Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lipca 2017

Moje dno oceanu oraz cytrynowy pstrąg z pomidorową salsą





















Dzisiaj mieszkam na dnie oceanu.
Nade mną przepływają morskie kolosy. Właśnie szary brzuch wieloryba zasłonił słońce i moje dno ogarnął półmrok. Czasami przemykają małe figlarne delfiny. Co chwila zmieniają kształty.. raz są delfinami, a za chwilę żaglówką. Do słońca wyciągają ręce podwodne modrzewie i mam wrażenie, że chcą podrapać po brzuszkach delfiny.
Moje dno oceanu jest ulotne. Dziś jest dnem jutro będzie lasem. Wszystko zależy od słońca i wiatru.
Wiatr pełni funkcję naganiacza. Na scenę przed domem zagania stada wszelkiego dobra. Majestatyczne wieloryby i tańczące delfiny to jego dzieło. Nie nadążam śledzić kolejnych odsłon. Woda dookoła potęguje wrażenie. Nawet małe rybki śmigają w rytm uderzeń wiatru. Czasami dochodzi do mnie ich śpiew ale po chwili ulatuje jak złudzenie. Czy pod wodą wieje wiatr?
Nie wiem czy pod wodą ale u mnie na pewno wieje. I przegania stada białe, szare, mokre, brzuchate, postrzępione. Groźne i skłaniające do marzeń. Bezszelestne i rozgniewane.
Dziś mam ocean na własność. Z wszystkimi jego mieszkańcami. Zadzieram głowę (ale nie za wysoko, bo tam tylko szarość) i czuję wodę na rzęsach. Czego dziś jest więcej? Powietrza w wodzie czy wody w powietrzu?
Lubię takie dni. Mogę poudawać, że jestem rafą koralową.



Pstrąg cytrynowy z pomidorową salsą

Prosto lekko i bardzo smacznie.

2 świeże pstrągi
1 umyta cytryna
pęczek tymianku cytrynowego
nieco soli i pieprzu
2 łyżki masła
1 łyżki oliwy

salsa pomidorową:
dwa dojrzale pomidory, pokrojone w kostkę
1 mała papryczka chilli, drobno posiekana
2 łyżki słodkiego arbuza, pokrojonego w kostkę
kilka listków mięty
oliwa
sól
pieprz
ocet balsamiczny (kilka kropli)

Wszystkie składniki salsy mieszamy ze sobą. Odstawiamy w chłodne miejsce.
Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni.
Rybę czyścimy, myjemy, osuszamy.
Delikatnie solimy z zewnątrz i od środka. Startą skórkę z cytryny mieszamy z 2 łyżkami soku z cytryny, pieprzem i oliwą.
Nacieramy rybę przygotowaną mieszanką. Do środka wkładamy tymianek i łyżkę masła.

Blaszkę do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia. Kładziemy na blaszce rybę i polewamy odrobiną oliwy. Na wierzch ryby kładziemy po dwa plastry cytryny.
Wkładamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy 20 minut.
Wyjmujemy rybę z pieca, usuwamy plastry cytryny i tymianek.
Przekładamy na talerze. Na wierzch ryby nakładamy po łyżce salsy pomidorowej. Skrapiamy oliwą i podajemy.




















Smacznego

środa, 31 sierpnia 2016

Leczo najlepszym pośrednikiem wspomnień





















Zazwyczaj leczo w moim domu robiło się z minimalnej ilości składników: z cebuli, papryki i pomidorów.
Kiedy gotował je mój Tata, był to koncentrat lata zamknięty w garnku.
Pomieszanie zapachów tak głęboko wryło mi się w pamięć, że każda inna wersja wydawała mi się świętokradztwem.

Tata kroił, siekał, smażył, mieszał, dosypywał i cmokał z zadowolenia. Potem z kromą świeżego chleba z masłem podawał mnie i Mamie miseczkę obłędnie kolorowej mieszanki warzyw.
To zawsze był sierpień.
Och jak czasami tęsknię za tamtymi czasami. Czasami, kiedy Tata uczył mnie delektować się pomidorami z czosnkiem i jogurtem.
Każda jego podróż (nawet ta zupełnie niedaleko) przekładała się potem na nowe odkrycia kulinarne. To nie były czasy sklepowych obfitości. Nawet papryka była wtedy atrakcją. Tym ciekawsze były nowości przywiezione z wcale nie tak odległych krajów.
To Tata podtykał mi pod nos nowe zapachy i namawiał do odważniejszego smakowania. Jestem pewna, że jemu zawdzięczam kulinarną ciekawość.
Czasami bywał uparty i za nic w świecie nie chciał kruchego ciasta schładzać w lodówce.
Wychodził potem z piekarnika twardy jak kawałek płyty pilśniowej gniot. Nie ratowały go ani owoce, ani Taty zaklęcia. Gniot pozostawał gniotem a przy kolejnym pieczeniu kruchego, historia się powtarzała.
Jak ja tęsknię za tamtymi dniami. Za kuchennymi wyczynami, czasami kończącymi się różową plamą na suficie, kiedy wybuchły nam butelki z malinowym eksperymentem. Za nieustannie wpajaną radość z gotowania a przed wszystkim z jedzenia.
Za cierpliwością, z jaką tłumaczył mi zawiłości fermentacji wina z jeżyn.
Zawsze nam się wydaje, że wszystko będzie trwało wiecznie. Nie trwa.
Zostają zapiski, zdjęcia i na pamięć przyrządzane potrawy, jak choćby to leczo.
Wystarczyło, że zamknęłam oczy i obok stał Tata śmiejąc się, że znów zapomniałam o kolejności: najpierw cebula, potem czosnek.










