Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędzona papryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędzona papryka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lutego 2023

Luty nie grudzień czyli karmelizowane orzechy z wędzoną papryką

 



Oj tam, oj tam zaraz spóźniona. Oj tam, oj tam obiecała... Człowiek słaby jest a składający obietnice po dwakroć słaby. Pokus, odwlekaczy, usprawiedliwień w powietrzu krąży bez liku. Wystarczy rękę wyciągnąć i łowić. A to katar, a to wyjazd, jakaś niedyspozycja mentalna lub kocie futro na marynarce i już wymówka gotowa. Do tego grudzień i ciemno, i zimno  a święta tuż tuż. I prezenty wymyślić, a co dopiero kupić. Jakiegoś karpia ułowić, mak zmęczyć, może okno umyć. A już sylwester się pcha w kalendarzu. Każe baloniki dmuchać, szampana chłodzić, brzuch do cekinów wciągać. 

Głowy nie było do wpisów, zdjątek i przepisów. Głowa zatopiła się w cieple świąt i świętowania. Po dwóch latach chudziutkich rodzinnie choinka znów świeciła pełnym blaskiem. 

W amoku i nieliczeniu się z samą sobą postanowiłam wydać bal sylwestrowy. Z pełnymi konsekwencjami. Na sto par i orkiestrą, zastępem kelnerów i pokazem sztucznych ogni w naszym parku. Zaplanowałam szampanową fontannę i taniec kotylionowy.

Zaraz, zaraz, czy to Roździewiczówna? Czy ty już Limonko wytrzeźwiałaś po szaleństwach witania nowego roku?

Nieco mnie poniosło. Bal był na sześć osób, playlistę z spotifaya i bigos przyniesiony przez przyjaciół. I szampanie bezalkoholowym. Było bosko.

A potem codzienność wróciła z ciepłymi kapciami i poranną herbatką. Nadzieją na światło. Mamioną datą, bo to przecież już luty. Wydawało się, że najgłębsze ciemności za nami. Ha, cóż kiedy o ósmej mrok wciąż ma się dobrze. 

Może jutro wstanę? Poczekam na słońce. Wyciągnę cekiny, migające blaskiem udawanym. dziś muszą wystarczyć. 

Dzisiaj ktoś wymówił zaklęcie: "tłusty czwartek". Aż mi się zakręciło w głowie. Karnawał! Zapomniałam o jego istnieniu. A on ma się ku końcowi.

Może czas spełnić prośby i podzielić się ze światem przepisem na wyjątkowe orzechy:"bo one są takim świetnym dodatkiem do piwa, drinków, serialu, rozmowy wieczornej (niepotrzebne skreślić).

Zamieszczam więc przepis na orzechy, które przygotowuję w połowie grudnia i pakuję w torebeczki jako prezenty dla sąsiadów, kurierów, przypadkowych gości.

Pasują zarówno do grudnia jak i do czerwcowego, tarasowego piwa.

Ten wpis wziął się, więc,  ze znudzenia. Orzechowego.

Podaję przepis na karmelizowane orzechy z wędzoną papryką by już nie odpowiadać na pytanie: a dasz przepis? Daję:))



karmelizowane orzechy z wędzoną papryką: 

1/3 szklanki brązowego cukru

1/3 szklanki białego cukru

1 łyżeczka soli

1/4 łyżeczki papryki chilli lub cayenne, lub kashmiri

1/4 łyżeczki wędzonej papryki (dla koneserów można użyć ostrej wędzonej dla normalsów wystarczy łagodna wędzona)

1 łyżeczka cynamonu

0,5 kg orzechów włoskich lub pekanów

1 białko

1 łyżka wody


Piekarnik rozgrzewamy do 150 stopni. Blachę wykładamy papierem do pieczenia.

Wszystkie cukry i przyprawy mieszamy w dużej misce.

Białko ubijamy ale tylko lekko (frothy nie stiff).

Wrzucamy orzechy do białka i dokładnie mieszamy. Powinny być wszystkie otoczone białkiem. Potem orzechy przesypujemy do miski z przyprawami. Mieszamy starannie i przekładamy na blachę. Rozkładamy na całości blachy i pieczemy 30 minut. W połowie pieczenia mieszamy orzechy.

