Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryż. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 maja 2015

Pieczone gołąbki czyli każdy lubi inaczej


Robiłyśmy wczoraj z moją Mamą gołąbki. Żadne tam świętowanie. Po prostu dwie kobiety w kuchni i gołąbki jako materiał łączący.
Moja Mama coraz trudniej radzi sobie z dniem codziennym. Lubi czynności powtarzalne. Czuje się w nich bezpieczna. I nieważne, że gołąbki nie są moimi ulubieńcami. Ważne, że Mama robi je na pamięć i nie musi pytać, czy cebulę pokroić w piórka czy kostkę. Taka drobna rzecz jak gotowanie na pamięć a jakie daje poczucie przydatności.

Zbieram momenty, kiedy robimy coś razem tak jak się zbiera do szuflady listy. Każda razem ugotowana potrawa, każdy wspólny wyjazd, każda minuta spędzona razem jest schowana w pamięci i przewiązana wstążką wzruszenia.
Dzień Matki wczoraj był bez fajerwerków. Bardziej byłam wczoraj Córką niż Matką.
Cieszę się, że mam Mamę blisko. Opiekuję się nią, bo nadszedł czas, kiedy to Ona wymaga opieki.
Chciałabym, żeby mną kiedyś też ktoś się zaopiekował.




Kapusta nie jest moim faworytem w żadnej konkurencji.
Nieco cieplejsze uczucia żywię do kapusty kiszonej ale tylko w wersji surówki z marchewką lub na święta z grzybami.
Cała reszta głowiastych jest mi w większości obojętna. Ani włoska, ani czerwona, ani pekińska nie powodują szybszego bicia serca. Brukselka jest raczej sprawcą zwolnienia tętna, bo zastygam w przerażeniu, że ktoś będzie mnie do niej namawiał.
Bigos, który robi moja Mama obrósł w rodzinie legendą i ma swoich wyznawców. Dla mnie to po prostu kapusta z mięsem.
Jednak mimo tej oschłości w traktowaniu kapusty, przynajmniej raz w roku moje podejście do niej fika koziołka.
Czy to sprawka młodych główek kapuścianych, piętrzących się na straganach czy po prostu pielęgnowanie rodzinnych tradycji, w każdym razie w pewnym momencie nachodzi mnie potrzeba zjedzenia gołąbków.
Wracam myślą do domu rodzinnego i mojego Taty, który z gotowania robił spektakl. Gdyby urodził się 50 lat później, jestem pewna, byłby dziś szefem kuchni.
Gołąbki robił...śpiewająco.

Ani w głowie była mi kapusta do dziś rana. Targ, stragany, zielono, warzywa. Klik...i otwarła się szufladka z napisem „gołąbki”.
I już. Zrobione.
A najlepszy był ten pierwszy, jeszcze gorący, porwany wprost z garnka.
Bo podobno kradzione nie tuczy.



Gołąbki z ryżem i mięsem

1 głowa białej kapusty

farsz:

1 kg mięsa mielonego
pół kilograma ugotowanego ryżu
2 jajka
pół kilograma pokrojonych i podsmażonych pieczarek
2 cebule, pokrojone w kostkę i usmażone na maśle
6 ząbków czosnku, przeciśnięte przez praskę
1 łyżka soli
1 łyżka vegety
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka pieprzu

Najważniejsze jest ugotowanie kapusty. Główka kapusty jest spora, potrzebujemy więc sporego garnka. Cała głowa musi się zmieścić. Wodę w garnku solimy i kiedy się zagotuje, wkładamy kapustę. Gotujemy kapustę 10 minut i obracamy ją w wodzie na drugą stronę. Ostrożnie, bo wszystko ma temperaturę wrzenia. Gotujemy kolejne 10 minut.
Wbijamy w kapustę z dwóch stron widelce i wyjmujemy ją (ostrożnie!!!)z garnka. Niech trochę przestygnie. Nie wylewamy wody z gotowania, bo będziemy w niej gotować gotowe gołąbki.
Potem zdejmujemy z kapusty liście, w które będziemy zawijać mieszankę ryżu z mięsem.

W misce mieszamy wszystkie składanki farszu i nakładamy porcje na poszczególne liście.
Ilość farszu zależy od wielkości liścia i waszych umiejętności do zawijania. Nie znęcajcie się nad liśćmi, ponieważ one są ugotowane i przez to łatwo je rozerwać.
Zasada zawijania gołąbków jest podobna do zawijania krokietów w ciasto naleśnikowe.
Zawinięte gołąbki musimy ugotować.
Garnek, w którym wcześniej gotowaliśmy kapustę posłuży nam do ugotowania gołąbków.
Na dno garnka wkładamy talerz. Wybierzcie taki, który nie należy do waszej zastawy rodowej, bo różnie nie może zdarzyć. Talerz na dnie zapobiegnie przypaleniu się gołąbków.
Napełniamy garnek gołąbkami. Wlewamy zostawioną wcześniej wodę z gotowania kapusty. Na górę kładziemy kolejny talerz i obciążamy go np. garnkiem, napełnionym wodą.
Gotujemy gołąbki godzinę na niewielkim ogniu. Potem wylewamy wodę i wyjmujemy gołąbki.

