Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jagody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jagody. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 stycznia 2024

Styczniowa mucha i las w człowieku czyli tort jagodowo kokosowy

 


Nie pamiętam! Tak dawno mnie nie było, że musiałam sobie przypomnieć kim tutaj jestem.

I znalazłam bardzo pachnący wpis. Szkoda, że ostatni. 

Rzut oka na zdjęcie i od razu w głowie otworzyła mi się buteleczka z napisem "lucerna" i zatęskniłam za tarasem, białym winem pitym w świetnym towarzystwie, za dziewczynami pachnącymi pączkami  (za samymi pączkami też:)), za spleśniałym domkiem pod lasem. Nawet o krecich kopcach pomyślałam z rozrzewnieniem. Pomyślałam, że już, już niedługo, jeszcze tylko ze trzy miesiące i będzie można przywitać się z bzem, demonicznym różowym drzewkiem, wiewiórkami w sadzie i dzikami za żywopłotem. 

Każdej zimy przychodzi taki moment kiedy mówię: "starczy". Niech sobie zima bywa, ale pod koniec stycznia mam jej serdecznie dość. 

Śnieg był? Był.

Mrozy dały się we znaki? Dały.

Gwiazdka była? I owszem. 

Sylwester odhaczony? No i już.

W górę rękę ten, kto otwierając szafę uśmiecha się na widok zimowej kurtki.

Te buty, te skarpety, podkoszulki, rękawiczki, szaliki! Ileż można? 

Dziś świeciło słońce. I to nie jakaś marna imitacja, tylko prawdziwe ciepłe cieszące oko i serce slońce. Balkon otwarłam, koty wypuściłam, lampki świąteczne zwinęłam w końcu do skrzyni. 

Nie tylko ja zareagowałam entuzjastycznie na dzisiejszą słoneczność. Mucha się pojawiła w zasięgu wzroku, nie tylko mojego. Od razu została pożarta. Świat jest niebezpieczny.

Z rozpędu kupiłam bukiet tulipanów wiedząc, że kiedy tylko się ze swoich zielonych kokonów rozwiną, to okażą się bladymi podróbkami wiosny. Ale nadzieja umiera ostatnia.

Do tych soczystych żółcią i czerwienią grządkowych tulipanów jeszcze daleko. Po drodze kalendarz pokazuje walentynki,  Czarodziejski flet, dzień kobiet.....

W taki dzień jak dziś pocieszam się myślą, że dzisiaj jest do wiosny bliżej niż było we wrześniu. 

Póki jej nie ma zerknę jeszcze na pole lucerny. Dobrze, że mamy zdjęcia, wspomnienia i kalendarz.

Pozdrawiam wszystkich ciepło i zapraszam na wspomnienie lata czyli tort jagodowo kokosowy. 





Tort jagodowo kokosowy

Jak pewnie wiecie,  lubię mieć zamrożone resztki ciasta z różnych wypieków. Nie wszystko zużywam do konkretnych ciast a to co zostaje świetnie się mrozi; czy to biszkopty czy ciasta typu brownie. 

Taki skarb w zamrażarce skraca czas robienia ciasta o połowę. 

Wyjmujemy zlodowaciałe ciasto na blat kuchenny a za pół godziny mamy gotową bazę do tortu. 

Moje zapasy składały się z dwóch pięknych blatów biszkoptowych i worka resztek czekoladowego ciasta, które uwielbiam za prostotę i niezawodność. Te resztki były skrawkami o różnych kształtach. Wiedzcie, że to żadna przeszkoda w zrobieniu spektakularnego tortu. 

Jeśli nie macie czekoladowych resztek, pokrójcie biszkopt na trzy części. Też będzie pięknie.

Składniki na tort o średnicy 18 cm

Potrzebujemy:

biszkopt o średnicy 18 cm

jeden czekoladowy blat (lub kolejny krążek biszkoptu) o średnicy 18 cm

Biszkopt:

4 jajka, osobno żółtka, osobno białka

140 g drobnego cukru

100 g mąki pszennej

30 g mąki ziemniaczanej

30 g roztopionego i wystudzonego masła

szczypta soli

Rozgrzewamy piekarnik do 170 stopni.

Ubijamy białka do spienienia i dodajemy po łyżce cukier. Każdą łyżkę wsypujemy po rozpuszczeniu się poprzedniej porcji cukru. Kiedy białka z cukrem są ubite i przypominają materiał na bezę, wlewamy kolejno żółtka. Mąki mieszamy i delikatnie łączymy z masą jajeczną. Na koniec cienką strużką wlewamy masło.

Dno foremki wykładamy papierem do pieczenia. Wylewamy ciasto i pieczemy 45 minut lub do suchego patyczka.

Wyjmujemy i studzimy.

Nie dzielimy na blaty, na to przyjdzie czas następnego dnia. 

W dniu, w którym pieczemy biszkopt zrobimy też żelkę jagodową.

żelka jagodowa:

200 g jagód

50 g cukru

4 g żelatyny plus odrobina wody do jej zamoczenia

sok z cytryny

Zagotowujemy jagody z cukrem. Żelatynę zalewamy wodą by napęczniała. Potem stawiamy na garnku z gotującą się wodą by się żelatyna rozpuściła.

Zagotowane jagody miksujemy i przecieramy przez sito.

Łączymy z sokiem z cytryny (około łyżki) i płynną żelatyną. Mieszamy i wylewamy do formy mniejszej o 1 cm od formy, w której będziemy składać ciasto. 

Nie posiadam specjalnch rantów do robienia żelki. Wykładam 16 cm formę folią spożywczą i wlewam do niej jagody. Studzę, a potem wkładam do zamrażarki. Zamrożona żelka łatwiej odchodzi od folii i elegancko umieszcza się na cieście.

Kolejnego dnia robimy mus jagodowy i kokosowy.

mus jagodowy:

200 g jagód

5 g żelatyny

40 g cukru

1 łyżka soku z cytryny

130 ml kremówki

Jagody zagotowujemy z cukrem. Miksujemy na puree i przecieramy przez sito. Łączymy z rozpuszczoną żelatyną (patrz wyżej) i sokiem z cytryny.

Ubijamy kremówkę ale nie na sztywno. Ma spływać z łyżki. Do puree  dodajemy łyżkę jagód. Mieszamy a potem dodajemy resztę. Łączymy śmietanę z jagodami.

Krem kokosowy

200 g gęstej części mleczka kokosowego lub po prostu śmietanki kokosowej

100 g białej czekolady 

5 g żelatyny, rozpuszczonej (patrz wyżej)

130 ml kremówki

Podgrzewamy śmietankę kokosową by była dość ciepła ale nie gotująca. Do ciepłej śmietamki wrzucamy połamaną czekoladę. Zostwiamy na 5 minut i mieszamy do rozpuszczenia się czekolady. Dodajemy płynną żelatynę. Mieszamy. Studzimy.