Potem wyjmujemy i studzimy na blaszce. 

Gotowe! Można wcinać w karnawale, w czasie wakacji i zawsze.




Smacznego


środa, 31 sierpnia 2016

Leczo najlepszym pośrednikiem wspomnień





















Zazwyczaj leczo w moim domu robiło się z minimalnej ilości składników: z cebuli, papryki i pomidorów.
Kiedy gotował je mój Tata, był to koncentrat lata zamknięty w garnku.
Pomieszanie zapachów tak głęboko wryło mi się w pamięć, że każda inna wersja wydawała mi się świętokradztwem.

Tata kroił, siekał, smażył, mieszał, dosypywał i cmokał z zadowolenia. Potem z kromą świeżego chleba z masłem podawał mnie i Mamie miseczkę obłędnie kolorowej mieszanki warzyw.
To zawsze był sierpień.
Och jak czasami tęsknię za tamtymi czasami. Czasami, kiedy Tata uczył mnie delektować się pomidorami z czosnkiem i jogurtem.
Każda jego podróż (nawet ta zupełnie niedaleko) przekładała się potem na nowe odkrycia kulinarne. To nie były czasy sklepowych obfitości. Nawet papryka była wtedy atrakcją. Tym ciekawsze były nowości przywiezione z wcale nie tak odległych krajów.
To Tata podtykał mi pod nos nowe zapachy i namawiał do odważniejszego smakowania. Jestem pewna, że jemu zawdzięczam kulinarną ciekawość.
Czasami bywał uparty i za nic w świecie nie chciał kruchego ciasta schładzać w lodówce.
Wychodził potem z piekarnika twardy jak kawałek płyty pilśniowej gniot. Nie ratowały go ani owoce, ani Taty zaklęcia. Gniot pozostawał gniotem a przy kolejnym pieczeniu kruchego, historia się powtarzała.
Jak ja tęsknię za tamtymi dniami. Za kuchennymi wyczynami, czasami kończącymi się różową plamą na suficie, kiedy wybuchły nam butelki z malinowym eksperymentem. Za nieustannie wpajaną radość z gotowania a przed wszystkim z jedzenia.
Za cierpliwością, z jaką tłumaczył mi zawiłości fermentacji wina z jeżyn.
Zawsze nam się wydaje, że wszystko będzie trwało wiecznie. Nie trwa.
Zostają zapiski, zdjęcia i na pamięć przyrządzane potrawy, jak choćby to leczo.
Wystarczyło, że zamknęłam oczy i obok stał Tata śmiejąc się, że znów zapomniałam o kolejności: najpierw cebula, potem czosnek.










Leczo

3 papryki (kolor nieistotny, choć im bardziej kolorowo, tym weselej)
2 cebule
4 ząbki czosnku
1 papryczka chilli
5 pomidorów
2 nieduże cukinie
olej
sól
pieprz
1 łyżka wędzonej papryki
i 1 łyżka zimnego masła
Najpierw przygotowujemy front robót. Trzy miski, deska i ostry nóż na początek wystarczy.
Papryki kroimy w kostkę, po usunięciu gniazd nasiennych. To zawartość jednej miski.
Cebulę też kroimy w kostkę. Czosnek i chilli drobno siekamy. Niech zostaną na desce.
Druga miska to pokrojone z grubsza pomidory. Trzecia zawiera pokrojoną w kostkę cukinię.

