Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krewetki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krewetki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 października 2014

O lataniu i nadziewaniu czyli mała rzecz a cieszy

























Jakoś mi ten rok podróżniczo upływa. Już przestałam liczyć ile razy wsiadałam do samolotu.
Ostatnia moja podróż była niejako przełomowa. Nie wiem jak wy, ale ja nie jestem entuzjastą latania. Kłóci się ono z moją przyziemną naturą.
Mój niepokój przed startem jest proporcjonalny do podziwu jaki odczuwam chyląc czoła przed pionierami lotnictwa.
Na fizyce nie uważałam i jak to zwykle bywa po czasie, bardzo tego żałuję. Może działy typu kinetyka czy aerodynamika uciszłyby niepokój w mojej głowie.
W czasie ostatniego lotu miały miejsce dwa zdarzenia. Po pierwsze spotkałam kogoś, kto dosłownie umierał ze strachu. A po drugie zasnęłam.
Pozwolę sobie rozwinąć temat.
Obok mnie siedziała młoda kobieta, która była uosobienim wszystkich samolotowych fobii. Jeszcze nie zapięliśmy pasów a już było wiadomo, że coś jest nie tak.
Głębokie oddechy, kurczowe trzymanie się podłokietników i podskakiwanie w fotelu na każdy dźwięk z zewnątrz dały mi do myślenia.
- Zapytałam czy wszystko w porządku. 
- Nie, nie jest w porządku. Zaraz się rozbijemy! 
- Raczej nie jest to możliwe, ponieważ jeszcze nawet nie ruszyliśmy z miejsca. Wciąż wsiadają pasażerowie!
Wydawało mi się, że mój argument jest logiczny. I owszem, był. Lecz tylko dla kogoś myślącego logicznie. W przypadku osoby ogarniętej paniką, logika umarła wraz z pierwszym krokiem postawionym na pokładzie.
Dalej było ciekawie. Po raz pierwszy w ogóle nie bałam się w czasie lotu. Nie miałam na to czasu. Czas spędzałam na trzymaniu za rękę, przytulaniu, przytaczaniu danych statystycznych, pojeniu wodą i opowiadaniu głupot na temat latania. Mój nauczyciel fizyki umarłby ze śmiechu.
Jednak wydaje mi się, że nie było ważne co mówiłam. Ważniejsze było, że mówiłam cokolwiek.
Ten słowotok tak mnie zmęczył, że w chwili, kiedy moja sąsiadka poszła do toalety, ja zasnęłam jak kamień. Trwała moja drzemka niespełna kilka minut ale przyznam, że zdziwiłam samą siebie.
Dwie godziny spędzone w samolocie do Bristolu były ze wszech miar pouczające.
„Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej” lub po prostu „są tacy, którzy boją się bardziej”. A także: „dobrze jest mieć obok siebie nieco mniej spanikowanego sąsiada”.
Co by było, gdybyśmy obie zagrzewały się wzajemnie w wymyślaniu coraz to nowych powodów do strachu w czasie lotu?
W drodze powrotnej nawet mi do głowy nie przyszło, żeby czegoś się bać. Powiem więcej, nawet nie zauważyłam kiedy oderwaliśmy się od ziemi. Oby mi tak zostało.
W czasie mojej wycieczki za wodę nie tylko nabrałam doświadczenia w dziedzinie opanowywania strachu (cudzego) ale nabyłam małe co nieco.
Odwiedziny w Chinatown są niejako obowiązkowe.
Dzisiejszy przepis jest propozycją połączenia egzotyki ze swojskością. Nawet sezonowość gdzieś tam się plącze w postaci dyni.


























Dumplingi* z krewetkowo dyniowym wnętrzem

*Dumplingi to po prostu pierożki. Z moich poszukiwań przepisów wszelakich wynika, że zarówno dumplingi jak i wontony robi się według tego samego schematu. Różnica polega na dodaniu jajka do wontonów.
W chińskiej dzielnicy w każdej knajpie można je zjeść pod każdą postacią. Są gotowane, smażone, pieczone i te na parze. Ich wnętrze to cały kosmos składników. Czasami nadzienie powoduje małą konstenację: zjeść czy nie zjeść? Odpowiedź zawsze powinna być twierdząca. W końcu trzeba poznać świat z każdej strony. Czym jest zjedzenie pierożka z krowimi jelitami w obliczu przejęcia władzy przez Prezesa ? „Bułka z masłem” lub jak mawiają tubylcy „piece of cake”.
A teraz konkrety.