Mnie najbardziej smakują właśnie takie, świeżo ugotowane, wyjęte prosto z garnka, jeszcze parzące
w palce.
Część mojej rodziny nie wyobraża sobie innej wersji jak tylko te, podane z sosem pomidorowym. Inni lubią podsmażone na maśle. A co bardziej wybredni rozbierają gołąbki z kapusty i zjadają tylko farsz.
I wszyscy zachwalają swoją wersję.






Smacznego

środa, 8 października 2014

Czerwone i czarne. A może żółte? Risotto alla milanese



























Czeka nas tłusta porcja lata do końca tygodnia. Będziemy tę porcję październikowego lata wylizywać z miseczki zwanej niebem jak koty tłustą śmietankę. A potem wspominać: a pamiętasz zeszły październik? I te zupełnie nie jesienne temperatury w południe? I to słońce jak lizak kupowany na odpuście. Wielki jak witraż w w katedrze św. Piotra w Tiverton.
Październik nie październik a obiecywane 25 stopni powoduje, że myśli uciekają niepoprawnie w stronę błękitu i zieleni sierpnia.
I tylko biedronki zupełnie nie sierpniowe. Jakieś czarno czerwone tsunami nadeszło z południowym wiatrem.
Siedzi człowiek i pasie się słonkiem a tu powietrze zaczyna drgać kolorami zarezerwowanymi dla sił nieczystych. Czerń i czerwień. I woń się roznosi gorzkawa. Nie słodko- kojąca, jesienna a jakaś taka obca. I nagle wszystko jak gejzer wytryska w górę. Ręce bo mają co robić. I nogi, bo ruszają w taniec biedronkowy, jakby ruch miał nas ocalić. I gazety wyfruwają jak gołębie w popłochu, bo wystraszyły się rąk gwałtownych. I spodeczek leci jak księżyc w pełni bo ręce już go nie trzymają.
A między tym wirowaniem i tańcem wariackim biedronki jak czerwono -czarne wykrzykniki. Śmigają bezwładnie, raz w górę, raz w dół. Napływają z ciepłym wiatrem jak gorzka fala pachnąca mleczowym sokiem.
Machamy jak szalone, opędzamy się z całych sił. Daremnie. Biedronki są wszędzie. Plączą się we włosy, wpadają do kawy, myszkują za dekoltem, bzyczą ciężko przy uchu. Myśl o wodzie święconej zaczyna kiełkować wśród furkotu chityny. Pomoże?
Już, już jestem gotowa uciec przed tą nawałą, kiedy niespodziewanie atak słabnie.
Nagle jakby świat pojaśniał. Jakby ktoś wyłączył dopływ tych niepoprawnych kolorów.
Kurek z biedronkami zakręcono na chwilę.
Za minutę, dwie bez zapowiedzi, bez wstępów, nadpływa druga fala. I trzecia i czwarta.
Przegrywamy walkę z naturą. Znikamy w domu, zostawiając świat na biedronkowe pożarcie.

Wiosną, kiedy otworzymy okiennice w domu pod lasem, znajdziemy biedronkową „dolinę królów” pełną czerwono czarnych mumii. Zapchają swoimi chrzęszczącymi pancerzykami wszystkie okienne szpary. Nieliczne leniwie zareagują na nagły błysk światła. Jak małe wampirki, oślepione słońcem ruszą w bezwładny pierwszy lot ku wiośnie. Ale to nie będzie ich pora. Ich czas dopiero nadejdzie za rok. Jesienią znów do nich będzie należał świat. Przez chwilę.

Dziś risotto alla milanese. Klasyka nad klasyki. Matka wszystkich risott.
Proste, wyrafinowane, łechcące najbardziej wybredne podniebienia.


























Risotto alla milanese
ryż z szfranem

75 g masła
1 łyżka oliwy
1 mała cebula drobno posiekana
350 g ryżu Arborio lub Carnaroli
1 szklanka wytrawnego wina
1,5 litra rosołu
kilka nitek szafranu
sól, pieprz
2 łyżki startego parmezanu

W rondlu rozpuszczamy masło (odkładamy 1 łyżkę) z oliwą. Obok na piecu stawiamy garnek z rosołem. Niech się delikatnie gotuje. Do miseczki wlewamy kilka łyżek gorącego rosołu i wrzucamy szafranowe nitki. Dzięki nim risotto nabierze nie tylko pięknej słonecznej barwy ale też zyska intrygujący smak.

