Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmietana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmietana. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 stycznia 2015

Telefon w śmietanie czyli tarta z orzechowym nadzieniem

























Odruchy warunkowe mamy wdrukowane bez względu na to czy nam na tym zależy czy nie. Amen.
Oto przykład,
Idę do kuchni niosąc telefon w ręce. Służy mi on do celów wszelakich. Jestem nawet czasami zdziwiona jego wszechstronną przydatnością.
W kuchni jest mi absolutnie niezbędny, bo jest moim radiem. Nie kręćcie nosem, że kto to widział, co to jakość i tym podobne. Jak się nie ma co się lubi...i tak dalej. Nie widzieliście mojej kuchni więc nie macie prawa do protestu.
Na razie musi być jak jest. Kto nie może znieść takiej profanacji niech nie czyta dalej.
Aby muzyczka słyszalna była nieco lepiej niż szepty za ścianą, wkładam telefon do wielkiej miski.
To moja muzyka z „gara”.
Pech chce, że ta miska ma też swoje zadanie główne czyli służy do ubijania, zagniatania, mieszania.
Telefon przy tych czynnościach jest, nie ukrywajmy, narzędziem zbędnym. Chyba, że odgrywa chwilowo rolę radia.
Żadne z niego mieszadło czy hak do wyrabiania chleba.
Co wyjdzie z połączenia sklerozy, kremówki i telefonu? Nic dobrego.
Podśpiewując pod nosem niosłam swoją prowizoryczną muzykę do kuchni. W kuchni potrzebne mi są wolne ręce a telefon ma swoje stałe miejsce. W misce. Zgrabnie wśliznęłam go do miski i...zrobiło mi się zimno. Jednocześnie usłyszałam „chlup” a potem zapadła cisza.
„Ratunku” właśnie utopiłam telefon! W śmietanie! Znacie może równie atrakcyjny sposób na zamordowanie telefonu?
Wyłowiłam nieszczęśnika i w pierwszym odruchu chciałam go oblizać.
Dylemat: pod wodę go czy może ściera, rozstrzygnęłam na korzyść tej drugiej. Najwyraźniej nie straciłam resztek zdrowego rozsądku.
Wypucowałam drania na błysk i z absolutną rezygnacją włączyłam.
A on zamrugał uspokajająco zielonym światełkiem (to kolor nadziei, prawda?), zawiadomił mnie, że na zewnątrz jest minus jeden i grzecznie włączył RMF Classic.
Zaniemówiłam. Czyżbym pierwszego stycznia wkroczyła w rok szczęśliwych trafów? Najpierw czwórka w totka a teraz telefon-reaktywacja.
Pozwolę sobie na ostrożny optymizm.
Śmietanę wywaliłam a telefon wrócił do czystej jak łza miski.
Morał z tej historii jest następujący: elektronika i czynności kuchenne powinny znać swoje miejsce. Żadne zamienianie się rolami nie powinno tu zaistnieć.

Skoro śmietana wylądowała w kanalizacji, musiałam zmienić plany dotyczące deseru.

Do nadzienia orzechowego nie tylko nie potrzebuję śmietany ale i misa miksera pozostanie niezagrożona. A tym samym mój telefon.




Tarta z nadzieniem orzechowym jest autorstwa Paula Hollywood'a.

ciasto:
Forma 23 cm
200 g mąki pszennej
100 g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
2 łyżeczki cukru pudru
1 jajko lekko rozbite
1 łyżeczka soku z cytryny
2 łyżeczki zimnej wody
szczypta soli

Do miski wsypujemy mąkę, cukier i sól. Wrzucamy masło i miksujemy do otrzymania okruchówm
Jajko rozmącamy z sokiem z cytryny i wodą. Wlewamy do okruchów i miksujemy do połączenia się składników.
Formujemy kulę i wkładamy na godzinę do lodówki.
Po godzinie wałkujemy ciasto do rozmiaru formy biorąc pod uwagę i boki. Wykładamy formę ciastem i umieszczamy w lodówce.

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.

Zajmujemy się nadzieniem orzechowym.
100 g masła
200 g mieszanki orzechowej (orzechy włoskie, pekany, laskowe, brazylijskie)
150 g golden syrup
125 g ciemnego cukru muscavado
3 jajka

W garnku z grubym dniem topimy masło, golden syrup, muscavado. Mieszamy aż składniki się połączą. Schładzamy masę i po wystudzeniu dodajemy rozmącone jajka.
Wyjmujemy formę z lodówki i układamy na nim mieszankę orzechową (większe orzechy dobrze jest pokroić na mniejsze kawałki).
Na orzechy wylewamy schłodzoną masę i wkładamy ciasto do piekarnika.
Pieczemy 35-40 minut.

Podajemy tartę z kleksem bitej śmietany. W moim przypadku ta opcja nie wchodziła w grę, ale od czego jest wyobraźnia.





Smacznego i niech was nie zasypie, bo u nas świata nie widać.

środa, 19 listopada 2014

Listopadowy spleen i śmietanowy lin



























No i przyszło. Smutne, ponure, zasmarkane, patrzące spode łba, psujące dobre humory.
Co prawda wszyscy w głębi duszy wiedzieliśmy, że jest nieuniknione i na pewno przyjdzie ale każdy ciepły dzień powiększał nadzieję, że w tym roku obejdzie nas bokiem.
Nic z tego. Swoje trzeba odcierpieć. Żeby potem było fajnie, teraz musi być nie fajnie.
Listopad nam zapanował perfekcyjnie jesienny. Szaro bury, bezlistny, mglisty i raczej smutny.
Wypełzły na powierzchnię wszystkie smutki i smuteczki. To, co przez większość słonecznego czasu siedziało cicho jak mysz pod miotłą, teraz śmiało wychyliło nosa.
Kiedy najlepiej przypuścić atak? Kiedy ofiara jest słaba. Ma katar listopadowy, stawy obolałe pogodą a w nocy budzą ją gorące kaloryfery. Listopad to perfekcyjne warunki by pesymizm pasł się jak gęś.
Do cieknącego nosa dołącza dołująca myśl o przyszłości. Ta, w listopadowych okolicznościach zawsze maluje się czarno.
Do bolącego wilgocią kolana przykleja się niechęć do zrobienia czegokolwiek. Majaczące na horyzoncie święta bardziej irytują niż cieszą. Te zakupy, to sprzątanie, te wydatki!
Poranna wymiana zdań z ukochanym czy ukochaną w porannych ciemnościach wydaje się ostatnią kroplą wypełniającą kielich smutku.
Potem tylko wyjść i rzucić się do fontanny.
Kiedy siadam wieczorem na kanapie i nie chce mi się nawet książki wziąć do ręki, wiem, że przyszedł moment krytyczny. Teraz potrzeba mi potężnej porcji mobilizacji. Czegoś pozytywnego. I filiżanka herbaty nie pomoże. No, może przesadzam. Herbata zawsze pomaga.
Dziś panuje słowo: „muszę”.Słowo: „chcę” zniknęło we mgle. Pójdę go poszukać. To hasło listopada. Dobrze, że listopad jest tylko raz w roku.