Ubijamy kremówkę jak poprzednio czyli nie na sztywno.

Znów łączymy łyżkę ubitej kremówki z kokosową mieszanką. Potem łączymy obie części.

do nasączenia ciasta:

pół szklanki syropu kokosowego 

2 łyżki wody 

lub pół szklanki syropu cukrowego czyli woda z cukrem

Czas poskładać tort. 

Nie wiem czy używacie folii do składania trortu ale jeśli jeszcze jej nie wypóbowaliście, to polecam z całego serca. Jeśli jej nie macie, to użyjcie papieru do pieczenia jako kołnierza bo tort jest dość wysoki.

Na spód formy kładziemy pierwszy blat ciasta. Nasączamy syropem.

Wykładamy połowe musu jagodowego. Na środek kładziemy krążek żelki jagodowej. Całość przykrywamy resztą musu jagodowego.

Wkładamy ciasto na kwadrans do lodówki.

Kładziemy kolejny krążek ciasta. U mnie resztki czekoladowego brownie. Nasączamy. Wykładamy krem kokosowy, wygładzamy powierzchnię i na kwadrans do lodówki.

Kładziemy ostatni krążek ciasta i wkładamy do lodówkki na kilka godzin.

Przygotowujemy krem do tynkowania tortu.

200 g miękkiego masła

200 g mleka zgęszczonego

Jeśli robicie ozdoby typu"jagoda na krzaczku" odłóżcie z 5 łyżek kremu by je połączyć z barwnikami.

Masło ubijamy na puch i wąską strużką wlewamy do ubijającego się masła mleko.

Możemy położyć krem na ciasto.

Żaden ze mnie cukiernik i nigdy nie jestem zadowolona z efektu ale muszę przyznać, że praca z tynkiem tego typu jest łatwa. Polecam go wszystkim wątpiącym. Jako dodatkową reklamę dodam, że  świetnie nadaje się do ozdób na tort typu szlaczki, kwiatki, listki i tym podobne.

Smarujemy cienko tort tynkiem by złapał wszystkie okruchy, wyrównujemy i schładzamy. Potem kładziemy jeszcze jedną warstwę tynku. Ona będzie tą ozdobną. Teraz możemy tort dekorować. 

Jeśli chcecie zrobić jagodowe krzaki użyjcie barwników do pozostawionych kilku łyżek kremu. Jeśli zapomnieliście o pozostawieniu kremu, udekorujcie tort borówką amerykańską i listeczkami mięty. Oba składniki cały rok są obecne w sklepach.

Fajne jest takie ciasto. Weronika powiedziała, że człowiek z lasu wyjdzie ale las z człowieka nigdy. Sama prawda.

Smacznego




piątek, 30 kwietnia 2021

Biszkopt, mus ajerkoniakowy, jagody czyli co będziemy jeść od jutra?

















Zostało ostatnie 26 godzin. Jeszcze dwa wieczory, jedna noc, jeden poranek i jedno popołudnie i zacznę liczyć czas od nowa. 

Niedziela będzie dniem odzyskania wolności. I będzie lać deszcz. Podobno. 

Czy pogoda będzie miała istotne znaczenie w celebrowaniu odzyskania wolności? Wątpię.

Wiecie co było najprzyjemniejsze w kwarantannie? Nie, nie entuzjazm sąsiadów w wynoszeniu śmieci. 

Najbardziej podobało mi się to, że dwa razy w tygodniu miałam wizytę świętego Mikołaja. No, może nie całkiem świętego a już na pewno nie Mikołaja ale nie osoba tu jest najważniejsza.

Dwa razy w tygodniu pojawiała się z zakupami moja Mama. I za każdym razem oprócz skrupulatnej realizacji spisu zakupowego, w siatkach było "coś". Raz był to koszyczek truskawek, następnym razem paczuszka oreo, potem bukiet tulipanów aż wreszcie komplet przeczytanych Faktów od poniedziałku. 

Przy trzeciej niespodziance wpadłam w uzależnienie. Czwartych zakupów nie mogłam się już w przeddzień doczekać. Co tym razem? Konkurs "Jeden z dziesięciu" to mały pikuś przy napięciu jakie czułam rozpakowując siatkę z mlekiem, śmietaną, brokułami i serkiem śmietankowym. 

Jest czy nie? I co tym razem? 

I znalazłam. Na samym dnie, schowane pod więdnącą sałatą leżały wertelsy.  A już miałam nadzieję na, być może, metaxę? ajerkoniak? 

No nic, niech będą wertelsy. 

Druga rzecz jaka przypadła mi do gustu to krótka ławka składników spożywczych stacjonarnych. Kwarantanna spadła na nas jak śnieg z dachu. Wydawało by się, że jeśli dysponuje się spiżarnią zaopatrzoną w ogórki, grzybki, sosy pomidowe i konfitury w ilości koszarowej to żadne odosobnienie ci nie straszne. Lecz na samych rydzach kiszonych i morelach w cukrze dwudaniowego obiadu nie ulepisz.

Przyszedł czas spojrzeć w czeluści zamrażarki. Niespodzianek wielkich nie było, nie odkryłam zapomnianych pierogów czy upchniętej za pudłem z chlebem ośmiornicy.

Potraktowałam to jak rzucone samej sobie wyzwanie: jemy co mamy. Do oporu.

W ramach prywatnego wyzwania dowiedziałam się nieco o sobie i manii robienia zapasów. Niektóre produkty wprawiły mnie z zadumę bo  nijak nie mogłam sobie przypomnieć momentu zakupu i celowości. Powtarzające się woreczki z marchewką i groszkiem czy zamrożone pudełko z bratkami to tylko mała próbka.

Dzisiaj po 15 dniach wyjadania zapasów mogę z czystym sumieniem ogłosić, że zamrażarka świeci pustkami. 

Trochę to niebezpieczne bo przed nami trzy dni wolnego a jeść trzeba. Na szczęście mamy jeszcze w miarę świeże tulipany w wazonie, ziemniaki no i wertelsy. Czyli jesteśmy bezpieczni.

Widmo pustych żołądków nam nie grozi. Zawsze możemy, kiedy już w niedzielę nastąpi ten oczekiwany moment, popaść się na trawniku lub wpaść do  mojej mamy na kluski i roladę.


Jako odtrutkę na nieco surrealistyczny wpis proponuję coś słodkiego.