Leczo

3 papryki (kolor nieistotny, choć im bardziej kolorowo, tym weselej)
2 cebule
4 ząbki czosnku
1 papryczka chilli
5 pomidorów
2 nieduże cukinie
olej
sól
pieprz
1 łyżka wędzonej papryki
i 1 łyżka zimnego masła
Najpierw przygotowujemy front robót. Trzy miski, deska i ostry nóż na początek wystarczy.
Papryki kroimy w kostkę, po usunięciu gniazd nasiennych. To zawartość jednej miski.
Cebulę też kroimy w kostkę. Czosnek i chilli drobno siekamy. Niech zostaną na desce.
Druga miska to pokrojone z grubsza pomidory. Trzecia zawiera pokrojoną w kostkę cukinię.

Na ogniu stawiamy rondel z grubym dnem. Wlewamy 3 łyżki oleju i smażymy 3 minuty cebulę. Potem dorzucamy chilli i czosnek. Smażymy minutkę i wsypujemy paprykę. Mieszamy i smażymy 3 minuty. Dorzucamy pomidory, sypiemy wędzoną paprykę i przykrywamy garnek. Zostawiamy na małym ogniu 10 minut. Przyprawiamy solą i pieprzem.
Ostatnia do garnka wędruje cukinia. Po trzech minutach zdejmujemy garnek z ognia i wrzucamy łyżkę zimnego masła. Mieszamy i przykrywamy garnek.
Zostawiamy do przestygnięcia.
W tym czasie opiekamy kromkę chleba i wlewamy schłodzone wino do kieliszków.
Zapach mówi sam za siebie.
Jeżeli potrzebujecie dawki białka, to razem z papryką dodajcie do leczo pokrojoną w kostkę dobrą kiełbasę.
Leczo smakuje pysznie zaraz po przyrządzeniu, ale ja twierdzę, że kolejnego dnia dostaje pięknej głębi smaków i jest jeszcze lepsze. Zapraszam.






I smacznego

piątek, 26 sierpnia 2016

Deszcz w Cisnej i spaghetti bolognese


























Jak Cisna to w deszczu. Innej opcji nie było.
Szkoda, że rzadko udaje mi się zamówić konkretną pogodę i ją dostać.
Cisna kojarzyła mi się z deszczem i deszcz był. W pakiecie dostałyśmy też deszcz w Polańczyku, Rajskich, Ustrzykach Górnych, Czarnej, Baligrodzie....wszędzie.
Plany przejażdżki kolejką porzuciłyśmy, kiedy z wagoników (bez okien) wysypało się stado mokrych Wodniczków Szuwarków.
Góry wyglądały jak....nie wiem jak, bo tonęły w chmurach. Resztę widoków zasłaniały parasole. Jak myślicie jakie plany mieli turyści na ten deszczowy dzień?
Bingo! Postanowili wyruszyć do Cisnej. Bo przecież jak deszcz, to koniecznie w Cisnej. Oni też znali tę piosenkę.
Na szczęście były ciupagi, kierpce, kartki i kilimy z JPII.
Przepychając się chodnikami i czekając na wolny stolik w kawiarni miałam wrażenie, że wszyscy umówili się właśnie tutaj.
Wystarczyło jednak tylko wyjechać za ostatni dom a okazało się, że góry świecą pustkami.
Całe były nasze, z wszystkimi zakrętami, dolinkami i lasami. Brakowało co prawda niedźwiedzia, wilków i rysia ale zaliczyłam ten fakt do pozytywów.
Moja towarzyszka podróży była innego zdania.

Na jednym z zakrętów zobaczyłyśmy napis „zwierzyniec z pipy”. I ruszyła wyobraźnia.
Niestety, rozwiązanie zagadki musiało poczekać, bo w tej okolicy wujek google miał wolne.
Wyjaśnienie było mniej ekscytujące niż nasze domysły. Zwierzyniec z pipy to lane z kurka piwo ze Zwierzyńca.
A tak ciekawie się zapowiadało.
Zanim jednak rozwiązałyśmy tę zagadkę, wpadłyśmy do Polańczyka coś zjeść.

Szansa dla nie mięsożerców na znalezienie menu bogatszego niż pierogi z serem lub placki ziemniaczane jest niewielka. Dla niektórych restauratorów pierogi ruskie są daniem wegetariańskim. Przecież nie ma w nich mięsa.
Ano nie ma. Tylko jak nazwać to, czym są polane. Czy to aby nie skwarki?
Kurczak też bywa zaliczany do dań jarskich...Swoją drogą jakoś tak swojsko mi się na duszy zrobiło, bo dawno tego określenia nie słyszałam. „Jarskie” kojarzy mi się z barem mlecznym obok Akademii Muzycznej i zajęciami z wojska na drugim roku.
Ale to było w zeszłym stuleciu.
Tak więc, dania jarskie są ale nie są absolutnie daniami wegetariańskimi.
Trochę Bieszczady muszą nad jadłospisami popracować.
Jest jednak jedna rzecz, którą Bieszczady wyprzedzają innych. To lody tajskie.
Intrygujące. Prawda?
Boks tajski znam. Masaże tajskie też. Kuchnia tajska nie jest mi obca.
Za to lody tajskie to coś nowego. Na mojej wsi jedyne lody, to te, które ukręcę sama.
Niezastąpiony wujek google służył tym razem wiadrem informacji.
Aby je zrobić potrzebujemy lodowej blachy. Wygląda to jak duża patelnia do naleśników z tą różnicą, że nie jest gorąca, a lodowata. To taka maszynka do lodów, ale płaska.
Lody tajskie to kombinacja składników; są tam owoce, orzechy, różne smaki i kolory.
Fachowcem nie jestem, więc nie ośmielę się wchodzić w szczegóły. W każdym razie, aby je zrobić potrzebujemy kilkudziesięciu składników, mrożącej patelni i dwóch szpachli (wyglądają jak murarskie).
Sądząc po popularności, za jakieś dwa tygodnia znajdziemy je w każdym mieście.