Wrzucamy do masła z oliwą posiekaną cebulę i smażymy aż cebula stanie się szklista. Wsypujemy ryż i mieszamy by każde ziarenko otuliło się tłuszczem. Kiedy mamy wrażenie, że ryż też jest szklisty, wlewamy wino. Znów mieszamy i odparowujemy wino.
Teraz zaczyna się żmudna praca, polegająca na czujnym mieszaniu ryżu i wlewaniu nowych porcji rosołu w momencie, kiedy poprzednia zostanie wchłonięta.
Po dziesięciu minutach od chwili kiedy wlejemy pierwszą chochlę rosołu, sięgamy po rosół z szafranem i wlewamy go do ryżu. Dalej postępujemy jak wcześniej. Solimy w międzyczasie risotto ale jeżeli rosół był wcześniej doprawiony, to soli używajmy wstrzemięźliwie.
Po około 20 minutach od wlania pierwszej porcji rosołu, risotto powinno być gotowe.
Zdejmujemy risotto z ognia i dodajemy do niego dwa ostatnie składniki czyli parmezan i zostawioną wcześniej łyżkę masła.
Mieszamy risotto, sprawdzamy czy nie potrzebuje soli i delikatnie pieprzymy.




Czysta pycha w bardzo wakacyjnym kolorze.




Smacznego i wielkich planów na koniec tygodnia

środa, 12 marca 2014

Spóźnione kulki ryżowe czyli wspomnienie z Sycylii


























Pewnie już kiedyś marudziłam na obiektywne trudności w ugotowaniu obiadu dla jednej osoby.
Choćbym nie wiem jak się starała, nie umiem obliczyć risotta tylko dla siebie. Zawsze efekt końcowy wykarmiłby jeszcze ze dwie osoby. A wiecie co mówią o risotto. To na nie się czeka a nie odwrotnie. Czyli je się risotto na świeżo, bez ociągania. Co zrobić nadwyżką? Nie jestem purystą kulinarnym. Mogę zjeść risotto następnego dnia, na lunch. Na zimno. I też mi smakuje. Ale tym razem zrobiłam z niego arancini.
Kiedy w zeszłym roku jechałam na kurs kulinarny na Sycylię, byłam pewna, że te smażone kulki ryżowe poznam od podszewki. Hm...nie dość, że nie poznałam, to nie jadłam ich ani razu. To się nazywa rozczarowanie.
Wczorajsza nadwyżka risotta skierowała moje myśli do wyczekiwanych kiedyś arancini.
Wiecie jak szybko można zrobić ciekawy obiad mając resztki z poprzedniego dnia? Jeżeli dodatkowo macie pod ręką sos pomidorowy, to nie dłużej niż 40 minut. Oczywiście, że lepiej jest sobie wcześniej przygotować składniki ale i bez sosu pomidorowego kulki ryżowe są świetne.
























Smażone kulki ryżowe:

wczorajsze risotto np. z gruszką i gorgonzolą i lub milanese
kilka kawałków mozzarelli
kilka kawałków sera gorgonzola
bazylia
1 jajko
1 szklanka tartej bułki lub okruchów z białego chleba
pół szklanki startego parmezanu
olej do głębokiego smażenia

Jak zrobić risotto przeczytajcie tutaj Następnego dnia, po wyjęciu z lodówki resztek risotto robimy tak:
Nabieramy ryż łyżką i lekko rozpłaszczamy na dłoni. Dłoń lekko zwilżamy wcześniej wodą, żeby nam się ryż do niej nie kleił. Ilość ryżu ma mieć wielkość orzecha włoskiego. Do środka rozpłaszczonego ryżu kładziemy kawałek gorgonzoli (w przypadku risotta gruszkowego) lub kawałek mozzarelli z listkiem bazylii (do risotta milanese). Formujemy ciasną kulkę i panierujemy, najpierw w rozmąconym jajku a potem w tartej bułce zmieszanej z parmezanem. Odstawiamy na kilkanaście minut do lodówki.
W głębokim garnku rozgrzewamy olej i smażymy kulki na złoto. Wyjmujemy na papierowe ręczniki i jemy z sałatką lub sosem pomidorowym.

Każde risotto można w ten sposób potraktować. Zjedzenie lunchu złożonego z arancini wprawi w zazdrość koleżanki z pracy. Na bank.




