Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapusta pekińska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapusta pekińska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Zakiszony, zakiszona, zakiszone czyli kimchi i nie tylko




Kisiłam już ogórki i rzodkiewkę(sezonowo), marchewkę, buraki (wciąż i wciąż), pomidorki (tylko w latem), mąkę żytnią razową na żurek, mąkę pszenną razową na chleb, cytryny (och, ten Yotam!), no i kapustę.
Już kiedyś polecałam wam kimchi ale teraz, kiedy pożądliwie patrzymy na każdy fragment zieleni dobrze jest wrócić do kiszonek.
Ta ostatnia cieszy się w moim domu popularnością dorównującą papierowi toaletowemu w ostatnich dniach. Znika w podobnym tempie. I choć lubimy kiszoną kapustę w wielu odsłonach za wyjątkiem kapuśniaku i bigosu, to na pierwsze miejsce wysuwa się ostatnio kimchi.
Jemy słoik za słoikiem  i najeść się nie możemy. Smakuje nam i już. Ostre toto jest jak przedsionek piekieł,  śmierdzi jak najprzedniejszy rozkładający się ser. Ale jak smakuje!

Otwarcie słoika jest nieporównywanym z niczym innym przeżyciem estetycznym. Ekstatycznym.
"Śmierdzi toto jak dno beczki" - pamiętacie ten fragment. Dotyczy co prawda niewinnego zwierzątka w kropeczki ale gdyby autor spróbował choć raz wyziewów ze słoika z kimchi, nigdy biedronka nie zostałaby opisana jako "dno beczki".

Kiedyś już, chyba przy okazji gotowania dhala, wspominałam żeby nie sądzić po pozorach. Coś, co wygląda mało instagramowo, przy bliższym poznaniu okazuje się bramą do  nieba.
Z kimchi jest podobnie. Chociaż wzbudza uczucia skrajne. Jedni porzucają ją z odrazą po pierwszej randce a inni przysięgają jej miłość do grobowej deski.
Nietrudno się domyślić, że należymy do tych drugich.

By nie było nudno (w końcu to tylko kapusta, prawda?), dorzucam przepis na placki z kimchi. Muszę jednak przyznać, że w drugiej propozycji to nie placki są gwiazdą a sos do nich. Można go zjeść nawet z kawałkiem tektury i jestem przekonana, że tektura byłaby pyszna;)

Jako, że siedzimy w domu (w większości), gotujemy, smażymy i pieczemy, może rzućmy okiem na przepis o kiszeniu.
Dochodzą do mnie narzekania, że a to spódnica się skurczyła, a to skarpetę trudno naciągnąć. Może pieczmy mniej a kiśmy więcej? Byśmy sami nie skiśli.

Zanim zerwiemy pierwszą fasolkę czy pochylimy się nad pierwszą truskawką, wyjmijmy ze słoika kawał  bomby witaminowej i jedzmy bez wyrzutów sumienia.



kimchi przepis 3

1 kapusta pekińska
4 łyżki soli, najlepiej niejodowanej
6 ząbków czosnku
kawałek imbiru wielkości kciuka
2 łyżeczki cukru pudru
2 łyżki koreanskiej pasty paprykowej gochujang (Marzyniu, podzielam twoją radość)
1 biała rzepa
1 marchewka
 zielonych cebulek
Czasami dodaję element na wskroś śmierdzący czyli 1 łyżkę pasty krewetkowej ale i bez niej ta kiszonka ma moc.

Umytą kapustę pekińską kroimy na około 4 centymetrowe kawałki. Posypujemy  solą i dokładnie mieszamy. Ugniatamy kapustę z solą  parę minut i zalewamy zimną wodą. Zostawiamy w lodówce na 2 godziny.

Odcedzamy dokładnie a potem wyciskamy z kapusty resztę wody.

Przygotowujemy pastę. Pastę gochujang, czosnek, imbir, cukier, ewentualnie pastę krewetkową dokładnie mieszamy.

Rzepę i marchew po obraniu kroimy w cienkie słupki lub ścieramy na średniej tarce. Dodajemy do kapusty. Dokładamy pastę i z grubsza posiekaną zieloną cebulkę.

