde działanie podnoszące na duchu jest wskazane. Nie lubisz gotować? Czytaj. Nie umiesz czytać? Rysuj!
Nigdy nie miałeś kredki w dłoni? Zrób porządek w albumie ze zdjęciami.

W mojej kamienicy wszyscy złapali za wiertarki. I mimo, że przeszkadza to w słuchaniu muzyki, nie narzekam. Wszyscy jesteśmy zamknięci....no, może oprócz tych, co na skwerku.

Zapraszam na ziemniaki inne niż wszystkie czyli ziemniaki z prażonymi wiórkami kokosowymi (New potato serunding wg Meera Sodha z książki East).






ziemniaki z prażonymi wiórkami kokosowymi 
na cztery porcje

750 g niedużych obranych ze skórki ziemniaków (już niedługo będą młode)
olej
sól
2 duże szalotki, drobno posiekane
3 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
0,5 łyżeczki kuminu mielonego
1 łyżeczka mielonej kolendry
2 łyżeczki pasty tamaryndowej
40 g wiórków kokosowych
60 g niesolonych orzeszków ziemnych

Ziemniaki gotujemy w osolonej wodzie. Ugotowane odcedzamy i zostawiamy na parę minut by nieco przeschły.
W czasie, kiedy ziemniaki się gotują przygotowujemy prażoną posypkę kokosową czyli serundeng.
Rozgrzewamy olej na patelni, wrzucamy szalotkę i czosnek. Smażymy 5 minut aż zaczną zmieniać kolor przy brzegach. Dodajemy kumin i kolendrę, pół łyżeczki soli i pastę tamaryndową.
Mieszamy i smażymy 2 minuty. Dorzucamy wiórki i orzeszki. Smażymy około pięciu minut aż kokos i orzeszki staną się chrupkie i brązowe.
Wykładamy ziemniaki na talerz i posypujemy gorącą kokosową posypką.

To danie jest nieco suche (jak to zazwyczaj ziemniaki) lecz potraktujcie je jako dodatek do czegoś bardziej mokrego np curry (zamiast nieśmiertelnego ryżu).
Coś mi mówi, że taka kokosowa posypka dobrze sprawdziłaby się też w przypadku ryby.



Trzymajmy się. Do następnego wpisu i smacznego

wtorek, 26 listopada 2019

Zła prognoza pogody i curry z nerkowców



























Nie będę pisać o świętach. 
Nie będę pisać o Last Christmas. Nie będę pisać o tym, że wszyscy oszaleliśmy. Nie będę pisać, że znów listopad, i znów szaro.
Czuję się oszukana, bo moja poranna prognoza pogody obiecała dziś między trzynastą a czternastą pojawienie się słońca.
Nie pojawiło się. Może prognoza nie została z nim wcześniej skonsultowana. Słońce miało muchy w nosie albo co innego do roboty.

Jako, że jestem zawistna i mściwa, rzuciłam się do pogodowej mapy Europy i leciutko odetchnęłam. No, inni nie mają lepiej.
Niektórzy nawet gorzej. 
Tacy Skandynawowie nie powinni mieć kropli nadziei. U nich tylko ciemność, ciężkie chmury i zespoły death metalowe. No tak, ale mają też Roveniemi i świętego Mikołaja przez cały rok.
Chyba nie lubię Skandynawii.

Cała Hiszpania i Portugalia tonie dziś w chmurach. I dobrze im tak. Niech nie myślą, że jak są na południu Europy, to zawsze będą mieli słońce. A my co? Gorsi?
Nie lubię południowców.

Francja, Niemcy i pobliskie okoliczności też nie mają się czym pochwalić. Niby coś tam może im zaświecić ale raczej tylko w oczy i na dodatek nie jestem pewna czy zaświeci dla wszystkich tak samo.

Wielka Brytania? Ci spełniają moje oczekiwania. Tam tylko strach i zgrzytanie zębów. Dobrze im tak. I wciąż leje i ciągle szaro. Mają za swoje.
I tak ich nie lubię.