My szukałyśmy czegoś do jedzenia i padło na pizzerię. I znalazłyśmy. I możemy z ręką na sercu polecić. Miejsce nazywa się Stanica i znajdziecie je w Polańczyku na ulicy Zdrojowej 34.
Pizza pycha a porcje słuszne. Zamówiłyśmy dwie i jedną jadłyśmy jeszcze następnego dnia na lunch. Też była bardzo dobra. I dobrą muzykę grali. Nareszcie jakieś wytchnienie po łomoczącym zewsząd disco polo.

Pożegnałyśmy Bieszczady z uczuciem niedosytu (wiadomo: nie było wilków) i z uczuciem, że chyba warto tu wrócić w innej porze roku. Może jesienią? Wszystkie przewodniki i pocztówki bieszczadzkie pokazują je właśnie wtedy.
Zobaczymy. Do następnego urlopu daleka droga.

Pizzy wam dziś nie zaproponuję a tym bardziej tajskich lodów ale makaron i owszem. Tradycyjny, prosty, nie jarski. A na dodatek włoski.
Wakacje nie byłyby zaliczone w pełni, gdyby choć malutki element włoski się w nich nie plątał. Padło na spaghetti bolognese.














Spaghetti bolognese

makaron spaghetti

sos:

2 łyżeczki oliwy
kilka plastrów boczku, drobno pokrojonych
pół kilograma mielonej wołowiny
1 marchewka, starta na tarce z grubymi oczkami
1 cebula, pokrojona w kostkę
1 łodyga selera naciowego, pokrojona drobno
1 puszka pomidorów
1 łyżka przecieru pomidorowego
kieliszek czerwonego wina
pół szklanki mleka
1 łyżka masła
1 szklanka bulionu
1 łyżeczka suszonego oregano
natka pietruszki
garść bazylii
parmezan
sól. Pieprz

Rozgrzewamy patelnię z olejem. Smażymy boczek z cebulą, marchewką i selerem. Gdy cebula się zeszkli dodajemy mięso, posypujemy oregano i obsmażamy do lekkiego zbrązowienia. Wlewamy mleko i masło i gotujemy aż odparuje połowa płynu. Teraz wlewamy bulion, wino, pomidory i przecier pomidorowy. Solimy do smaku i gotujemy na małym ogniu około pół godziny. Mięso powinno być miękkie a sos odparowany. Sypiemy łyżkę pietruszki i dodajemy do smaku sól i pieprz.

Gotujemy makaron jak lubimy (choć al dente to ideał). Odcedzamy makaron, zostawiając kilka łyżek wody z gotowania (a nuż okaże się, że sos trzeba nieco rozrzedzić).
Nakładamy na talerze porcje makaronu a na nie sos bolognese. Posypujemy tartym na świeżo parmezanem, dekorujemy np. bazylią i podajemy szybciutko, by gościom ślina nie ciekła na koszule.




Smacznego

P.S.
Dla tych co ciekawi cudzego urlopu mam zdjęcia:






















środa, 27 lipca 2016

Gnocchi z pomidorami, anyżem, cukinią i mascarpone i leśne historie, mrożące krew w żyłach





















- Ojejku jejku. Mamy żbika!
Z domu wywabiły mnie niecodzienne dźwięki. Coś się darło w niebogłosy, wyjąc jak potępieniec. Tylko koty mogą się tak wydzierać, a szczególnie koty, którym coś lub ktoś się nie spodobał.
Pędzę na odsiecz moim pieszczoszkom.
Wypadam zza domu i co widzę.
Na drodze do ogrodu stoją w konfrontacyjnej pozie dwa zwierzaki. Jeden jest mi znany. Szary, futrzasty, jednak już na pierwszy rzut oka widać, że jakiś większy niż zazwyczaj. W odległości jakichś dwóch metrów od niego stoi drugi potwór. Podobnej wielkości ale koloru bardziej burego. Duża głowa, krótkie łapy i masywny ogon w ciemne pasy.
Obaj stoją, uszy położyły po sobie i wyją jak dusze nieczyste.
Pierwszy daje upust swojemu oburzeniu. Kto to widział, żeby tak, po prostu,włazić na czyjąś ziemię.
Drugi wyje pewnie zaskoczony nieprzejednaną postawą pierwszego.
Kim jest ten obcy? Niby do kota podobny ale nie do końca.
Po głębokiej analizie, nocnym obserwowaniu intruza w świetle księżyca (rozłożył się na poduszkach na tarasie jak u siebie) wydedukowałam, że to żbik.
Miałam tylko nadzieję, że to żbik przechodni. Jak przyszedł tak pójdzie.
Koty podwoiły czujność a obcy za dnia raczej się nie pokazywał. Tylko z pobliskich krzaków o zmierzchu rozlegało się wycie.
Po trzech dniach nastąpiła cisza.
Czyżby gość sobie poszedł?
Koty odzyskały dobry humor, ja spokój.
Czwartego dnia, koło południa zza ławki wychynęła bura głowa. Zapiszczała, zajęczała a po chwili wyłoniła się reszta stworzenia.
Zerwałam się na równe nogi z okrzykiem: żbik wrócił!
MMŻ zachował zimny spokój: - jakiś taki mały ten żbik. Mniejszy od naszych kotów. I zupełnie zagubiony.
- Czy ty na pewno widziałaś żbika?
Upierałam się przy swoim a moja Mama podsumowała: - strach ma wielkie oczy.
A ja jestem pewna, że to piszczące stworzenie z wyjącym potępieńcem nie miało nic wspólnego.
I będę się upierać, że odwiedził nas żbik. Tylko Szary mógłby moją teorię potwierdzić.
Ale on moje dobre imię ma nosie.




