Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urodziny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urodziny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 grudnia 2013

Ruchome urodziny i sernik z polewą z wina grzanego i wiśniami



Gdybym miała wybierać datę swoich urodzin to padło by na 21 maja. Rok pominę, bo dżentelmeni o latach nie rozmawiają.
Niestety nie miałam nic do powiedzenia jeżeli chodzi o datę moich urodzin. Czas mojego pojawienia się na świecie zaplanowano na 31 grudnia i nie miałam wtedy nic do powiedzenia. Urodziłam się po jedenastej rano, zakłócając coroczny rytuał obchodów urodzinowych mojego Dziadka.
To był pierwszy dzień moich połowicznych urodzin.
Wszyscy bardzo ekscytują się swoimi urodzinami. Ja nie. Nie można się cieszyć, kiedy wiadomo, że po godzinie 14-ej w dniu twoich urodzin każdy będzie patrzył na zegarek. Urodziny na czas? Dziękuję bardzo.
Od rana 31 grudnia mam urodziny ale tylko do czternastej. Potem zaczyna się nerwowe przygotowywanie do Sylwestra.
Jak sięgam pamięcią nie lubiłam swoich urodzin. Gdyby to zależało ode mnie, zrezygnowałabym z nich i nie czułabym ich braku.
Skoro i tak cały świat jest zaabsorbowany żegnaniem i witaniem to po co mu zawracać głowę urodzinami?
Reakcja na pytanie „data urodzenia” jest zawsze taka sama: ” ale ma Pani fajną datę urodzin”. Jasne. Gorzej to chyba mają tylko ci, urodzeni w wigilię Bożego Narodzenia.
W tym roku postanowiłam podjąć męską decyzję i cieszyć się całą dobą urodzin. Przeniosłam swoje urodziny na 30 grudnia.
I to była decyzja równie ważna dla mnie jak wymyślenie koła dla ludzkości. Epokowa.
Po pierwsze nie stresuję się swoimi urodzinami. Po drugie czas nie ma znaczenia. Budzę się i zasypiam ciągle będąc solenizantem. Po trzecie nie dzielę się dniem, który powinien należeć tylko do mnie a nie do 7 miliardów ludzi. Same plusy.
Wczoraj miałam urodziny i dziś też mam urodziny. Że też nie wpadłam na ten pomysł kilkanaście lat temu!
A na dodatek będę się cieszyć Sylwestrem bez pretensji do całego świata, że lekceważy mój dzień urodzin. W przyszłym roku zarządzę urodziny 17 października. Na przykład.
Jako dodatek urodzinowy i sylwestrowy mam dla was sernik z polewą z wina grzanego i wiśniami.



spód:

8 ciastek Oreo
2 łyżki stopionego i wystudzonego masła
Miksujemy wszystko na piasek i wykładamy dno formy (moja ma 18 cm). Wkładamy do lodówki na godzinę.

masa serowa:

600 g sera śmietankowego
pół szklanki słodkiego mleka skondensowanego
3 jajka
2 łyżki mąki pszennej
1 łyżeczka esencji waniliowej
skórka otarta z jednej pomarańczy

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Przygotowujemy formę nieco większą od tej, w której upieczemy sernik.
Miksujemy wszystkie składniki razem do momentu połączenia się składników. Wyjmujemy formę z lodówki i owijamy ją szczelnie folią aluminiową. Wlewamy sernik i wstawiamy do większej formy. Zagotowujemy wodę i wlewamy ja do większej miski, która będzie robiła nam za saunę dla sernika. Ostrożnie wstawiamy sernik do piekarnika i pieczemy około godziny. Studzimy w wyłączonym piekarniku.

polewa:

1 szklanka wina grzanego
1 łyżeczka mąki kukurydzianej
2 łyżki wiśni z nalewki

Wino grzane podgrzewamy. W szklance mieszamy 3 łyżki wina z mąką kukurydzianą. Wlewamy do gotującego się wina, żeby je zagęścić. Wyłączamy ogień i dorzucamy wiśnie do wina.
Studzimy i wykładamy na sernik.



Bawcie się dobrze i zacznijcie Nowy Rok bez postanowień ale za to z optymizmem.