Biszkoptowe ciasto z musem adwokatowym (ze starych zapasów) i galaretką jagodową (z jagód z czyszczonej zamrażarki)

biszkopt:

2 jajka

2 łyżki cukru pudru

2 łyżki mąki pszennej

1 łyżka mąki ziemniaczanej


mus adwokatowy:

ćwierć szklanki ajerkoniaku

150 g mascarpone

200 ml kremówki

2 łyżki cukru pudru

2 łyżeczki żelatyny


galaretka:

1 szklanka jagód (moje były zamrożone)

1 galaretka kryształowa czyli przezroczysta


Ubijamy białka z szczyptą soli na sztywno. Wsypujemy po łyżce cukru dalej ubijając. Potem wlewamy po kolei żółtka, wciąż ubijając.

Obie mąki przesiewamy przez sito i delikatnie łączymy z masą jajeczną. Przekładamy do wyłożonej papierem do pieczenia formy (tylko dno) i pieczemy kwadrans w temperaturze 175 stopni.

Upieczony biszkopt studzimy i zdejmujemy papier. 


Żelatynę zalewamy niewielką ilością zimnej wody (tylko do pokrycia żelatyny) i odstawiamy by napęczniała.

Miseczkę z napęczniałą żelatyną stawiamy na garnku z gorącą wodą by się rozpuściła.

W tym czasie ubijamy mascarpone z cukrem i kremówką. Do ubitego kremu wlewamy adwokat i ubijamy jeszcze chwilę.

Do miseczki z rozpuszczoną żelatyną (może być ciepła) dodajemy łyżkę kremu by się zahartował. Mieszamy i dodajemy jeszcze dwie łyżki. Potem wlewamy całość żelatyny do kremu i delikatnie mieszamy.

Wylewamy na biszkopt i wstawiamy do lodówki do stężenia.

By zrobić jagodową galaretkę wlewamy do garnka cały jagodowy sok (czy to ze słoika czy po rozmrożeniu) i uzupełniamy taką ilością wody by otrzymać 400 ml.

Zagotowujemy i wsypujemy galaretkę. Dokładnie mieszamy do całkowitego rozpuszczenia się galaretki. Nie gotujemy!

Wrzucamy jagody i studzimy.

Kiedy galaretka przestygnie wylewamy ją na stężały krem adwokatowy, wyjęty z lodówki.

Całość ponownie umieszczamy w lodówce i zostawiamy do stężenia.


Najlepiej ciasto smakuje następnego dnia.

Moje do zdjęcia zostało posypane kwiatami z drzewka owocowego. Wszystko jest jak najbardziej jadalne.

Kiedy pokroiłam je na malutkie porcyjki, wielkości 3cm na 3 cm; efekt był nieoczekiwanie powalający. 

Takie tam ciasto bez pieczenia (no, z wyjątkiem biszkopta) a dzięki małej sztuczce nabrało nowego wyrazu.

Polecam i smacznego




piątek, 12 sierpnia 2016

Kot w pułapce czyli ciasto jogurtowe z serem i jeżynami


























I dla mnie przyszedł czas urlopu.
Co prawda dziś rano przeżyłam mały szok, bo trawa w cieniu przybrała zdecydowanie srebrzysty kolor. Zerknęłam na termometr i doszłam do wniosku, że do przymrozków brakuje tylko 8 stopni.
Na szczęście srebrzystość na trawie nie była szronem a drobinkami wilgoci. Potem słońce zrobiło porządki i rozwiało moje wątpliwości co do pory roku.
Nie jestem na tyle naiwna by spodziewać się tropikalnych upałów w drugiej połowie sierpnia, ale jakieś marne 25 stopni byłoby całkiem przyjemne. Szczególnie na urlopie.
Ciasto, które upiekłam, a które jest jeszcze gorące, miało być w pierwotnej wersji jagodowe. I pewnie by było, gdyby nie drący się wniebogłosy kot.
Szary jest średnio rozmowny, za to każda niedogodność jest przez niego ogłaszana wrzaskiem.
I takiż właśnie poderwał mnie na równe nogi w czasie błogiego śniadania.
Wiem, że Szary jest panikarzem. Wiem, że zaliczył ostatnio kilka potyczek, walcząc o życie i naszą wolność ale ten wrzask należał do rodzaju „pomocy!”.
Jajeczko na miękko wylądowało w trawie a herbata chlusnęła na Pannekotę.
Ruszyłam z odsieczą. Byłam to winna kotu, Naszemu Dzielnemu Obrońcy.
Z sadu dobiegały jęki i postękiwania więc na wszelki wypadek uzbroiłam się w miotłę.
Okazała się niepotrzebna. Bardziej przydałyby się rękawice i sekator.
Mój pieszczoszek, obdarzony przez naturę bardzo obfitym włosem, stał splątany jeżynami i głośno przeciw skrępowaniu protestował.
Nie jest łatwo uwięzionego puchacza uwolnić. On się miota, jeżyny ofiary łatwo nie oddają, ja walczę z dzikością natury gołymi rękami.
Efekt był łatwy do przewidzenia: zamiast jagód postanowiłam użyć jeżyn. Takie ich mnóstwo czekało na kocie, obok kota, za kotem, pod kotem, że nie miałam wątpliwości.
A kot? Ocalony i chyba nieco obrażony.
Ja, podrapana (jeżynami, nie kotem) i zadowolona, choć na urlopie przyjdzie mi występować w rękawiczkach.












Ciasto jogurtowe z serem i jeżynami

ciasto:
blaszka 22 x 28

1 szklanka mąki
ćwierć szklanki oleju słonecznikowego
pół szklanki drobnego cukru
360 ml greckiego jogurtu
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 cukier waniliowy
1 jajko

200 g serka śmietankowego np. Philadelphia
2 łyżki cukru
1 łyżeczka esencji waniliowej
około 1,5 szklanki jeżyn i jagód

Miksujemy olej z cukrem. Dodajemy jajko i jogurt. Przesiewamy mąkę z proszkiem. Wsypujemy do mokrych składników. Mieszamy.

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia.
Wykładamy ciasto i wyrównujemy powierzchnię. Nakładamy serek na całą powierzchnię. Sypiemy na górę owoce i wkładamy ciasto do piekarnika.
Pieczemy 50 minut.
Po ostygnięciu posypujemy cukrem pudrem i podajemy z bitą śmietaną lub lodami.