Najgorsze są Włochy. Wenecja: słońce po pachy. Bolonia: siedemnaście stopni i słońce. Florencja: pełna frustracja. Dalej na południe już bardziej mi się podoba, bo leje.
Ale za to północy Włoch nie cierpię.

A taki Budapeszt? W czym, przepraszam, taki Budapeszt jest lepszy od nas? A na słońcu nikt mu nie oszczędza. Skandal! A mówi się "Polak, Węgier, dwa bratanki". Akurat.
Nie znoszę Budapesztu.

Sprawdźmy co po wschodniej stronie. Chmury, chmury, chmury a potem Putin. Jednak niektórzy mają gorzej.

Brzmi znajomo? Lubimy sobie ponarzekać, prawda? Lubimy, kiedy innemu jest gorzej, co?

A święta idą. Co roku chyba bardziej bojaźliwie i niechętnie. Bo jak tu z radością przychodzić do kogoś, kto jest uosobieniem nieżyczliwości. 
Ludziska, zróbmy coś z tym. Udowodnijmy samym sobie, że możemy coś zmienić. Kupmy butlę oleju i włóżmy do koszyka z napisem Bank Żywności. Może coś dorzućmy do szlachetnej paczki? Takie działania nie tylko pomagają innym ale też powodują, że lepiej myślimy o sobie. A kiedy zaczniemy dobrze myśleć o sobie, to ani się spostrzeżemy a życzliwie spojrzymy na innych.
Nie tylko z okazji świąt.

I oczywiście ugotujmy coś dobrego, bo jedzenie jednoczy.




Niesamowite curry z orzechów nerkowca


Przepis jak to przepis ma różne wariacje. Porównywałam wersję Ricka Steina i Leemei Tan i nie wydaje mi się aby drobne zmiany miały wpływ na całokształt.
Danie jest nieziemskie. Jeśli jeszcze nie próbowaliście, to nie zwlekajcie. Jest jeden warunek by cieszyć się przy stole jak dziecko: nie możecie być uczuleni na orzechy, bo to one są podstawą tego dania.

200 g orzechów niesolonych
1 łyżeczka mielonej kolendry
1 łyżeczka mielonego kuminu
Pół łyżeczki kurkumy
1 cebula, drobno posiekana
2 pałki trawy cytrynowej (Miażdżymy dużym nożem najgrubszą część trawy. Obieramy górne warstwy i dorzucamy do smażonej cebuli. Najdelikatniejszy środek drobniutko siekamy i też dodajemy do cebuli – patrz niżej)
5 centymetrowy kawałek cynamonu
1 łyżka startego imbiru
3 ząbki czosnku, starte
1 łyżeczka mielonego chilli
Pół łyżeczki mielonego pieprzu
1 puszka mleczka kokosowego
1 łyżeczka brązowego (najlepiej palmowego) cukru
1 łyżeczka soli
2 łyżki oleju
Zielona kolendra i mięta do posypania.

Stawiamy na ogniu patelnię. Prażymy na niej kolendrę, kumin i kurkumę aż zaczną pachnieć czyli około minuty.
Przekładamy przyprawy do miseczki i ponownie stawiamy patelnię na ogniu. 
Wlewamy 2 łyżki oleju, wrzucamy cebulę i na średnim ogniu podsmażamy cebulę aż będzie miękka i przezroczysta. 
Dorzucamy do cebuli trawę cytrynową (jak się dobrać do trawy: patrz wyżej). Długie łodygi trawy kroimy na pół, żeby się zmieściły na patelni. Dodajemy cynamon i smażymy 2 minuty. Teraz dorzucamy imbir i czosnek i smażymy kolejne 2 minuty. Wsypujemy wcześniej podprażone przyprawy, chilli, pieprz i orzechy nerkowca. Dokładnie mieszamy by dobrze orzechy obtoczyć w przyprawach.
Wlewamy mleczko kokosowe i około pół szklanki wody. Mieszamy, zagotowujemy i na małym ogniu, pod przykryciem gotujemy 15 minut. Mieszamy od czasu do czasu.
Po kwadransie dodajemy cukier i sól i gotujemy kolejne 15 minut aż orzechy będą miękkie a sos zredukowany. Całość powinna mieć aksamitną konsystencję kwaśnej śmietany.
Pozostaje nam wyłuskać z patelni cynamon i patyczki trawy cytrynowej i już.
Posypujemy kolendrą i miętą i podajemy z ryżem.
W oceanie różnych curry, to ma u mnie miejsce na podium.