Wszystkiego najpiękniejszego wam życzę i zmykam na lotnisko.

piątek, 27 września 2013

Trudne decyzje i schab po myśliwsku



Koniec września to urodziny mojej Mamy. Jestem wtedy zaopatrzeniowcem, logistykiem, kucharzem, cukiernikiem i kelnerem. Mam absolutnie wolną rękę w doborze dań. Niby sytuacja jest komfortowa. Jednak wolałabym pewną dozę zdecydowania jeżeli chodzi o to, co wyląduje na stole. Tak wyglądała moja rozmowa z Mamą dotycząca ciasta.

- Mamuś, jakie ci upiec ciasto?
- Może być to, które upiekłaś ostatnio.

Ostatnio było marchewkowo gruszkowe.

- Dobra, będzie marchewkowe.

Minął tydzień i na stole wylądowało kolejne ciasto. Moja Mama, z widelczykiem w połowie drogi z talerza do buzi:

- Takie ciasto możesz mi upiec.
- To nie marchewkowe?
- Albo marchewkowe albo takie.
- Hm, a może sernik?
- Sernik też może być.

Jak widzicie Mama nie ułatwia mi zadania. Dalej jest tylko gorzej.
Wymyślenie ciepłego dania też wymaga odpowiedniego podejścia. Goście nie należą do żarłoków. Czasy kiedy każdy zjadał pół kilograma kartkowej szynki a pojawienie się na stole grzanych frankfuterków w asyście sałatki jarzynowej wywoływały zbiorowy ślinotok, odeszły już do lamusa. Dziś większość siedzących przy stole ma albo sztuczne szczęki, albo kłopoty trawienne.
A moja Mama ciągle drży ze strachu, że goście wyjdą głodni. Ja bardziej obawiam się, że podniesie się im cholesterol lub pękną guziki w koszuli.
Walka o ciepłe danie zaczyna się na długo przed imprezą. Sugestia, że może darujemy sobie danie na ciepło jest ignorowana.
Potem krok po kroczku staram się wypracować kompromis. Mama najchętniej podałaby trzy dania na ciepło. Jakiś kurczak, jakieś kotlety i może zawijańce z indyka. No, śmierć z przejedzenia zajrzała nam w oczy.
Potem następuje wyliczanka tego, co jeszcze znajdzie się na stole. Po trzeciej sałatce Mama nieco zmiękła i wyraziła zgodę na „tylko” jedno ciepłe. Uf! Kamień z serca. Szanse gości na przeżycie nieco wzrosły.
Nie mam zamiaru zanudzać was szczegółami stołu. Zaproszę was na nietypowe u mnie danie, bo mięsne.
Jadłam je rok temu u znajomych. Mimo dość ostrożnego stosunku do mięs, te rodzaj dania był wyjątkowo smaczny. Dostałam przepis i teraz jest okazja, żeby spełnić oczekiwania mojej Solenizantki.
Danie to ma jeszcze jedną zaletę, oprócz tego, że jest po prostu smaczne. Robi się właściwie samo a jeżeli zostanie (w naszym przypadku tak będzie na 200%), można je zamrozić.



Schab po myśliwsku wg Joasi:

1 kilogram schabu
kilkanaście świeżych podgrzybków lub prawdziwków (mogą być suszone a potem namoczone)
odrobina soli
pół litra kremówki
1 torebka zupy cebulowej (np. Knorr)
pieprz
mąka
olej do smażenia

Schab myjemy i kroimy na plastry cieńsze od kotletów. Wstrzemięźliwie solimy. Na talerz sypiemy mąkę. Obtaczamy w mące plastry schabu. Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy mięso z obu stron. Przekładamy do żaroodpornego naczynia i... Grzyby kroimy na plastry i kładziemy na mięso.
Posypujemy wszystko proszkiem zupy cebulowej i zalewamy kremówką. Szczelnie przykrywamy i wstawiamy do piekarnika. Nastawiamy temperaturę na 170 stopni i pieczemy 2 godziny. Ostatni kwadrans pieczemy bez przykrycia.





Przed podaniem posypujemy zieloną pietruszką. Jako dodatek kasza gryczana jest idealna.




Życzę smacznego i biorę się za robienie tortu.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Podwójne wspomnienia i mrożona beza z kremem cytrynowym






Kiedy zaczniecie narzekać na upały,  przypomnijcie sobie, że dokładnie miesiąc temu lało a temperatura raczej sugerowała późną jesień niż optymistyczny początek lata.
Dokładnie miesiąc temu MMŻ obchodził urodziny. Zdjęcia bezy późno, bo późno ale w końcu dotarły.
Doszłam do wniosku, że dziś jest dobry dzień by nieco schłodzić atmosferę. Mrożona beza nadaje się do tego idealnie.