Mieszamy dokładnie (rękawiczki są wskazane), ugniatając wszystko i wkładamy ciasno do słoja. Zakręcamy i zostawiamy w pokojowej temperaturze na 3-5 dni.
Po tym czasie otwarcie słoika powinno spowodować poruszenie wśród członków rodziny zarówno zapachem jak i intensywnym ślinotokiem.

oraz:



placki z kimchi z sosem bardzo sojowym  (z książki "East" Meera Sodha):

200 g kimchi
80 g mąki ryżowej
80 g mąki pszennej
1 łyżeczka soli
100 g tofu, odsączonego i pokrojonego w cienkie plasterki
garść kiełków sojowych
garść szpinaku
zielona cebulka
sos:
3 łyżki ciemnego sosu sojowego
2 łyżki oleju sezamowego
1,5 łyżki octu ryżowego
1 łyżeczka płatków chilli
1 łyżeczka prażonych ziaren sezamu

Kimchi mocno wyciskamy z soków. Kroimy na mniejsze kawałki. Po odciśnięciu powinniśmy otrzymać około pół szklanki płynu. Jeśli mamy mniej, najwyżej dolejemy wody.

W misce mieszamy wodę z kimchi, mąki, sól, tofu, cebulkę, kiełki i kimchi. Mieszamy jak masę na placki ziemniaczane. Odstawiamy na 10 minut.

W tym czasie przygotowujemy sos i szpinak.
Szpinak myjemy, osuszamy i  z grubsza kroimy w paski.

W miseczce mieszamy składniki sosu. Jedną łyżką sosu polewamy szpinak.

Rozgrzewamy łyżkę oleju na patelni. Smażymy placki z kimchi dokładnie w taki sposób jak w przypadku wspomnianych placków ziemniaczanych. Z obu stron na złoto.
Usmażone odkładamy na ręczniki papierowe by pozbyć się tłuszczu.
Jeszcze ciepłe podajemy na talerzach posypane szpinakiem. Obok stawiamy miseczkę z sosem do maczania placków.

I wierzcie mi. Placki wylecą wam z głowy zanim zdążycie pozmywać ale za sos....to zupełnie inna historia. Ten zostanie z wami na zawsze.


Smacznego

czwartek, 16 lutego 2017

Troszkę witaminy "C" czyli kimchi


















Skoro koszmar (dla wielu) czerwono różowego święta mamy za sobą, możemy spokojnie wrócić do codzienności.
Nie było mnie. Trochę byłam gdzie indziej.
Wyjechałam narzekając na pogodę ale zapomniałam o starym przysłowiu, że nigdy nie jest tak źle by nie mogło być jeszcze gorzej. Otóż było gorzej. Było mokro, ponuro, wietrznie, paskudnie.
Ale było też świetnie, wesoło, gadatliwie i smacznie.
Znalazłam przepiękny czajnik, w którym (sądząc po wyglądzie) całe pokolenia gotowały już wodę. Przywiozłam spory zapas książek z przeceny. Wiem, że znów książki ale jak tu przejść obojętnie obok Ricka Steina?
Zjadłam (nie sama) najlepszą zupę tom kha i oglądałam Nottingham z lotu ptaka, choć nigdzie nie leciałam.
Zrobiłam zapas stiltona i próbowałam liczyć przebiśniegi.
Dowiedziałam się, że prezydenci w czasie ostatniej wojny występowali w liczbie mnogiej i stwierdziłam, że tradycja gdzieniegdzie ma się dobrze.
Zamek prezentował się godnie jak na swoje tysiąc lat a rzeka była w kolorze ołowiu. Kaczki wyglądały na zadowolone a ludzie, mimo parszywej pogody mieli całkiem zadowolone miny.
Zabranie ze sobą butów do biegania okazało się nieporozumieniem bo albo lało, albo siąpało albo śnieżyło.
Słońce odmówiło pojawienia się choć na moment.
Było po prostu fantastycznie. Kolejny raz przekonałam się, że jeśli towarzystwo jest świetne, pogoda ma niewielkie znaczenie.
Zresztą, od czego jest gin? Czy to przypadkiem nie jest lekarstwo?
Teraz wróciłam i chyba wezmę się do roboty.

Jak jest zima, to...potrzebujemy witaminy „C”.
Jemy cytryny, pijemy soczki z świeżo wyciskanych cytrusów, desperaci kroją we łzach cebulę.
Na drugim krańcu świata raczą sobie inaczej: robią kiszonki. Kiszą to co dla nas oczywiste czyli kapustę, ale też biorą na cel składniki dla nas raczej mało kojarzące się z kiszeniem np. dynię czy ogórka. W Korei, gdzie kimchi jest czymś więcej niż potrawą, przepisem czy smakiem mówi się, że „jeśli masz kimchi i ryż, masz jedzenie”. Nie będziesz głodny.
Dziś kiszonki od Limonki. Kimchi ogórkowe i kimchi najczęściej spotykane, to z kapusty pekińskiej.