Smacznego i dużo słońca

sobota, 23 kwietnia 2016

Sukienkowa pułapka i kakaowe ciasto z kremem cytrynowym, frużeliną jagodową i limoncello





















Wybieraliśmy się wczoraj z MMŻ na imprezę. Wiadomo, piątek, koniec tygodnia. Coś się człowiekowi należy.
MMŻ wychodził na swoją, ja na swoją.
Traf chciał, że ja byłam pierwsza.
Oko namalowane, obcas wybrany, sukienka na wieszaku czekała na swoją kolej.
Wskoczyłam w ciuszek, poprosiłam MMŻ o zapięcie zamka na plecach i w oparach wód pachnących, uzbrojona w imprezowy humor wypłynęłam w świat.
Było super, czas płynął, ani mi było w głowie zastanawiać się jak się miewa mój ukochany.
Nawet nie podejrzewałam, że czeka mnie na koniec dnia ogromna dawka tęsknoty.
Wróciłam do domku nie prowokująco późno. Mam taką świetną książkę do czytania, że chyba tylko pojawienie się Marlona Brando mogłoby mnie przykuć do imprezy. On, niestety, nie żyje, więc żadne kajdany i uzależnienia mi nie groziły.
Z ulgą pozbyłam się obuwia, poczochrałam kota i popłynęłam do łazienki, próbując pozbyć się sukienki.
I tu zaczęła się gimnastyczno rozrywkowa część mojego piątkowego wieczora.
Sukienka ma zapięcie na plecach. Długie jest to zapięcie. Sukienka jest z gatunku druga skóra. Nie posiada żadnego marginesu by ją podciągnąć czy przesunąć.
Dziewczyny, wiecie o co chodzi?
Jak zdjąć sukienkę, której nie jesteście w stanie rozpiąć? Kto rozpina sukienki Claire Underwood, kiedy Franka nie ma w pobliżu?
Stałam w przedpokoju wyginając prawą rękę pod absolutnie nieludzkim kątem.
Sukces! Udało się z górną częścią zamka. Lewa ręka powędrowała za plecy ale okolice obojczyka były mi całkowicie niedostępne.
Odsapnęłam chwilkę i próbowałam podciągnąć kieckę. Ale sukienka typu futerał to pułapka.
Pozycja, jaką przybrałam, żeby się z tego nieszczęsnego ciucha wydostać wprawiła w zadumę mojego kota.
Gnojek jeden, zamiast mi pomóc, patrzy tymi swoimi ślepiami z wyższością.
Czas leciał, a ja posunęłam się o jakieś 12 centymetrów. Po głębszym namyśle, doszłam do wniosku, że przede mną jeszcze 40.
Ludzie! Jakbym jakiś Everest zdobywała! Pierwsza baza zaliczona. Co dalej?
Może jeśli się położę, to sukienka się odpręży i jakoś da się przechytrzyć.
Zległam w przedpokoju, przed totalnie zaciekawionym kotem.
Leżąc na brzuchu i mając do dyspozycji dość ograniczone ruchowo dwie ręce, zerknęłam w lustro. I to był koniec. Widok dość elegancko ubranej kobiety, miotającej się jak krab po podłodze w przedpokoju i mającej przed twarzą spokojnie siedzące zwierzę był tak abstrakcyjny, że umarłam ze śmiechu.
Potem z godnością wstałam, doprowadziłam do porządku swoje oblicze, wypiłam herbatę i poszłam spać w nadziei, że kiedyś przybędzie MMŻ i mnie uratuje.


Kilka godzin później:
MMŻ – Słonko, widzę, że impreza się udała wyjątkowo. Nawet nie miałaś siły szatki zrzucić.
Ja – Rozepnij mnie proszę, bo ja w tym pancerzu spać nie umiem.
MMŻ – Trzeba było jeansy ubrać a nie udawać Anję Rubik. I po co? Zarówno w jeansach jak i bez jesteś od niej ładniejsza.

Warto było poczekać





























Biszkopt kakaowy z kremem cytrynowym, jagodową frużeliną i limocello
(forma o średnicy 18 cm)

ciasto:

2 jajka
2 łyżki cukru
2 łyżki mąki pszennej
1 łyżka kakao

krem cytrynowy*:

sok z jednej cytryny
skórka z otartej jednej cytryny
1/4 szklanki cukru
2 żółtka
80 g masła
200 ml kremówki

limoncello do nasączenia

krem z białej czekolady na górę ciasta:

100 g białej czekolady
250 ml kremówki

frużelina jagodowa:

1 szklanka jagód (moje były mrożone ale w sezonie letnim wybiorę świeże)
1 łyżka cukru
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka żelatyny
pół łyżeczki soku z cytryny

Włączamy piekarnik i rozgrzewamy do 170 stopni.
Dno formy wykładamy papierem do pieczenia.

Ciasto:
Ubijamy białka na pianę. Dodajemy cukier ciągle ubijając. Wlewamy żółtka i ubijamy aż chwilkę aż otrzymamy kremowo żółtą pianę.
Wyłączamy mikser. Przesiewamy mąkę z kakao. Delikatnie mieszamy z pianą z jajek.
Przekładamy masę do formy, wyrównujemy powierzchnię i wkładamy do piekarnika. Pieczemy 25-30 minut.
Wystudzony biszkopt przekrawamy na dwie części (najlepiej to zrobić następnego dnia).

Krem z białej czekolady.
Zagotowujemy kremówkę. Do miski wrzucamy połamaną białą czekoladę. Wlewamy do niej gorącą kremówkę. Mieszamy do rozpuszczenia się czekolady. Studzimy. Przykrywamy folią i wstawiamy na noc do lodówki.
Następnego dnia ubijamy aż zgęstnieje.

Krem cytrynowy:
Do rondelka wlewamy sok z cytryny i połowę cukru. Podgrzewamy do rozpuszczenia się cukru. Zagotowujemy. Drugą połowę cukru ubijamy z żółtkami na jasny krem. Do kremu jajecznego wlewamy wąską strużką gorący sok z cukrem.
Przelewamy całość do rondla z grubym dnem i zagotowujemy. Nie zostawiajcie rondla samego. Pamiętajcie, że są w nim żółtka. Mieszamy jak szaleni by uniknąć przypalenia masy jajecznej. Kiedy masa się zagotuje i zacznie bulgotać jak budyń, zdejmujemy garnek z ognia.
Gorącą przelewamy do misy i ubijamy aż podwoi swoją masę. W tym czasie powinna też wystygnąć. Do wciąż ubijanej, ale już chłodnej masy, dodajemy otartą skórkę i po łyżeczce masło. Ubijamy ze dwie minutki i przykrywamy masę folią.

Ubijamy kremówkę i delikatnie łączymy z masą cytrynową.

*Cała ta kombinacja przy robieniu kremu może spokojnie być zastąpiona innym rodzajem kremu cytrynowego. Mianowicie kremem powstałym z połączenia lemon curd z ubitą kremówką lub mascarpone. No, ale w tym przypadku musicie zrobić lemon curd. Wy wybieracie.