Cofnijmy się w czasie o miesiąc.

                               Jak widać na zdjęciu małe wpadki też się zdarzyły

Zakładanie narciarskich skarpetek na noc ostatniego dnia czerwca wydawało mi się grubą przesadą. Ale cóż, kiedy termometr za oknem pokazywał marne osiem stopni. Oglądam zdjęcia z zeszłego roku.
Koniec czerwca to urodziny MMŻ. Dokumentacja tarasowa nie kłamie. Rok temu mieliśmy na sobie niewiele. A o skarpetach, nawet zwykłych, nikt nawet nie pomyślał. Raczej w grę wchodziło rozbieranie a nie wkładanie.
Przeglądam zdjęcia i widzę, że na stole też nic gorącego. Same przekąski ale w ilościach hurtowych.
Tegoroczna impreza również zakładała zimny bufet i tort mrożony. Już widziałam dzban sangrii na stole.
A jak było?
Rano obudził nas deszcz walący o dach. Nie powiem, żeby to był dobry początek. W drodze na targ moje nadzieje na urodziny w plenerze topniały jak śnieg w marcu.
I nagle, kiedy już przeklęłam wszystkie pogodowe źródła, mamiące mnie obietnicami dzień wcześniej, zaświeciło słońce. O Matko i Córko! Może jeszcze nie wszystko stracone?
Ognisko mogę wykreślić. Nie słyszałam, żeby drzewo pławiące się od ponad miesiąca w wodzie miało jakiekolwiek wartości palne.
Może jednak wieczór nie odbędzie się przy piecu a na świeżym powietrzu? Nic nie kupiłam, tak byłam zajęta zaciskaniem kciuków i mamrotaniem zaklęć pogodowych.
W drodze powrotnej najpierw zaszło za chmury słońce, potem zawiało zimnem, potem zrobiło się ciemno a na koniec wszystko wróciło do normy. Tej deszczowej. Ogarnęła mnie rozpacz.
Czy miałam wyrzucić z listy wszystko co planowałam? Czy w czerwcu podaje się na imprezie zupę marchewkową? Ciepły bigos też chyba bardziej by pasował do aury niż carpaccio z łososia?
Cóż kiedy machina organizacyjna ruszyła już wcześniej.
Bezowy tort urodzinowy jest tradycją. MMŻ raczej stroni od słodyczy ale ten tort jest jego słabą stroną. W tym przypadku żadne tłumaczenia i wykręty nie mają racji bytu. MMŻ uwielbia ten tort i już.
Wykazując się ogromną dozą optymizmu, by nie powiedzieć naiwności, wymyśliłam sobie, że tym razem będzie to bezowy tort lodowy. Jak wymyśliłam tak zrobiłam.
Od piątku mieszkał sobie w lodówce.
Kiedy więc w sobotę powitały mnie rano werble deszczowe, mój tort był  ostatnim z deserów, na jaki miałabym ochotę. Wolałabym szarlotkę na ciepło.
Wszystko zapowiadało się nie takie, jakie miało być.
Nie wiem, czy to moje usilne prośby, czy pomyłka w prognozach ale koło południa pokazało się słońce. I to nie jakieś tam słoneczko, tylko pełnowymiarowe słońce na cały etat.
Urodziny można było zacząć.
W stosunku do zeszłego roku, szału temperaturowego nie było. Tym razem mieliśmy też tysiące nieproszonych, ale za to spragnionych gości w postaci komarów. Kto by się jednak przejmował takimi drobiazgami, skoro było i słońce, i pełny stół, i muzyka, i pyszne wino, i tańce na trawie. Nawet dotkliwy chłód, kiedy przypełzł wieczorem, został spacyfikowany ciepłymi kocami.
A beza okazała się boska. Czy latem czy zimą taki rodzaj ciasta jest spełnieniem marzeń.
Koniecznie wypróbujcie.

Dziś, kiedy temperatura zbliża nas do południa Włoch, można taką bezę wsunąć bez wyrzutów sumienia. Najlepiej by było, gdyby ktoś ją dla nas zrobił. 