Kimchi ogórkowe

5 niedużych ogórków (czasami można kupić i w lutym małe gruntowe)
60 g soli

pasta kimchi:

30 g mielonego chilli
100 g drobno pokrojonego pora
1 utarty ząbek czosnku
1 łyżeczka startego imbiru
1 nieduża biała rzepa, starta na grubych oczkach
1,5 łyżki soli
1 łyżeczka cukru

Ogórki przecinamy na cztery poprzeczne plastry ale nie rozcinając ich do końca.. Posypujemy solą, umieszczamy w misce i zalewamy zimną wodą na godzinę. Zostawiamy w pokojowej temperaturze.
Po godzinie płuczemy ogórki w świeżej wodzie.
Przygotowujemy pastę.
Miksujemy wszystkie składniki.
Kładziemy ogórki w pojemniku i dokładnie przekładamy pastą. Nie zapominamy o tym by między plastrami również znalazła się pasta.
Zamykamy pojemnik i wstawiamy do lodówki.
Po trzech dniach kimchi ogórkowe powinno być gotowe. Może zostać w lodówce do 2 tygodni.









Kimchi z kapusty pekińskiej:
1 nieduża kapusta pekińska, pokrojona na kawałki (mniej więcej 5 cm)
100 g soli

pasta:
80 g chilli
1 nieduży por, pokrojony drobno
3 ząbki czosnku
2 łyżki świeżego imbiru
2 łyżki sosu rybnego
1 łyżeczka brązowego cukru
1 mała marchewka, starta na mandolinie czyli w cienkie słupki

Wszystkie składniki pasty oprócz pora i marchewki miksujemy.
Kapustę solimy i odstawiamy na godzinę. Po godzinie płuczemy kapustę, odciskamy z wody i mieszamy z pastę, porem i marchewką. Przekładamy do słoika i zamykamy.
Zostawiamy w pokojowej temperaturze przed 24 godziny.
Nie zniechęcajcie się smrodkiem. Wszystko jest w porządku. To tylko wstępny etap fermentacji. Potem będzie lepiej.
Po 24 godzinach umieszczamy słoik w lodówce.
Niby po trzech dniach można kimchi jeść ale uważam, że dopiero po 10 dniach osiąga pełnię smaku.
Można się uzależnić.




Smacznego


środa, 1 lutego 2017

On ci to jest czy nie on czyli kotlety z Kraju Kwitnącej Wiśni





  • Słonko, może zrobiłabyś w tym tygodniu na obiad mielone?
  • Co bym zrobiła?
  • Mielone , takie z zasmażanymi ziemniakami i mizerią z ogórka.
No, nie, nie robi się takich rzeczy osobie, z którą żyje się pod jednym dachem pół życia.
Potem zrobiło się jeszcze straszniej bo MMŻ rzucił od niechcenia:
  • hm...a schabowych też dawno nie było.
Poczułam się jak zając w świetle reflektorów. Zimny pot na karku i lodowate palce wzdłuż kręgosłupa.
Nie było mnie ze dwie godziny. Kiedy wychodziłam z domu MMŻ czuł się dobrze. Nic nie zapowiadało, że przeżywa jakiś wstrząs lub przewartościowuje swoje dotychczasowe życie.
Gdyby oznajmił mi, że od jutra zabiera się za wyplatanie koszy z recyklingowanych butelek lub rusza bronić żubra, moje zdumienie byłoby porównywalne.
Gorączkowo szukałam jakiegoś racjonalnego wyjaśnienia tej nierzeczywistej sytuacji.
I wtedy padło:
    - takie kotlety byś zrobiła z imbirem...
Odetchnęłam z ulgą. Może jeszcze nie wszystko stracone. Może to ciągle mój Mąż a nie impostor.
Pogarda do mielonych i poczciwego schabowego była w życiu MMŻ jak okręt flagowy. Mając to na względzie, trudno jest się dziwić mojej konsternacji.
Obiecałam zarówno mielone jak i schabowe a w myślach zaczęłam układać pytania testowe, mające na celu potwierdzenie tożsamości. Tak, na wszelki wypadek.