Lin w śmietanie to dziś najbardziej odpowiednia forma poprawienia humoru. Można nim zakopać topór (jeśli takowy był wykopany) lub sprawić, ze ktoś nieco smutniejszy znajdzie powód by się uśmiechnąć.
Lin może być wprawką przed karpiowym szaleństwem. Kto wie czy nie wpadnie wam do głowy urozmaicenie wigilijnego stoły inną niż zazwyczaj rybą? Może linem?

























Lin w śmietanie

2 liny wypatroszone
1 cebula
pęczek koperku
4 łyżki oleju
2 łyżki masła
300 ml kremówki
sól
pieprz
sok z cytryny
1 łyżeczka startej skórki z cytryny

Lin jest zwierzęciem lądowym...O przepraszam. Mówiąc „lądowym” mam na myśli wody śródlądowe czyli jeziora i stawy. Podobno istnieje niebezpieczeństwo, że będzie pachniał mułem. Są na to dwa sposoby. Po pierwsze skrapiacie go sokiem z cytryny i zostawiacie na kilka godzin. Lub, w drugim przypadku, zalewacie rybę mlekiem i też zostawiacie na kilka godzin. Pamiętacie jednak o umyciu i osuszeniu ryby w drugim przypadku.
Ja zawsze stosuję pierwszą metodę i nigdy żadnego mułu nie znalazłam.

Z linem jest pewien kłopot. Łuski. Skrobać czy nie?
Tu też są dwie szkoły.
Jeżeli zdecydujecie się na skrobanie, to uczciwie uprzedzam, że lin łatwo łusek nie odda.
Podobno łuski są miękkie i w obróbce cieplnej stają praktycznie rozpuszczalne.
Napiszę jak to wyglądało u mnie.
Ryby miałam dwie, więc jedną pozbawiłam łusek (nigdy więcej!) a drugą nie. Obcięłam płetwy, głowy i wyfiletowałam ryby. Nie pytajcie jak, bo nie jest to moja mocna strona. Gdybym mogła, zapłaciłabym za filetowanie ryby, ale na razie to marzenia ściętej głowy.

Umyłam filety i osuszyłam ręcznikami papierowymi. Potem mocno skropiłam sokiem z cytryny, przykryłam folią i schowałam do lodówki.
Wieczorem wyjęłam rybę, posoliłam i lekko obtoczyłam w mące.
Na patelni rozpuściłam olej i łyżkę masła i usmażyłam filety z obu stron na złoto. Nie muszą być upieczone całkowicie, bo przed nimi jeszcze sesja w towarzystwie śmietany.
Zdjęłam filety z patelni i przełożyłam na papierowy ręcznik.
Pokroiłam na półplasterki cebulę i posiekłam koperek.
Na umytej patelni rozpuściłam łyżkę masła i wrzuciłam cebulę. Na małym ogniu zeszkliłam cebulę a potem wlałam 200 ml śmietanki. Posoliłam i wrzuciłam połowę koperku. Kiedy śmietana się zagotowała, włożyłam na patelnię kawałki lina. Zmniejszyłam ogień i przykryłam patelnię pokrywką. Pozwoliłam linowi pogotować się w śmietanie 5-7 minut. Potem zdjęłam pokrywkę. Jeżeli śmietana wygotowała się znacznie, trzeba dolać. Jeżeli jest jest ciągle dużo, trzeba ją odparować.
Gotowe danie przekładamy na półmisek, posypujemy pieprzem i resztą koperku.
Jako dodatek kasza jaglana, zwykłe ziemniaki z wody lub kroma chleba i pierwszy krok do powrotu optymizmu zrobiony.

Jadłam lina po raz pierwszy. Na pewno nie ostatni. Na talerzu wylądowało delikatne, zwarte i pyszne mięso. Lin był bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Potraktuję to jako dobry omen.






Smacznego  

środa, 1 października 2014

Jak w barze mlecznym czyli kulki mięsne z kaszą


























Czy ktoś pamięta jeszcze bary mleczne? A czy ktoś zna może jakiś czynny? Jeżeli na drugie pytanie odpowiedź brzmi „tak”, to kiedy byliście w nim ostatnio?
Z ręką na sercu nie mam pojęcia czy jakiś bar mleczny ostał się w mojej okolicy. Pamiętam, że niedawno przez Katowice przetoczyła się batalia o słynny na Mickiewicza bar „Europa”. Nawet mnie zdarzało się w drodze na „wojsko” wpaść do niego na kopytka.
Potem komuś zaczął przeszkadzać lub swym świetnym położeniem zainteresował jakiegoś krezusa i wpadł w kłopoty (bar, nie krezus).
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że jego dni w starciu z grubym pieniądzem są policzone.
I tu stał się cud. Naród się skrzyknął i bar ocalał. Ale większość jego braci nie miała takiego szczęścia.
Kto chciałby pooddychać latami 70 ubiegłego wieku niech odwiedzi „Europę” w Katowicach. Za dziesięć złotych zje zupę, drugie danie i popije kompotem.
A za darmo przeżyje podróż w czasie, bo wystrój, i stoły, i towarzystwo wyglądają jak dekoracje do filmów „moralnego niepokoju”.
Są takie zapachy, które uruchamiają wspomnienia. Kakao to wspomnienie przedszkola, kompot z rabarbaru to szkolna stołówka a zapach sosu grzybowego to kuchnia mojej Babci. Jak do tego dodam kaszę i klopsy mam swoją podróż do dzieciństwa.
Bary mleczne działają tak samo. Przynajmniej na większość moich znajomych, których w latach studenckich karmiły właśnie one.
Zapraszam na klasyka baru mlecznego czyli:

klopsy w sosie grzybowym z kaszą gryczaną



























klopsy:

30 dkg mięsa mielonego indyczego
1 jajko
1 cebula, pokrojona drobno
1 ząbek czosnku, posiekany
pół czerstwej bułki zamoczonej w mleku
ćwierć łyżeczki otartej gałki muszkatołowej
pęczek natki pietruszki
1 łyżeczka soli
pół łyżeczki pieprzu

sos grzybowy:

garść grzybów (rodzaj nie ma znaczenia, mogą być również pieczarki)
2 szklanki bulionu
1 łyżka oliwy
1 mała cebula, pokrojona w kostkę
pół szklanki śmietany 18%
1 łyżka mąki do zagęszczenia sosu

kasza gryczana na sypko:
1 szklanka kaszy gryczanej
półtorej szklanki zimnej wody
szczypta soli
1 łyżeczka masła
Kaszę zalewamy wodą i solimy pół łyżeczką soli. Zagotowujemy i gotujemy pod przykryciem 15 minut. Wyłączmy ogień, dorzucamy do garnka masło i otulamy przykryty pokrywką garnek ręcznikiem. Całość wędruje teraz pod kołderkę na co najmniej pół godziny. To niezawodny sposób by kasza wchłonęła całą wodę i była cudnie sypka. I pozostanie gorąca do czasu ugotowania reszty dania.

Zaczynamy od zrobienia sosu. W rondlu na oliwie smażymy pokrojoną cebulę i po minucie dorzucamy pokrojone grzyby. Smażymy do odparowania wody z grzybów i solimy.
Wlewamy bulion i zagotowujemy całość. Doprawiamy pieprzem i ewentualnie solą. Odstawiamy rondel na bok i robimy klopsy.

Mocno odciskamy bułkę z mleka i dodajemy ją do miski z mięsem. Mieszamy z resztą składników i dobrze wyrabiamy. Formujemy kulki wielkości łyżeczki do herbaty i odstawiamy na bok na kwadrans.
Potem jeszcze raz zagotowujemy bulion grzybowy i wrzucamy do niego klopsy. Na małym ogniu gotujemy je około 10 minut.
Po ugotowaniu wyjmujemy klopsy do miseczki by zagęścić sos.
Do 1/3 szklanki wody wsypujemy łyżkę mąki i dobrze mieszamy. Następnie dodajemy śmietanę i dokładnie mieszamy by pozbyć się grudek.
Wlewamy śmietanę z mąką do gotującego się sosu grzybowego. Zagotowujemy do zgęstnienia, zmniejszamy ogień i wkładamy do sosu odłożone wcześniej do miski klopsy.
Na malutkim ogniu gotujemy całość przez minutę i wyłączmy piec. Rondel przykrywamy.

Podajemy z sałatką z ogórków.
Niby jak w barze mlecznym ale wierzcie mi, to uczta nad uczty.







Smacznych wspomnień

wtorek, 1 kwietnia 2014

Pożegnanie? Powitanie? Lody cynamonowo imbirowe z ciasteczkiem



Nie jestem ogromną entuzjastką lodów. Jakoś tak pokrętnie, największą do nich sympatię mam nie latem, czy kiedy jest gorąco. Najbardziej mnie do nich ciągnie w chłodne dni. Jedzenie ich w środku zimy jest najbardziej pociągające.
Był taki moment w moim życiu, że pewną zimę spędzałam w miejscu położonym dużo dalej na wschodzie. Tam temperatury jeszcze w kwietniu błądziły w okolicach zdecydowanie minusowych a minus trzydzieści w lutym było temperaturą przeciętną. Szok, jakiego doznałam widząc tłumy ludzi zajadających się lodami w tych mroźnych warunkach, był chwilowy. Dopóki sama nie spróbowałam. Lody jedzone w temperaturze dużo poniżej zera przestają być zimne! To była spora niespodzianka. Zamiast szoku termicznego jaki sobie fundujemy w upale, łagodna, wręcz pieszczotliwa słodycz w mroźny dzień.
Zauważyłam, że jedzenie lodów na ulicy zimą wywołuje zdziwione spojrzenia. A mnie najbardziej smakują właśnie jak jest zimno.
Latem lody są oczywistością. Lubię je robić (ale to tylko zasługa mojej sorbetiery) i lubię kombinować smaki. Ale najbardziej lubię, kiedy smakują innym. Kiedy zgadują co w nich siedzi i jaki nowy składnik został do nich dodany.
Wiecie jakie ja lubię nade wszystko? Lody kupowane w sklepie. Takie lodowe kanapki. Koniecznie śmietankowe. Bez udziwnień. I koniecznie w wafelku. Takim, który pod wpływem ciepła palców rozmięka i staje się mokrą bibułą.
Ohyda! Krzywią się niekiedy moi najbliżsi. A ja te lubię najbardziej. Gałkowe lody traktuję w ramach eksperymentów smakowych. Jogurtowe, melonowe, malaga, marchewkowe testuję z radością a potem wracam do mojego rozmiękłego wafelka.
Na zewnątrz jest zimno. Może nie w kategoriach arktycznych ale do przyzwoitych piętnastu stopni jeszcze daleko.
Zanim utoniemy w upale i lodach wszelkich smaków zrobiłam lody zimowo wiosenne. Elementem zimowym będzie cynamon, imbir i ciasteczka.
Może to pożegnanie z czasem zimowym a może powitanie nowego miesiąca i wiosennych lodowych kierunków?



Lody cynamonowo imbirowe z ciasteczkami
(bez jajek)

250 ml kremówki
300 ml mleka pełnotłustego
1 łyżeczka cynamonu
pół łyżeczki mielonego imbiru
pół szklanki brązowego cukru
3 łyżki białego cukru
szczypta soli
4 łyżeczki mąki kukurydzianej
kilka ciasteczek (mogą być imbirowe, resztki brownie lub jakiekolwiek inne)