Paczka dumplingów lub chwila czasu na ich zrobienie.
Na około 15 pierożków:
pół szklanki mąki ryżowej (może być też kukurydziana)
1,5 szklanki mąki pszennej
pół szklanki gorącej wody
1 łyżka oleju
szczypta soli

Szybko zagniatamy ciasto, najpierw widelcem, bo gorące, potem rękami. Gładkie ciasto zostawiamy na 10 minut pod przykryciem a potem formujemy wałek. Kroimy go na plastry a plastry rozwałkowujemy jak najcieniej. Nakładamy farsz
Nadzienie:

1 szklanka upieczonej dyni hokkaido
1 szklanka krewetek koktajlowych (mogą być każde inne)
1 łyżka masła
1 łyżka posiekanej kolendry
1 posiekana szalotka
1 ząbek czosnku
pół łyżeczki czerwonej papryczki chilli, posiekanej
1 łyżeczka drobno pokrojonego imbiru
1 łyżka jasnego sosu sojowego
szczypta mielonej kolendry

Jeżeli mamy malakser, to pakujemy wszystkie składniki nadzienia do niego i miksujemy na jednolitą masę. Doprawiamy ewentualnie do smaku sosem sojowym. W przypadku braku sprzętu, drobno kroimy wszystkie składniki i mieszamy. Tę wersję lubię bardziej.

Przygotowujemy miseczkę z wodą. Będziemy w niej zanurzać palce by skleić pierożki.
Na garnku z gotującą się wodą kładziemy naczynie do gotowania na parze lub po prostu sitko (tak by nie dotykało powierzchni wody).
Na środku pierożka kładziemy nadzienie, brzego smarujemy wodą i sklejamy brzegi pierożka. Łapiemy krawędzie tak, by spotkały się w jednym miejscu.
Wkładamy pierożki do naczynia na parze i przykrywamy je pokrywką lub miską.
Po 5 minutach powinny być gotowe. Podajemy je z sosem.

Sos do dumplingów:

4 łyżki jasnego sosu sojowego
skórka otarta z jednej limonki
sok z jednej limonki
1 ząbek czosnku, przeciśnięty
pół łyżeczki brązowego cukru
łyżka drobno posiekanej zielonej cebulki





Smacznego i dużo optymizmu bo jesień hula na całego

sobota, 9 sierpnia 2014

Szybkie danie na sobotę by nie tracić czasu czyli tempura
























Co mam na myśli mówiąc „tracić czas”? Czy siedzenie na fotelu w otoczeniu lasu jest stratą czasu?
Czy wyprawa na pobliski targ w celu pogłaskania stu sześćdziesięciu czterech kaczuszek jest czynnością zbędną?
Lub może zatopienie się w książce pośród powodzi niepozmywanych talerzy i szklanek?
Na każde z tych pytań można odpowiedzieć twierdząco.
Na wszystkie trzeba odpowiedzieć przecząco.
Sobota jest stworzona do nicnierobienia. Nicnierobieniem jest wyprawa do odległej ruiny by zobaczyć nietoperze. Przecież nie musimy. Ale możemy lub, co lepiej, chcemy.
I wpakowanie do słoika przecieru renklodowego jest nicnierobieniem.
I zawieszenie kilkudziesięciu słoików ze świeczkami, by wieczorem było pięknie.
A nocą możemy nic nie robiąc, umościć się na leżaku i spojrzeć w twarz „łysemu”czyli księżycowi. Dziś pełnia i nic nie zasłoni nam widoku.
Jeżeli nie zmęczymy się zbytnio i będzie nam się chciało, to przyniesiemy sobie koc i ponownie moszcząc się w leżaku będziemy gotowi na spadające gwiazdy.
To się dopiero nazywa „nicnierobieniem”.
A w poniedziałek, kiedy znajomy zapyta co robiliście w weekend, uśmiechniecie się, przypomni wam się rozgwieżdżona noc, słodka konfitura i powiecie: nic, nic nie robiłam.
Dobry plan na sobotę?
