Kotlety cieszą się w naszym kraju niesłabnącą popularnością. Odważyłabym się je umieścić w pierwszej trójce, gdybym tworzyła ranking dań w Polsce pożądanych.
Nie mam nic przeciwko tradycji i kulinarnym gustom. Dobry kotlet, z dobrej jakości schabu wart jest niedzielnego obiadu. Ale ile można?
Czasem trzeba mrugnąć okiem i pójść ścieżką mniej uczęszczaną. Takim mrugnięciem jest tonkatsu. Też kotlet, też panierowany, też smażony ale inny.
Kto nie próbował, niech następnym razem kupując schabowego, umówi go na spotkanie z imbirem i sosem sojowym.












Tonkatsu czyli schabowy z Kraju Kwitnącej Wiśni

3 kotlety schabowe bez kości
pół szklanki sosu sojowego
kawałek imbiru wielkości kciuka, starty na tarce (nie trzeba go obierać)

oraz do panierki:
4 łyżki mąki pszennej
2 jajka
1 szklanka okruchów panko lub okruchów z białej bułki (tylko środek)
olej kokosowy do smażenia


Kotlety jak to kotlety zbijamy tłuczkiem.
W miseczce mieszamy sos sojowy i starty imbir. Wkładamy kotlety do woreczka, wlewamy marynatę i zamykamy.
Wkładamy do lodówki na kilka godzin.

Potem:
Wyjmujemy worek z lodówki a z worka kotlety. Zdrapujemy z nich imbir.
Przygotowujemy 3 miski: z mąką, rozmąconym jajkiem i panko.
Patelnię z olejem kokosowym rozgrzewamy.
Panierujemy kotlety najpierw w mące, potem w jajku a na końcu w panko.
Kładziemy na gorącą patelnię i smażymy jak tradycyjne kotlety, do zezłocenia.

Zdejmujemy kotlety z patelni i przekładamy na deskę. Od tego momentu nie mamy do czynienia z pospolitym schabowym. O tej chwili macie przed sobą japońskie tonkatsu.
Kroimy kotlety na paski.

Do małego rondelka wlewamy przez sitko marynatę. Odciskamy imbir. Zagotowujemy marynatę, dodając łyżeczkę angielskiej musztardy (jest ostra jak samurajskie noże), łyżkę octu ryżowego, łyżeczkę sosu worcestershire i pół łyżeczki brązowego cukru.
Lekko odparowujemy sos a potem polewamy nim nasze tonkatsu.

Idealnie do tego dania pasuje sałatka z kapusty pekińskiej z sosem wasabi.

Sałatka z kapusty pekińskiej z sosem wasabi:

2 szklanki pokrojonej kapusty pekińskiej
pęczek rzodkiewek w plasterki
2 łyżki kaparów
1 łyżeczka czarnego sezamu (niekoniecznie ale dobrze wygląda)
sos:
pół szklanki majonezu
pół słoiczka chrzanu wasabi (użyłam Wasabi- ostry sos chrzanowy w psychodelicznym zielonym kolorze. Stoi wszędzie obok zwykłych chrzanów)
2 łyżki zalewy z kaparów

Mieszamy składniki sosu a potem wlewamy do kapusty. Mieszamy, posypujemy sezamem.
Oto schabowe z drugiego krańca świata.



Smacznego

piątek, 26 lutego 2016

Jak pokonać niemoc czyli orientalna sałatka na kolację




















Zapuściłam się ostatnio do marketu budowlanego. Lubię wszelkiego rodzaju piły, strugi, szlifierki i opalarki.
Kiedyś nie było nic nudniejszego niż wyprawa z moim tatą do działu z narzędziami. Kiedyś...
Jak ludzie się zmieniają. Co prawda jeszcze nie umiem wykrzesać entuzjazmu do siekier i pił spalinowych, ale to tylko kwestia czasu.
Co mnie przywiodło do stoiska budowlanego, skoro obecnie nawet ołówka nie umiem utrzymać w palcach? Ha, myślę, że to jest część wytłumaczenia. Właśnie dlatego mnie tam przywiodło, że nie groziło to żadnymi konsekwencjami.
Moja wyprawa była właściwie teoretyczna. Żadna z rzeczy, wzbudzających moją ciekawość nie może być na razie użyta. Z wiadomych względów.
Czyżbym tęskniła za remontem? Jakieś rozwalanie ścian mi się marzy? Spokój mi się znudził?
A może to wiosna się we mnie obudziła i chęć jakiejś, choćby minimalnej zmiany.
Może chociaż paczkę gwoździ kupię? Obrazki powieszę.
Nie wiem jak wy, ale ja czuję przypływ sił pod koniec lutego. Coraz częściej zerkam w kalendarz i powtarzam sobie jak mantrę: już niedługo, jeszcze tylko kawałek i wskoczymy do marca. A marzec brzmi dużo lepiej niż luty. I jakie w nim kryją się treści: zielono, słonecznie, jaśniej, cieplej.
Chyba jednak kupię te gwoździe. I coś zielonego do zjedzenia.