Gnocchi z pomidorami, anyżem, cukinią, mascarpone


1 mała cebula
2 ząbki czosnku
1 małe chilli
pół puszki pomidorów lub 3
, duże, dojrzałe pomidory
1 gwiazdka anyżu
wiązka macierzanki
3 łyżki mascarpone lub kremówki
1 nieduża cukinia
2 łyżki startego parmezanu
oliwa
paczka klusek typu gnocchi

W rondelku rozgrzewamy oliwę i wrzucamy cebulę pokrojoną w kostkę. Następnie dorzucamy anyż o raz chilli i czosnek drobno pokrojone. Smażymy na niedużym ogniu aż cebula zmięknie. Wlewamy pomidory, dodajemy macierzankę i gotujemy na małym ogniu 10 minut. Wyjmujemy wiązkę macierzanki i anyż.
Dorzucamy pokrojoną w półplasterki lub paski cukinię i gotujemy jeszcze 3 minuty. Na koniec dodajemy mascarpone, dokładnie mieszamy i doprawiamy solą i pieprzem.
Zagotowujemy sos. Zdejmujemy z ognia.
Wsypujemy do sosu gnocchi. Posypujemy parmezanem i podajemy na letni obiad.





Smacznego

wtorek, 3 marca 2015

Złudna obietnica wiosny i butter chicken Ricka Steina


Wczorajsza burza była niezłą niespodzianką. Uznałam ją za dobry znak. Jeżeli nawiedziła nas pierwsza marcowa burza, to znaczy zima już dogorywa.
Tak sobie w naiwności swojej myślałam.
Dziś rano okazało się kto tu rządzi. Znów biało, znów mokro, znów po zimowemu.
A w niedzielę wypatrzyłam zielone pączki na krzakach w parku.
Historia aż nudna, bo powtarza się co roku. Marudzę od końca października, że zimno i ciemno. Czy moje marudzenie podniosło temperaturę choć o jeden stopień? Nie.
Czy siłą dobrej woli zmusiłam słońce by świeciło o godzinę dłużej? Nie.
Może więc mocą swego umysłu zmieniłam swoje nastawienie do zimy? Nie.
Walę głową w przysłowiowy mur pogody zimowej jak bezrozumna istota. Może czas zamiast jęczeć, pogodzić się z niezmienialnym.
Podobno klimat się zmienia. Niestety, niezauważalnie na mojej osi czasu.
Kupiłam tulipany w dużej ilości. Ale one też są anemiczne i jakieś takie mało wiosenne. Niby różowe ale różowością przybladłą. A już ich liściom i łodyżkom do zieleni jest równie daleko jak mnie do lipcowej opalenizny.
Sztuczne warzywa w sklepach, sztuczne kwiaty w kwiaciarniach, sztuczne zioła w doniczkach, sztuczne słońce w solarium.
Marzec.
Ogarnia mnie coraz większa tęsknota za ciepłem i kolorami. Tęsknię za momentem, kiedy będę szukać okularów słonecznych bo ilość słońca i kolorów stanie się nie do ogarnięcia gołym okiem.
Powiedzcie jak radzicie sobie ze zmęczeniem zimą? Ja jestem nią już bardzo zmęczona.
Podejmuję próby walki z ogarniającymi mnie zniechęceniem i sennością. Kupuję kwiaty, piekę ciasta, słucham muzyki i szukam coraz głębiej ukrytych pokładów dobrego nastroju.. Schowały się, zniknęły, pożarła je szarość i chłód.
Niech wrócą.
Może słoneczne jedzenie pomoże?


Butter chicken Ricka Steina

4 piersi z kurczaka, bez skóry, pokrojone na kawałki

marynata do kurczaka:
sok z 2 limonek
1 łyżeczka chilli w proszku (w przepisie oryginalnym występuje chilli Kashmiri, ale ja użyłam zwykłego chilli)
1 łyżeczka soli

Do zmieszanych składników marynaty wkładamy kawałki kurczaka, przykrywamy, wkładamy do lodówki i marynujemy godzinę.

Robimy drugą marynatę.

2 łyżki naturalnego, gęstego jogurtu
2 łyżki kremówki
4 ząbki czosnku, posiekane
2 łyżki posiekanego imbiru
1 łyżeczka garam masala
1 łyżeczka kurkumy
1 łyzeczka mielonego kuminu
dwie krople czerwonego barwnika spożywczego (niekoniecznie)

Zalewamy marynatą kurczaka, wcześniej marynowanego w limonce. Mieszamy, przykrywamy i odkładamy na noc do lodówki.

