Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orzechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orzechy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lutego 2023

Luty nie grudzień czyli karmelizowane orzechy z wędzoną papryką

 



Oj tam, oj tam zaraz spóźniona. Oj tam, oj tam obiecała... Człowiek słaby jest a składający obietnice po dwakroć słaby. Pokus, odwlekaczy, usprawiedliwień w powietrzu krąży bez liku. Wystarczy rękę wyciągnąć i łowić. A to katar, a to wyjazd, jakaś niedyspozycja mentalna lub kocie futro na marynarce i już wymówka gotowa. Do tego grudzień i ciemno, i zimno  a święta tuż tuż. I prezenty wymyślić, a co dopiero kupić. Jakiegoś karpia ułowić, mak zmęczyć, może okno umyć. A już sylwester się pcha w kalendarzu. Każe baloniki dmuchać, szampana chłodzić, brzuch do cekinów wciągać. 

Głowy nie było do wpisów, zdjątek i przepisów. Głowa zatopiła się w cieple świąt i świętowania. Po dwóch latach chudziutkich rodzinnie choinka znów świeciła pełnym blaskiem. 

W amoku i nieliczeniu się z samą sobą postanowiłam wydać bal sylwestrowy. Z pełnymi konsekwencjami. Na sto par i orkiestrą, zastępem kelnerów i pokazem sztucznych ogni w naszym parku. Zaplanowałam szampanową fontannę i taniec kotylionowy.

Zaraz, zaraz, czy to Roździewiczówna? Czy ty już Limonko wytrzeźwiałaś po szaleństwach witania nowego roku?

Nieco mnie poniosło. Bal był na sześć osób, playlistę z spotifaya i bigos przyniesiony przez przyjaciół. I szampanie bezalkoholowym. Było bosko.

A potem codzienność wróciła z ciepłymi kapciami i poranną herbatką. Nadzieją na światło. Mamioną datą, bo to przecież już luty. Wydawało się, że najgłębsze ciemności za nami. Ha, cóż kiedy o ósmej mrok wciąż ma się dobrze. 

Może jutro wstanę? Poczekam na słońce. Wyciągnę cekiny, migające blaskiem udawanym. dziś muszą wystarczyć. 

Dzisiaj ktoś wymówił zaklęcie: "tłusty czwartek". Aż mi się zakręciło w głowie. Karnawał! Zapomniałam o jego istnieniu. A on ma się ku końcowi.

Może czas spełnić prośby i podzielić się ze światem przepisem na wyjątkowe orzechy:"bo one są takim świetnym dodatkiem do piwa, drinków, serialu, rozmowy wieczornej (niepotrzebne skreślić).

Zamieszczam więc przepis na orzechy, które przygotowuję w połowie grudnia i pakuję w torebeczki jako prezenty dla sąsiadów, kurierów, przypadkowych gości.

Pasują zarówno do grudnia jak i do czerwcowego, tarasowego piwa.

Ten wpis wziął się, więc,  ze znudzenia. Orzechowego.

Podaję przepis na karmelizowane orzechy z wędzoną papryką by już nie odpowiadać na pytanie: a dasz przepis? Daję:))



karmelizowane orzechy z wędzoną papryką: 

1/3 szklanki brązowego cukru

1/3 szklanki białego cukru

1 łyżeczka soli

1/4 łyżeczki papryki chilli lub cayenne, lub kashmiri

1/4 łyżeczki wędzonej papryki (dla koneserów można użyć ostrej wędzonej dla normalsów wystarczy łagodna wędzona)

1 łyżeczka cynamonu

0,5 kg orzechów włoskich lub pekanów

1 białko

1 łyżka wody


Piekarnik rozgrzewamy do 150 stopni. Blachę wykładamy papierem do pieczenia.

Wszystkie cukry i przyprawy mieszamy w dużej misce.

Białko ubijamy ale tylko lekko (frothy nie stiff).

Wrzucamy orzechy do białka i dokładnie mieszamy. Powinny być wszystkie otoczone białkiem. Potem orzechy przesypujemy do miski z przyprawami. Mieszamy starannie i przekładamy na blachę. Rozkładamy na całości blachy i pieczemy 30 minut. W połowie pieczenia mieszamy orzechy.

Potem wyjmujemy i studzimy na blaszce. 

Gotowe! Można wcinać w karnawale, w czasie wakacji i zawsze.




Smacznego


czwartek, 28 lipca 2016

Sałatka z bakłażanem, soczewicą i sosem z tahini czyli fioletowy górą



























Coś kuszącego jest w bakłażanie. Nigdy nie mogę obok niego przejść obojętnie.
Nie wiem czy to sama przyjemność jego dotykania czy fantazje, jakie lęgną mi się w głowie jako konsekwencje tego pierwszego.
Bakłażan jest chłodny i śliski w dotyku. Przypomina jedwab. Jeśli jednak dodać do niego jego jędrność i lekki opór pod palcami, przychodzi mi na myśl wąż.
Coś kuszącego, coś jak wąż.... ale się porobiło.
Nie wiem czy w raju rosły bakłażany. Myślę, że Stwórca był pod wrażeniem swojego talentu, kiedy natknął się na pierwsze fioletowe owoce. Ciekawe czy już wtedy przewidział kulinarne konsekwencje ich używania. I ciekawe czy kolor wybrał z premedytacją. Co prawda są też białe i fioletowo białe, jakby kolorowane niedokładnie fioletową kredką, ale to fioletowy dzierży palmę pierwszeństwa.
Chociaż... bakłażan może być kłopotliwym materiałem. Należy to tego rodzaju darów natury, które zyskują dopiero przy bliższym poznaniu.
W przeciwieństwie do ziemniaka jednak, ma efektowne warunki zewnętrzne. Co tu dużo gadać, wygląda pięknie.
Jednak prawdziwy jego urok tkwi w możliwościach.
Co prawda traci na urodzie w trakcie obróbki cieplnej, jednak nie uroda jest tutaj najważniejsza.
Jest jeszcze nieco za wcześnie, aby cieszyć się ogródkowym bakłażanem.
Mimo wielu prób nie udało mi się doczekać zbiorów. Roślinka i owszem rosła pięknie, kwitła uroczymi fioletowymi kwiatkami... i tyle. Zero fioletowych kuleczek. Mimo chuchania, dmuchania i zabiegów magicznych nic. Kompletnie.
Inni mają więcej szczęścia w uprawie i zamierzam z tego skorzystać bez skrupułów.
Co można z niego stworzyć?
Ha, czego nie można? Może ciasta. Choć nigdy nie próbowałam.
Cudnie współgra z serami wszelakimi, czosnkiem czy sosem pomidorowym.
Najbardziej lubię go w postaci przypieczonych na grillu lub patelni plastrów. Posypanie ich oscypkiem i polanie kroplą oliwy np. orzechowej jest wystarczającym powodem spaceru na targ.
Spróbujcie podać go z fasolą i sosem vinaigrette. Do tego opieczona kromka chleba, maźnięta solonym masłem. Och, piękne!
Pangratta z bakłażanem to dzieło sztuki dla kubków smakowych.
Jeśli przekroicie bakłażana wzdłuż i posmarujecie pastą miso, okaże się, że nawet kuchnia tak wyrafinowana jak japońska, nie pozostaje obojętna na jego walory.
Jak widzicie ta fioletowa pięknotka cieszy się dobrymi notowaniami w większości kuchni.
Nie będę was nudzić jego składem czy wskrzeszającą mocą witamin, bo średnio mnie to interesuje, pokażę wam co z niego zrobiłam tym razem.