Smacznego bardzo

piątek, 5 lipca 2019

Nieco romantyzmu i kolacja w plenerze czyli buraki, ziemniaki i bakłażan






Lubicie letnie przyjęcia? Takie na świeżym powietrzu? Z dala od wszystkiego co hałaśliwe, pośpieszne i przykurzone?
A może jeszcze nie próbowaliście wypuścić się na nieznane wody i raz w życiu zaszaleć?
Nie, nie. Nie potrzebujecie do tego posiadłości z ogrodem, zastępu ogrodników ani organizatora przyjęć.

Nawet na balkonie można urządzić się po pańsku. Wystarczy stoliczek, dwa taborety, może palma z salonu (paprotka też ujdzie) i dużo świeczek.

Kto nie ma balkonu niech zrobi rundkę po okolicy i poszuka pobliskich zarośli z odrobiną trawy. Potem zapakuje kocyk, koszyk ze słoikami, może szklaneczki na białe wino i czekając na zachód słońca komplementuje gościa lub gości za mądrze podjętą decyzję spożycia kolacji na tzw łonie.

Kiedy plan już się zacznie wykluwać, trzeba zaprojektować menu. Nic nadzwyczajnego, takie tam kulinarne drobiazgi. Nie chcemy przecież w trakcie konsumpcji cudownego wieczoru na świeżym powietrzu dyskretnie ziewać.

Pogoda nieco nam pomaga bo upały eliminują wszystko, co wymaga żmudnych machnięć chochlą nad gotującym się garem. Dajmy więc spokój bigosom, gulaszom, golonkom i bograczom. Sałata majonezowa niech nie ma nam za złe pominięcie jej na stole.
Niech nasz wybór będzie lekki, kolorowy i nieskomplikowany. Bohaterem wieczoru ma być sam wieczór i nadmierna barokowość stołu nie powinna go przyćmiewać.
Sałatka, lub dwie, jakaś pasta do zamoczenia chleba, coś słodkiego, i coś płynnego.
Może każdy przyniesie coś innego?

Wyobraźcie sobie ciepły wieczór....miękkie światło....zapalone świece....Na stole (stoliku, kocu, ławeczce) w miseczkach pachną buraczki z jogurtem, zawijańce z cukinią, fasolka po grecku, chłodnik z koperkiem. Śmiechy, rozmowy, odgłos otwieranego prosecco.... I przyjaciele. Lub tylko Ona. Bądź tylko On. Wszystko jedno czy będzie was dwoje czy dwadzieścioro, liczy się dobra zabawa i świetna atmosfera.
Kolacja na świeżym powietrzu ma jedną wielką zaletę. Nie wymaga ozdobników. Ba, w ogóle nie wymaga naszej ingerencji w scenografię. Nawet świece można sobie darować, jeśli księżyc świeci jasno.

Piszecie się na taki wieczór?
No to do roboty. Sobota nadciąga. Jeszcze zdążycie obdzwonić tych, którzy nie wyjechali np do Finlandii. No i zapakować butelkę do lodówki by się schłodziła.
By nie było zbyt romantycznie, dyskretnie włóżcie do torby spray przeciw komarom i ciepły sweter, bo licho (szczególnie pogodowe) nie śpi. Resztą nie zawracajcie sobie głowy. 