Na ogniu stawiamy rondel z grubym dnem. Wlewamy 3 łyżki oleju i smażymy 3 minuty cebulę. Potem dorzucamy chilli i czosnek. Smażymy minutkę i wsypujemy paprykę. Mieszamy i smażymy 3 minuty. Dorzucamy pomidory, sypiemy wędzoną paprykę i przykrywamy garnek. Zostawiamy na małym ogniu 10 minut. Przyprawiamy solą i pieprzem.
Ostatnia do garnka wędruje cukinia. Po trzech minutach zdejmujemy garnek z ognia i wrzucamy łyżkę zimnego masła. Mieszamy i przykrywamy garnek.
Zostawiamy do przestygnięcia.
W tym czasie opiekamy kromkę chleba i wlewamy schłodzone wino do kieliszków.
Zapach mówi sam za siebie.
Jeżeli potrzebujecie dawki białka, to razem z papryką dodajcie do leczo pokrojoną w kostkę dobrą kiełbasę.
Leczo smakuje pysznie zaraz po przyrządzeniu, ale ja twierdzę, że kolejnego dnia dostaje pięknej głębi smaków i jest jeszcze lepsze. Zapraszam.






I smacznego

czwartek, 28 stycznia 2016

Empanadas czyli narada w Pentagonie


























Dawno, dawno temu. Może nie tak dawno jak w Kopciuszku ale na tyle dawno, że dzieci zdążyły urosnąć i mieć swoje dzieci, miałam zeszycik. Był brzydki, z wyjątkowo burą, plastikową okładką.
Wtedy wszystko było buro szare, od małych fiatów po zeszyty szkolne.
Ale w fiatach jeździli całkiem weseli ludzi a zeszyty kryły w sobie cenne skarby.
Wybaczcie, że nie wspomnę o matematycznych czy biologicznych mądrościach szkolnych.
Mój brzydki zeszyt trzymał się z dala od wszelkich szkolnych treści.
Był przeznaczony do wyższych celów. W nim kryły się tajemnice wydarte światu.
Jeśli spodziewacie się teraz, że dowiecie się kto zabił Kennedy'ego lub czy strefa 51 widziała kiedyś obcych, to muszę was rozczarować.
Żadne spiski i tajne sprawki zimnej wojny, lądowania na księżycu czy potwora z Loch Ness nie znajdą tu wyjaśnienia.
Zeszyt zawierał przepisy kulinarne. Niektóre miały całkiem zagadkowe nazwy: Kupa Ewy, Pijany Izydor, Fuga placek, Czarna masa...
Wszystkie, absolutnie wszystkie miały swoich znanych mi autorów. Nie z telewizji czy kina. Nie, nie... autorami były moje koleżanki, znajome, mamy koleżanek, ciocie i babcie.
I każdy przepis poznałam organoleptycznie. Nieco zmieniając klasyka mogę powiedzieć, że: veni, vidi, comedi czyli przybyłam, zobaczyłam, zjadłam.
Zapisywanie przepisów przypominało czasem pisanie palcem po wodzie. Jak nakłonić 86 letnią babcię koleżanki by podała mi proporcje na placek kiślowy?
Ona piekła go od zawsze tak jak robiła go jej babcia. Proporcje? A co to są proporcje?
Męczyłyśmy się i ona, próbując ująć w karby historię, i ja mając nadzieję, że placek kiślowy nie zmieni się w moich rękach w bombę zapalającą.
Różnie bywało z efektami końcowymi. Niektóre przepisy nie lubią nonszalancji. Wszystkie próby upieczenia czegoś z drożdżami w tamtych czasach kończyły się produktem końcowym w postaci cegły. Długo potem nie odważyłam się eksperymentować z drożdżami.

Potem pojawiły się pierwsze książki kulinarne, jedna przeprowadzka, druga. I zeszycik przepadł.
Odnalazł się przy okazji kolejnych przenosin.

Lubię napotykać na drodze pamiątki z przeszłości. Takie, które młodsza Ja pozostawiła dzisiejszej Mnie. Jestem ciekawa takich spotkań, bo zeszyt ze starymi przepisami na zupę czy album ze zdjęciami działają jak maszyna czasu. Dziwią, zaskakują, wzruszają a nawet zawstydzają. Może też wyjaśniają skąd wzięło się uwielbienie dla tego a niechęć do czegoś innego.