Frużelina jagodowa:
Połowę jagód sypiemy do rondelka, wlewamy sok z cytryny, wsypujemy cukier. Włączamy ogień i zagotowujemy jagody.
Żelatynę namaczamy odrobiną wody. Kiedy napęcznieje, stawiamy miseczkę na garnuszku z gorącą wodą by się żelatyna rozpuściła.
Łyżeczkę mąki ziemniaczanej mieszamy z 4 łyżkami wody. Wlewamy do jagód i mieszamy do zagotowania się. Zdejmujemy z ognia i dolewamy płynną żelatynę. Mieszamy i studzimy. Kiedy wystygnie, delikatnie łączymy z resztą jagód. Ta sztuczka uda się tylko w przypadku użycia świeżych jagód lub borówek amerykańskich. Zależy jaką wersję zrobimy: letnią czy zimową.

Składamy ciasto:
Jedną część biszkoptu nasączamy limoncello. Wykładamy cały krem cytrynowy i przykrywamy drugą częścią ciasta. Znów skrapiamy go limoncello i smarujemy grubą warstwą kremu z białej czekolady.
Wstawiamy do lodówki na kilka godzin.
Wyjmujemy ciasto z lodówki. Na górę, na środek kładziemy kilka łyżek frużeliny i posypujemy świeżymi jagodami lub borówkami.




Smacznego

sobota, 5 lipca 2014

Leśne ciasto jogurtowe czyli smaczne zaskoczenie

























Nie przepadam za ciastami ucieranymi. Dlatego nie kuszą mnie muffiny czy inne babeczki.
Może dlatego, że w moim rodzinnym domu na niedzielę zazwyczaj piekło się babkę. Uważałam ją rodzaj bułki i za żadne skarby nie udało mi się jej polubić.
Czasami po namowach piekę keksa z bakaliami lub w sezonie owocowym ciasto jogurtowe z jagodami lub wiśniami.
W zeszłym tygodniu upiekłam blachę gigant na urodziny MMŻ. Pojechała ta blacha z MMŻ do pracy i pojęcia nie miałam czy komuś smakowała. Trzeba pamiętać, że tydzień temu moje zaziębienie było w szczytowej formie i rzuciło mi się nawet na oczy.
Wielka blacha pięknie wyglądającego ciasta z jagodami nie dawała mi spokoju. Na nadchodzący weekend musiałam upiec taką samą (może tylko nieco mniejszą).
Efektem jestem mile zaskoczona. Pamięć ludzka płata jednak figle.
To pierwsze jogurtowe ciasto w tym sezonie. Zazwyczaj piekę je raz lub dwa razy latem i rzadko kiedy próbuję. Dzielę tym ciastem całe otoczenie. Tym razem spróbowałam jeszcze ciepłego. I było pyszne. Tak pyszne, że ukroiłam sobie kolejny kawałek.
W przyrodzie nic nie jest stałe. Nawet upodobania do deserów.
















































Leśne ciasto jogurtowe
(forma 21 cm na 28 cm)

1 szklanka mąki
1 łyżeczka sody
1 jajko
ćwierć szklanki oleju słonecznikowego
350 g jogurtu greckiego
pół szklanki drobnego cukru
otarta skórka z jednej cytryny
sok z połowy cytryny
oraz
1 szklanka malin
1 szklanka jagód

W misce mieszamy olej, cukier i sok z cytryny ze skórką. Dodajemy jajko i jogurt. Mieszamy. Mąkę przesiewamy z sodą przez sito i sypiemy do miski z olejem i całą resztą. Mieszamy.

Formę wykładamy papierem do pieczenia. Wykładamy ciasto do blaszki (jest dość gęste, ale dzięki temu owoce się w nim nie utopią).
Piec rozgrzewamy do 170 stopni. Pieczemy ciasto godzinę. Sprawdzamy patyczkiem czy nie jest mokre w środku i zostawiamy w piekarniku do wystygnięcia, przy uchylonych drzwiczkach.


Przed podaniem możemy posypać ciasto cukrem pudrem lub podać z łyżką jogurtu greckiego zmieszanego z miodem.


Smacznych zaskoczeń

wtorek, 1 lipca 2014

Bezpieczne jedzenie czyli maślane naleśniki z jagodami


























Dziś jest 1 lipiec. Wtorek. Piję herbatę z cytryną, miodem i imbirem. I jest mi zimno. W lipcu!!!
Jestem kolejny raz zaziębiona. Od dwóch tygodni. Ktoś powie, że zaziębienie to nie choroba. Spróbujcie w takim razie żyć w świecie bez smaków i zapachów. Spróbujcie się wyspać pomiędzy wściekłymi atakami kaszlu w nocy. Spróbujcie nie narażać się na niechętne spojrzenia, chrząkając jak prosię.
Powie ktoś, żeby iść do lekarza. A jakże, zaliczyłam wizytę u lekarza. Było to doświadczenie niecodzienne.
Rosół kilka razy dziennie małymi łyczkami pić proszę...”
„Herbatę lipową z sokiem malinowym jak najczęściej...”
„Płukankę z szałwii zaparzyć i płukać...”
„Spać w skarpetkach...”
Słuchałam w osłupieniu, czekając aż padnie sugestia nazbierania żabiego skrzeku w świetle księżyca.
Od wizyty u wiejskiego lekarza minęło sześć dni. Katar ma się dobrze. Żeby mu nie było nudno, dołączył do niego ból gardła. Kaszel hula w najlepsze.
Dobrze, że jutro odwiedzam miasto. Może miejski znachor znajdzie coś skuteczniejszego od naparu lipowego. Jeżeli nie, to niech mnie ktoś dobije.
Czy coś gotuję? Oczywiście. W międzyczasie MMŻ miał urodziny i żaden katar ani erupcja wulkanu nie byłaby usprawiedliwieniem. Tort musiał być i już. I był. Wyglądał nieźle i chyba był zjadalny. Pokażę go za jakiś czas.
Na razie zamiast wykwintnych deserów zrobię na obiad coś, z czym moje pokiereszowane gardło sobie poradzi. Jedzenie czegoś twardszego od twarogu jest podobne do połykania żyletek. Fakirem nie jestem, więc muszę poszukać innego pożywienia. Może naleśniki z jagodami?
Są delikatne, mięciutkie i łatwo się wsuwają.
























Maślane naleśniki z jagodami i mascarpone

2 szklanki maślanki
2 szklanki mąki pszennej
2 łyżki stopionego masła
2 jajka
1 łyżka drobnego cukru
szczypta soli
opcjonalnie 1 łyżeczka wody pomarańczowej (można kupić w internecie)

do wypełnienia
miseczka jagód
miseczka mascarpone lub serka twarogowego
2 łyżki płynnego miodu

kilka łyżek oleju do smażenia

Przesiewamy mąkę do maślanki. Dodajemy sól, cukier, żółtka, masło i wodę pomarańczową. Mieszamy. Ubijamy białka na sztywno i delikatnie łączymy zresztą ciasta. Odstawiamy na pół godziny.
Na patelni rozgrzewamy 1 łyżkę oleju i wlewamy chochlę ciasta naleśnikowego. Kołysząc patelnią rozlewamy ciasto po całej powierzchni patelni. Stawiamy na ogniu i smażymy kilkanaście sekund.
Szeroką łopatką przerzucamy naleśnik na drugą stronę i znów smażymy kilkanaście sekund. Zdejmujemy złoty naleśnik z patelni i smażymy kolejny.
Naleśniki smarujemy mascarpone lub serem, posypujemy jagodami i polewamy miodem.
Składamy lub zwijamy i jemy, mrużąc z zadowolenia oczy.