W garnku mieszamy mleko (odlewamy pół szklanki mleka) ze śmietaną oraz cynamonem i imbirem i solą. Podgrzewamy na niedużym ogniu. Wsypujemy cukier i mieszamy do jego rozpuszczenia.
W osobnym garnuszku mieszamy odłożone pół szklanki mleka z mąką kukurydzianą.
Mleko z dodatkami zagotowujemy i do niego wlewamy mleko rozmącone z mąką kukurydzianą. Bardzo dokładnie miksujemy, by się pozbyć ewentualnych grudek. Na małym ogniu zagotowujemy całość i gotujemy 2 minuty. Masa powinna zgęstnieć.
Zdejmujemy z ognia i studzimy. Żeby niknąć kożucha, kładziemy na powierzchnię folię spożywczą.
Kiedy masa wystygnie kruszymy ciasta na niezbyt małe kawałki i wsypujemy do masy lodowej. Całość przekładamy do maszynki do lodów i kręcimy około 30 minut.
Jeżeli nie mamy maszynki, przelewamy masę do pojemnika i wkładamy do zamrażalnika. Będziemy musieli co 30 minut miksować np. blenderem ręcznym naszą mieszankę, żeby ją napowietrzyć. Trzy lub cztery razy trzeba ten proces powtórzyć. Trochę to trwa, więc maszyna do lodów jest niezłą inwestycją.
Do lata mamy jeszcze czas, więc czas zacząć program pod hasłem „ własne lody we własnej maszynce”. Wpiszcie maszynkę na listę prezentów z okazji Zajączka, urodzin, rocznicy, albo bez okazji. Lub kupcie skarbonkę i za każdego cukierka wrzucajcie do niej podatek.

Sezon lodowy pod naszą szerokością geograficzną dopiero przed nami.





Smacznego

poniedziałek, 7 października 2013

Doza optymizmu i placek rozmarynowy z budyniem i malinami


Nie będę ukrywać, że poszłam na łatwiznę. Po prostu otwarłam komputer, znalazłam pierwszy lepszy przepis na ciasto z malinami (taką miałam umowę sama ze sobą) i bez ceregieli je upiekłam.
Znacie tę dziecięcą zabawę w podróż dookoła świata? Puszczasz w ruch globus i na chybił trafił wybierasz miejsce swojej podróży. Tak ja piekłam dziś ciasto.
Nieco lepsza sytuacja w sferach kocich i ostrożnie optymistyczne prognozy skierowały moje myśli do czegoś osładzającego życie.
Na robala, który każdego z nas od czasu do czasu podgryza i mąci spokój, wszyscy mają swoje sposoby. Bardziej skuteczne, mniej skuteczne. Najważniejsze, że koją nerwy i przynoszą pocieszenie.
Ja lubię w takich sytuacjach piec ciasto. Choć „lubię” to nie najbardziej trafne słowo. Nogi same mnie prowadzą do kuchni i większość czynności odbywa się niejako „odruchowo”.
Takie działanie na pamięć plus zapachy, plus dźwięki są chyba rodzajem środka na uspokojenie.
Po włożeniu blachy do piekarnika czuję się zdecydowanie lepiej.
Proste? Najważniejsze, że skuteczne. Dodatkową zaletą jest porcja pachnącego ciasta. Może niczego nie zmieni ale sprawi, że rzeczywistość wygląda nieco przyjaźniej.

Maliny były czynnikiem wyznaczającym kierunek. Te, które zostały na krzakach zostały przez ostatni przymrozek potraktowane ulgowo.
Dziś nadszedł ich czas. Będą pełniły rolę lekarstwa.


Placek z budyniem i malinami

ciasto:
pół kostki zimnego masła
2 żółtka
2 szklanki mąki
pół łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
4 łyżki kwaśnej śmietany
4 łyżki drobnego cukru
1 łyżeczka drobno pokrojonego rozmarynu

1 krem do karpatki lub dwa budynie śmietankowe ugotowane i wystudzone
2 szklanki malin

Masło kroimy w drobną kostkę i dodajemy do przesianej mąki z proszkiem do pieczenia. Dodajemy resztę składników i miksujemy. Dzielimy ciasto na dwie części i wkładamy do dwóch osobnych worków. Schładzamy w lodówce przez godzinę.

Formę o średnicy 23 cm wykładamy papierem do pieczenia (tylko dno).
Wyjmujemy ciasto z lodówki i jedną częścią wykładamy spód formy. Wyłożyłam ciastem również boki formy.
Na warstwę ciasta wykładamy zimny budyń a na budyń maliny. Rozwałkowujemy drugą część ciasta i kładziemy na malinach. Sklejamy krawędzie obu części ciasta i robimy dziurki nożem w wierzchniej części.
Pieczemy 50 minut w 180 stopniach.
Studzimy i posypujemy cukrem pudrem.


Nie było to mistrzostwo świata, ale dla miłośników budyniu i nieskomplikowanych przepisów ciasto wyszło całkiem niezłe.






Smacznego i tygodnia lepszego niż poprzedni

czwartek, 19 września 2013

Chwila buntu i rydze w śmietanie z babką ziemniaczaną




Wszystkiego jest za dużo. Śliwek, brzoskwiń, jeżyn, malin i grzybów. Piec w kuchni zastawiony garami. Produkcja przetworów wkroczyła w swoją szczytową fazę.
Jestem człowiekiem niekonsekwentnym, łamiącym samej sobie składane obietnice.
Łatwo jest obiecywać w czerwcu, że tym razem zero powideł ze śliwek, żadnych konfitur brzoskwiniowych a grzyby będę omijać z daleka. Do jesieni były wtedy całe trzy miesiące i wydawało mi się, że wytrwam w postanowieniu bez problemu.
Kto się spodziewał, że okoliczne chaszcze zasypią nas jeżynami i malinami? Czy ktoś podejrzewał, że na łące pod domem zakwitną (w sensie jak najbardziej dosłownym) rydze?
I co? Miałam pozwolić się zmarnować takiemu dobru? Zakasłam rękawy, zaprzęgłam do roboty część rodziny i jakoś poszło. Tylko teraz końca nie widać. Jeżyny dalej owocują jak w transie. Zaczynają spadać śliwki. Wiecie co to znaczy? że nie będę mogła spokojnie przejść przez sad.
W zeszłym roku suszyłam te węgierki i suszyłam i wydawało mi się, że obdaruję nimi pół miasta. Teraz zapowiada się podobnie.
Na dodatek znajomi przytaszczyli wór aronii i wywrotkę cukinii. Zapowiada się długi sezon przetwórczy.
A tu chłód zagląda przez ramię. Powinnam raczej pakować manatki i ruszać do miasta.
Ktoś ostatnio rozpuścił hiobową wieść na mojej wsi o przymrozku. 
Jak to się dzieje, że ten czas pędzi jak szalony? Dopiero co wypatrywaliśmy pierwszych poziomek i zaglądaliśmy bocianom do gniazd a tu z dnia na dzień wszystko pożółkło, przekwitło lub odleciało. Jesień budzi we mnie średni entuzjazm. Jakbym była małą myszką, która uwija się wokół norki i robi zapasy na koniec świata.
Podobno ciśnienie dziś jest rekordowo niskie. Może ono tłumaczy mój sceptycyzm. Tłukę się garami z konfiturą jeżynową, rzucam po tarasie obieranymi rydzami. Czuję irytację, że zbierając ostatnie brzoskwinie zapadam się w dziury zostawione przez dziki. Ojejku! Jak historia lubi się powtarzać. Co roku to samo! Śliwki, grzyby, dziki, powrót do miasta, moje marudzenie. Może rzucić to wszystko w diabły, spakować szpilki, bikini i krem do opalania, zdefraudować nasze oszczędności i wyruszyć w świat? A może razem z MMŻ zamiast budować domy i fabryki, zamiast pakować do słojów rydze w occie zamkniemy dom na głucho i zostawimy kartkę „ teraz nas nie ma bo pojechaliśmy znaleźć siebie”.
No i pięknie. Pobuntowałam się trochę, wypiłam kawę i chyba jest mi lepiej.