W zeszycie znalazłam przepis na pizzę. W czasach, z których pochodzi moja pierwsza „książka kucharska” pizza była mało precyzyjnym pojęciem. Większość z nas więcej o niej słyszała niż ją jadła.
Kombinacje jak upiec coś na kształt pizzy przypominały czasami burzę mózgów w Pentagonie.
Aż pewnego dnia jedna z moich koleżanek obwieściła sukces. Udało się. Wszyscy zaproszeni na degustację byli wniebowzięci.
Nie pamiętam jak smakowała ale przepis mam.
I pomyślałam (teraz mam coś na kształt wyobraźni kulinarnej), że ten przepis można by użyć do innych celów.
Tak urodziło się po raz drugi ciasto o dość wszechstronnym zastosowaniu.
Po raz kolejny udowodniłam samej sobie, że historia ma znaczenie.


























Drugie wcielenie ciasta na pizzę (nieco zmodyfikowane) czyli

Empanadas
na około 30 pierogów

1,5 szklanki mąki pszennej
2 łyżki mąki kukurydzianej
pół łyżeczki soli
70 g margaryny
70 g masła
100 g serka kremowego (np. philadelphia)

nadzienie:
mięso z grillowanego kurczaka
kawałek chorizo
1 cebula
2 ząbki czosnku
1 łyżeczka wędzonej papryki
2 łyżki świeżej kolendry
pieprz
olej do smażenia

Podsmażamy na oleju pokrojoną cebulę i czosnek. Dorzucamy drobno pokrojone chorizo i posypujemy papryczką wędzoną. Smażymy aż cebula będzie miękka.
Kurczaka kroimy na kostkę i dodajemy do reszty składników. Pieprzymy.
Zostawiamy do wystygnięcie i mieszamy z kolendrą.

Schłodzone masło i margarynę kroimy w kostkę. Przesiewamy mąki, mieszamy z solą i wsypujemy do masła. Dodajemy serek. Siekamy wszystko nożem lub miksujemy mikserem do połączenia się składników.
Zagniatamy ciasto, rozpłaszczamy na placek i wkładamy do torby foliowej. Chłodzimy godzinę w lodówce.
Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki i rozwałkowujemy na grubość ciasta na pierogi.
Wykrawamy koła wielkości np. szklanki
Kładziemy łyżkę nadzienia. Brzeg pieroga smarujemy wodą i sklejamy. Brzegi zawijamy jak falbankę lub ściskamy widelcem.
Zostawiamy pierogi na 10 minut. Potem smarujemy je rozmąconym jajkiem,
W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 190 stopni.
Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia. Na papierze umieszczamy pierogi i wsuwamy do piekarnika.
Pieczemy 20 minut, aż będą złote i rumiane.

Podajemy z sosem pomidorowym lub skropione sokiem z limonki.



środa, 4 grudnia 2013

Tydzień zaczyna się w środę czyli tunezyjskie danie rybne


Weekend tak mnie rozleniwił, że niczego twórczego jeszcze w tym tygodniu nie osiągnęłam.
Mama moja co prawda delikatnie daje mi znaki, że kolęda za progiem i może jakieś porządki świąteczne czas zacząć, ale chyba na razie jestem odporna na znaki.
Wracając do weekendu to był pod każdym względem udany. Poznałam przemiłą osobę. Nie zdziwiło mnie, że jest przemiła, bo spodziewałam się tego. Jednak przyjemnie jest mieć rację. Ktoś, kto potrafi w tak piękny sposób ujarzmić papier musi mieć w sobie światełko. Kasiu, jeszcze raz dziękuję ci bardzo.

Odwiedziłam piękny i jak zwykle zatłoczony Kraków. Niestety w tempie ekspresowym, bo wieczorem czekała nas niespodziewana porcja śmiechu. W Potworach i Spółce ładuje się akumulatory strachem. Myślę, że gdyby Korez miał akumulatory magazynujące śmiech, to w sobotę na Swingu by ich zabrakło. Takiego huraganu śmiechu już dawno nie słyszałam. Po spektaklu usłyszałam uwagę jednej z oglądających, że na plakatach powinna być uwaga, by kobiety darowały sobie makijaż. I tak spłynie. Jeśli jesteście w okolicy Katowic, idźcie koniecznie na Swing do Koreza. Za niewielkie pieniądze dostaniecie ogromną porcję radości.
W weekend zaczął się grudzień i dzięki temu wszedł do mojego życia trochę tylnymi drzwiami. Sobota i niedziela to takie małe urlopy. Nieważne są wtedy kalendarze i zegarki. Przy takim podejściu zawsze jestem zaskoczona, kiedy okazuje się, że w poniedziałek jest już całkiem inny miesiąc niż w piątek. Nie tylko się zmienił ale już nawet rozhulał, bo dziś jest przecież Barbórka.
Kto to widział w środę rozpamiętywać miniony weekend. Do następnego zostały dwa dni, więc najwyższy czas wziąć się za coś pożytecznego.
Co tam dziś gotujemy?