środa, 16 października 2013

Życie wewnętrzne komina i zupa kokosowo limonkowa



„życie jest formą istnienia białka, ale w kominie czasem coś załka”

Co można znaleźć w kominie? Ha, wydawałoby się, że odpowiedź jest jedna: sadzę.
Zakładam, oczywiście, że macie komin. Tym, którzy na co dzień grzeją się ciepłem kaloryferów, wyjaśniam, że dawniej ludzie używali pieców. Miały one na górze blachę, z przodu drzwiczki, po bokach kafle a w środku komin. Ten prowadził z pieca na dach (zazwyczaj). Do używania pieca potrzebne było drewno lub węgiel (apage Satanas w dobie walki z dwutlenkiem węgla) oraz kominiarz. Kominiarz sprawdzał co jakiś czas czy komin się nie zatkał. Zatkanie komina groziło wybuchem. Piec był gwarancją ciepła i gorącej strawy. Przez dużą część roku był ulubionym miejscem kotów i zmarzluchów.
Piec używany i regularnie odwiedzany przez kominiarza był przedmiotem bezpiecznym i mało kłopotliwym. Co prawda czasem się buntował i zamiast dmuchać dymem w górę, buchał po całej kuchni, ale przeciąg doskonale dawał sobie radę z tymi kaprysami.
Czasem w kominie coś załkało, zagwizdało.
Gotowanie na nim wymagało pewnej wprawy. Nie zawsze udawało się rozgrzać go do pożądanej temperatury (zapomnijcie o smażeniu frytek) a szybkie schłodzenie go nie wchodziło w grę. Za to placki ziemniaczane smażone na blasze były ósmym cudem świata. Rosół, pyrkający cały dzień na malutkim peryferyjnym ogniu nie miał sobie równych.

Przede mną jesienno zimowe miesiące pod znakiem kaloryfera.
Zanim jednak pożegnam się z zapachem drewna i kapryśnym kominem mogę wam ugotować błyskawiczną zupę kokosowo limonkową.
A gdzie odpowiedź na pierwsze pytanie? Hm... Po zastanowieniu się, doszłam do wniosku, że na odpowiedź musicie poczekać do bardziej sprzyjających okoliczności. Myślę, że Halloween jest idealnym momentem, żeby spełnić obietnicę.



Na razie musi wystarczyć zupa kokosowo limonkowa

1 puszka mleczka kokosowego
2 szklanki bulionu
1 łyżka pokrojonego imbiru
1 ząbek czosnku
1 liść laurowy
1 mała papryczka chilli
pół paczki warzywnej mieszanki chińskiej
szklanka ugotowanego ryżu
2 łyżeczki sosu sojowego jasnego
pół łyżeczki kolendry
otarta skórka z limonki
sok z limonki
2 łyżeczki oleju

Na rozgrzanym oleju smażymy pokrojony drobno imbir, czosnek i chilli. Smażymy minutę i dorzucamy liść laurowy i mieloną kolendrę. Dolewamy bulion i gotujemy na małym ogniu 10 minut. Dodajemy mleczko kokosowe i zagotowujemy. Wrzucamy mieszankę warzywną (nie rozmrażamy) i gotujemy 2 minuty. Wlewamy sos sojowy, sok z limonki i skórkę z limonki. Mieszamy i zdejmujemy z ognia.
Na talerz nakładamy porcję ryżu i wlewamy zupę. Posypujemy kolendrą.




Smacznego

środa, 3 lipca 2013

Odnaleziona kartka z kalendarza i mleczne risotto z truskawkami



Ten wpis jest sprzed tygodnia. Ani się obejrzałam a już na kalendarzu pojawiła się kartka z napisem lipiec. Trochę nabałaganiłam w notatkach i ta, po tajemniczym zniknięciu, odnalazła się dzisiaj.
W planach była organizacja imprezy urodzinowej MMŻ. Tak to wyglądało siedem dni temu.

Wielka impreza zbliża się wielkimi krokami a ja w rozsypce. To znaczy ja w całości, ale moje plany daleko w polu.
MMŻ po kilkumiesięcznych wahaniach czy zrobić fetę dla połowy miasta, czy może uciec na bezludną wyspę, ze cztery razy zmieniał front. Raz miało być tłumnie, gwarno i z fajerwerkami a kiedy indziej w ogóle miało nie być. Skończy się jak zwykle czyli kameralnie, w wąskim gronie. Chociaż te fajerwerki są grzechu warte.
Lubicie swoje urodziny? Założę się, że zastanawiacie się co to za głupie pytanie. Wszyscy lubią swoje urodziny.
Ja jestem dziwolągiem, bo lubię cudze urodziny. A najbardziej lubię urodziny moich najbliższych.
Lubię przygotowywać listę potraw, wyszukiwać produkty i zastanawiać się co sprawiło by solenizantowi największą radość. Nie mam na myśli prezentów, bo one są oczywistością. Z MMŻ jest ciężko, bo on sam lubi sobie sprawiać prezenty. Książki, płyty, filmy pojawiają się w naszym domu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i martw się człowieku czym tu mile zaskoczyć miłego.
Z podobnej okazji MMŻ zabrał mnie kiedyś na Kubę, ale ten rodzaj prezentu raczej nie wchodzi w grę. Kupiłabym mu Astona Martina ale stać mnie tylko na taki w skali 1:18.
Zamiast się zadręczać obdaruję MMŻ tym co lubi na stole. Ulubionym ciastem, krewetkami, michą sałatki. Zapalimy z dziewczynami lampiony, włączymy Stevena Wilsona sprawimy, że to będą wyjątkowe urodziny wyjątkowego człowieka.
Zanim lista potraw do upieczenia i ugotowania będzie gotowa, mogę zrobić coś mało efektownego ale za to wyjątkowo smacznego.  Coś absolutnie nie urodzinowego i nie imprezowego. Chyba, że impreza odbędzie się w przedszkolu.