Sałatka z bakłażanem, soczewicą i sosem z tahini

1 bakłażanem
1 łyżeczka przyprawy ras-el-hanout*
olej do smażenia

garść czerwonej soczewicy
2 łyżki posiekanej pietruszki
2 łyżki posiekanej mięty
1 łyżeczka sumaku**
1 mała czerwona cebula, pokrojona w plastry
4 pomidory, pokrojone na kawałki
garść orzechów włoskich, podpieczonych i połamanych na kawałki
2 łyżki oliwy z oliwek
sól

sos:

200 ml jogurtu
2 łyżki tahini***
2 łyżki oliwy z oliwek
sok z jednej cytryny
1 mały ząbek czosnku, starty na tarce
sól

Czy bakłażana trzeba solić przed obróbką, czy nie zostawiam wam. Ja solę, czekam kwadrans, potem myję i wycieram ręcznikiem papierowym.
Teraz smarujemy plastry oliwą zmieszaną z przyprawą raz-el-hanout.
Smażymy plastry na patelni aż zmiękną.
Zajmujemy się soczewicą. Zagotowujemy wodę w garnku. Wsypujemy soczewicę i gotujemy do miękkości. Potem odcedzamy ją i studzimy.
Ostudzoną soczewicę mieszamy z resztą składników sałatki. Polewamy oliwą i mieszamy.
W miseczce mieszamy składniki sosu.

Na talerz nakładamy sporą porcję sałatki soczewicowej. Na niej kładziemy plastry bakłażana, posypujemy orzechami a obok stawiamy sos w miseczce.
Jak wam się podoba?

*raz-el-hanout to bogata, marokańska mieszanka przypraw. Można ją zrobić samemu. Mieszamy:

2 łyżeczki mielonego imbiru
2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
2 łyżeczki kardamonu
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1 łyżeczka mielonego ziela angielskiego
1 łyżeczka mielonych ziaren kolendry
1 łyżeczka kurkumy
pół łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
pół łyżeczki mielonego białego pieprzu
pół łyżeczki pieprzu cayenne
pół łyżeczki mielonego anyżu
ćwierć łyżeczki mielonych goździków

Przekładamy do słoików i używamy jak najczęściej.

**Sumak jest przyprawą nieco kwaśną w smaku i czerwoną w kolorze. Nie mam pojęcia czym ją zastąpić ale w dobie internetu zdobycie jej nie powinno być trudne.

***Tahini to pasta sezamowa. Można ją kupić w większych sklepach.





Smacznego

sobota, 5 września 2015

Czy można zgubić sierpień? Czyli kruche oliwkowe ciasto z ricottą, figami, miodem i...brie
























Zrobiłam zakupy na wyczucie. Listę sprawunków oczywiście zostawiłam w domu. Targam siaty próbując odgrzebać w myśli kolejne punkty na liście. I mimochodem moja podświadomość rejestruje coś, co mi zdecydowanie zgrzyta w świecie zewnętrznym.
Staję i szukam źródeł tego zgrzytu. Mój wzrok pada na wystawę sklepową. Stoję i gapię się jak żona Lota. Na wystawie peleryny, chusty, kurtki, piękne spódnice w kratę i swetry, dużo swetrów.
Zaraz, zaraz, a gdzie sandałki? Gdzie podziały się kapelusze słomkowe i sukienki na ramiączkach.
Kiedy zniknęły szorty i kremy do opalania?
Przeoczyłam coś? Na pewno wyprzedaże. Na sto procent zgubiłam moment, kiedy ilość gołych brzuchów staje się odwrotnie proporcjonalna do białych bluzek.
Po odkrywczym wniosku, że w handlu zapanowała już jesień, dotarło do mnie, że na dodatek zaczął się wrzesień a z nim rok szkolny.
Coś się stało z sierpniem. Przynajmniej z moim sierpniem. Mieliście sierpień w tym roku? Może jakimś dekretem lub ustawą sierpień został w tym roku odwołany?
Proszę, pomóżcie mi znaleźć sierpień.
Nie dość, że zapominam list zakupowych, to na dodatek gubię miesiące. Pewnie nie pamiętam, ale gdzieś kiełkuje mi podejrzenie, że zgubiłam coś jeszcze.
Na szczęście przepisu na tę tartę nie zgubiłam, nie zapodział się sierpniu. Jest i mogę ją wam polecić.  


Kruche oliwkowe ciasto z ricottą, figami, miodem i...brie.