Przygotowujemy sos:
Sos:
50 g masła ghe
5 ząbków czosnku, pokrojonych
1 łyżka drobno pokrojonego imbiru
1 puszka pomidorów
pół łyżeczki chilli
pół łyżeczki mielonego kuminu
pół łyżeczki mielonej kolendry
pół łyżeczki mielonego cynamonu
pół łyżeczki garam masala
1 łyżka wiórków kokosowych
1,5 łyżeczki soli
1 szklanka wody
1 łyżka pestek dyni
1 łyżka orzechów nerkowca
2 łyżki wrzątku
pół łyżeczki brązowego cukru
pół szklanki kremówki

oraz
olej do smażenia
kolendra do posypania

Aby dokończyć danie, wyjmujemy kurczka z lodówki. Na piec stawiamy patelnię i wlewamy 2 łyżki oleju. Na rozgrzanym oleju smażymy kawałki kurczaka, wyjętego z marynaty.
Możemy go również upiec w piekarniku (około 15 minut).
W innym garnku rozgrzewamy kolejne 2 łyżki oleju i smażymy składniki sosu czyli: najpierw czosnek i imbir przez 3-4 minuty. Potem dodajemy pomidory i gotujemy 5 minut. Następnie dodajemy przyprawy, wiórki kokosowe, sól i wodę. Gotujemy 5 minut.
Do blendera sypiemy orzechy, pestki dyni i wlewamy 2 łyżki wrzątku. Miksujemy na pastę.
Do gotującego się sosu wkładamy podpieczone kawałki kurczaka i gotujemy kilka minut, aż mięso będzie gotowe. Mieszamy do sosu pastę orzechową. Jeżeli danie jest za gęste, uzupełniamy gorącą wodą.
Na koniec dolewamy kremówkę, mieszamy i zdejmujemy z ognia.
Posypujemy kolendrą i podajemy np. z ryżem.





Pyszne danie i działające jak aromaterapia.
Co prawda za oknem nic się nie zmieniło, jak było biało, tak jest biało, ale ja skupię oko na zawartości talerza.


Smacznego i wytrwałości w oczekiwaniu na wiosnę

wtorek, 25 listopada 2014

Błędy młodości i wegetariańskie makhanawala

























Coś mi ostatnio dni uciekają. Piszę mało, gotuję średnio ale za to zagadnienia gramatyczne wszelakiej maści zajmują moje myśli. Rozpatrywanie niezliczonej ilości możliwości zrobienia błędu przy budowaniu zdań mnie pochłania.
Nic się nie martwcie. To nie profesor Miodek ukrył się pod nazwą Limonka. Do profesora jest mi równie daleko jak na Madagaskar. Moje problemy są przyziemne i wynikają z zaniedbań młodości.
Skupienie się na jednej rzeczy zawsze odbywa się ze stratą dla innych.
Jak widać na przestrzeni ostatnich tygodni nawet ciasta robię na skróty. Byle szybciej i mniej kłopotliwie.
A przed nami....wszyscy wiemy co przed nami. Już dziś markety katują nas „Last Christmas”. MMŻ w zeszłym roku stwierdził, że to jest pierwszy powód, dla którego byłby w stanie uciec od świąt gdzie pieprz rośnie. Ta piosenka jest jak zagłaskanie kotka na śmierć. Stach pomyśleć, że przed nami jeszcze cztery tygodnie tych samych zestawów muzycznych. Aż ciarki przechodzą.

Wracając do moich językowych problemów muszę przyznać, że człowiek w życiu popełnia całą masę głupstw. Szkoda, że dobrych rad nie brałam na poważnie. Gdybym była kiedyś bardziej rozważna niż romantyczna, dziś nie tylko wiedziałabym czemu woda w oceanie jest słona ale znałabym definicję słowa „ kwark” (nie ma nic wspólnego z wytapianiem słoniny) i bez problemów uprawiałbym konwersację z Juanem na zmianę z Johnem.
Niestety, „mądr Polak po szkodzie”. Teraz staram się nadrobić błędy młodości ale możliwości nie zawsze nadążają za chęciami.
Jadę samochodem i powtarzam lekcje. Budzę się i układam w myślach pytania. Wyciągam mleko z lodówki i odpowiadam sobie na pytania.
Dziś bliska byłam pójścia na wagary. Nic z tego nie wyszło bo okazało się, że z latami umocniło się i okrzepło moje poczucie obowiązku. Powlokłam swoje szare (a właściwie zzieleniałe) komórki na rzeź wbrew zdrowemu rozsądkowi.
Niby nie było źle, ale najtrudniej jest zadowolić samego siebie. A do tego jeszcze daleka droga.

Na pokrzepienie serc, ponurą aurę i upiorne świąteczne piosenki trzeba znaleźć antidotum. Co powiecie na wino grzane z laską cynamonu, miodem i goździkami? Albo gorącą czekoladę z anyżem i dużą kroplą rumu?
Nic z tego. Żadnych używek. Umysł ma być świeży jak stokrotka o świcie.
Nie mam nic przeciwko temu, ale nie dziś.
Dziś jeszcze mam co nieco do przejrzenia. Curry musi wystarczyć.




wegetariańskie makhanawala 
wg Rick Stein's" India"

Pyszne kremowe curry, które ma swój rodowód na Goa. Rodzaj użytych warzyw nie ma znaczenia. Bakłażan, kalafior, ziemniaki, bataty, marchewka, fasolka, cukinia - każde będzie odpowiednie.
Rick Stein zastanawiał się co znaczy „makhanawala” i doszedł do wniosku, że to znaczy „z dużą
ilością masła i śmietany”. Czy to nie brzmi jak plaster na deszczowe dni?