Mleczne risotto z truskawkami
1 szklanka ryżu
Kartonik mleka
Szczypta soli
1 laska wanilii
1 łyżka gęstej kremówki

Sos truskawkowy
2 szklanki truskawek
2 łyżki cukru
Mleczne risotto jest kuzynem risotta tradycyjnego. Jem je tylko dwa razy w roku, przy czym wersja jesienna nazywa się „ryż z jabłkami i cynamonem”. Brzmi znajomo?
Do rondla o grubym dnie wlewamy szklankę mleka. Z wanilii zeskrobujemy ziarenka  i zgotowujemy w mleku z rozkrojonym waniliowym strączkiem.  Wyjmujemy strączek. Wsypujemy ryż i  szczyptę soli.
Mieszamy i zmniejszamy ogień. Kiedy ryż wchłonie mleko, dolewamy kolejną porcję płynu. Nie odchodźcie od pieca. Mleko jest nieujarzmione i lubi płatać figle, kończące się śmierdzącą kuchnią.
Operacja gotowania mlecznego risotto trwa mniej więcej tyle czasu co w klasycznym risotto. Około 25 minut. Kiedy mleko zostanie wchłonięte a ryż ma odpowiednią miękkość, zdejmujemy garnek z ognia i dodajemy sporą łyżkę zimnej, gęstej kremówki.
Przykrywamy garnek i robimy sos truskawkowy.
Blenderem miksujemy truskawki z cukrem. Niezbyt dokładnie. Jeśli któraś truskawka będzie w całości, tym lepiej.
Na talerz nakładamy słuszną porcję risotta i polewamy sosem truskawkowym. Można się przy takim daniu rozmarzyć. Ja wybiegłam myślami do soboty i już mam gotowy plan.
Jutro przystępuję do realizacji.





Smacznych truskawek i więcej słońca życzę


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Ryż i ryba czyli kilka uwag na temat sushi




Opisywanie sushi zajmuje tyle czasu, że na dygresje liryczne nie ma już miejsca. Nie będę dziś zawracać wam głowy smokami, lasem czy nietoperzami, bo zejdę na manowce. Skłonności do błądzenia po bezdrożach i rozpraszania uwagi mam opanowane do perfekcji. A kuchnia japońska jest do bólu precyzyjna. Tam na dzikie improwizacje nie powinno być miejsca. Muszę się wziąć w karby i zdyscyplinować swoje zapędy.
Znudziło mi się robienie sushi maków. Robię je od tylu lat, że nieco się już znudziłam. Postanowiłam rozwinąć inny kierunek. Tym razem nigiri sushi.
Jak przygotować bazę do sushi znajdziecie tutaj. Jeżeli po zwinięciu pięćsetnej rolki maki sushi stwierdzicie, że pora na zmianę, to zapraszam dziś na nieco inny rodzaj ryby.



Potrzebujemy:
wasabi,
majonezu
nieco zielonej cebulki lub pociętych na paseczki płatków nori
ugotowany ryż do sushi

Do tej ilości sushi, która jest na zdjęciu użyłam 1 i 1/3 szklanki suchego ryżu. Żeby go przygotować zajrzyjcie tutaj, albo dokładnie przeczytajcie instrukcję obsługi.

Oprócz tego potrzebujemy:

około 500 g świeżego łososia ze skórką
10 surowych, dużych krewetek
4 świeże sardynki
1 łyżkę marynowanego imbiru

Nigiri sushi z łososiem:


Filet z łososia myjemy i wyjmujemy z niego ości. Odcinamy brzuszek (będzie o nim mowa niżej). Wykrawamy wzdłuż najgrubszy kawałek ryby. Bardzo ostrym nożem tniemy go po skosie na plastry. Powinny mieć wielkość około 2 x 4-5 cm. Nie martwcie się niepowodzeniami. Nie startujecie w konkursie a Gordon Ramsay z pewnością nie zajrzy do waszej kuchni. Za to zapewniam was, że rodzina czy znajomi padną z wrażenia. Nie wiedzieć czemu, ludziom się wydaje, że sushi to ósmy stopień wtajemniczenia. A to przecież tylko ryż z rybą.
Pokrojonego w plastry łososia używamy do przykrycia ryżowego wałeczka. Wałeczek smarujemy wasabi, odrobiną majonezu i przykrywamy rybą. I już!