Tunezyjskie danie rybne:

pół kilograma ryby np. dorsza, morszczuka lub łososia
2 szklanki upieczonej dyni
1 puszka pomidorów
1 cebula, pokrojona na kawałki
3 ząbki czosnku, drobno posiekane
2 łyżeczki harissy
pół łyżeczki mielonej wędzonej papryki
1 łyżeczka mielonego kuminu
2 liście laurowe
skórka otarta z jednej wyszorowanej cytryny
sok z połowy cytryny
pół litra bulionu
2 łyżki oliwy
natka pietruszki
kilka liści mięty
pieprz

Na patelni rozgrzewamy oliwę i wrzucamy cebulę i czosnek. Dodajemy przyprawy: 1 łyżeczkę harissy, paprykę, kumin, liść, skórkę z cytryny. Wlewamy bulion i pomidory. Zagotowujemy i trzymamy na małym ogniu 10 minut. Następnie dorzucamy do gotującego się wywaru dynię i pokrojone kawałki ryby. Znów gotujemy 5-7 minut. Ryba pokrojona na kawałki nie wymaga długiego gotowania. Ugotowaną zupę zdejmujemy z ognia i dodajemy do niej sok z cytryny i posiekaną pietruszkę i miętę. Doprawiamy pieprzem i ewentualnie łyżeczką harissy, jeśli lubimy płomienne smaki.
Bardzo dobrze smakuje z kuskusem, choć świeże pieczywo też dobrze wypadnie w roli dodatku.




Po takim daniu mogę z całym zapałem rozpocząć tydzień. Że późno? Lepiej późno niż później.