Orientalna sałatka na kolację

1 marchewka pokrojona w cienkie słupki
1 ogórek pokrojony wzdłuż na cienkie plastry (niezastąpiona jest tu obieraczka do warzyw)
1 szklanka pokrojonej kapusty pekińskiej
kostka tofu około 80 g (posypujemy tofu przyprawą pięciu smaków i owijamy na godzinę folią spożywczą)
ćwierć szklanki grzybów mun (namoczonych a potem ugotowanych zgodnie z opisem na opakowaniu)
2 łyżki zielonej kolendry
2 łyżki pokrojonej dymki
2 łyżki liści tajskiej bazylii (jeśli nie macie w zasięgu, użyjcie zwykłej bazylii)
1 łyżka liści świeżej mięty
1 łyżka uprażonych ziaren sezamu
szczypta uprażonego pieprzu syczuańskiego
sól, pieprz

marynata do ogórka i marchewki:
1 łyżeczka soli
ćwierć szklanki cukru
1 szklanka octu ryżowego

Wszystkie składniki marynaty umieszczamy w garnku i na małym ogniu doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy mieszankę około 10 minut aby nieco odparowała. Jeśli płyn zgęstniał, zdejmujemy garnek z ognia i studzimy.

W czasie kiedy marynata stygnie, posypujemy marchewkę szczyptę soli, mieszamy i odstawiamy na godzinę. To samo robimy ogórkowi: sól, mieszanie i godzina spokoju.
Po godzinie odciskamy delikatnie marchewkę i ogórka z wody (nieco jej się wyprodukuje pod wpływem soli) i wkładamy do miski z marynatą. Mieszamy i odstawiamy w chłodne miejsce.

sos do sałatki:
1 łyżka jasnego sosu sojowego
1 łyżka octu ryżowego
pół łyżeczki oliwy chilli
pół łyżeczki oleju sezamowego

Do sporej miski wkładamy marynowaną marchewkę i ogórka. Dodajemy kapustę pekińską, pociętą dymkę i resztę zieleniny. Grzyby odsączamy i kroimy na paski. Tofu odwijamy z folii i kroimy w kostkę.
Mieszamy wszystko delikatnie.
W miseczce mieszamy składniki sosu. Polewamy sałatkę, posypujemy sezamem i pieprzem syczuańskim. Podajemy.
Do tej sałatki, na większego głoda, możemy dodać pieczoną pierś z kurczaka, pokrojoną w paseczki lub kilka krewetek.
Zapewniam, że będziecie do niej wracać. Uzależnia.





Smacznego

piątek, 13 grudnia 2013

Moje muzyczne guru i jagnięcina po wietnamsku z kimchi




Lubię zaskoczenia kulturalne. W całym wachlarzu zaskoczeń wszelakich te lubię najbardziej. Lubię, kiedy coś, co nie wywoływało u mnie gorączki oczekiwania, nagle kończy się emocjonalną satysfakcją. Bywały koncerty, na które czekałam miesiącami a potem okazywało się, że ziewałam w trakcie. A bywało też odwrotnie. Muzyka, co do której miałam wątpliwości lub po prostu jej nie czułam, na koncercie wciskała mnie w fotel z przejęcia. Tak było na ostatnim koncercie Stevena Wilsona w Zabrzu. Trudno jest nie znać jego muzyki, kiedy dzieli się dom z muzycznym Guru. Kiedy nadchodzi w domu czas np. Roberta Frippa, to muszę się przygotować, że będzie on nam towarzyszył dniami i nocami. Kiedy w kręgu zainteresowań jest King Crimson to wiadomo, że sprawa jest poważna i trochę potrwa. Gdy z MMŻ byliśmy na etapie wstępnej uczuciowej gorączki, testy muzyczne jakim byłam poddawana, nie raz przyprawiały mnie o ból głowy. Wyobraźcie sobie romantyczne wakacje w górach, lato pachnące sianem, krowy w oborze, my i....ten trzeci. Peter Gabriel. Jak ja nienawidziłam tego faceta. Słuchanie nowej jego płyty pochłonęły moją Miłość do tego stopnia, że budziliśmy się przy jej dźwiękach i z nią zasypialiśmy. Do tego stopnia miłość to była głęboka, że imię naszego pierworodnego było oczywiste: Robert na pierwsze, Gabriel na drugie (urodzenie się dziewczynki nieco skomplikowało sprawę). Byłam pewna, że Peter będzie moim wrogiem numer jeden do końca życia.
Potem Peter umilkł na dłuższy czas a ja dreptałam swoimi muzycznymi ścieżkami, naprostowywanymi od czasu do czasu przez MMŻ.
Aż pewnego dnia usłyszałam muzykę, która mnie zahipnotyzowała. Spowodowała zaćmienie umysłu i falę dreszczy. Ja jej nie słyszałam, ja ją czułam. Całą sobą. Pewnie już się domyślacie kim był sprawca? Nie inaczej, to był Peter Gabriel i jego ścieżka muzyczna do Ostatniego kuszenia Chrystusa.
Dzisiaj to ja jestem bardziej zagorzałym wyznawcą Gabriela niż MMŻ.