Aha, przecież powinien być wpis o jedzeniu.
Dziś babka ziemniaczana i rydze w śmietanie.


Babka ziemniaczana:

1 kilogram ziemniaków
2 cebule
4 ząbki czosnku
3 jajka
1 łyżka pszennej mąki
3 łyżki posiekanego koperku
3 łyżki topionego masła
1 łyżeczka soli
sporo pieprzu
szczypta gałki muszkatołowej
1 łyżka oleju

Babkę robi się jak placki. Moja pierwsza babka była produktem ubocznym właśnie placków ziemniaczanych.
Trzeba zetrzeć na tarce ziemniaki. Potem wyłożyć je na sito, żeby nieco odkapały. Cebulę i czosnek kroimy drobno i szklimy na gorącym oleju. Nieco odwodnione ziemniaki łączymy z cebulą i czosnkiem. Dodajemy jajka, przyprawy i mąkę. Wsypujemy koperek i chłodne masło. Mieszamy dokładnie. Foremkę smarujemy masłem i wlewamy masę ziemniaczaną. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 190 stopni i pieczemy godzinę.
Podajemy z kwaśną śmietaną lub jako dodatek do rydzów.


Rydze* w śmietanie:

kilogram rydzów
1 cebula
1 ząbek czosnku
dwie łyżki natki pietruszki
skórka otarta z połowy cytryny
1 łyżka oliwy
spora szczypta soli
pieprz
1 szklanka śmietany kremówki

Dokładnie myjemy rydze, żeby nic nam nie zgrzytało między zębami w czasie jedzenia. Osączamy je na sicie. Na patelni rozgrzewamy oliwę i krótko smażymy pokrojoną w piórka cebulę i czosnek. Wrzucamy grzyby i smażymy wszystko do odparowania się wody. Wtedy solimy i pieprzymy rydze. Wlewamy śmietankę,wsypujemy pietruszkę i skórkę z cytryny. Zagotowujemy i zdejmujmy z ognia.
Wykładamy na talerze posypując grzyby jeszcze jedną porcją świeżo mielonego pieprzu.
Podajemy z plastrem babki ziemniaczanej lub bez niego.


Pozwólcie, że zrobię osobistą uwagę. Babka ziemniaczana była tu całkowicie zbędna. Same rydze są tak wyśmienite, że pal licho babkę.



*Rydze można z powodzeniem zastąpić kurkami czy podgrzybkami. Unikajcie maślaków bo są za mokre do tego dania.


Smacznego i nieco wyższego ciśnienia

czwartek, 25 lipca 2013

Pierogi z jagodami i malinami czyli trudny wybór




Nie ma nic lepszego po dniu spędzonym w mieście niż obiad czekający na tarasie. Wczoraj co prawda obiad nie czekał, ale wszystkie jego elementy były przygotowane. Ktoś nazbierał jagód, ktoś zerwał maliny. Potem ktoś zagniótł ciasto na pierogi a inny ktoś zamieszał ser. Razem oba ktosie nalepiły pierogów i podały na stół ze śmietaną.
Na taki obiad mogę poczekać.
Co jest lepsze: pierogi z jagodami czy naleśniki? To tak jak zapytać Jasia kogo bardziej kocha: mamę czy tatę. Wybór między jednym i drugim jest niemożliwy. Obie potrawy kocham namiętnie. Obie mogę jeść  we wszelakich kombinacjach. Na słodko i słono, w wersji zimowej i wiosennej.
Pomysł na pierogi z malinami i serem napatoczył się niespodziewanie, przy okazji lepienia tych z jagodami. Maliny stały w miseczce obok i wyglądały na zasmucone. Nieopodal czekał na swoją kolejkę ser. W planach było upieczenie placka drożdżowego z serem i jagodami. Maliny nie znalazły na razie swego miejsca w jadłospisie. I były smutne.
Skoro pakujemy do pierogów truskawki, to czemu nie maliny? Dla osłodzenia wnętrza, kleks twarogu z odrobiną miodu.
Jeśli lubicie kolory, to nie czekajcie. Pędźcie po jagody i maliny i róbcie pierogi. Z kwaśną śmietaną i odrobiną cukru na talerzu wyglądają jak czysty impresjonizm. 
A smakują tak, że zaczynasz rozumieć po co natura stworzyła las.



Pierogi z jagodami i malinami

(bez jajek)
2 szklanki mąki
szczypta soli
2 łyżki oleju
¾ szklanki gorącej wody
szklanka jagód
miseczka malin
100 g twarogu
1 łyżka miodu

Zagniatamy ciasto. Najpierw widelcem, żeby nie poparzyć sobie palców. Potem bierzemy sprawy w swoje ręce i wyrabiamy gładkie ciasto. Rozwałkowujemy je i wycinamy szklanką krążki. Na środek każdego z nich nakładamy pół łyżeczki twarogu i jedną malinę. Sklejamy pieroga i odkładamy na talerz posypany mąką. W wersji jagodowej zamiast malin i sera używamy kilku jagód. Też sklejamy i odkładamy.
W garnku zagotowujemy wodę z odrobiną soli. Na gotującą się wodę wrzucamy pierogi. Kiedy wypłyną na wierzch są gotowe. Wyławiamy je, dzielimy na sprawiedliwe porcje i podajemy ze śmietaną i cukrem.


Resztę owoców zmieszałam z jogurtem i miodem. Jutro zjemy je na śniadanie.