Potrzebujemy na 4 porcje:
800 g różnych warzyw (marchewki, brokuła, kalafiora, fasolki, ziemniaków, batatów, dyni – wybór należy do was), pokrojonych na kawałki wielkości kęsa

sos:
50 g ghee*
1 cebula, pokrojona w piórka
5 ząbków czosnku, drobno roztartych
5 cm imbiru, drobno pokrojonego
400 g pomidorów z puszki
1 łyżeczkę chilli
pół łyżeczki mielonej kolendry
pół łyżeczki mielonego kuminu
pół łyżeczki mielonego cynamonu
ćwierć łyżeczki kurkumy
pół łyżeczki przyprawy garam masala**
1 łyżeczka wiórków kokosowych
1 łyżeczka soli
pół łyżeczki brązowego cukru
75 ml gęstego naturalnego jogurtu
4 łyżki kremówki
25 g orzechów nerkowca
zielona kolendra do posypania

Zaczynamy od ugotowania osobno ziemniaków i marchewki. Kiedy są miękkie ale jędrne, zdejmujemy z ognia i wylewamy wodę.
Aby zrobić sos rozgrzewamy ghee na patelni i wrzucamy cebulę. Smażymy aż będzie miękka i złota. Następnie dodajemy czosnek i imbir, i smażymy minutę. Wlewamy pomidory i gotujemy 5 minut. Czas na dodanie przypraw, soli i wiórków kokosowych. Dolewamy jeszcze pół szklanki wody i gotujemy wszystko na niedużym ogniu 10 minut.
W tym czasie w blenderze mielimy na pastę orzechy z 2 łyżkami wody. Dodajemy ją (pastę) do sosu i dolewamy jeszcze pół szklanki wody. Wrzucamy do sosu również warzywa, oprócz ziemniaków i marchewki i gotujemy wszystko 10 minut lub do momentu aż warzywa będą miękkie.
Na koniec do sosu dokładamy ziemniaki i marchewkę oraz jogurt i śmietanę. Zagotowujemy wszystko i zdejmujemy z ognia.
Posypujemy świeżą kolendrą.

*Jak zrobić masło ghee? Żadna to filozofia. To po prostu sklarowane na małym ogniu masło.
Bierzemy kostkę masła i wkładamy do rondelka. Podgrzewamy na malutkim ogniu aż się rozpuści. Zbieramy pianę z powierzchni masła. Gotujemy masło pół godziny aż będzie złoto karmelowe. Miejcie je na oku, żeby się nie spaliło. Zresztą, poczujecie, kiedy coś pójdzie nie tak.
Sklarowane masło przelewamy do słoiczka tak, by cała niepotrzebna reszta została na dnie rondla.
Gotowe ghee ma lekko orzechowy aromat i można je przechowywać dłużej niż masło.

**Jak zrobić garam masala (przepis Ricka Steina)
1 łyżka ziaren czarnego pieprzu
2 łyżki ziaren kuminu
2 łyżki ziaren kolendry
2 łyżeczki nasion kardamonu (około 30 strączków)
4 łyżeczki całych goździków
7 cm laski cynamonu
1 cały owoc gałki muszkatołowej

Wszystkie przyprawy (cynamon łamiemy na kawałki), oprócz gałki muszkatołowe wkładamy na suchą patelnię i podgrzewamy aż zaczną wydzielać zapach. Gałkę ścieramy na tarce i dodajemy do reszty przypraw. Mielimy przyprawy w blenderze na mączkę i przesypujemy do słoika. Szczelnie zakręcamy i mamy zapas na najbliższe dni. Co najmniej przez miesiąc przyprawa nie straci nic ze swego aromatu.




Smacznego

wtorek, 21 października 2014

Co tak pachnie czyli ziemniaki z kalafiorem w wersji indyjskiej


























Nie ma kuchni bardziej aromatycznej niż kuchnia indyjska. Podobno dotyczy to nie tylko aromatów
przyjemnych dla naszych zmysłów ale i tych całkiem odmiennych.
Ci, którzy byli są zgodni. Indie to kraj oszałamiających doznań zapachowych. Może kiedyś to sprawdzę. Na razie trwa skuteczna kampania zniechęcania mnie do podróży. Bo brudno, bo niebezpiecznie, bo śmierdzi, bo, bo, bo.....
Ja swoje wiem i póki się sama nie przekonam będę tkwić w bollywódzkich klimatach.
Dzisiejsza kolacja właściwie czekała w lodówce pod postacią ziemniaków i ugotowanego kalafiora. Nie wiem jak wy, ale ja lubię resztki. Ich zastosowanie w niekonwencjonalny sposób jest jedną z moich ulubionych czynności kuchennych.
Drugie życie makaronu nie jest żadnym wyzwaniem. Równie łatwo ugotowany ryż szybko da się zastosować np. w arancini. Pieczone mięsa można wsadzić w pieróg, naleśnik czy sałatkę.
Ziemniaki aż proszą się by je odsmażyć i zjeść z kefirem. Albo w duecie z kalafiorem zanurzyć je w mleczku kokosowym z dodatkiem curry.
Lub można z nich zrobić małe zgrabne kuleczki i podać z gorącym sosem jogurtowo pomidorowym.
Z resztek z wczorajszego obiadu wyjdzie pięknie pachnące i przyjemnie chrupiące danie egzotyczne. Jedząc wczoraj na obiad ziemniaki z kalafiorem i jajkiem sadzonym nie spodziewałam się, że dziś będzie wycieczka do Indii.
Polecam ją wam, bo resztki są pyszne.



















































Alu kofta

5-6 ugotowanych ziemniaków
połówka ugotowanego na pół twardo kalafiora
5 łyżek mąki z ciecierzycy*
pęczek posiekanej kolendry
1 łyżeczka przyprawy garam masala**
sól
pieprz
*Mąka z ciecierzycy jest dość istotna w kuchni indyjskiej. Można ją kupić w sklepach ze zdrową żywnością. Ona nadaje cudnej chrupkości smażonym plackom bhaji czy pakorom.
Jeżeli jednak nie możecie jej zdobyć, to użyjcie mąki pszennej. Nie polecam własnoręcznego mielenia ciecierzycy, bo grozi to utratą słuchu.