Ciasto:
75 ml oliwy z oliwek
2 szklanki mąki pszennej
pół szklanki cukru
skórka starta z jednej cytryny
1 jajko
pół łyżeczki proszku do pieczenia

nadzienie:
1 opakowanie serka ricotta
1 jajko
oraz
1 mały serek brie
kilka świeżych fig
3 łyżki płynnego miodu
garść pokruszonych orzechów np. włoskich do posypania

Praca jest zadziwiająco prosta.
Włączamy piekarnik i nastawiamy temperaturę 180 stopni.
Zaczniemy od ciasta.
Do miski wsypujemy i wlewamy wszystkie składniki i miksujemy do ich połączenia. Kiedy otrzymamy zgrabną żółtą kulę, wylepiamy nią formę na ciasto.
Nakłuwamy je widelcem i wkładamy do piekarnika na 10 minut.
Podpieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika (nie wyłączajmy go, bo zaraz ciasto wyląduje w nim ponownie).
Do miski dajemy ser, jajko i miksujemy na gładką masę.
Podpieczone ciasto smarujemy konfiturą. Na niej rozkładamy plastry pokrojonego serka brie. Na serek dajemy warstwę ricotty. Wyrównujemy powierzchnię serka i kładziemy na nim plastry fig.
Polewamy miodem, posypujemy orzechami i wstawiamy do piekarnika na 20 minut.

Zadziwiające to ciasto. Z zaskakującym środkiem. Prawie nie wyczuwa się w nim serka, chyba, że użyjecie takiego, który już samodzielnie pełza. No i figi...marzenie.
Ale ja nie jestem obiektywna. Ja uwielbiam wszystko, co figowe.

























Smacznego bardzo

piątek, 30 stycznia 2015

Telefon w śmietanie czyli tarta z orzechowym nadzieniem

























Odruchy warunkowe mamy wdrukowane bez względu na to czy nam na tym zależy czy nie. Amen.
Oto przykład,
Idę do kuchni niosąc telefon w ręce. Służy mi on do celów wszelakich. Jestem nawet czasami zdziwiona jego wszechstronną przydatnością.
W kuchni jest mi absolutnie niezbędny, bo jest moim radiem. Nie kręćcie nosem, że kto to widział, co to jakość i tym podobne. Jak się nie ma co się lubi...i tak dalej. Nie widzieliście mojej kuchni więc nie macie prawa do protestu.
Na razie musi być jak jest. Kto nie może znieść takiej profanacji niech nie czyta dalej.
Aby muzyczka słyszalna była nieco lepiej niż szepty za ścianą, wkładam telefon do wielkiej miski.
To moja muzyka z „gara”.
Pech chce, że ta miska ma też swoje zadanie główne czyli służy do ubijania, zagniatania, mieszania.
Telefon przy tych czynnościach jest, nie ukrywajmy, narzędziem zbędnym. Chyba, że odgrywa chwilowo rolę radia.
Żadne z niego mieszadło czy hak do wyrabiania chleba.
Co wyjdzie z połączenia sklerozy, kremówki i telefonu? Nic dobrego.
Podśpiewując pod nosem niosłam swoją prowizoryczną muzykę do kuchni. W kuchni potrzebne mi są wolne ręce a telefon ma swoje stałe miejsce. W misce. Zgrabnie wśliznęłam go do miski i...zrobiło mi się zimno. Jednocześnie usłyszałam „chlup” a potem zapadła cisza.
„Ratunku” właśnie utopiłam telefon! W śmietanie! Znacie może równie atrakcyjny sposób na zamordowanie telefonu?
Wyłowiłam nieszczęśnika i w pierwszym odruchu chciałam go oblizać.
Dylemat: pod wodę go czy może ściera, rozstrzygnęłam na korzyść tej drugiej. Najwyraźniej nie straciłam resztek zdrowego rozsądku.
Wypucowałam drania na błysk i z absolutną rezygnacją włączyłam.
A on zamrugał uspokajająco zielonym światełkiem (to kolor nadziei, prawda?), zawiadomił mnie, że na zewnątrz jest minus jeden i grzecznie włączył RMF Classic.
Zaniemówiłam. Czyżbym pierwszego stycznia wkroczyła w rok szczęśliwych trafów? Najpierw czwórka w totka a teraz telefon-reaktywacja.
Pozwolę sobie na ostrożny optymizm.
Śmietanę wywaliłam a telefon wrócił do czystej jak łza miski.
Morał z tej historii jest następujący: elektronika i czynności kuchenne powinny znać swoje miejsce. Żadne zamienianie się rolami nie powinno tu zaistnieć.

Skoro śmietana wylądowała w kanalizacji, musiałam zmienić plany dotyczące deseru.

Do nadzienia orzechowego nie tylko nie potrzebuję śmietany ale i misa miksera pozostanie niezagrożona. A tym samym mój telefon.




Tarta z nadzieniem orzechowym jest autorstwa Paula Hollywood'a.

ciasto:
Forma 23 cm
200 g mąki pszennej
100 g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
2 łyżeczki cukru pudru
1 jajko lekko rozbite
1 łyżeczka soku z cytryny
2 łyżeczki zimnej wody
szczypta soli

Do miski wsypujemy mąkę, cukier i sól. Wrzucamy masło i miksujemy do otrzymania okruchówm
Jajko rozmącamy z sokiem z cytryny i wodą. Wlewamy do okruchów i miksujemy do połączenia się składników.
Formujemy kulę i wkładamy na godzinę do lodówki.
Po godzinie wałkujemy ciasto do rozmiaru formy biorąc pod uwagę i boki. Wykładamy formę ciastem i umieszczamy w lodówce.

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.

Zajmujemy się nadzieniem orzechowym.
100 g masła
200 g mieszanki orzechowej (orzechy włoskie, pekany, laskowe, brazylijskie)
150 g golden syrup
125 g ciemnego cukru muscavado
3 jajka

W garnku z grubym dniem topimy masło, golden syrup, muscavado. Mieszamy aż składniki się połączą. Schładzamy masę i po wystudzeniu dodajemy rozmącone jajka.
Wyjmujemy formę z lodówki i układamy na nim mieszankę orzechową (większe orzechy dobrze jest pokroić na mniejsze kawałki).
Na orzechy wylewamy schłodzoną masę i wkładamy ciasto do piekarnika.
Pieczemy 35-40 minut.

Podajemy tartę z kleksem bitej śmietany. W moim przypadku ta opcja nie wchodziła w grę, ale od czego jest wyobraźnia.





Smacznego i niech was nie zasypie, bo u nas świata nie widać.