Mrożona beza z kremem cytrynowym

białko z 6 jajek
1,5 szklanki drobnego cukru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżka soku z cytryny
szczypta soli

2 jajka
2 żółtka
70 g zimnego masła
Cukier
Sok z 3 cytryn
Skórka otarta z 2 cytryn
500 ml kremówki 36 %
2 garści owoców wszelakich

Piekarnik rozgrzewamy do 150 stopni. Ubijamy białka ze szczyptą soli na sztywno. Ciągle ubijając dodajemy po łyżce cukier aż piana będzie sztywna i błyszcząca. Czas na dodanie mąki ziemniaczanej a następnie soku z cytryny.
Na blaszce rysujemy okrąg o średnicy 23 cm i wykładamy ¼ masy bezowej.
Najtrudniej jest upchać 4 krążki bezowe w jednym piekarniku. Mój piekarnik jest kieszonkowy. Mogę w nim upiec jednocześnie dwie bezy. Cztery absolutnie nie wchodzą w grę. Biorąc pod uwagę, że pieczenie bezy trwa mniej więcej jedną dniówkę, to cały proces trzeba rozłożyć na dwa dni. Białka, cukier, mąkę i sok dzielimy wtedy na dwie części. Cała reszta pozostaje bez zmian.
Krążki pieczemy (a właściwie suszymy) w piekarniku przez 10 minut. Po tym czasie zmniejszamy temperaturę do 130 stopni i zostawiamy bezę na godzinę. Po wyłączeniu piekarnika pozostawiamy krążki bezowe do całkowitego wystygnięcia. A najlepiej na noc.
Kiedy już upieczecie wszystkie cztery krążki możecie się wziąć za krem. Jak zrobić lemon curd dowiecie się tutaj.
Ubijcie kremówkę i delikatnie połączcie z kremem cytrynowym. Zasada jest taka: do kremu dodajemy po łyżce ubitą kremówkę. Oba składniki powinny mieć tę samą temperaturę. Unikniecie dzięki temu nieprzyjemnych niespodzianek.
Krążki bezowe przekładamy kremem. Owijamy tort papierem do pieczenia lub obręczą do tortów. I wkładamy do zamrażarki na noc.
Kiedy nadejdzie pora zaprezentowania tortu światu, wyjmijcie go pół godziny wcześniej z zamrażarki.
Dekoracją było to, co rosło wtedy w sadzie: czereśnie, porzeczki i truskawki. Jagody kupiłam na targu.
Zanurzyłam nóż w gorącej wodzie i dalej już poszło jak z płatka.



Robiłam tę bezę dwa dni ale warto było.




Pięknego tygodnia, nieco wiatru i smacznego

środa, 3 lipca 2013

Odnaleziona kartka z kalendarza i mleczne risotto z truskawkami



Ten wpis jest sprzed tygodnia. Ani się obejrzałam a już na kalendarzu pojawiła się kartka z napisem lipiec. Trochę nabałaganiłam w notatkach i ta, po tajemniczym zniknięciu, odnalazła się dzisiaj.
W planach była organizacja imprezy urodzinowej MMŻ. Tak to wyglądało siedem dni temu.

Wielka impreza zbliża się wielkimi krokami a ja w rozsypce. To znaczy ja w całości, ale moje plany daleko w polu.
MMŻ po kilkumiesięcznych wahaniach czy zrobić fetę dla połowy miasta, czy może uciec na bezludną wyspę, ze cztery razy zmieniał front. Raz miało być tłumnie, gwarno i z fajerwerkami a kiedy indziej w ogóle miało nie być. Skończy się jak zwykle czyli kameralnie, w wąskim gronie. Chociaż te fajerwerki są grzechu warte.
Lubicie swoje urodziny? Założę się, że zastanawiacie się co to za głupie pytanie. Wszyscy lubią swoje urodziny.
Ja jestem dziwolągiem, bo lubię cudze urodziny. A najbardziej lubię urodziny moich najbliższych.
Lubię przygotowywać listę potraw, wyszukiwać produkty i zastanawiać się co sprawiło by solenizantowi największą radość. Nie mam na myśli prezentów, bo one są oczywistością. Z MMŻ jest ciężko, bo on sam lubi sobie sprawiać prezenty. Książki, płyty, filmy pojawiają się w naszym domu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i martw się człowieku czym tu mile zaskoczyć miłego.
Z podobnej okazji MMŻ zabrał mnie kiedyś na Kubę, ale ten rodzaj prezentu raczej nie wchodzi w grę. Kupiłabym mu Astona Martina ale stać mnie tylko na taki w skali 1:18.
Zamiast się zadręczać obdaruję MMŻ tym co lubi na stole. Ulubionym ciastem, krewetkami, michą sałatki. Zapalimy z dziewczynami lampiony, włączymy Stevena Wilsona sprawimy, że to będą wyjątkowe urodziny wyjątkowego człowieka.
Zanim lista potraw do upieczenia i ugotowania będzie gotowa, mogę zrobić coś mało efektownego ale za to wyjątkowo smacznego.  Coś absolutnie nie urodzinowego i nie imprezowego. Chyba, że impreza odbędzie się w przedszkolu.