Smacznego

poniedziałek, 4 listopada 2013

Tajemnice niskich temperatur i frittata ze szpinakiem




Raz, dwa i już listopad. Czy tylko mnie dni uciekają jak szalone? Aż strach pomyśleć, że za miesiąc zaczniemy rozglądać się powoli za choinką. Czas najwyższy zagnieść ciasto na pierniki. Kto nie pamięta, to przypominam. Mówię to z pełnym spokojem i nawet nieco arogancko. Problem piernikowy mnie nie dotyczy. 
Po powrocie do miasta, zrobiłam remanent moich kuchennych półek. Niby kuchnia mała, niby ciągle narzekam, że mam mało miejsca, ale do upychania i zapychania mam wyjątkowy talent. Do tego dochodzi zamiłowanie do ukrywania cennych rzeczy w bezpiecznych miejscach. Tak bezpiecznych, że sama wyrzucam z pamięci ich lokalizację. Ba, nawet istnienie samych rzeczy wyrzucam z pamięci. Brzmi zagmatwanie?
Proszę, oto przykład. Kupuję w sierpniu filiżanką z żabą w prezencie. Już wiem, że będzie świetnym prezentem w styczniu. Chowam skorupę pieczołowicie i... zapominam o niej następnego dnia. W marcu szukając rękawiczek (o których oczywiście też nie pamiętam) znajduję ją wciśniętą między kostiumy kąpielowe. Zapewniam was, że to nie jest odosobniony przypadek.
Wracając do remanentu. Na szafce kuchennej, poza moim zasięgiem, stała puszka. Lubię puszki i pudełka wszelakie. Jej widok nie był więc niczym zadziwiającym. Co się będzie pusta puszka marnować? Suszone śliwki jak nic do niej pasują. Przytargałam drabinę i przeżyłam moment zaskoczenia. Puszka była pełna. Pełna pierników. Pięknych, lukrowanych, zeszłorocznych pierników. Schowałam je przed sobą? Przed światem? Na zapas? Kto może wiedzieć, co mi w grudniu chodziło po głowie. Zamknęłam puszkę i odłożyłam na miejsce. Pewnie ciekawi jesteście, czy pierniki były jadalne? Jak najbardziej. Może nie miały miękkości masła, ale zębów nie wyłamywały. Jeżeli znów o nich nie zapomnę, to w tym roku przypadnie im rola ozdób choinkowych.
Kolejnym miejscem, które wymagało przeglądu była zamrażarka. Ojejku! Nie prowadziło to do budujących wniosków. Pasta fasolowa, pojemniczki z zamrożonymi resztkami wina, sery: manchego i parmezan (nie mroźcie go, bardzo się suszy i kruszy) i jakieś zapomniane pieczywo. Oszczędzę wam szczegółów. Na samym dnie, na drugim biegunie wcześniej odkrytych pierników, leżało zawiniątko. Ciężkie i całkiem sporych rozmiarów. Ruszyła moja wyobraźnia, ale mimo wytężonej pracy nic mi się w głowie nie wykluło. Odpakować czy nie? Jakiego pochodzenia jest skamieniały fragment? Powąchanie nic nie dało. Wszystko w minus 18 pachnie tak samo.
Odpakowujemy.
W zgrabnym, solidnym bloku leżało sobie ciasto. Nie byle jakie ciasto. Ciasto piernikowe.
Czyli mam teraz dojrzewający od roku materiał na świąteczne pierniki. Jedyna wątpliwość, to czy takie zahibernowane ciasto jest jeszcze pełnowartościowym ciastem? Może ktoś spotkał się z takim problemem?
Odłożyłam je z powrotem z szczerą nadzieją, że tym razem pamięć mnie nie zawiedzie i przed świętami będzie jak znalazł. W każdym razie, ciąg dalszy nastąpi.
A odnaleziony w arktycznych warunkach manchego zużyłam do zrobienia frittaty.
To taki omlet, ale nieco grubszy i mogący być samodzielnym daniem obiadowym. I można do niego zużyć produkty po ewentualnym remanencie.




Frittata ze szpinakiem i serem manchego

3 szklanki świeżych liści szpinaku
6 ząbków czosnku
8 plasterków szynki (prosciutto, serrano czy innej)
1 szklanka startego sera (w mojej frittacie jest manchego ale podejrzewam, że cheddar też będzie pasował)
4 jajka
pół szklanki śmietany kremówki
1 łyżka mąki
pół łyżeczki wędzonej papryki
pieprz
ani odrobiny soli
1 łyżka oliwy

Umyty i dobrze odsączony szpinak (niezastąpiona jest wirówka do sałaty) wrzucamy na rozgrzaną oliwę. Smażymy kilka minut do jego omdlenia. Odparowujemy wodę i zdejmujemy patelnię z ognia. W misce mieszamy szpinak, drobno pokrojony czosnek, pokrojoną w paski szynkę, pieprz i wędzoną paprykę. W drugiej misce łączymy ze sobą jajka, starty ser, śmietanę i mąkę.
Naczynie do zapiekania smarujemy masłem. Piec rozgrzewamy do 180 stopni.
Wysypujemy zawartość pierwszej miski do naczynia żaroodpornego i wlewamy masę jajeczną.
Wkładamy na 30-35 minut do piekarnika. Po upieczeniu sprawdźcie, czy środek masy nie ma jeszcze płynnej konsystencji. Wtedy dopiekamy danie jeszcze pięć minut. Kiedy już wyłączycie piekarnik, nie wyjmujcie fritatty od razu. Dajcie jej 15 minut poleżeć. Będzie lepiej związana.
Potem spokojnie zaczynamy ją kroić na porcje.
Świetnie smakuje z sałatką lub grillowaną papryką w oliwie. Jeżeli coś wam zostanie, to na zimno, następnego dnia, smakuje genialnie.