środa, 21 stycznia 2015

Chleb na pszennym zakwasie z orzechami i figą czyli trup w szafie

























Kim chcą być dzieci kiedy dorosną?
Postawię wszystkie moje filiżanki, że każdemu z nas zadano kiedyś to pytanie.
Kosmonautą, kapitanem Żbikiem, Indianą Jonesem, strażakiem, kucykiem Pony, paleontologiem, gwiazdą, piosenkarką, modelką i tak dalej, i tak dalej.
Abstrahując od tego, że zazwyczaj wymarzone zawody są rodzaju męskiego (gender się kłania), to nie pamiętam, żeby ktokolwiek marzył o zostaniu księgowym, górnikiem, pomywaczem czy sekretarką. 
A teraz przypomnijcie sobie kim chcieliście być wy.
Ja, po etapie fascynacji Jankiem Kosem i kapitanem Żbikiem, chciałam zostać genetykiem (od czasu, kiedy umiałam wymówić to słowo),
A kim jestem dziś?
Na pewno nie biegam z bronią, nie szukam Graala i nie jestem muzą Lagerfelda. I na pewno nie kroję DNA.
Spotkałam ostatnio kogoś, kogo nie widziałam....oj długo. W czasach naszych ożywionych kontaktów podobno czesaliśmy włosy na panka i nosili gustowne obroże. Okazjonalnie, oczywiście.
Pamięć robi zaskakujące fikołki. Działa wybiórczo. Skupia się na tym co dla nas akceptowalne. Pomija to, co niewygodne. Spotkanie po latach zawsze grozi wskrzeszeniem tego, co zakopane, pochowane, zapomniane. Instynkt samozachowawczy w tym przypadku robi co może, żeby ocalić dobre zdanie o samym sobie. A i tak istnieje prawdopodobieństwo, że jakiś trup z szafy wypadnie.
Żebym ja biegała po mieście zakuta w skóry i kajdany? Z włosem metrowej długości, postawionym na wodzie z cukrem?
Wyparłam te wspomnienia ale spotkanie po latach anulowało moje wyparcie. A co gorsza, ja naprawdę nie pamiętam pankowego epizodu w moim życiu. Posiadanie glanów i skórzanej kurtki nie czyni z grzecznej uczennicy panka. Swoją drogą ile jeszcze ciekawostek z mojego życia siedzi zamkniętych szufladach pamięci.
Nie jestem przypadkiem odosobnionym. Nasz klasowy buntownik dziś jest profesjonalnym pielęgniarzem. Najgrzeczniejsza uczennica trafiła na niezbyt grzecznego partnera i zamiast pracować nad uratowaniem świata od głodu, walczy z wychowaniem samotnie siedmiorga dzieci.
Nasz wiecznie „odleciany” hipis w zgodzie z „dress codem” zamiast skóry ma na sobie gustowny garnitur i zatrudnia kierowcę. Czy pamięta o swoich lewicowych teoriach?
Tylko jedno z nas nie zmieniło swojego planu na życie. Ksiądz. Kolega, który od zawsze zapowiadał się na księdza jest nim dzisiaj. Aż boję się wyciągać wnioski.

A co z moją genetyką? Pozostaje mi mieć nadzieję na kolejne wcielenie, bo jeżeli chodzi o krzyżowanie czegokolwiek, najlepiej wychodzi mi krzyżowanie nóg pod stołem.
Czy żałuję? Nigdy w życiu! Nikt mi nie może zagwarantować, że w innej rzeczywistości byłabym szczęśliwsza. A co ważniejsze, nie zamieniłabym mojego życia na żadne inne. Koniec.

Aby uspokoić skołatane nerwy i przetrawić nagłe zderzenie z przeszłością wyjęłam z szafki mąkę, wyłuskałam ostatnie orzechy z pudełka i zagniotłam chleb.
Gdyby mi ktoś w czasach „chleba z giganta” i kamiennych bułek kajzerek powiedział, że będę piekła własny chleb, to kazałabym mu stuknąć się w głowę.
Mnóstwo jest niespodzianek w życiu.
Dziś zapraszam do umączonego stołu. Mąka w dłoń i pieczemy...



Chleb z figami i orzechami na pszennym zakwasie

Zaczyn zrobiony wieczorem:

100 g mąki pszennej
60 g letniej wody
30 g pszennego zakwasu
Mieszamy wszystko razem, przykrywamy i zostawiamy w spokoju do następnego dnia czyli na 12 -16 godzin.

Kolejnego dnia do miski sypiemy:

280 g mąki pszennej chlebowej
130 g mąki pszennej razowej
310 g wody
8 g soli
pół szklanki uprażonych i wystudzonych orzechów włoskich
pół szklanki pokrojonych w paski suszonych fig
cały zaczyn z poprzedniego dnia

Żadnych komplikacji tu nie ma. Mieszamy mąki, zaczyn i wodę i wyrabiamy około 5-6 minut. Potem dorzucamy orzechy, figi i sól i wyrabiamy jeszcze 3-4 minuty
Jeżeli ciasto jest bardzo zwarte, dodajemy ociupinkę wody.

W ogóle, z wodą i chlebem sprawa jest śliska, ponieważ są dni kiedy ilość wody dodawana do ciasta bywa różna. Podobno znaczenie ma wilgotność mąki, powietrza i kwadra księżyca.
Na pewno czasem wystarczy ilość podana w przepisie a innym razem tej wody jest za dużo.
To jedyne zawirowanie w pieczeniu chleba. Znalazłam na to radę. Wlewam wodę partiami.

Wyrobione ciasto wkładamy do miski wysmarowanej oliwą. Przykrywamy miskę folią i pozwalamy mu wyrosnąć. Trwa to około 2 godzin i my w tym czasie składamy ciasto trzy razy.
Kiedy ciasto podwoi swoją objętość, przekładamy je do koszyczka do wyrastania.
Znów przykrywamy je folią i czekamy aż zdecydowanie urośnie. Zazwyczaj trwa to 1,5 godziny.

Rozgrzewamy piekarnik do 225 stopni. Chleb przekładamy z koszyka na blaszkę i pieczemy 15 minut. Po tym czasie zmniejszamy temperaturę do 215 stopni i pieczemy jeszcze 25-30 minut.

Po upieczeniu wyjmujemy chleb z pieca i czekamy aż ostygnie.
































Nie ma to jak upiec własnoręcznie chleb.
Mała rzecz a cieszy.