Czy macie zwyczaj słuchać muzyki w czasie gotowania? W filmowym świecie kulinarnym panuje opera. A u was? Może słuchacie już kolęd? Co ugotowalibyście do muzyki Petera Gabriela?

Ja wzięłam się za danie, które na początku nie wzbudziło entuzjazmu. Za to potem.... Poezja i peany na cześć. Domownicy na dźwięk słowa „owca” kręcą nosami, bo i zapach specyficzny i rzadko kiedy smaczne. Tym razem było inaczej.



Jagnięcina w wietnamskim gulaszu z sałatką kim chi:
(wg Food from Plenty Diany Henry)

8 kotlecików jagnięcych
2 cebule, pokrojone w piórka
2,5 cm imbiru, obranego i drobno pokrojonego
1 papryczka chilli, oczyszczona z pestek i
drobno pokrojona
3 ząbki czosnku, drobno posiekane
oraz
1 łyżeczka brązowego cukru
3 gwiazdki anyżu
2 łodygi trawy cytrynowej
5 szklanek bulionu
2 łyżki puree pomidorowego (ja dodałam łyżkę przecieru)
2 łyżki sosu rybnego
wyciśnięty sok z limonki
jeszcze jedna łyżeczka brązowego cukru
zielona kolendra do posypania
olej do smażenia

Przygotowujemy garnek, do którego zmieszczą się kotlety zalane bulionem i patelnię, na której usmażymy mięso.
Na patelnię wlewamy łyżkę oleju i rozgrzewamy. Kładziemy kotleciki jagnięce i smażymy do zbrązowienia z obu stron (nie solimy).
Zdejmujemy z patelni mięso i wrzucamy cebulę. Rumienimy ją i po kilku minutach dorzucamy czosnek, imbir i chilli. Smażymy jeszcze kilka minut. Przekładamy zarówno mięso jak i cebulę z całą resztą do garnka i dodajemy anyż, cukier, trawę cytrynową i bulion. Zagotowujemy wszystko, zmniejszamy ogień i przykrywamy garnek pokrywką. Gotujemy potrawę około 2 do 2,5 godziny na malutkim ogniu. Jagnięcina powinna być miękka, a mięso odchodzić od kości.
Jeśli zawartość garnka przypomina zupę, zdejmujemy pokrywkę i gotujemy mięso do zredukowania płynu. Kiedy zawartość garnka ma zadowalającą gęstość, dodajemy sok z limonki, sos rybny i drugą łyżeczkę cukru.
Wykładamy danie na talerze (najedzą się 4 osoby), posypujemy kolendrą i uprzedzamy, że w gulaszu mogą wystąpić chwile grozy w postaci drobnych kosteczek.




Jako orzeźwiający dodatek podajemy sałatkę kimchi wg Jamie'go Olivera.



Sałatka kimchi:

połówka kapusty pekińskiej
1 czerwona cebula
pęczek rzodkiewek
1 mała papryczka chilli
2 cm imbiru
2 łyżki posiekanej kolendry
sok z 1 limonki
szczypta soli
pół łyżeczki oleju sezamowego
pół łyżeczki cukru (dałam palmowy; w przepisie oryginalnym cukru nie było, ale dla mnie sałatka była zbyt wytrawna

Kapustę, rzodkiewki, chilli, cebulę drobno siekamy. Imbir ścieramy na tarce, dodajemy do poszatkowanych warzyw. Dorzucamy nieco soli. Mieszamy, dość mocno ugniatając. Dodajemy kolendrę, wlewamy sok z limonki i olej sezamowy. Na koniec wsypujemy cukier. Mieszamy i przekładamy na talerze.