Smacznego listopada  

wtorek, 30 kwietnia 2013

Tortilla z czym popadnie i początek długiego weekendu





Jutro zaczyna się długi weekend. Czyli kto może ucieka z miasta. A teraz przypomnijcie sobie jakikolwiek film o końcu świata i przywołajcie z pamięci sznur samochodów ciągnący się od centrum aż po horyzont, byle dalej poza granice miasta. Zawsze w takim filmie znajdzie się jakiś wariat jadący w stronę przeciwną. Z jednej strony totalny drogowy chaos, a z drugiej, prosta, pusta droga i samotny samochodzik. A w nim ja.
Co prawda opis nieco przesadzony, ale oddający całą treść dzisiejszego popołudnia.
Wiadomo co robią te tłumy jadące od miasta. Uciekają. Ale dlaczego ktoś miałby dobrowolnie do tego miasta się pchać?
Znacie syndrom oblężonej twierdzy? Ci , którzy są w środku, chcą się wydostać na zewnątrz. A ci, którzy są poza nią, chcą się dostać do środka.  Ta zasada dotyczy szczególnie długich weekendów.
Wymyśliliśmy sobie z MMŻ, że nie ma lepszego momentu na spotkanie ze znajomymi mieszczuchami, jak początek długiego weekendu. Ulice puste, knajpy nie przepełnione. Jutrzejszy powrót pod las będzie bułką z masłem w porównaniu z dzisiejszym szaleństwem, kiedy wydostanie się z centrum trwa dłużej niż w zwykły dzień cała podróż.
Jadę więc po szesnastej, a na pasie w stronę przeciwną ciągnie się metalowy wąż. Duże, małe, kolorowe, stare i nowiutkie. I nie ma znaczenia ilość koni rżących pod maską. Taka ucieczka ma swoje prawa. Jest sznurek i ty w tym sznurku masz swoje miejsce. Bez względu na znaczek na masce.
Na moim pasku drogi wolna przestrzeń i luz. Jakiś motocyklista przemknął, zanim zdążyłam mrugnąć. Daleko przede mną majaczy ciężarówka. Za mną pusto. A na horyzoncie miasto.
Już wiem, że mam tyle czasu do spotkania, że zdążę zaszaleć z obiadem. Bez pośpiechu, bo wszystko zrobi się w pół godziny.



Tortilla z czym popadnie:

4 placki a la tortilla
wypełnienie:
upieczone udko z kurczaka
pół papryki
garść pieczarek
mały batat
czerwona cebula
dużo siekanej kolendry lub pietruszki
20 dkg cheddara
łyżeczka wędzonej papryki (niekoniecznie)
kilka łyżek sosu pomidorowego

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Wszystkie warzywa kroimy w paski lub kawałki. Układamy na blasze, skrapiamy oliwą i pieczemy około pół godziny.
Kurczaka rwiemy na kawałki. Wegetarianie mogą sobie darować drób.
Podpieczone warzywa studzimy nieco, żeby sobie nie poparzyć palców.
Na jednym placku rozsmarowujemy 2 łyżki sosu pomidorowego, lekko obsypujemy wędzoną papryką (niekoniecznie) i kładziemy połowę warzyw i część mięsa z kurczaka. Sypiemy obficie starty ser i jeszcze obficiej zieleninę w postaci kolendry. Przykrywamy całość drugim plackiem i przyciskamy ręką. To samo robimy z druga porcją.
Rozgrzewamy patelnię na tyle dużą, żeby pomieściła nasz placek. Wlewamy dwie krople oliwy i na niedużym ogniu podpiekamy placek aż do rozpuszczenia się sera. Odwracamy placek na druga stronę i dopiekamy jeszcze z pół minuty.
Zdejmujemy tortillę z patelni i kroimy na części. Niezastąpiona jest tutaj okrągła krajarka do pizzy.
Podajemy z sosem meksykańskim lub guacamole.



1 dojrzałe awokado
1 limonka
1 nieduży pomidor bez pestek i skórki
1 ząbek czosnku
kilka kropel tabasco
sól, pieprz

Rozgniatamy awokado, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek, pokrojonego drobniutko pomidora i kilka kropel soku z limonki. Do smaku dodajemy sól, pieprz i tabasco. Mieszamy. Stawiamy obok placków.
A wieczorem wychodzimy w puste miasto i pijemy chłodną margaritę z przyjaciółmi.