Smacznego

wtorek, 29 października 2013

Upiory i strzygi w każdym wieku - łączcie się. Pajęcze brownie z orzechami




Na niektórych furtkach i drzwiach pojawiły się napisy: nie dzwonić w Halloween! I nie dotyczą one listonosza czy teściowej. Ci, którzy zostawili te informacje mają na myśli dzieci.
Kto to widział, żeby jakieś kolorowe, przebrane towarzystwo w atmosferze radości i zabawy nagabywało poważne i stateczne grono starych pryków. Pisząc „stare pryki” nie mam na myśli wieku metrykalnego, bo to, jaka data tkwi w dowodzie nie ma nic do rzeczy. Mam na myśli starczość mentalną.
Uważam, że każda okazja, żeby się roześmiać i przestać zadręczać martyrologią jest dobra. Świąt „ku pamięci”, kiedy pożądana jest zaduma i refleksja, jest w naszym roku bez liku. Tych, kiedy bez skrępowania możemy się śmiać na całe gardło nieco mniej. Wtedy, zresztą, też śmiejemy się jakoś półgębkiem. Wstydzimy się czy co? Nie wypada się śmiać? To powszechnie używać słowa na „k” się nie wstydzimy a śmiechu tak?. Zastanówcie się nad tym. Ile razy dzisiaj usłyszeliście słowo ogólnie uznane za wulgarne a ile razy głośny, radosny śmiech? Stawiam pudełko ptasiego mleczka, że śmiech był w mniejszości. Przedszkolanki i kabareciarze są wyłączeni z konkursu.
Dlatego każdemu, kto krzywi się na Halloween, że taki obcy, że pogański, że nie wypada, bo jutro wszystkich Świętych powiem tak. Ludzie! Opanujcie się. Cieszmy się przy każdej okazji. Śmiejmy się jak można najczęściej. Śmiech jest zaraźliwy. Częstujmy małych czarodziejów, skrzaty i gnomy cukierkami w czwartek. Niech dzieci wiedzą, że my dorośli też mamy poczucie humoru a nie tylko poczucie obowiązku. Kto wie, może nawet gdzieś znajdą się zapomniane czerwone pazury i spiczasty kapelusz. Byłoby super, gdyby nie tylko dzieci dobrze się wtedy bawiły. Rodzice! Nie przemykajcie ukradkiem. Macie prawo do radości. Co ja gadam? Mamy prawo do radości. Więcej, mamy obowiązek być szczęśliwymi. I wykorzystujmy do tego każdą okazję. Halloween jest równie dobre jak każda inna. 
Wesołego Halloween!





Pajęcze brownie
przepis wg Davida Labovitza

pół kostki masła
2 tabliczki czekolady (u mnie było pół na pół: mleczna i gorzka)
pół szklanki cukru
2 jajka
1/4 szklanki mąki
1 szklanka orzechów (włoskich, makadamia, nerkowców, brazylijskich, laskowych – wybór należy do was)
1 łyżeczka wanilii
szczypta soli

do dekoracji:
2 łyżki kremówki
pół tabliczki czekolady ciemnej

oraz:
5 kostek białej czekolady
1 łyżka kremówki

Zaczynamy od stopienia masła. Wkładam masło pokrojone na kawałki do szklanej miski a miskę stawiam na garnku z gotującą się wodą. Do miski dorzucam też połamaną czekoladę. Kiedy masło się rozpuści, zdejmuje miskę z garnka i mieszam aż cała czekolada się nie roztopi w objęciach masła. Do czekoladowego sosu dosypuję cukier. Nie musi się rozpuścić. Po wymieszaniu czekolady z cukrem, wbijam jajka i znowu mieszam. Dorzucam wanilię i sól. Przesiewam do masy mąkę i znów mieszam. Na koniec dodaję orzechy.
Blaszkę wykładam papierem do pieczenia a piec rozgrzewam do temperatury 170 stopni. Ciastem napełniam foremkę i wyrównuję wierzch mokrą łyżką. Piekę około 30 minut.
Upieczone brownie studzę a potem wycinam z nich kółka. Następnie robię polewę. Na garnku z gorącą wodą topię ciemną czekoladę z kremówką. Polewam wierzch ciastek. W drugiej miseczce tym samym sposobem rozpuszczam białą czekoladę by zrobić pajęczynę.
Schłodzoną białą czekoladą napełniam worek lub rękaw cukierniczy z małym okrągłym otworem. Wyciskam białe, spiralne kółka na polewę z ciemnej czekolady. Wykałaczką lub patykiem do szaszłyków przeciągam od środka ciastka do krawędzi, by zrobić pajęczynę. Łatwizna.
Pozostaje poczekać aż polewa na ciastkach nieco zastygnie.





Szybko i bezboleśnie zrobiłam okazjonalne ciastka. Strzygi i upiory! Nadchodźcie!

Smacznego i strasznego

piątek, 18 października 2013

Co łaskocze w zęby i orzechowe blondies z karmelowym kremem



Podobno od jutra ma być lepiej. Nie żebym narzekała, ale fajnie będzie porzucić rękawiczki i czapkę. Parasol też z przyjemnością zostawię w kącie.
Jakieś odwrócenie meteorologiczne nastąpiło. Całe lato przez pięć dni tygodnia była piękna pogoda, a gdy zbliżał się piątek, nadciągały chmury deszczowe.
Teraz jest odwrotnie. Deszcz przez cały tydzień a weekend zapowiada się ciepło i słonecznie. Czyli moje ostateczne pożegnanie z lasem nie będzie mokre.
Ogniska się palą a ilość liści nie ulega zmianie. Są i są. Reszta, która nie wylądowała w ogniu posłuży jako kołderka dla róż.
Wiewiórki jak co roku posprzątały orzechy laskowe co zazwyczaj bywa kwestią jednej nocy. Wieczorem jeszcze wiszą a rano ani śladu. Ale w wyścigu do owoców i orzechów, wszyscy są szybsi ode mnie i szpaki, i sójki, i wiewióry i cała skrzydlata i futerkowa reszta.
Dobrze, że udaje mi się przypilnować orzechów włoskich. Wiecie, że orzechy włoskie nie pochodzą z Włoch? Powinny się nazywać wołoskie (albo rumuńskie) bo zostały przewiezione z wołoszczyzny. Całe życie się człowiek uczy. Ja myślałam, że Wołoszczyzna dała nam przede wszystkim wampiry.
Orzechy włoskie są silnie uczulające, dość tłuste i łaskoczą w zęby. Nie każdemu jest dane cieszyć się ich smakiem. Tym, niestety, współczuję. W połączeniu z karmelem są lepsze od każdego cukierka.
Sezon leśny pożegnam ciastem bardzo orzechowym i bardzo karmelowym.
Midnightcookie, to nie jest ciasto dla ciebie. Tym, którzy nie są z orzechami na bakier mogę je polecić z czystym sumieniem.