Obie potrawy świetnie ze sobą współgrały. Zupełnie jak w muzyce. Dwa krańcowe elementy a tyle zaskakujących wrażeń.

Smacznego piątku

czwartek, 1 sierpnia 2013

Makaron z przegrzebkami i straganem warzywnym oraz ani słowa o lodach.



Aż mnie korci by napisać o lodach. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie samymi lodami człowiek żyje.
Wiecie jak to jest dostać nową zabawkę. Niewiele się różnimy od dzieci. Moja sorbetiera pracuje niestrudzenie. Z każdą porcją lodów cieszę się bardziej z jej posiadania.
Najchętniej opowiadałabym wam tylko o lodach, ale zdaję sobie sprawę, że temat jest śliski. Zresztą, przecież my też nie samymi lodami żyjemy.
Od czasu do czasu muszę wykombinować coś konkretnego, bo MMŻ gotów wzniecić powstanie.
Lato się rozszalało. Nie tylko temperatury o tym świadczą ale też to, co na stole. Cały ogródek dziś wpakowałam do garnka. Chciałam by było zielono, czerwono, optymistycznie. Makaron przyjechał ze sklepu, małże i imbir też ale już wszystko co kolorowe, warzywne jest spod płotu. Chwilka…brokuł też nie jest mój, ale założę się, że rósł po sąsiedzku.
Posadziliście fasolkę na balkonie? Albo pomidory? Pochwalcie się swoimi zbiorami. Nic nie jest tak budujące jak widok tego, co sami stworzyliśmy. Nie ma to jak zrobić wrażenie na samym sobie.
Pokażcie swoje doniczkowe cuda.


Bazując na tym co w lodówce i na tym co w ogródku ugotowałam lekki makaron, idealny na ciepłe popołudnie. Nie musicie trzymać się przepisu. Każda zielenina będzie dobra. Zamiast brokułu może być kalafior, cukinia, czy fasolka. Kto nie lubi papryki, niech poeksperymentuje z bakłażanem.
Taka składanka by myself.


 Makron z przegrzebkami i straganem warzywnym
(dla dwóch osób) 

wiązka makaronu (w moim przypadku był to somen)
połówka czerwonej papryki
1 cebula
2 ząbki czosnku
dwa plastry imbiru
szklanka poszatkowanej kapusty pekińskiej
garść ugotowanego bobu
garść groszku cukrowego (można zamienić zieloną fasolka szparagową)
kilka różyczek brokułu
1 papryczka chili
2 łyżki oleju do smażenia

Sos:

2 łyżki sosu sojowego
2 łyżki sosu ostrygowego
1 łyżka octu ryżowego
kilka kropel oleju sezamowego
pół szklanki wody
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

Przegrzebki:
paczka przegrzebków (około 14 sztuk)*
szczypta soli
szczypta przyprawy pięciu smaków
olej do smażenia
Rozmrażamy małże. Osuszamy, lekko solimy i posypujemy przyprawą pięciu smaków.

Zaczynamy od przygotowania warzyw. Gotujemy wodę w garnku. Lekko ją solimy. Wrzucamy na nią groszek i brokuł podzielony na cząstki. Gotujemy minutę, wyjmujemy łyżką cedzakową i natychmiast przelewamy lodowatą wodą. Będą chrupkie, nie surowe i zabójczo zielone.
Na patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy na niego pokrojoną w piórka cebulę, drobno posiekany czosnek i imbir, pocięte na kawałki paprykę i chili (jeśli lubicie ostre smaki).
Smażymy 2 minuty mieszając od czasu do czasu. Dorzucamy kapustę pekińską i smażymy jeszcze pół minuty.
Zdejmujmy z ognia i dodajemy do nich zielone warzywa czyli bób, brokuł i groszek.
Stawiamy na piecu garnek z wodą by ugotować makaron (wg przepisu) i rondelek by zrobić sos.
Wlewamy pół szklanki wody z sosem sojowym, ostrygowym, octem ryżowym.  Odlewamy kilka łyżek do osobnej filiżanki. Łączymy z mąką ziemniaczaną i mieszamy. Gdy woda się zagotuje wlewamy rozmieszaną mąkę ziemniaczaną. Ona zagęści sos. Czekamy aż się zagotuje zdejmujemy z ognia. Dodajemy olej sezamowy. Mieszamy.
Wracamy do przegrzebków. Rozgrzewamy olej i smażymy przegrzebki po minucie z każdej strony. Usmażone kładziemy na papierowy ręcznik, by usunąć nadmiar tłuszczu.
Ugotowany makaron przecedzamy i hartujemy zimną wodą. Znów przecedzamy. Stawiamy patelnię z warzywami na piec i dodajemy makaron. Mieszamy pomagając sobie dwoma widelcami.