Sardynki do nigiri sushi



4 świeże sardynki
gruboziarnista sól morska
1 łyżka octu ryżowego
To jest najgorsza robota w dzisiejszym menu. Kto nie lubi patroszenia, niech znajdzie entuzjastę robienia sekcji. Sardynki trzeba pozbawić głowy, środka, skóry i większości ości. Robota jest średnio estetyczna. Na szczęście, potem okazuje się, że warto było.
Wyfiletowane sardynki myjemy, dokładnie osuszamy i posypujemy solą. Układamy w miseczce i polewamy łyżką octu ryżowego. Przykrywamy miseczkę i zostawiamy rybę w spokoju na pół godziny. Po tym czasie, wyjemy sardynki i znów osuszamy np. papierowym ręcznikiem. Są gotowe do użycia.

Krewetki do nigiri sushi


10 surowych dużych krewetek
10 patyczków (takich jak do szaszłyków)
2 szklanki wody
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka octu
litr lodowatej wody

Krewetki obieramy z pancerzyków. Bierzemy jedną  obraną sztukę w lewą rękę (to wersja dla praworęcznych), a prawą nadziewamy krewetkę na patyczek wzdłuż całego krewetkowego ciała. Chodzi o to, by w czasie gotowania krewetka nie zwinęła się jak…krewetka. Ma być wyprostowana jakby kij połknęła. Wsadzenie w nią patyczka załatwia sprawę jak należy.
Zagotowujemy 2 szklanki wody z solą i octem. Gdy się zagotuje, wrzucamy do niej nadziane krewetki i gotujemy 2 minuty. Wyjmujemy krewetki i szybko zanurzamy w lodowatej wodzie. Po minucie wyjmujemy je i osuszamy. Po wyciągnięciu z nich patyczka otrzymujemy prościutki kawałek różowego owocu morza. Przecinamy wzdłuż krewetkę, ale nie do końca. Robimy to tak, jakbyśmy chcieli ją rozpłaszczyć.  Przygotowane krewetki przykrywamy i odkładamy na bok.

Brzuszki rybne z łososia do nigiri sushi


1 brzuszek z łososia czyli kawałek 5cm na 20 cm
1 łyżka sake, wina ryżowego lub po prostu białego wina
2 łyżki oleju
patelnia
Powiem szczerze, że nie planowałam ich przyrządzenia. Jednak filet z łososia, który wpadł mi w ręce, okazał się być szczodrze wyposażony w piękny biały brzuszek. Szkoda by było zmarnować taką okazję. Jego przyrządzeniem wyjątkowo zainteresowane było dziecko, jak sęp czekające na skrawki.
Nie będę opisywać jak wygląda brzuszekJ)). Jest tłuściutki, miękki i biały. Odcinamy go od reszty bardziej szlachetnej części ryby. Dokładnie czyścimy z łusek. Jedzenie łusek dobrze wychodzi tylko rekinom. Skrapiamy mięsko winem ryżowym lub sake. Rozgrzewamy patelnię z olejem i kiedy jest gorący, smażymy na nim rybę skórką do dołu. Zmniejszamy ogień i smażymy brzuszek około 4 minut. Nie odwracamy ryby. Nie wyobrażacie sobie co się dzieje ze skórką brzuszka. Jest chrupka do nieprzyzwoitości i aż słodka w smaku. Zdejmujemy rybę z patelni na papierowy ręcznik i studzimy. Potem kroimy na kawałki odpowiadające wielkością nigiri sushi.


Ta ostatnia pozycja okazała się totalnym przebojem obiadu. Sardynki były świetne, krewetki pyszne, ale brzuszki smakowały oszałamiająco. Jak żałowaliśmy, że ryba ma tylko jeden brzuszek!

We wszystkich wypadkach czyli przygotowując łososia, krewetki, sardynki czy brzuszek, robimy nigiri maki powtarzając te same czynności. Robimy wałeczek z ryżu, smarujemy wasabi o odrobiną majonezu. Kładziemy  jeden ze składników. Jeśli chce nam się zaszaleć, to wycinamy wąskie paseczki z nori i przewiązujemy każdy egzemplarz sushi. Możemy też zanurzyć w gorącej wodzie zieloną cebulkę i związać np. nori z brzuszkiem. Wybór zależy od was.
Potem przygotujcie sos teryaki do moczenia, nieco wasabi dla zaostrzenia smaku i marynowany imbir dla oczyszczenia kubków smakowych. Reszta pozostaje milczeniem.