Smacznego i dużo zdrowia

czwartek, 15 sierpnia 2013

Musaka, horiatika i macedonia czyli dzień grecki



Znów wolne. Czy tylko mnie się wydaje czy tych wolnych dni jest tak dużo? Czy to coś zmienia, że jest dzień wolny? Sądząc po wczorajszych zakupach chyba tak. Ilości chleba skłaniały do zastanowienia nad menu świątecznym.
Nieco mnie zdumiały te bochenki pakowane do wózków, bo przecież po czwartku nastąpi jak najbardziej normalny piątek. Czy ludzie zjedzą te chleby czy może nakarmią nimi kosze na śmieci?
Wczorajsze zakupy nie bardzo mnie dotyczyły, bo w moim koszyku były bakłażan, pomidory i ser.
Moje plany obiadowe były zbyt zachęcające, żebym się głębiej zastanawiała nad cudzym menu.
Jednak refleksja mnie naszła i chyba do tematu wrócę.
Niebieskie niebo, białe chmury, totalne słońce. Wszystko kieruje myśli w stronę śródziemnomorskich klimatów.
MMŻ pyta co dziś będzie na obiad. Musaka, horiatika i macedonia odpowiadam.
Wakacje na wyspach greckich raczej mi w tym roku nie grożą, ale co mi szkodzi wyczarować namiastkę tych smaków na swoim tarasie.
Goście się zapowiedzieli ,więc zamiast opowiadać wam o smakach Folegandros i Milos pójdę wykombinować zupę. Bo cała reszta czeka już w gotowości.
Dziś dzień grecki. Zapraszam.



Musaka:

pół kilograma mięsa mielonego (np. indyczego)
1 cebula
3 ząbki czosnku
1 łyżeczka oregano
1 łyżeczka cynamonu
pół łyżeczki kminu rzymskiego
1,5 szklanki pomidorów w sosie (pelatti)
sól
pieprz
1 łyżka oliwy do smażenia

Oraz:
3 bakłażany
2 łyżki oliwy do smarowania bakłażanów
sól

Sos beszamelowy:

1 szklanka mleka
1 łyżka masła
1 łyżka mąki
sól
pieprz
gałka muszkatołowa
1 szklanka tartego żółtego sera (np. cheddara)
1 żółtko


Zaczynamy od bakłażanów. Kroimy je na plastry centymetrowej grubości i solimy. Odstawiamy na pół godziny, po czym spłukujemy wodą i osuszamy papierowymi ręcznikami. Smarujemy po obu stronach oliwą i smażymy na suchej patelni aż nie zbrązowieją. Gotowe odkładamy na bok.
Pora na mięso. Rozgrzewamy na patelni olej i kładziemy pokrojoną w kostkę cebulę i czosnek. Nie brązowimy tylko szklimy. Do nich dodajemy mielone mięso. Mieszamy, żeby całe mięso miało kontakt z dnem patelni. Sypiemy oregano, cynamon, kmin, sól, pieprz. Kiedy mięso zacznie brązowieć wlewamy pomidory i dokładnie mieszamy. Zmniejszamy ogień i lekko dusimy sos przez pół godziny.
Sos powinien być dobrze zagęszczony. Jeśli na dnie zbiera się płyn, pogotujcie sos jeszcze parę minut.
Potem sos studzimy i bierzemy się za sos beszamelowy. Będzie on pełnił rolę spoiwa w musace.
Na patelnię kładziemy masło i topimy je. Na gorące masło sypiemy mąkę i mieszamy, żeby się pozbyć grudek. Lekko złocimy mąkę. Uważajcie, żeby jej nie przypalić, bo będzie gorzka.
Zdejmujemy patelnię z ognia i lejemy mleko, energicznie mieszając trzepaczką. Jeśli sos jest za gęsty, dolejcie mleka. Stawiamy sos na małym ogniu i mieszamy aż się zagotuje. W tym czasie sos gęstnieje. W efekcie końcowym powinien być na tyle gęsty, żeby okleić drewnianą łyżkę. Za rzadki sos możecie podgotować a za gęsty rozrzedzić mlekiem. Kiedy osiągniemy efekt zadowalający, zdejmujemy sos z ognia i dosmakowujemy solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Do gorącego sosu wtrzepujemy żółtko i wsypujemy starty ser. Mieszamy.
Pora na ułożenie warstw musaki w naczyniu.
Dowolne naczynie do zapiekania smarujemy łyżką sosu beszamelowego. Na nim układamy warstwę upieczonych bakłażanów. Na nie kładziemy szczodrze sos mięsny. Polewamy go cienką warstwą sosu beszamelowego. Przykrywamy resztą bakłażanów (ja robię to na zakładkę) i polewamy resztą sosu beszamelowego.
Wkładamy naczynie do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na 45 minut. Górna część naszej zapiekanki powinna się pięknie na brzegach przypiec na brązowo.
O wydrapanie brzegów najzacieklej wszyscy walczymy.
Upieczoną musakę dobrze jest zostawić w spokoju do wystygnięcia.  Wtedy następuje idealna integracja składników.  Potem można ją podgrzać i pokroić na porcje. Przyznam szczerze, że najlepiej smakuje na drugi dzień.



Do  niej idealnie pasuje horiatika czyli prosta sałatka z ogórka, pomidora, papryki, cebuli, oliwek i fety. Do tego kilka kropli dobrej oliwy i trochę octu i już mamy wyspy greckie .



Horiatika:

1 zielona papryka
1 duży pomidor
1 ogórek
1 cebula
garść oliwek
feta
 Sos:
1 ząbek czosnku
2 łyżki octu białego
6 łyżek oliwy
pół łyżeczki oregano
sól
pieprz

Na zakończenie, żeby pozostać w temacie, podajemy deser stary jak Bałkany czyli Macedonię.


 Macedonia:

dwie szklanki kulek z arbuza
1 szklanka jagód lub borówek amerykańskich
pół szklanki malin
pół szklanki pokrojonych moreli
4 listki mięty
2 łyżeczki  cukru pudru
1 łyżeczka soku z cytryny
2 łyżeczki likieru amaretto lub waszego ulubionego

Mieszamy wszystkie składniki, posypujemy cukrem, polewamy ulubionym likierem, dodajemy posiekaną miętę i mieszamy. Wkładamy na pół godziny do lodówki.