A kiedy zaczniecie planować kolejną letnią kolację wśród przyrody, pamiętajcie kto zasiał w was to ziarenko odmiany.
Moja propozycja na plenerowy stół jest jak tytuł książki „Prosto”:


Pieczone buraki z jogurtem i kiszoną cytryną (wg Yotama Ottolenghi)

kilka pieczonych buraków, obranych ze skórki
1 szklanka jogurtu greckiego
1 czerwona cebula, pokrojona w cienkie plasterki
pół kiszonej niedużej cytryny, drobno pokrojonej
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka pasty tahini
2 łyżki oliwy
2 łyżeczki nasion kminu rzymskiego
garść posiekanego koperku
sól, pieprz

Upieczone buraki kroimy na plastry grubości pół centymetra.
Na patelni rozgrzewamy oliwę i kiedy jest gorąca, wrzucamy nasiona kopru. Niech się smażą ze 3 minuty aż nie zaczną pachnieć i pękać.. Gorącą kuminową oliwą zalewamy buraki i delikatnie mieszamy. Dorzucamy do buraków cebulę, kiszoną cytrynę, sól i pieprz. Polewamy sokiem z cytryny i posypujemy koperkiem. Mieszamy delikatnie i przekładamy do miseczki, w której podamy danie na stół (w przypadku kosza piknikowego, zamykamy buraki w szerokim słoiku lub zamykanym pojemniku).
Jogurt mieszamy z tahini i stawiamy obok miski z burakami. Możemy zrobić kilka kleksów jogurtowych i delikatnie zamieszać widelcem. Sałatka nabierze wszelkich odcieni różu i fioletu. A na spektakularnych widokach zależy nam przecież bardzo.
Jeśli przyjęcie urządzamy na kocu, jogurt zabieramy w osobnym pojemniku a mieszania dokonujemy bezpośrednio przed jedzeniem. 


Pieczone ziemniaki z czosnkiem i rozmarynem.

1 kg młodych ziemniaków
1 główka czosnku, podzielona na ząbki i obrana
1 spora cebula, pokrojona w ćwiartki
kilka gałązek rozmarynu
kilka łyżek oliwy
sól, pieprz

Szorujemy ziemniaki pod bieżącą wodą. Nie obieramy ich. Osuszamy i gotujemy z 15 minut. Niech nie będą miękkie, niech są al dente.
Na patelnię wlewamy oliwę i dodajemy rozmaryn (obrywamy igiełki, patyczków nie wyrzucamy). Na rozgrzaną oliwę wrzucamy cebulę i czosnek. Kiedy będą miękkie ale nie brązowe, dorzucamy ziemniaki i rozmarynowe patyczki. Smażymy na średnim ogniu, podrzucając patelnią od czasu do czasu.
Można sobie oszczędzić stania przy piecu i wstawić naczynie z podpieczonym czosnkiem i cebulą oraz z podgotowanym ziemniakami do piekarnika rozgrzanego do 220 stopni na około 10 minut.
 
 

Pieczony bakłażan z anchois i oregano

2 bakłażany, pokrojone w plastry
kilka filecików anchois, drobno posiekanych
1 ząbek czosnku, zmiażdżony
pół szklanki oliwy
1 łyżka białego octu
garstka świeżego oregano
garstka natki pietruszki
sól, pieprz

Rozgrzewamy piekarnik do 220 stopni. Bakłażany delikatnie solimy i mieszamy. Wykładamy na blaszkę, wyłożoną papierem do pieczenia. Smarujemy oliwą z obu stron i pieczemy około pół godziny, do zrumienienia.
Upieczone, wyjmujemy i studzimy.
Do małego słoiczka wkładamy anchois, czosnek, wlewamy ocet. Dodajemy ćwierć łyżeczki soli i tyleż pieprzu.
Wstrząsamy słoikiem, [po czym dolewamy 2 łyżki oliwy. Znów wstrząsamy aż składniki się połączą.
Wykładamy bakłażany na tackę, polewamy sosem i posypujemy oregano i pietruszką. Lub pakujemy do zamykanej miski i taszczymy do ogrodu lub na trawnik.
Wybaczcie tylko trzy propozycje. Potraktujcie je jak dobry początek.

Smacznego i dobrej zabawy, gdziekolwiek by ona miała miejsce.