Blondies z kremem fistaszkowym i kamelizowanymi orzechami

ciasto:

1,5 tabliczki białej czekolady
pół kostki masła
2 jajka
2 łyżki cukru
3/4 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli

W garnuszku topimy masło. Zdejmujemy garnuszek z ognia i wrzucamy do masła połamaną czekoladę. Mieszamy aż cała się rozpuści i studzimy.
Ubijamy jajka z cukrem i szczyptą soli. Do ubitych jajek wlewamy czekoladę i chwilę ubijamy całość.
Mieszamy ze sobą mąkę i proszek. Przesiewamy przez sito i dodajemy do mieszanki czekoladowo jajecznej. Mieszamy do połączenia się składników.
Okrągłą foremkę wykładamy papierem do pieczenia (tylko dno) i wlewamy ciasto. Wkładamy na 40 minut do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni.
Wystudzone ciasto kroimy na dwie części (najpierw odkrójcie krawędź, która urosła na brzegach; jest świetna i można ją schrupać na stojąco, miksując krem).

krem karmelowo fistaszkowy:

pół szklanki kajmaku
pół kostki miękkiego masła
3 łyżki masła orzechowego.

Wszystko razem miksujemy na krem i wykładamy na dolny krążek ciasta. Przykrywamy drugim krążkiem i odkładamy do lodówki.

Przygotowujemy polewę karmelową z orzechami.

1 szklanka orzechów włoskich
3 łyżki masła
pół szklanki cukru
100 ml szklanki kremówki

Zaczynamy od obrania orzechów. Kiedy pozbędziemy się łupinek, wykładamy orzechy na wyłożoną papierem blaszkę i pieczemy 10 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni. W połowie pieczenia, mieszamy orzechy. Wyjmujemy orzechy i przykrywamy folią aluminiową. Kiedy się wystudzą będzie można złuszczyć z nich skórkę, trąc orzechy między dłońmi.
Robimy karmel.
Do rondla wlewamy wodę i sypiemy cukier. Zagotowujemy i nie mieszając czekamy aż zawartość nabierze złotego koloru. Wtedy wrzucamy do karmelu masło i wlewamy śmietanę. W tym momencie możemy już użyć sprzętu kuchennego do mieszania. Robimy to ostrożnie, bo mieszanka bulgocze z wielkim entuzjazmem. Kiedy masło się rozpuści wyłączamy ogień i wrzucamy orzechy.
Po dwóch, trzech minutach wlewamy orzechowy karmel na ciasto. Nie czekajmy dłużej, bo wszystko zastygnie i zamiast rozsmarować masę na cieście, będziecie musieli ją kroić nożem.



Wyszło pyszne ciasto. Chrupiące, orzechowe. Bardzo słodkie. Dla mnie bardziej jak batonik niż ciasto. Ale dla łasuchów idealne.




Smacznego

środa, 9 października 2013

Wyrafinowany kicz i pieczone jabłka



Taka jesień jak dzisiaj jest równie piękna na wsi jak i w mieście. Przeszłam dziś po raz pierwszy od kwietnia przez pobliski park i po raz kolejny zachwycił mnie kolorami i światłem.
Stoją w nim ogromne buki i dęby a pod nimi szaleją wiewiórki. Oczywiście wtedy, kiedy drzewa nie są obsikiwane przez kudłate stwory.
Poznałam ten park nieco przymusowo w zeszłym roku i chyba na zawsze będzie mi się kojarzył z jesienią.
Nawet stanie na światłach w centrum miasta było przyjemne. Słońce świeciło, ktoś do mnie pomachał z sąsiedniego auta. Zanim mu odmachałam, zapaliło się zielone. Ciekawe co wzbudziło taką sympatię? Ja czy może samochodzik?
A potem było tylko piękniej. Wyjazd za miasto był jak otwarcie bloku z dziecięcymi rysunkami. Przyroda używa kolorów na granicy kiczu.
Czy ja niedawno przypadkiem nie narzekałam, że nie lubię jesieni?
Nie wierzcie kobiecie. Kobieta to hormony, nastroje i widzimisię. Pod słowem „kobieta” mam na myśli siebie. Niech nikt nie poczuje się urażony.
Dzisiaj wszystko jest odpowiednie, zsynchronizowane. Pogoda, słońce, mój nastrój i optymistyczne prognozy na przyszłość. Dziś jest pięknie.
Brzmi nieco entuzjastycznie? No cóż.. zawsze można o to obwinić hormony.
Jako dodatek do takiego lukrowanego obrazka dziś będzie owoc idealny, kwintesencja jesieni. Jabłko. Kto jest innego zdania też ma rację. Dziś jestem ugodowa.


Proponuję deser najprostszy: pieczone jabłko. Moje młodsze Dziecko niedawno orzekło, że nie wiedziało, że jabłko można upiec. Czy ja czegoś nie zaniedbałam? Jak można przeżyć dzieciństwo i nie jeść pieczonych jabłek?
Czas to nadrobić.


Pieczone jabłko z orzechami i rodzynkami

2 jabłka
1 łyżka orzechów włoskich
1 łyżka rodzynków
2 łyżki miodu
Szczypta cynamonu

Z jabłek wydrążamy środek z pestkami. W miseczce mieszamy rodzynki i połamane orzechy. Dodajemy cynamon. Mieszamy. Mieszanką napełniamy środek jabłek.
Wstawiamy jabłka na blaszkę lub do ramekinów i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 190 stopni. Pieczemy jabłka około pół godziny. Na pięć minut przed końcem pieczenia, na górę farszu dajemy do łyżce miodu.
Upieczone jabłka najlepiej smakują kiedy nieco przestygną. Ja lubię podjadać je z łyżką jogurtu.




W taki dzień jak dzisiaj, nic więcej nie jest mi na deser potrzebne.