Smacznego i udanego dnia

piątek, 3 maja 2013

Wiosenne ciasto z pianką bazyliową i malinową




Mój rok dzieli się na dwie pory: zimową i letnią. Zimowa jest miejska a letnia wiejska.  Czym różnią się od siebie? Wszystkim.
Co lubię w porze letniej? Głupie pytanie. Wszyscy wiemy co lubimy  latem. Słońce, ciepło, kwiaty, lekkie sukienki, wyjazdy na urlop, truskawki, długie dni, ciepłe noce….
A ja najbardziej lubię zapach prania. Takiego rozwieszonego w sadzie. Schnącego na wietrze. Uwielbiam brud za paznokciami i tabliczki z nazwami roślin, stojące na grządkach jak żołnierzyki. 
Nie mogę się doczekać pierwszego wyjazdu na targ po sadzonki pomidorów i kwiaty. Kocham ten moment niepewności czy z ziarenek, pieczołowicie posadzonych z końcem kwietnia, wyrośnie w tym roku bób i groszek cukrowy. I za nic nie oddałabym radości, kiedy pierwsze poskręcane listeczki nareszcie wyłonią się z ziemi. Lubię oczekiwanie na pierwszą nagrzaną słońcem truskawkę i zapach poziomek pod lasem. Nawet gniazdo szerszeni w sąsiedztwie mi nie przeszkadza. Dzięki niemu nie mamy komarów i os.
I ciszę. Ciszę celebruję jak wyznawca. Takiej, jak rankiem na tarasie, nie ma nigdzie. To taka cisza i nie cisza. Są ptaki, jest wiatr, są bąki i trzmiele. Nie ma samochodów, ludzi, cywilizacji.
Za to wszystko kocham porę letnią, wiejską. Kiedy muszę odwiedzić miasto,  czuję się jak Alicja po drugiej stronie lustra.
Jadę rano, załatwiam sprawy i czym prędzej uciekam od świateł, hałasu, tłumów, marketów i sąsiadów. Wracam i po pięciu minutach jestem pewna, że wróciłam na swoje miejsce. Trwam w tym błogostanie do jesieni a potem zaczyna się odliczanie dni do następnej wiosny.
Błogostan wkradł się też do kuchni. Wiosna szaleje, więc ciasto jest w wiosennych kolorach. I smak ma też wiosenny. Zapraszam do ogródka.



Ciasto z pianką bazyliową i malinową

pianka:
1 galaretka malinowa
1 galaretka agrestowa
2 białka
pół litra wody
kilka liści bazylii
garść malin (mrożonych) lub konfitura malinowa

Ciasto:
2 jajka
2 łyżki cukru pudru
2 łyżki mąki pszennej
 1 łyżka kakao

ponadto:
pół opakowania serka kremowego
1 łyżka cukru pudru

200 ml kremówki
1 łyżka cukru pudru

Jak zwykle zaczynamy od zrobienia ciasta. Dzielimy jajka na żółtka i białka. Ubijamy białka na pianę. Dosypujemy po łyżce cukier puder i dalej ubijamy. W następnej kolejności dodajemy po żółtku i ciągle ubijamy. Wyłączamy mikser i wsypujemy mąkę połączoną z kakao. Delikatnie łączymy z masą jajeczną.
Formę wykładamy papierem do pieczenia i wlewamy ciasto. Pieczemy biszkopt 20 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni. Zostawiamy ciasto w piekarniku do wystygnięcia.

Zajmujemy się galaretkami.
Gotujemy szklankę wrzątku. Wsypujemy do niego zieloną galaretkę. To samo robimy z galaretką malinową. Studzimy galaretki i wkładamy do lodówki.
Nie pozwólcie galaretkom zastygnąć całkowicie, bo nie połączycie ich z pianą z białek. Galaretka musi być na etapie przejściowym ze stanu ciekłego w stały. Na wszelki wypadek ubijcie białka na sztywno, żeby w odpowiednim momencie ich użyć. 
Do zielonej galaretki potrzebujemy kilku liści bazylii. Robimy bazyliowe pesto. W mikserze miksujemy liście jak najdrobniej i łączymy z zieloną galaretką.
Do malinowej galaretki dodajemy łyżkę rozgniecionych malin lub konfiturę malinową. Dzielimy białka na dwie części i łączymy z tężejącymi galaretkami. Jedną część białka mieszamy z zieloną, a drugą część z malinową. Miksujemy dokładnie.
Na biszkopcie rozsmarowujemy serek kremowy połączony z łyżką cukru pudru. Będzie działał jak klej łączący ciasto z pianką. Na warstwie serka rozsmarowujemy zieloną piankę. Na nią łyżką wykładamy piankę malinową.
Zostawiamy w lodówce na kilka godzin. Przed podaniem ubijamy śmietanę z cukrem pudrem i smarujemy nią  gotowe ciasto.
W moim zamyśle pianka zielona miała być zdecydowanie zielona, ale wyszło jak wyszło. Bazylia była delikatna w kolorze a barwniki zostawiłam daleko. Na szczęście nikomu to kolorystyczne  niedociągnięcie nie przeszkadzało.





Ciasto jest lekkie, bardzo wiosenne. W końcu trzeba poważnie podejść do przymierzenia kostiumu kąpielowego. Takie ciasto świetnie uspokaja wyrzuty sumienia.
I tym optymistycznym akcentem macham do was i życzę smacznego

sobota, 6 kwietnia 2013

Czy można zjeść pączka przez słomkę czyli ciasto czekoladowe z kremem i wiśniami



Najwięcej obecnie zużywamy lodu i foliowych woreczków. Podstawowa dieta to lody. Czekoladowe, malaga i sorbet cytrynowy. Główne narzędzie to słomka. Zupa krem to dobry pomysł pod warunkiem, że nie jest gorąca. Jedzenie stałe nie może zawierać farfocli.  Spanie odbywa się na siedząco. A co kilka godzin mile widziana jest solidna porcja prochów.
Mała rzecz a cieszy lub wręcz przeciwnie.  Nawet coś, czego nie ma, może boleć. I to jak diabli. Rozmiar w tym przypadku nie ma znaczenia.
Jak nakarmić kogoś, kto nie potrafi się nawet uśmiechnąć, a co dopiero zjeść cokolwiek. I jak upiec na niedzielę ciasto, które dałoby się wciągnąć przez słomkę?