Rozkładamy makaron na talerze i polewamy sosem. Na górę kładziemy przegrzebki. Choć równie dobrze mogą być krewetki czy kawałek ryby.
Powiem wam w sekrecie, że bez rybnych dodatków makaron też smakuje świetnie.
Jeśli wam zostanie porcyjka, to makaron  następnego dnia, na lunch w wersji zimnej jest genialny.



*przegrzebki kupiłam w Kauflandzie , choć w Lidlu też widziałam.

A jutro napiszę o lodach!


Smacznego czwartku i pamiętajcie, że weekend już niedaleko

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Zimowe niebezpieczeństwa i chiński kapuśniak



Ten kto wymyślił taką pogodę jak dzisiaj, musiał być w złym humorze. Czy to deszcz czy śnieg?  Ani jedno ani drugie. Wystawiam twarz spod czapki i jak ślimak chowam się z powrotem. Boli. To, co leci z nieba nie jest łagodnym peelingiem. Raczej przypomina działanie hebla.
Glazura na chodnikach i drogach zniechęciła mnie do wyprowadzania mojego czerwonego maleństwa z ciepełka garażu.
„Przecież twardym trza być, nie miętkim”. Poszłam sobie piechotą. Sam zamysł był niezły. Spacer zimową porą ma swoje plusy. Nie wzięłam tylko pod uwagę śliskich przestrzeni pod stopami i nadlatującego z nieba śnieżnego ostrzału artyleryjskiego.  Nie wiem, co gorsze. Skupić się na jednym i drugim nie sposób.
Podreptałam w miejscu próbując podjąć męską decyzję. Idziemy czy nie idziemy?
I w tym momencie nadjechał autobus. Nawet nie wiedziałam, że mam pod nosem przystanek. Odsiecz przyszła w samą porę. Nie straciłam szacunku do samej siebie, dotarłam na miejsce niczego sobie nie łamiąc i zachowując twarz w raczej nie naruszonym stanie. Jaka ulga.
To nic, że przede mną jeszcze droga powrotna.

A po powrocie, w nagrodę za męstwo i niezłomność charakteru ugotuję jedną z moich ulubionych zup.

Ile macie czasu na ugotowanie zupy? Jeśli niewiele, to ten przepis jest dla was. A jeśli na dodatek potrzebujecie zupy jak termoforu, bo zmarzliście, łapie was podstępna grypa lub musicie podreperować morale, to ta zupa jest dla was.



Kapuśniak po chińsku

1,5 litra bulionu (lub rosołu)
kapusta pekińska (ze trzy uczciwe garści)
3 ząbki czosnku
5 cm kawałek imbiru
3 łyżki jasnego sosu sojowego
5-6 pieczarek
garść szczypiorku lub zielonej dymki
1 pierś z kurczaka
2 łyżki jasnego sosu sojowego
1 łyżka miodu

Zagotowujemy bulion. Obieramy czosnek i rozgniatamy. Obieramy imbir i ścieramy na tarce. Czosnek i imbir dodajemy do bulionu. Do gotującego się bulionu wkładamy pierś kurczaka. Gotujemy pięć minut i wyjmujemy mięso. Pierś kroimy na plastry. Mieszamy miód z 2 łyżkami sosu sojowego. Do tej mieszanki wkładamy na kilka minut plastry mięsa.  Szatkujemy kapustę pekińską. Wsypujemy do gotującego się bulionu. Dodajemy sos sojowy i pokrojone na cienkie plasterki pieczarki. Gotujemy 5 minut. Wyłączamy.
Na patelnię wlewamy marynatę z kurczaka i zagotowujemy ją. Wkładamy plastry mięsa i smażymy aż marynata nie zgęstnieje i nie oblepi kawałków mięsa.
Do talerzy nalewamy zupę. Wkładamy po kilka plastrów miodowego mięsa i posypujemy pociętym szczypiorkiem.



Gwarantuję wam, że ta zupa postawi was na nogi.