Smacznego

poniedziałek, 1 października 2012

Co ma karnisz do orzechów. Ciasto miodowo orzechowe




Znacie opowiadanie o człowieku, który znalazł guzik i do niego dopasował płaszcz? W ten sam sposób można podejść do upieczenia ciasta. Jeden składnik zdeterminował moje plany na ciasto.  Orzechy włoskie jako jedyne owoce nie poddały się majowym przymrozkom i teraz pilnuję ich zbiorów jak diabeł cnotliwej duszy. Nasze drzewo jest nocą odwiedzane przez cała watahę chrumkających, więc trzeba być czujnym.
Orzechy więc mam.



Hm… dużo orzechów. Jakie piękne ciasto miodowo orzechowe mi się zamarzyło. Ale co zrobić, kiedy okazuje się, że resztka mąki zniknęła w chlebie, miód wypiłam w herbacie, a jajka? Nawet nie wiedziałam, że nie mam jajek.
Jeśli chcę, żeby ciasto pojawiło się na stole, to powinnam spełznąć z kanapy i poszukać w okolicy potrzebnych składników.
Pojechałam do sklepu.
Z zakupów wróciłam z karniszem długości 2 metrów, hakami do relingu, taśmą z rzepami i kilkoma metrami niebieskiego materiału. Możemy piec ciasto.
Przy okazji podumam jak moją sypialnię przemienić w przytulny buduar.
Aby upiec ciasto orzechowo miodowe należy zaopatrzyć się w mąkę, miód, jajka, masło i orzechy. Żeby stworzyć sypialnianą atmosferę trzeba mieć łóżko, kilka metrów materiału, co najmniej dwie poduszki i wspomniany wyżej reling. Niech wam żadne fikuśne myśli nie pełzają po głowie. Ten reling to po prostu wezgłowie naszego łóżka.
Jako, że to blog o gotowaniu a nie o sprawach sypialnianych, to wrócę do kuchni.
Ciasto jest z gatunku pszczółek, miodowników i orzechowców. Typowo jesienne z wszystkimi atrybutami września i października: orzechami, wrzosowym miodem i śliwkami w postaci powideł.
Proste do zrobienia i tak smaczne, że aż trudno uwierzyć, że tak niewielu wymaga składników.

Ciasto miodowo orzechowe:


2 szklanki mąki
200 g miękkiego masła
3 czubate łyżki miodu
2 łyżki cukru
4 jajka
2 łyżeczki sody oczyszczonej

Krem:

200 g miękkiego masła
1 opakowanie kremu do karpatki
4 łyżki likieru orzechowego

Dodatkowo:

30 dkg orzechów włoskich
2 łyżki masła
3 łyżki miodu

słoik powideł śliwkowych
kieliszek orzechówki do nasączenia



Rozgrzewamy piekarnik do 190 stopni. Do misy kładziemy masło, miód i cukier. Miksujemy kilka minut aż nieco się ubiją, Potem dodajemy rozmącone jajka (nie wszystkie naraz, ale po jednym). Na koniec dosypujemy mąkę zmieszaną z sodą oczyszczoną. Mieszamy wszystko razem. Ciasto jest klejące, ale nie ma problemów z rozsmarowaniem go na blasze.
Blaszkę 28 na 24 wykładamy papierem. Łatwiej będzie zrobić najpierw na blasze kilka punktów masłem. Papier pięknie się przyklei i nie będzie się ślizgał. Na papier nakładamy łyżką 1/3 ciasta. Wyrównujemy powierzchnię i pieczemy 10 minut.
Wyjmujemy z piekarnika i zostawiamy do wystudzenia. Na zimną blachę ponownie kładziemy papier i kolejną porcję ciasta. Znów pieczemy 10 minut.
Trzecią część ciasta musimy nieco podrasować. W tym celu użyjemy orzechów. Przecież pieczemy ciasto miodowo orzechowe. Miód już był. Teraz pora na orzechy.
Orzechy musimy nieco połamać. W rondlu topimy masło z miodem i dosypujemy 30 dkg orzechów. Mieszamy dokładnie i studzimy. Kiedy przyjdzie pora na włożenie do piekarnika trzeciej części ciasta, robimy to samo, co z poprzednimi dwiema, z jedną różnicą. Posypujemy ją orzechami z miodem i masłem. Wkładamy do piekarnika i też pieczemy 10 minut.
W czasie gdy trzy warstwy ciasta stygną, zróbmy krem karpatkowy. Trochę potrwa zanim wystygnie. Potem miksujemy go mikserem i dodajemy po łyżce miękkie masło. Na koniec dolewamy strużką likier orzechowy. Aż trudno jest się powstrzymać by nie oblizywać łyżki.
Pora połączyć wszystkie części. Na dół jedna część ciasta. Na nią powidła śliwkowe. Powidła smarujemy warstwą kremu. Kładziemy kolejną warstwę ciasta. Tę część skrapiamy likierem orzechowym. Znów nakładamy krem i przykrywamy ostatnią warstwą ciasta, tym razem z orzechami.
Lekko przyciskamy i odkładamy do lodówki. Ciasta z miodem najlepsze są po 24 godzinach. A im dłużej postoją, tym lepiej.



Teraz mogę się wziąć za kombinowanie sypialni.

Pozdrawiam i smacznego życzę

niedziela, 1 lipca 2012

Oczy Davida Bowie i nalewka z orzecha włoskiego


.


Jakie różne myśli chodzą człowiekowi po głowie. Na naszym podwórku rośnie orzech. Nawet nie zauważyłam kiedy urósł. Jeszcze dziesięć lat temu był mizernym drzewkiem, a nagle okazało się, że do orzechów ustawia się kolejka. Kto pierwszy ten lepszy. Dziki i ja.  To współzawodnictwo ma swoje uzasadnienie. Nazywa się ono nocino i orzechy są jego niezbędnym elementem.
I to drzewo pobudziło moją wyobraźnię. Widzieliście kiedyś drzewo z oczami? Ale głupie pytanie. Może u Tolkiena.
A co stoi na przeszkodzie, żeby miało?
Pewnego słonecznego dnia wyszperałam farbki w szufladzie (spuścizna po zapędach artystycznych naszych dzieci) i ku ogólnemu zdziwieniu wymaszerowałam spełnić swoje marzenie.
Tu dochodzimy do Dawida Bowie.
David Bowie to postać nieco mącąca mój spokój. Słuchałam, podziwiałam, chyba z lekka podkochiwałam się w nim i jego hipnotyzującym spojrzeniu. Coś było nie tak z jego oczami. W czasach pierwszych klipów muzycznych trudno było odróżnić Bowie’go od Jagger’a, a co dopiero dostrzec takie szczegóły jak kolor oczu. Po latach dowiedziałam się, że Bowie ma każde oko innego koloru z powodu… lizaka. Kogo nie pociągało to, co niesamowite, inne? Nie byłam wyjątkiem. David był fascynujący.