Kiedyś Dzieci miały założone gustowne odrutowanie w celach estetyczno zdrowotnych. Zakładały się wtedy ze sobą, która wymyśli bardziej ekstremalną potrawę, dającą się zjeść przez słomkę. Uczciwie zaznaczam, że po każdej wizycie u ortodonty jedzenie nie było przyjemną czynnością. Wiecie co było na pierwszym miejscu potraw, których zjedzenie przez słomkę zaliczaliśmy do wyjątkowych wyczynów? Pączki. Poczciwe pączki z konfiturą różaną.

Musiałam więc upiec ciasto, które będzie miękkie, delikatne i dające się wciągnąć. Jeśli nie przez słomkę, to przynajmniej bezboleśnie.
Chyba mi się udało.


Czekoladowe ciasto z kremem śmietanowym i wiśniami
Ciasto:
3 łyżki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3 jajka
3 łyżki cukru pudru
¾ tabliczki gorzkiej czekolady
3 łyżki (płaskie) miękkiego masła
szczypta soli

Krem:
250 g mascarpone
200 ml kremówki
4 łyżki cukru pudru
Ponadto:
pół szklanki wiśniówki
pół kilograma mrożonych wiśni.
1 łyżka mąki ziemniaczanej
4 łyżki cukru


Zaczynamy od stopienia czekolady. Na garnku z gotującą się wodą (do 1/3 wysokości garnka) stawiamy miskę i do  niej wkładamy połamane kostki czekolady. Możemy w tym momencie wyłączyć ogień, czekolada i tak się rozpuści a my unikniemy niebezpieczeństwa jej rozwarstwienia.
Letnią roztopioną czekoladę mieszamy z miękkim masłem.
Teraz zajmujemy się ciastem. Oddzielamy białka od żółtek. Ubijamy na sztywno białka ze szczyptą soli. Do ubitych białek dodajemy po łyżce  cukier puder. W następnej kolejności dodajemy żółtka i ubijamy jeszcze przez trzy minuty.
W małej miseczce mieszamy 3 łyżki masy jajecznej i łyżkę stopionej i wystudzonej czekolady. Mieszamy a potem całość łączymy z masą jajeczną. Ja to nazywam wstępnym rozpoznaniem. Uważam, że dobrze kiedy składniki się najpierw ze sobą zapoznają, zanim stworzą głębszy związek.
Kiedy zawartość małej miseczki połączyliśmy z sukcesem z masą jajeczną, możemy po łyżce wmieszać do masy resztę czekolady. Najlepiej zrobić to ręcznie aby masa nie opadła. Ostatnim etapem jest wmieszanie przesianej mąki z proszkiem do pieczenia.
Wymieszane ciasto wlewamy do formy, wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy 45 minut w piekarniku nagrzanym do 170 stopni.
Upieczone ciasto studzimy i najlepiej zostawiamy do następnego dnia. Wtedy dobrze się je kroi.
Aby przełożyć ciasto kremem, tniemy je na trzy placki.
Wiśnie wsypujemy go rondla i stawiamy na ogniu. Nie musimy ich rozmrażać. Kiedy puszczą sok, odlewamy 1/3 szklanki i studzimy (jeśli trzeba). Wiśnie z resztą soku zagotowujemy i słodzimy cukrem. Do szklanki z odlanym sokiem dodajemy łyżkę mąki ziemniaczanej.  Mieszamy i wlewamy mieszankę soku i mąki do gotujących się wiśni. Kiedy całość zgęstnieje, wyłączamy ogień i studzimy zawartość rondla.
Robimy krem śmietankowy. Ubijamy kremówkę z cukrem i delikatnie łączymy z mascarpone.
Czas na przełożenie ciasta. Dolny krążek skrapiamy likierem wiśniowym. Teraz kładziemy warstwę wiśni a na nie krem śmietanowy. Ta operacja najlepiej powiedzie się jeśli użyjecie rękawa cukierniczego lub torebki foliowej napełnionej kremem. Łyżką nie da nie tej operacji przeprowadzić, bo będziecie się ślizgać po wiśniach. Na krem kładziemy kolejny krążek ciasta. I znów skrapiamy je wiśniówką. Następnie warstwa wiśni i krem. Ostatni krążek jak wcześniej moczymy likierem, ale odwracamy kolejność. Teraz smarujemy ciasto kremem  a dopiero potem wykładamy wiśnie.
Moje wiśnie się nieco rozpłynęły, bo ilość mąki okazała się za mała. Nam to nie przeszkadzało, nawet uznaliśmy, że takie ciasto wygląda bardziej dramatycznie.


Najważniejsze, że ciasto jest delikatne, miękkie i samo się wsuwa. Dla kogoś, kto większość pokarmów wchłania przez słomkę jest idealne, bo nie sprawia łopotów. Zęby przy jego zjadaniu nie są potrzebne.


Pięknej niedzieli i smacznego
P.S.
A wiecie czego absolutnie nie da się przez słomkę wciągnąć? Ziemniaczanego puree.

sobota, 9 lutego 2013

Ciasto żurawinowe z bezą czyli pochwała baroku




Baroku mi się zachciało. Po ponad miesiącu sałatek, korzonków, oglądaniu ciastek przez szybę, moja silna wola pękła jak bańka mydlana. Choć myślę, że jakaś nagroda za wytrwałość (dotychczasową) nam się należy.
Ciasto planowałam sobie w skrytości. Raz oczami wyobraźni widziałam tort nieprzyzwoicie czekoladowy. To znów jakieś tiramisu kawą pachnące. Resztki rozsądku podpowiadały, że może poprzestać na owocowym.
Koniec końców zdecydowałam się na ciasto serowe z frużeliną wiśniową i kruszonką. 
Pierwsze co uległo zmianie, to frużelina wiśniowa. Poświąteczne porządki ujawniły woreczek zamrożonej żurawiny. Od razu postanowiłam ją wykorzystać. Jest kwaśna, więc małe rozgrzeszenie moich skłonności do słodkości było jak znalazł. 
Kolejne znalezisko lodówkowe okazało się słoikiem białek. Żurawina i białka dobrze się komponują. To wytrawne, to słodkie. 
Brakowało jeszcze podstawy. Ciasto serowe średnio mi tu pasowało. Tym bardziej, że z bezą jest trochę roboty. Ciasto powinno być absolutnie niekłopotliwe. Czyli kruche.
Co wymyśliłam, to zrobiłam. Żeby było całkiem rozpustnie, przestrzeń po żurawinie a przed bezą wypełniłam bitą śmietaną. Ale tu już byłam rozważna. Nie użyłam cukru.
Ciasto wyszło imponujące. I wbrew oczekiwaniom wcale nie słodkie. Żurawina i bita śmietana doskonale ujarzmiły bezę. Kroiło się nieco karkołomnie, ale kto by tam zwracał uwagę na takie szczegóły.
Teraz planuję następną słodką rozpustę.