Mleczne risotto z truskawkami
1 szklanka ryżu
Kartonik mleka
Szczypta soli
1 laska wanilii
1 łyżka gęstej kremówki

Sos truskawkowy
2 szklanki truskawek
2 łyżki cukru
Mleczne risotto jest kuzynem risotta tradycyjnego. Jem je tylko dwa razy w roku, przy czym wersja jesienna nazywa się „ryż z jabłkami i cynamonem”. Brzmi znajomo?
Do rondla o grubym dnie wlewamy szklankę mleka. Z wanilii zeskrobujemy ziarenka  i zgotowujemy w mleku z rozkrojonym waniliowym strączkiem.  Wyjmujemy strączek. Wsypujemy ryż i  szczyptę soli.
Mieszamy i zmniejszamy ogień. Kiedy ryż wchłonie mleko, dolewamy kolejną porcję płynu. Nie odchodźcie od pieca. Mleko jest nieujarzmione i lubi płatać figle, kończące się śmierdzącą kuchnią.
Operacja gotowania mlecznego risotto trwa mniej więcej tyle czasu co w klasycznym risotto. Około 25 minut. Kiedy mleko zostanie wchłonięte a ryż ma odpowiednią miękkość, zdejmujemy garnek z ognia i dodajemy sporą łyżkę zimnej, gęstej kremówki.
Przykrywamy garnek i robimy sos truskawkowy.
Blenderem miksujemy truskawki z cukrem. Niezbyt dokładnie. Jeśli któraś truskawka będzie w całości, tym lepiej.
Na talerz nakładamy słuszną porcję risotta i polewamy sosem truskawkowym. Można się przy takim daniu rozmarzyć. Ja wybiegłam myślami do soboty i już mam gotowy plan.
Jutro przystępuję do realizacji.





Smacznych truskawek i więcej słońca życzę


niedziela, 1 kwietnia 2012

Tulipany i muffiny



Prima Aprilis to świetny dzień na urodziny. Kogoś nietuzinkowego i wyjątkowego.
Dla tego kogoś jest ta kartka. Z tulipanami, bo solenizantka lubi je dostawać. I z muffinami, bo lubi je piec a potem je rozdawać.
Wszystkiego słodkiego, pięknego, najlepszego Oluszku.

piątek, 30 grudnia 2011

Tort rumowo rodzynkowy na Sylwestra



Lubię piec ciasta. Lubię najpierw je wymyślić. Lubię wyobrażać sobie jak smakują. Nie lubię kiedy, to co sobie wyobraziłam, rozmija się z tym. co osiągnęłam. Przed Bożym Narodzeniem zastanawiałyśmy się jakie ciasta upiec oprócz sernika i makówek. I pomyślałam o torcie piernikowym z kremem śliwkowym i waniliowym. Postanowiłam zaryzykować i wykreować sobie takie ciasto. Z duszą na ramieniu podawałam je do stołu. Niepotrzebnie. Tort był przepyszny. Był stuprocentowym urzeczywistnieniem marzeń. Opowiem wam o nim nim skończy się karnawał. Dziś myślę, że smaki piernikowe to nie jest temat na sylwestrową noc. Powiem tylko, że to ciasto pierwsze zniknęło z talerzy.
Postanowiłam pójść za ciosem i upiec kolejny tort w moich ulubionych kombinacjach smakowych. Czekoladki Malaga to pokusa, której nigdy nie potrafiłam się oprzeć. Gdybym upiekła tort o smaku rodzynek i rumu to byłabym wniebowzięta. Jutro Sylwester, mogę sobie upiec tort urodzinowo noworoczny. Moje plany wywołały lawinę protestów. Przecież tort urodzinowy pieką Dzieci! Jak ja mogę im to zrobić?! Ale ziarno zostało posiane i już nic nie było mnie w stanie odciągnąć od butelki z rumem. Na urodziny będą dwa torty. Umówimy się tak: mój będzie sylwestrowy, a Dzieci upieką urodzinowy.