Kolejna porcja sushi została zrobiona. Pozostaje życzyć dobrej zabawy i koniecznie smacznego

wtorek, 26 lutego 2013

Sajgonki na parze czyli jedno z wcieleń mielonego




Co można zrobić z 20 dkg mielonego?
Zdziwilibyście się jak dużo jest możliwości. Dwadzieścia deko indyczego mielonego zajmuje niewiele miejsca i kiedy wylądowało na moim stole, nie wyglądało zbyt imponująco. Miał być obiad dla dwóch osób. Zaplanowałam faszerowaną paprykę.
Jako, że mięso ostatnio występuje u nas w ilościach śladowych, to 20 dkg nie wydawało mi się wielkością przesadzoną.  Do tego ugotowałam ryż i byłam gotowa do faszerowania. 
Ale papryczka była jedna. A ilość mieszanki ryżowo mięsnej urosła do rozmiarów zdecydowanie przekraczającej pojemność jednej papryki.
I tu okazało się jak wielki potencjał tkwi w mielonym. Co by tu jeszcze nafaszerować? Może dynię?
Z zeszłorocznych zbiorów zostały mi trzy sztuki, wyglądające coraz smętniej. Trudno mi było się z nimi rozstawać, bo mam świadomość, że to ostatnie.  Jednak pokusa była zbyt mocna. Jedna z nich została wykorzystana.
Reszta farszu została skojarzona z papierem ryżowym.


I tak, mając dość mizerną ilość mięsa zrobiłam przystawkę, czyli sajgonki na parze i danie główne w dwóch postaciach. Bazą był ryż z mielonym. Różnica tkwiła w dodatkach.
Może po kolei.

Baza do wszystkiego:

20 dkg mięsa mielonego indyczego
1 torebka ryżu, ugotowanego i wystudzonego
1 jajko
1 nieduża cebula, posiekana drobno
2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
1 łyżeczka sosu sojowego
pół papryki czerwonej, pokrojonej w drobną kostkę
2 łyżki posiekanej natki pietruszki

Mieszamy wszystkie składniki i dzielimy mniej więcej na trzy części.

Tu kończy się wspólnota przepisów. Od tej chwili każda potrawa żyje własnym życiem. Spotkają się dopiero na stole.
Jako pierwsze wystąpią sajgonki.




Sajgonki na parze:

jedna część farszu
dwa plastry imbiru drobno pokrojone
1 łyżka sosu rybnego
kilka grzybków mun, namoczonych wcześniej i pokrojonych drobno
2 łyżki posiekanej kolendry
kilka (mnie wyszło 10) listków papieru ryżowego (tych mniejszych, 16 cm)

do maczania:

3 łyżki sosu sojowego jasnego
1 ząbek czosnku
2 łyżki wody
sok z połowy cytryny
pół łyżeczki posiekanej papryczki chili

Potrzebujemy również naczynia do gotowania na parze. Fantastyczny jest bambusowy garnek z przykrywką, ale może być po prostu sitko postawione na garnku z woda i miska do przykrycia.
Do zrobienia pary potrzebujemy oczywiście wody, ale dobrze, jeśli do tej wody coś dodamy. Aromat przenika wtedy do potrawy na sitku. Możemy dodać nieco imbiru, użyć rosołu, warzyw lub trawy cytrynowej czy liści kaffiru.
Bierzemy się do faszerowania papieru.
Do szerokiej miski lejemy gorącą wodę i wkładamy do niej na 20 sekund płatek ryżowy. Wyjmujemy go na ściereczkę a do miski wkładamy kolejny.
Nakładamy łyżeczkę farszu po jednej stronie placuszka ryżowego i zwijamy najpierw wzdłuż farszu a potem po bokach. Zwijamy jak paczuszkę. Z kolejną porcją postępujemy tak samo.
Kiedy otulimy w ten sposób resztę farszu, wkładamy sajgonki do naczynia na gotującej się wodzie. Pamiętajmy tylko by sajgonki się nie dotykały, bo mają skłonności do sklejania na amen. Naczynie przykrywamy i pozwalamy działać prawom fizyki.
Po 10  minutach sajgonki są gotowe. Posypujemy je kiełkami i podajemy z sosem sojowym.




Tym oto sposobem całkiem zgrabna przystawka nam wyszła.