Częstując się tym bałkańskim posiłkiem prawie słyszymy cykady na Cykladach. I widzimy jak gwiazdy spadają.




Przepięknego lenistwa i smacznego

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Królestwo za krowę i mroczne ciasto jagodowe





Mroczne myśli mnie naszły. Żeby było śmieszniej mrok związany jest z bielą.
Mleka mi się zachciało. Takiego od krowy. Zamarzył mi się twaróg własnej produkcji. Maślanka z czasów mojego dzieciństwa, którą można było kroić nożem.
Konia z rzędem temu, kto zna jakąś krowę.
Wydawałoby się, że mieszkam w miejscu, gdzie mleko leje się strumieniami. Wieś z dala od miasta, łąki dookoła, jakieś gospodarstwa też się trafiają. Nic bardziej mylnego.
Moi zaprzyjaźnieni rolnicy, jedyni w mojej osadzie i  mieszkający tu od pokoleń poradzili mi, żebym pojechała do miasta. Tam są takie budki, w których podstawia się butelkę i już. Radość moja nie miała granic. Wolałabym mleko pozyskiwane metodą bardziej tradycyjną czyli wiadro, wymiona, krowa.
Znajomi nie znali w okolicy nikogo, kto trzymałby w obejściu coś więcej oprócz psa, kota i kur.
Tego się mogłam spodziewać. Przecież wędruję przez okoliczne pola i lasy i krowa jest tu równie często spotykana jak velociraptor.
Widząc moje zatroskanie, niezastąpiony MMŻ postanowił mi ulżyć w cierpieniu i zorganizował wycieczkę w krainę swojego dzieciństwa. Okolice były sielskie, dostatnie w trawę i bydło. Zwróćcie uwagę na czas przeszły. Były.
Pojechaliśmy na spotkanie z przeszłością i nadzieją na krowie mleko.
Pierwsze spostrzeżenia były następujące. Okolica znana ale jakaś mniejsza. Wszystko jest bliżej niż kiedyś. Pola, owszem, są. Łąki jak najbardziej obecne. Krowy ani śladu.
Przejeżdżasz prawie 300 kilometrów i nie spotykasz ani jednej krowy! Zaczynam się niepokoić czym jest to białe z kartonu, które pijemy  na śniadanie.
Ostatnią nadzieją była wizyta rodzinna. Oni zawsze mieli krowę. Bez krowy rolnik nie jest rolnikiem.
Na prośbę pokazania lodówki rodzina zareagowała zdziwieniem. Podejrzewam, że nasze dziwactwo zostało potraktowane jako miejska fanaberia.
Moje podejrzenia zmieniły się w pewność. Nikt nie wie gdzie się podziały krowy. W lodówce rolniczej rodziny, która krowy miała zawsze (to słowa MMŻ) na półce stało Łaciate. Koniec.
Czas pojechać na targ i kupić jakieś bydlątko, które da mi mleko. W innym wypadku z marzeniem o domowym twarożku będę się musiała pożegnać.
Na mroczne myśli najlepsze jest mroczne ciasto. Skoro nie może być biało, to nich będzie mrocznie.


Mroczne ciasto jagodowe
forma okrągła o średnicy 20 cm

Ciasto:

4  jajka
3/4 szklanki mleka
3/4 szklanki oleju 
1 szklanka cukru
1,5 szklanki mąki pszennej
6 łyżek kakao
1 płaska łyżeczki sody oczyszczonej
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia

Nie będziemy potrzebowali miksera. Wystarczy nam rózga lub mątewka. Do tego dwie miski. Jedna na suche składniki, druga na mokre.
Mieszamy wszystko co mokre, do połączenia się składników. Z suchymi robimy to samo, pamiętając o przesianiu mąki przez sito.
Wsypujemy suchą mieszankę do mokrej i mieszamy na gładką masę.
Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Okrągłą formę wykładamy papierem do pieczenia (tylko spód) i wlewamy ciasto. Pieczemy około godziny. Sprawdzamy pod koniec pieczenia drewnianym patyczkiem czy ciasto jest suche. Jeśli patyczek wyjmujemy upaprany czekoladowym ciastem, musimy je dopiec 5-7 minut.
Upieczone ciasto wyjmujemy i studzimy. Po wystudzeniu kroimy na trzy części. Pagórek, który urośnie na cieście, odkrawamy i zjadamy na stojąco z kapką dżemu jagodowego.
Bierzemy się za krem jagodowy.

Krem jagodowy:

2 szklanki jagód
3 łyżeczki żelatyny 
pół szklanki cukru
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej rozpuszczone w 1 łyżce wody
250 g mascarpone
200 ml kremówki
4 łyżki cukru pudru
Oraz
200 ml kremówki do posmarowania boków.

Żelatynę wsypujemy do miseczki i zalewamy trzema łyżkami zimnej wody. Kiedy napęcznieje, stawiamy miseczkę na garnuszku z gotującą się wodą. Żelatyna się rozpuści.

Do rondelka wsypujemy jagody i cukier. Musimy rozgnieść nieco jagody, żeby nam się cukier nie przypalił. Zagotowujemy jagody z cukrem i wlewamy mąkę ziemniaczaną, wymieszaną z odrobiną wody.
Zdejmujemy jagody z ognia i wlewamy rozpuszczoną żelatynę. Mieszamy i wystudzimy

Ubijamy kremówkę i dodajemy cukier. Osobno ubijamy mascarpone i dodajemy po łyżce ubitą śmietanę. Na koniec dodajemy też porcjami jagody. Pamiętajcie aby wszystkie trzy części czyli śmietana, mascarpone i jagody miały tę samą temperaturę.
Wracamy do ciasta. Pierwszą warstwę skrapiamy ulubionym likierem (u mnie z czarnej porzeczki) i smarujemy obficie kremem. Przykrywamy drugą warstwą ciasta i powtarzamy skrapianie i smarowanie kremem. Następnie kładziemy trzeci krążek ciasta. Lekko dociskamy i chowamy do lodówki na kilka godzin.
Kiedy ciasto stężeje, smarujemy boki bitą śmietaną. By nie było tak mrocznie jak się wydawało na początku. W końcu wszystko się zaczęło od bieli.






Pozdrawiam serdecznie i smacznego tygodnia życzę

poniedziałek, 29 lipca 2013

Podwójne wspomnienia i mrożona beza z kremem cytrynowym






Kiedy zaczniecie narzekać na upały,  przypomnijcie sobie, że dokładnie miesiąc temu lało a temperatura raczej sugerowała późną jesień niż optymistyczny początek lata.
Dokładnie miesiąc temu MMŻ obchodził urodziny. Zdjęcia bezy późno, bo późno ale w końcu dotarły.
Doszłam do wniosku, że dziś jest dobry dzień by nieco schłodzić atmosferę. Mrożona beza nadaje się do tego idealnie.