tort rumowo rodzynkowy
(dla formy 23 cm)

biszkopt

Zajrzyjcie do przepisu  na biszkopt. Do receptury, którą tam znajdziecie dodajcie łyżkę kakao, wmieszaną do mąki. Reszta pozostaje bez zmian.

krem rodzynkowy

pół szklanki rodzynek
rum
100 g miękkiego masła
pół szklanki cukru pudru

krem rumowy

250 g mascarpone
250 ml kremówki
4 łyżki cukru pudru
100 g czekolady, rozpuszczonej na parze (tu znajdziecie metodę stopienia czekolady. Pomijacie tylko masło)
rum, pozostały z moczenia rodzynek (lub kapkę więcej)

poncz do nasączenia blatów

4 łyżki rumu
4 łyżki wody
1 łyżka cukru

Rodzynki zalejcie rumem na kilka godzin. Staną się miękkie i wchłoną część alkoholu. Kiedy zmiękną, zmiksujcie je blenderem na rodzynkową masę. W misce ubijcie do białości masło z cukrem i dodawajcie do niego po łyżeczce zmiksowanych rumowych rodzynek. Parę kropel zalewy rumowej też nie zaszkodzi.
Po wymieszaniu krem rodzynkowy macie gotowy.

Krem rumowy nie będzie trudniejszy. Trzeba zmiksować mascarpone z cukrem. W osobnej misce zamieńcie kremówkę w bitą śmietanę. Zakładam, że czekoladę juz stopiliście i czeka wystudzona na swoją kolej. Wmieszajcie czekoladę do mascarpone i po łyżeczce wlejcie kilka ml rumu. Na koniec delikatnie połączcie masę z ubitą śmietaną.
Macie gotowe oba kremy, pora zacząć składać tort.
Biszkopt (najlepiej upieczony dzień wcześniej, bo wtedy lepiej się kroi), dzielimy na trzy blaty.
Dolną część nasączamy ponczem i rozsmarowujemy krem rodzynkowy. Wyrównujemy powierzchnię kremu i kładziemy drugi blat. Ten również nasączamy ponczem i przykrywamy go 1/3 kremu rumowego. Ostatni blat kładziemy na kremie i lekko dociskamy. Pozostaje nam użyć resztę kremu do pokrycia tortu. Górę i boki smarujemy kremem rumowym i nadajemy im w miarę apetyczny wygląd. Bawimy się w dekoratora i chowamy tort w chłodne miejsce na kilka godzin.


Długie lata zmagałam się z dekorowaniem ciast tak by nie upaprać patery. Ciężko było. Wyszarpywanie podłożonego papieru zawsze kończyło się uszkodzeniem ciasta. W końcu znalazłam sposób. Tnę papier do pieczenia na cztery paski o wymiarach 10 cm na 40 cm. Kładę je na brzegach patery czy tacy, na których chcę podać ciasto. Tworzą kwadrat idealnie pasujący do brzegów tortu. Przekładam pierwszy blat i wszystkie prace dekoracyjne odbywają się już na zabezpieczonym gruncie. Kiedy tort jest skończony, wysuwam tylko paski na boki i dzięki temu wszystko jest bezpieczne. I tort cały i patera czysta.
Polecam ten sposób. Sprawdza się przy najbardziej brudzących przepisach.

Tort gotowy. Szampan w lodówce. Z kuchni dochodzą smakowite zapachy. Dzieci opanowały sprzęty kuchenne. Będzie się jutro działo. Ja mam herbatę i dobre chęci. Na razie to musi wystarczyć.



Żegnam was w tym roku, życząc wam spełnienia wszystkich starych i nowych życzeń.
Do życzeń dołączam zapożyczony skądś cytat :
"Kto nas kocha, niech kocha.
Kto nie kocha, niechaj Bóg odmieni mu serce.
A jeśli nie odmieni, niech złamie nogę,
byśmy go poznali po utykaniu."

Niech w przyszłym roku na waszej drodze stają tylko ci nie utykający.
Pozdrawiam serdecznie