ciasto żurawinowe z bezą:

kruchy spód:
100g zimnego masła
1 żółtko
szklanka mąki
2 łyżki drobnego cukru
1 łyżka zimnej kwaśniej śmietany
szczypta soli
Szybciutko zagniatamy wszystkie składniki, rozpłaszczamy ręką, wkładamy do foliowego woreczka i chowamy do lodówki na godzinę. Po godzinie rozwałkowujemy ciasto, wykładamy nim foremkę do tart i nakłuwamy ciasto widelcem. Piec nagrzewamy do 180 stopni i pieczemy kruchy spód  25-30 minut, lub do momentu aż ciasto będzie złotego koloru.

warstwa żurawinowa:
250g żurawiny (np. mrożonej)
pół szklanki czerwonego wina
1 łyżeczka cynamonu
8 łyżek cukru
200 ml wody
1 budyń waniliowy
Żurawinę wrzucamy do rondla i podgrzewamy (bez rozmrażania) na małym ogniu. Kiedy puści sok, wsypujemy cukier. Mieszamy do rozpuszczenia się cukru. Lekko rozgniatamy owoce. Dodajemy wino i cynamon. Gotujemy na małym ogniu przez 10 minut. Następnie do 200 ml wody lub soku żurawinowego wsypujemy budyń i mieszamy. Tą mieszankę wlewamy do żurawiny. Mieszamy i zagotowujmy tak jak budyń. Zdejmujemy z ognia i studzimy.

warstwa śmietanowa:
(tę część robimy na końcu, kiedy wszystkie pozostałe są już gotowe)
200ml śmietany kremówki
1 opakowanie fixa do śmietany
Ubijamy śmietanę z fixem. Wkładamy do lodówki przykrytą.

beza:
140 g białek (czyli po ludzku mówiąc 4 białka)
230 g drobnego cukru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka octu
szczypta soli

Białka wyjmujemy z lodówki. Te w temperaturze pokojowej łatwiej się ubiją. Kiedy są już sztywne, dosypujemy po łyżce cukier. Trochę to trwa ale w tym wypadku cierpliwość popłaca. Kiedy już cały cukier wylądował w białkach, powinniśmy mieć przed sobą sztywny biały ocean. Teraz do miksowanych białek wsypujemy mąkę i wlewamy ocet. Krótko miksujemy i wykładamy bezową masę na blaszkę, wyłożoną papierem do pieczenia.
Odrysujcie sobie formę z kruchego ciasta. Obie części będą idealnie do siebie pasować, gdy przyjdzie czas składania.
Piekarnik nagrzewamy do 150 stopni i suszymy bezę 1,5 godziny. Zostawcie ją w spokoju a po wyłączeniu piekarnika uchylcie drzwi i pozwólcie jej wystygnąć. Najlepiej na noc.

Kiedy już wszystkie części mamy gotowe, możemy je zgrabnie poukładać czyli:
kruche ciasto + masa żurawinowa + ubita śmietana + beza




W swojej arogancji postanowiłam wypełnić kratki na bezie (aż się o to prosiły) ajerkoniakiem. Nie był to najlepszy pomysł. Nie polecam go wam.
Ale cała reszta wyszła bezbłędnie. Ani odrobiny mdłej słodkości. Żurawina świetnie zrównoważyła słodycz bezy. Ciasto na pewno do powtórzenia przeze mnie. Polecam


I życzę pięknej soboty i jeszcze piękniejszej niedzieli

czwartek, 15 listopada 2012

Dyniowe latte i instrukcje obsługi




Nie wiem, czemu wpadło mi do głowy, że na osłodę MMŻ ucieszy się z latte. Zamiast mu ugotować na pożegnanie wołowinę po syczuańsku, ja pożeglowałam w stronę słodkiej strony życia. Na ugotowanie obiadu nie mam dziś czasu, więc MMŻ albo wykombinuje coś sam, albo będzie się musiał zadowolić latte.
Chleb już upiekłam w zapasie, instrukcja obsługi kotów wisi na lodówce. Kwiatki na wszelki wypadek dostały dodatkowy zapas wody. Co prawda nie będzie mnie tylko trzy dni ale licho nie śpi.
Mężczyźni mają ogromne skłonności do unikania przyziemności. Szczególnie takiej domowej.
Kosz ze śmieciami pełen? To wrzucajmy śmieci do kartonu.
O, kotek!  To my mamy kota!?Jakiś taki słabiutki! Czy on coś je, czy jest na baterie? 
Kochanie podlałeś kwiatki? Tak, dzisiaj rano (to po dwóch tygodniach nieobecności żony).
Nie ma czystego talerza? A słoik zły?
Żeby nie zawracać sobie głowy przyklejaniem karteczek do każdego garnka czy miski z instrukcją ile podgrzewać i z czym, dałam MMŻ wolną rękę. Niech je u swojego ukochanego Chińczyka trzy dni pod rząd.  I wiem, że sprawi mu to prawdziwą przyjemność.
Dziś na pożegnanie z żoną będzie tylko latte.



Dyniowe latte z czekoladą- 2 szklanki
Pół szklanki dyniowego purre
1 mocne espresso
Pół szklanki gorącego mleka
Pół szklanki wrzątku
2 łyżeczki miodu
Kilka ziaren kardamonu utartego w moździerzu
Dwie szczypty cynamonu
Dwie łyżki ubitej śmietany

Powiem szczerze, że wszystko władowałam do miksera.
Czyli, upieczoną dynię wkładamy do miksera, wlewamy mleko i miód. Wrzątkiem zalewamy kardamon i cynamon. Mieszamy i wlewamy do reszty składników. Miksujemy. Dzięki temu, że miksujemy dynię z całą resztą, napój ma lekko spienioną konsystencję. Na ściankach szklanki robimy kreski stopioną czekoladą. Wlewamy latte i dekorujemy łyżką ubitej śmietany.
Kto lubi kawę mocniejszą, niech doda dwie porcje espresso.



Na razie się żegnam i wracam w niedzielę.
Smacznego i dużo słońca