Cofnijmy się w czasie o miesiąc.

                               Jak widać na zdjęciu małe wpadki też się zdarzyły

Zakładanie narciarskich skarpetek na noc ostatniego dnia czerwca wydawało mi się grubą przesadą. Ale cóż, kiedy termometr za oknem pokazywał marne osiem stopni. Oglądam zdjęcia z zeszłego roku.
Koniec czerwca to urodziny MMŻ. Dokumentacja tarasowa nie kłamie. Rok temu mieliśmy na sobie niewiele. A o skarpetach, nawet zwykłych, nikt nawet nie pomyślał. Raczej w grę wchodziło rozbieranie a nie wkładanie.
Przeglądam zdjęcia i widzę, że na stole też nic gorącego. Same przekąski ale w ilościach hurtowych.
Tegoroczna impreza również zakładała zimny bufet i tort mrożony. Już widziałam dzban sangrii na stole.
A jak było?
Rano obudził nas deszcz walący o dach. Nie powiem, żeby to był dobry początek. W drodze na targ moje nadzieje na urodziny w plenerze topniały jak śnieg w marcu.
I nagle, kiedy już przeklęłam wszystkie pogodowe źródła, mamiące mnie obietnicami dzień wcześniej, zaświeciło słońce. O Matko i Córko! Może jeszcze nie wszystko stracone?
Ognisko mogę wykreślić. Nie słyszałam, żeby drzewo pławiące się od ponad miesiąca w wodzie miało jakiekolwiek wartości palne.
Może jednak wieczór nie odbędzie się przy piecu a na świeżym powietrzu? Nic nie kupiłam, tak byłam zajęta zaciskaniem kciuków i mamrotaniem zaklęć pogodowych.
W drodze powrotnej najpierw zaszło za chmury słońce, potem zawiało zimnem, potem zrobiło się ciemno a na koniec wszystko wróciło do normy. Tej deszczowej. Ogarnęła mnie rozpacz.
Czy miałam wyrzucić z listy wszystko co planowałam? Czy w czerwcu podaje się na imprezie zupę marchewkową? Ciepły bigos też chyba bardziej by pasował do aury niż carpaccio z łososia?
Cóż kiedy machina organizacyjna ruszyła już wcześniej.
Bezowy tort urodzinowy jest tradycją. MMŻ raczej stroni od słodyczy ale ten tort jest jego słabą stroną. W tym przypadku żadne tłumaczenia i wykręty nie mają racji bytu. MMŻ uwielbia ten tort i już.
Wykazując się ogromną dozą optymizmu, by nie powiedzieć naiwności, wymyśliłam sobie, że tym razem będzie to bezowy tort lodowy. Jak wymyśliłam tak zrobiłam.
Od piątku mieszkał sobie w lodówce.
Kiedy więc w sobotę powitały mnie rano werble deszczowe, mój tort był  ostatnim z deserów, na jaki miałabym ochotę. Wolałabym szarlotkę na ciepło.
Wszystko zapowiadało się nie takie, jakie miało być.
Nie wiem, czy to moje usilne prośby, czy pomyłka w prognozach ale koło południa pokazało się słońce. I to nie jakieś tam słoneczko, tylko pełnowymiarowe słońce na cały etat.
Urodziny można było zacząć.
W stosunku do zeszłego roku, szału temperaturowego nie było. Tym razem mieliśmy też tysiące nieproszonych, ale za to spragnionych gości w postaci komarów. Kto by się jednak przejmował takimi drobiazgami, skoro było i słońce, i pełny stół, i muzyka, i pyszne wino, i tańce na trawie. Nawet dotkliwy chłód, kiedy przypełzł wieczorem, został spacyfikowany ciepłymi kocami.
A beza okazała się boska. Czy latem czy zimą taki rodzaj ciasta jest spełnieniem marzeń.
Koniecznie wypróbujcie.

Dziś, kiedy temperatura zbliża nas do południa Włoch, można taką bezę wsunąć bez wyrzutów sumienia. Najlepiej by było, gdyby ktoś ją dla nas zrobił. 



Mrożona beza z kremem cytrynowym

białko z 6 jajek
1,5 szklanki drobnego cukru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżka soku z cytryny
szczypta soli

2 jajka
2 żółtka
70 g zimnego masła
Cukier
Sok z 3 cytryn
Skórka otarta z 2 cytryn
500 ml kremówki 36 %
2 garści owoców wszelakich

Piekarnik rozgrzewamy do 150 stopni. Ubijamy białka ze szczyptą soli na sztywno. Ciągle ubijając dodajemy po łyżce cukier aż piana będzie sztywna i błyszcząca. Czas na dodanie mąki ziemniaczanej a następnie soku z cytryny.
Na blaszce rysujemy okrąg o średnicy 23 cm i wykładamy ¼ masy bezowej.
Najtrudniej jest upchać 4 krążki bezowe w jednym piekarniku. Mój piekarnik jest kieszonkowy. Mogę w nim upiec jednocześnie dwie bezy. Cztery absolutnie nie wchodzą w grę. Biorąc pod uwagę, że pieczenie bezy trwa mniej więcej jedną dniówkę, to cały proces trzeba rozłożyć na dwa dni. Białka, cukier, mąkę i sok dzielimy wtedy na dwie części. Cała reszta pozostaje bez zmian.
Krążki pieczemy (a właściwie suszymy) w piekarniku przez 10 minut. Po tym czasie zmniejszamy temperaturę do 130 stopni i zostawiamy bezę na godzinę. Po wyłączeniu piekarnika pozostawiamy krążki bezowe do całkowitego wystygnięcia. A najlepiej na noc.
Kiedy już upieczecie wszystkie cztery krążki możecie się wziąć za krem. Jak zrobić lemon curd dowiecie się tutaj.
Ubijcie kremówkę i delikatnie połączcie z kremem cytrynowym. Zasada jest taka: do kremu dodajemy po łyżce ubitą kremówkę. Oba składniki powinny mieć tę samą temperaturę. Unikniecie dzięki temu nieprzyjemnych niespodzianek.
Krążki bezowe przekładamy kremem. Owijamy tort papierem do pieczenia lub obręczą do tortów. I wkładamy do zamrażarki na noc.
Kiedy nadejdzie pora zaprezentowania tortu światu, wyjmijcie go pół godziny wcześniej z zamrażarki.
Dekoracją było to, co rosło wtedy w sadzie: czereśnie, porzeczki i truskawki. Jagody kupiłam na targu.
Zanurzyłam nóż w gorącej wodzie i dalej już poszło jak z płatka.



Robiłam tę bezę dwa dni ale warto było.




Pięknego tygodnia, nieco wiatru i smacznego