Absolutnie wiosennego tygodnia życzę i dużo smacznego.

poniedziałek, 8 października 2012

Żółty, żółciutki, zupa kukurydziana



Jesień ma to do siebie, że po spranym kolorystycznie lecie i nieco jednowymiarowej wiośnie, nie oszczędza na kolorach. Farbki, jakimi maluje codzienne sceny są zapierające dech w piersiach. Takiego dramatycznego nieba, jak w tych dniach, próżno szukać w inne miesiące roku. Sceneria zmienia się jak w dobrym dreszczowcu. W ubiegłą sobotę poranek wmurował mnie w taras. Złoto, żółto, miedziano, słonecznie. Stoisz człowieku i dziękujesz rodzicom, że cię sprowadzili na ten świat. I cała reszta spraw przyziemnych w tym momencie się nie liczy. Są tylko chmury, mgła, wschodzące słońce, zapachy i kolory, kolory, kolory.
Ten stan kolorystycznej orgii potrwa jeszcze przez kilka, kilkanaście dni i potem już spokojnie będziemy mogli sobie narzekać na jesienną pluchę do woli. Ale na razie proszę, żadnego marudzenia, że zimo, czy mokro. Proszę grzecznie popatrzeć w niebo i na drzewa, kolorowe do bólu. Ponarzekać zawsze zdążymy.

                         

A po powrocie do domu zafundujmy sobie porcje słońca na talerzu. Zupę słoneczną w smaku i kolorze. 


Zupa kukurydziana

2 kolby kukurydzy
2 cebule
2 ząbki czosnku
2 szklanki bulionu
1 chili
0,5 papryki słodkiej
0,5 łyżeczki słodkiej papryki
0,5 łyżeczki wędzonej papryki
0,25 łyżeczki imbiru
sól
pieprz
2 łyżki oliwy
3 łyżki topionego cheddara
2 łyżki kwaśnej śmietany

jako dodatek:

smażone kawałki tortilli





Zupę kukurydzianą można ugotować na różne sposoby. Najprościej jest użyć kukurydzy z puszki. Ale nic nie równa się z świeżą kukurydzą. Ugotowana i potem użyta jest o niebo smaczniejsza niż taka zapuszkowana.
Kupcie więc dwie kolby, a najlepiej od razu więcej (cieplutka z masełkiem jest jak ambrozja), pogotujcie w lekko osolonej wodzie przez 12 minut a potem stawiając kolbę pionowo, obetnijcie wszystkie ziarenka.
Na oliwie przyrumieńcie delikatnie cebulę. Potem dodajcie czosnek i pokrojone chili. Jeszcze chwilę podduście i dodajcie całą kukurydzę. Wlejcie bulion i wsypcie przyprawy. Pogotujcie trzy minutki i zmiksujcie zupę blenderem. Zalacam przy tej czynności ostrożność, bo gorąca, miksowana zupa lubi wybuchać.
Na koniec miksowania dodajcie cheddar i śmietanę. Jeszcze raz włączcie mikser i kiedy zupa jest gładka i bez grudek, wasza praca jest prawie skończona.

Kto lubi dodatki w zupie, powinien dodać do niej kawałki smażonej tortilli.

Rozgrzewacie w głębszym rondlu oleju na trzy palce. Gotowe placki kukurydziane rwiecie na małe kawałki (np. wielkości pudełka zapałek). Wrzucacie kawałki na gorący olej. Smażycie jak frytki. Po około minucie wyjmujecie usmażone tortille na papierowy ręcznik. Są chrupkie i smakują do zupy wyśmienicie. Spróbujcie ich do guacamole  czy nawet do hummusu. Będą wam smakowały.
Zupę podajemy posypaną odrobiną kolendry i z chipsami tortillowymi.

Wszystko ma piękne jesienne kolory, mnóstwo aromatu i rewelacyjnie smakuje.



Smacznego