Kiedy pojawiła się wizja obdarzenia drzewa oczami, wiedziałam, że będą to oczy Davida Bowie. Będzie strażnikiem moich orzechów i na stałe zwiąże się z czerwcową, orzechową nalewką.
I oto na drzewie rosnącym za domem pojawiły się oczy. Oczy Davida Bowie.
Posłuchajcie The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars albo Space Oddity. Przyjrzyjcie się wykonawcy. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że obcy są wśród nas.

I spróbujcie przepysznej nalewki św. Jana. Nie sugerujcie się przeświadczeniem, że orzechówka to tylko lek na żołądek. Nic z tych rzeczy. To bardzo smakowity napój, wart spokojnej degustacji przy słuchaniu …..np. Bowie’go.



Nocino czyli nalewka św. Jana

10 orzechów włoskich zielonych pokrojonych w ćwiartki
2 laski cynamonu
2 gwiazdki anyżu
1 strąk waniliowy
1 szklanka spirytusu
2 szklanki czystej wódki

Wszystko wrzucić do czystego słoja, zakręcić i postawić na parapecie na 40 dni. Od czasu do czasu potrząsnąć słojem.

Syrop cukrowy

¾ szklanki cukru
pół szklanki źródlanej wody

Rozpuścić cukier w wodzie i jeśli robiliśmy to na ciepło, to wystudzić. Drugim sposobem, dodającym smaku nalewce, jest zastosowanie płynnego miodu w ilości 1 szklanki. 
Słodkość tego napitku jest sprawą subiektywną. Jedni lubią słodsze inni bardziej kopiące. Tu trzeba poeksperymentować.



Po 40 dniach przelać nalew orzechowy przez gazę do butelki i połączyć z syropem cukrowym. 

Łatwiej zamieszać wszystko w słoiku a potem przelać do butelki. Zamieszać i znów odstawić w spokojnym i ciemnym miejscu na trzy miesiące.

A potem serwować zaskoczonym gościom, robiąc konkurs: „co to za nalewka?”



Smacznego i pamiętajcie, że zawsze ktoś na was patrzy.

czwartek, 24 maja 2012

Rola kapelusza i ciastka z orzechami, wiśniami i białą czekoladą




Patrząc z boku na moje zmagania z materią można się popukać w głowę. Najpierw cały tydzień w mieście krążę jak mrówka załatwiając miejskie sprawy, a potem zamiast leżeć bykiem na kanapie i oglądać Most nad Sundem, ja wsiadam na swojego rączego czerwonego rumaka i pędzę na wieś. Zamieniam szpilki na tenisówki, sukienkę na krótkie spodnie a jedyne co mnie łączy z porzuconym życiem to kapelusz. Choć na wsi noszę go częściej niż w mieście. I to z zupełne prozaicznego powodu. Cały dzień na słońcu może spowodować w mojej głowie niepowetowane straty. A szkoda by było, bo przecież oprócz rycia w ziemi, od czasu do czasu korzystam też z szarych komórek. Przydatność kapelusza jest więc nieoceniona.
Wracając do prozy życia, dzisiaj się tak zagalopowałam w pracach polowych, że musiałam wieczorem zająć się czymś subtelnym. Absolutnie nie związanym z wiązaniem pomidorów, walką z mszycami, sadzeniem papryk i wyrywaniem chwastów spomiędzy fasolki. Kurcze, kiedy pomyślę, co robię tutaj a czym zajmuję się przez pięć dni tygodnia, to mam wrażenie rozdwojenia jaźni. Jak dr Hyde i Mr Jekyll. Nie latam co prawda po mieście w amoku siejąc zgrozę i przerażenie, ale ja miejska i ja wiejska, to dwie różne osoby.
Dziś postanowiłam zignorować brud za paznokciami i wrócić do miejskich przyzwyczajeń. Na zmęczenie mam sposób. Słodki, pachnący i czekoladowy. Na dodatek łatwy, szybki i gwarantujący sukces. To właściwie wariacja na temat ciastek czekoladowych z chili.

Ciasteczka czekoladowe z suszonymi wiśniami, orzechami i białą czekoladą

Na około 20 ciastek
1 szklanka mąki
2 łyżki kakao
1/2 łyżeczki cynamonu
0,5 łyżeczki sody
szczypta soli
125 g masła
1/3 szklanki białego cukru
1/3 szklanki brązowego cukru
1 jajko
1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
1 tabliczka połamanej białej czekolady
garść suszonych wiśni
garść orzechów włoskich


Praca jest niezbyt skomplikowana. Miękkie masło z dwoma rodzajami cukru ubijamy na pianę. Wbijamy jajko i dodajemy ekstrakt waniliowy. Miksujemy ponownie. Wsypujemy mąkę z sodą. Jeśli mogę coś doradzić, to nie używajcie do tej czynności miksera, bo wzbijecie w powietrze obłok mąki. Lepsza będzie drewniana łyżka. W ostatnim etapie dosypujemy połamaną czekoladę, wiśnie i orzechy. Mieszamy i formujemy kuleczki wielkości orzecha. Kładziemy na blasze wyłożonej papierem i rozpłaszczamy np. łyżką. Pamiętajcie o zostawieniu odstępów między ciastkami, bo w trakcie pieczenia urosną. Na mojej standardowej blaszce zmieściło się 12 ciastek.
Wkładamy ciastka do piekarnika i pieczemy 10 – 12 minut. Po upieczeniu są miękkie, ale w miarę stygnięcia staną się twardsze.
Czyli mam teraz to, co w obu rzeczywistościach najlepsze. Piękny sielski widok na wieczorny las i słodką przegryzkę jako dodatek. Zarówno ja wiejska jak i ja miejska jesteśmy teraz absolutnie zadowolone.


Pozdrawiamy was obie serdecznie i  życzymy smacznego

                            To maleństwo będzie kiedyś dynią