**Garam masala to jedna z popularniejszych mieszanek przyprawowych. Nie zawiera żadnych tajemniczych składników i bez problemów można ją zrobić się samodzielnie. Potem zamknąć w słoiku i chwalić się znajomym naszymi zdolnościami.

Są nam potrzebne:
1 łyżka czarnego pieprzu
1 łyżka nasion kminu rzymskiego
1 łyżka cynamonu
pół łyżki goździków
pół łyżki kardamonu
ćwierć łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej

Wszystko mielimy w młynku lub ucieramy w moździerzu. Zamykamy w słoiku.

Najlepiej ugotować ziemniaki i kalafiora dzień wcześniej (tu kłaniają się resztki z obiadu).
Na tarce z grubymi oczkami ścieramy ziemniaki i kalafiora. Dodajemy mąkę i resztę składników.
Formujemy w dłoniach kuleczki wielkości orzecha włoskiego. Ja dodatkowo obtaczam je jeszcze w mące z ciecierzycy.
Odstawiamy je na chwilkę i rozgrzewamy olej w głębokiej patelni.
Smażymy kuleczki na gorącym oleju aż będą złote. Obracamy w połowie smażenia.
Usmażone wyjmujemy na papierowe ręczniki i robimy sos.

Sos pomidorowo jogurtowy:

1 łyżka masła ghee (może być olej)
1 łyżeczka startego imbiru
1 mała papryczka chilli, drobno posiekana
1 puszka pomidorów bez skórki
pół łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
pół łyżeczki kurkumy
sól
oraz 1 szklanka jogurtu

W rondelku rozgrzewamy ghee i smażymy imbir i chilli kilka sekund. Następnie dodajemy przyprawy i znów smażymy mieszając kilka sekund. Kiedy cała kuchnia zapachnie jak marzenie o Indiach wlewamy pomidory i gotujemy aż całość zgęstnieje.
Dodajemy sól i jogurt, mieszamy i zdejmujemy z ognia.
Podajemy do wszelkich kulek warzywnych, do smażonego paniru, czy po prostu moczmy w nim chlebki naan.

Ale pycha!
Kto leniwy bądź zbyt głodny by czekać na gorący sos niech weźmie jogurt, doda do niego zmiażdżony czosnek, odrobinę mielonego kuminu i łyżkę oliwy. Taki sos do moczenia tez jest zabójczo smaczny.



Aromatycznych wrażeń i smacznego

niedziela, 16 lutego 2014

Morskie opowieści i ośmiorniczki na czerwono





















- Co pani z „tego” zrobi?
„To” było 800 gramowym woreczkiem małych ośmiorniczek. Cieszyłam się jak dziecko, bo rzadko udaje mi się je kupić.
Otwarłam buzię, żeby odpowiedzieć pani wybierającej obok kostki mintaja i zobaczyłam wyraźny niesmak i niedowierzanie na jej twarzy: jak ktoś może dobrowolnie jeść „to”?
Jej pytanie było czysto retoryczne. Ona nie chciała usłyszeć odpowiedzi. Ona wiedziała, że „to” jest świństwem, którego przyzwoici ludzie nie biorą do ust. Zresztą, nie czekała na moją odpowiedź. Zamanifestowała po prostu swoje zdanie.
Pomaszerowałam z woreczkiem do kasy a tam kolejna zdziwiona. Tym razem sympatycznie.
-A co pani z „tym” zrobi?
Oczekiwanie na jej twarzy zachęciło mnie do zwierzeń. Ja się rozpędzałam w opowiadaniu a pani kasjerka z uprzejmym uśmiechem słuchała. Potem stwierdziła, że jakoś chyba nie miałaby odwagi. Teraz ja się zdziwiłam. Jakiej odwagi? Co ma wspólnego z przyrządzaniem owoców morza odwaga. I przypomniała mi się historia naszego znajomego.
Swego czasu żeglowaliśmy po Morzu Śródziemnym. Któregoś ranka kupiliśmy na targu rybnym wiadro tego, co złowili w nocy rybacy. Było nas dziesięć sztuk, więc jedzenia musiało być dużo. W tym wiadrze był tak zwany żywiec, czyli wszystkiego po trochu. I krewetki i małe rybki i jakieś krabiki.
Podniecenie załogi było nieopisane. Z olbrzymią ilością pietruszki, czosnku i oliwy nasz kucharz wyczarował nam ucztę bogów. Do tego buła, słońce i dookoła woda. Skupiliśmy się wokół michy wielkości wanny i pilnowali sąsiada, żeby za dużo nie zjadł. Liczyliśmy każdą krewetkę, żeby było sprawiedliwie. I nie zauważyliśmy, że jest nas o jednego żarłoka mniej niż zazwyczaj. Jeden z nas zamiast skupić się na pilnowaniu swojego przydziału, siedział na dziobie, ostentacyjnie odwrócony plecami.
Dlaczego?
Nikt się co prawda nie zmartwił, bo to zawsze jedna gęba mniej do morskich wspaniałości, ale zerkaliśmy w jego stronę z lekkim niepokojem. A nuż jakiś kryzys go dopadł i rzuci się w błękitne odmęty. Na dodatek kolega nasz zzieleniał lekko i toczył wokół nieco błędnym okiem. Po skonsumowaniu gara, wylizaniu resztek i palców postanowiliśmy zaspokoić ciekawość.
Odpowiedz była prosta: jak wy „to” możecie jeść?!
Płakaliśmy z radości. Co ktoś, nie lubiący owoców morza, robi na środku Morza Śródziemnego?
No cóż. Zostawiliśmy mu cały zapas pasztetu podlaskiego. Przecież nie jesteśmy bez serca.