Jutro pokaże wam dynię. A na razie zostawiam was, bo czas wziąć się do roboty.
Smacznego wtorku 

środa, 2 maja 2012

Risotto truflowe i stracone złudzenia




Właściwie jestem tak zmęczona, że nawet mi się nie chce podnieść ręki, żeby się podrapać. Odzyskiwanie kawałka grządki z miejsca, gdzie dotychczas królowały perz i mlecze, nie jest zadaniem ani łatwym, ani przyjemnym. Wymaga siły i samozaparcia. W ciągu ostatniego tygodnia zniechęcałam się już ze trzy razy. Każde wbicie łopaty uzmysławiało mi, że porwałam się z motyką na słońce.  Ale ja należę do uparciuchów. Byle co mnie nie zraża. Porzucenie sprzętu w akompaniamencie przekleństw odbyło się za każdym razem „ostatecznie”.  Odgrażałam się, że w tym roku pomidory po prostu będę kupować, zamiast sycić oczy osobistą hodowlą.  I zawsze wracałam następnego dnia, żeby kolejne 30 cm kwadratowych wyrwać Matce Naturze.
MMŻ z cierpliwością obserwował moje poczynania. Każdą próbę ingerencji odrzucałam. Każdą dobrą radę puszczałam mimo uszu. Wszelakie próby niesienia pomocy były przeze mnie ignorowane. Czy nie wspominałam wcześniej, że jestem uparta?
Przyczyna mojego uporu była prosta: ja chce sama. Moje grządki, moje pomidory, moja duma. Cały splendor miał spłynąć na mnie. Patrzcie jaka jestem dzielna! Nawet z dżunglą sobie poradzę.
Otóż moi mili, nie poradziłam sobie. Po tygodniu skubania grządek, do akcji wkroczył zniecierpliwiony moim marudzeniem MMŻ.  Dwie godziny pomachał sprzętem ogrodniczym i mnie pozostało tylko przyznać ze skruchą, że do kopania rowów, pracy w kamieniołomach czy karczowaniu lasu, to ja się raczej nie nadaję.  Trudno, przyjdzie mi żyć ze świadomością, że życie osadnika jest nie dla mnie.
MMŻ zrobił swoje i z dumą obwieścił, że kierownik robót to podstawa sukcesu. Kierownik, czyli on, wykonał kawał dobrej roboty i łaskawie potem pozwolił się podziwiać.
Nie będę ukrywać, że ego miałam nieco obolałe.  
Wieczorem uświadomiłam sobie, że nie tylko ego. Na szczęście jutro wolne, więc spokojnie będę lizać rany i planować z optymizmem zagospodarowanie nowo odzyskanych  ziem.

Gotowanie dzisiaj zeszło na dalsze plany. Kuchnię zostawiłam pod opieką młodszego pokolenia.  Tak mnie wyrobnicza praca pochłonęła,  że nawet planów obiadowych nie robiłam.
Na szczęście okazało się, że nie będziemy zmuszeni szukać obiadu na polu. Risotto truflowe, ugotowane przez młodzież, było super pomysłem. A kiedy dodałam do tego kieliszek wina, to cały dzień wydawał się nawet przyjemny.

Jutro pójdę popodziwiać nasze dzieło. A teraz zapraszam na risotto truflowe.

250 g ryżu arborio
20 dkg brązowych pieczarek
1 cebula
1 kieliszek białego wina
3 łyżki masła
1 łyżka oliwy
2 łyżki oliwy truflowej
pęczek pietruszki
garść startego parmezanu
sól, pieprz
około litra bulionu

Zanim weźmiemy się za ryż, musimy przygotować sobie pieczarki i bulion. Bulion (od was zależy czy warzywny czy drobiowy) stawiamy na piecu i zagotowujemy. Potrzebny nam będzie gorący, więc nie zdejmujcie go z ognia.
Pieczarki myjemy, kroimy na plasterki i smażymy na maśle. Sięgniemy po nie w końcowym etapie gotowania ryżu.
Bierzemy spory rondel. Rozgrzewamy w nim oliwę i 2 łyżki masła. Cebulę kroimy w kosteczkę i wrzucamy do gorącego garnka. Kiedy cebula się zeszkli, wsypujemy ryż i mieszamy aż każde ziarenko pokryje się tłuszczem. Teraz wlewamy kieliszek wina i mieszamy. Odparowujemy wino i zaczynamy wlewać do ryżu po chochli gorącego bulionu. Mówiąc precyzyjniej, do ryżu wlewamy kolejną porcję bulionu wtedy, kiedy poprzednia jest zupełnie wchłonięta.  Ta operacja: ryż, bulion, ryż, bulion potrwa około pół godziny. W końcowym etapie dodajemy do ryżu usmażone pieczarki i mieszamy.
Zdejmujemy garnek z ognia i dodajemy łyżkę zimnego masła, oliwę truflową a na końcu parmezan i posiekaną pietruszkę. Jeśli trzeba, używamy soli. I na pewno korzystamy z świeżo mielonego pieprzu.



Smakuje bosko, szczególnie, kiedy jest zrobione przez kogoś innego.  Kogoś, kto widział wasze zmagania i postanowił wam ulżyć w niedoli.

Pamiętajcie, zawsze mierzcie siły na zamiary.

Aha, i pamiętajcie o dobrym winie do risotta.

Smacznego i  pięknego kolejnego dnia wolnego