pyszne ośmiorniczki na czerwono:

800 g ośmiorniczek
2 szalotki
3 ząbki czosnku
1 liść laurowy
1 łyżeczka ziaren kolendry
skórka z jednej cytryny
1 szklanka puree z pomidorów
100 ml wytrawnego czerwonego wina
pęczek pietruszki, posiekany

Smażymy cebulę i czosnek. Dorzucamy liść, kolendrę i ośmiorniczki. Wlewamy wino, pomidory i bulion, dodajemy skórkę z cytryny oraz połowę pęczka pietruszki. Przykrywamy garnek i na małym ogniu gotujemy ośmiorniczki około 1,5 godziny. Im mniejsze są ośmiorniczki tym krócej się gotują. Najlepszą metodą jest próbowanie. Ośmiorniczki powinny być miękkie jak masło.
Kiedy osiągną ten stan, zdejmujemy pokrywkę i odparowujemy sos. Powinien być gęsty.
Wykładamy danie na talerz, posypujemy pietruszką.


























Żadnego strachu, niepewności czy rozczarowania nie przewiduję. Sama radość i sama przyjemność na talerzu.



Smacznego

czwartek, 16 stycznia 2014

Stare listy i zupa fasolowo szpinakowa
























Mija trzeci dzień mojego dobrowolnego zamknięcia. Na początku było nawet przyjemnie. Spałam ile się dało, czułam się zwolniona z wszelakich obowiązków i otaczała mnie atmosfera troski.
Kiedy po 24 godzinach chorowania pod kontrolą (czytaj po wizycie u lekarza) poczułam się lepiej, radość z zamknięcia nieco przybladła.
Kurcze, czemu ja pochopnie obiecałam MMŻ, że będę grzeczna i nie wyjdę z domu przez najbliższe trzy dni. Może trzeba było negocjować. Albo udawać, że się przesłyszało.
Pod koniec drugiego, kiedy przeczytałam trzy czwarte Przygody z owcą Murakamiego, ogarnął mnie zapał do prac fizycznych. Porządkowanie szafy jest pożyteczne i bywa zakończone zaskakującymi znaleziskami. Ja znalazłam na dnie fragment blendera. Nawet mnie to nie zdziwiło. A potem dokopałam się pudła z starymi listami (a jakże, przewiązanymi czerwoną wstążką) i odpłynęłam.
Spotkałam samą siebie tylko w innych czasach i innych okolicznościach. Czy można być zażenowaną samą sobą? Coś, co zrobiłam wieki temu czy może dziś wywoływać rumieniec?
Obiecałam komuś spotkanie. Nie dość, że nie przyszłam, to na dodatek już umawiałam się z kimś innym. Bez słowa wyjaśnienia, bez wyrzutów sumienia. List, który trzymałam w ręce był namacalnym dowodem, że z porzucaniem nie miałam problemów. Oj, młodości, młodości.
Kolejne listy, kolejne historie. Nawet wiersz jakiś znalazłam. Miłosny oczywiście.
Zastanowiłam się nad wyborami dokonanymi w życiu. Na ile zdajemy sobie sprawę z konsekwencji takiej czy innej podjętej decyzji. Robimy coś, piszemy do kogoś i w tej chwili zaczyna się snuć nitka, która wysnuta 20 lat temu, wciąż jest częścią składową naszego życia.
Po latach rzadko odgrzebujemy wspomnienia (chyba, że kombatanckie), bo dzień dzisiejszy jest wystarczająco absorbujący. Jednak wystarczy jeden stary list lub trzy dni przymusowego pobytu w domu i nagle, nieoczekiwanie z szafy wyskakuje kolega z podstawówki lub pierwsza miłość z obozu żeglarskiego. Można się zdumieć. Ja się zdumiałam. Spotkałam samą siebie. Niby ja, ale nie ja. Muszę się nad tym zastanowić.
Na razie porzucam pudło z listami. Tak na marginesie, znalazłam w nim też moje ściągi z matmy na maturę. Chyba mam na dziś dość spotkań po latach.
Poszukam sobie innych atrakcji. Oswojonych, dzisiejszych.























Zupa z fasolką i szpinakiem

1,5 litra bulionu
1 czerwona cebula
1 marchewka
2 ząbki czosnku
1 łyżeczka harissy
1 łyżeczka kuminu
1 szklanka pomidorów z puszki
1 szklanka fasolki z puszki
2 garści szpinaku
pół szklanki ugotowanej komosy ryżowej lub makaronu orzo
2 łyżki oliwy
dorzuciłam jeszcze dwa plastry grillowanego bakłażana


Na patelni rozgrzewamy oliwę i wsypujemy kumin. Podsmażamy pokrojoną w kostkę cebulę i czosnek oraz paseczki marchewki. Zagotowujemy bulion z pomidorami z puszki. Dodajemy do niego zeszkloną cebulę z czosnkiem i marchewkę. Potem wsypujemy opłukaną fasolkę i komosę lub makaron. Jeśli mamy, dodajemy bakłażan. Doprawiamy harissą oraz solą i pieprzem. Zagotowujemy zupę i na koniec wrzucamy liście szpinaku. Odstawiamy garnek z ognia. Po nalaniu do talerzy, można w niej zanurzyć porwaną na kawałki mozzarellę.




Bardzo aromatyczna zupa i bardzo styczniowa. I w moim przypadku, nie wywołująca żadnych wspomnień.


Ciepłego wieczoru i smacznego wam życzę