Tempura może wydawać się zaprzeczać idei „nicnierobienia” ale tylko pozornie. Czynności związane z jej przygotowaniem nie są ani uciążliwe, ani skomplikowane.
Kroimy warzywa, mieszamy ciasto, rozgrzewamy olej, moczymy warzywa w cieście, smażymy, podajemy z sosem sojowym. Jemy.
























Tempura:

warzywa, kawałki filetowanej ryby (np., łososia, dorsza, pangi), krewetki

ciasto:

1 jajko
2 szklanki lodowatej wody
1 szklanka mąki pszennej
1 szklanka mąki kukurydzianej
1 łyżeczka soli
W przybliżeniu wygląda to tak:
Wybieramy warzywa, które lubimy czyli marchewka, cebula, kalafior, bakłażan, grzyby, brokuł, papryka, cukinia . Kroimy je na kawałki jednakowej wielkości.
Jeżeli lubimy rybę, kroimy ją na małe kawałki. Krewetki, jeżeli mamy pod ręką, obieramy z pancerzyków.
Przygotowujemy ciasto. W tym samym czasie podgrzewamy (najlepiej i najmniej kłopotliwie) we frytownicy olej. Do temperatury 170 stopni.

Wbijamy do wody (musi być lodowata!) jajko. Mieszamy i wsypujemy mąki i sól. Mieszamy niezbyt starannie. Grudki są pożądane i powodują, że ciasto jest lżejsze i bardziej ulotne.
Moczymy warzywa lub w cieście i ostrożnie kładziemy na gorący olej. Smażymy aż wypłyną na powierzchnię i nabiorą złotawego koloru. Smażenie trwa około minuty. W przypadku ryby lub owoców morza, smażenie przedłużamy do około 3 minut.
Wyjmujemy (ostrożnie) na papierowy ręcznik i podajemy natychmiast z ulubionym sosem.
Moja propozycja to 3 części sosu sojowego jasnego i 3 części zimnej wody. Do tego 1 łyżka octu ryżowego i 1 zmiażdżony ząbek czosnku.

Potem wracamy do kontemplowania chmur.




Udanego nicnierobienia i pięknej niedzieli.

wtorek, 4 lutego 2014

Moja prywatna agitacja i makaron Pad Thai



Zawsze zastanawiam się jak zachęcić kogoś do sięgnięcia po egzotyczne smaki. Pomijam doświadczonych wyjadaczy, bo oni żadnych porad ani zachęt nie potrzebują.
Podejrzewam, że zerknięcie na spis składników do takiego na przekład makaronu Pad Thai może na pierwszy rzut oka zniechęcić. Tyle składników! Gdzie je kupić? Co zrobić z resztą? I czy będzie mi to smakować?
Najłatwiej jest odpowiedzieć na ostatnie pytanie. Jeśli nie spróbujecie, nie będziecie wiedzieli. Odpowiedzi na resztę wątpliwości też nie są skomplikowane.
Na początku każdego początku jest niepewność. Ale zaprawiona ciekawością. Nie wierzę, że osoby odwiedzające kulinarne blogi podchodzą do kuchennych akrobacji tylko teoretycznie.
Podam przekład.
Czytam, że w skład sosu pomidorowego chodzi anyż. Sama robię sos pomidorowy od lat. Ale szczytem moich szaleństw jest dodanie bazylii czy oregano. Dodanie anyżu uruchamia moją wyobraźnię. Kuchnia to nie strefa wojny. Można sobie pozwolić na nonszalancję. Dodamy anyżu i zobaczymy co z tego wyniknie. Otóż ta decyzja zmieniła mój sos pomidorowy na zawsze. Powiem więcej, kolejnym krokiem był eksperyment z wanilią.
Może więc warto czasami zejść ze znanej ścieżki i zaryzykować. Choć słowo „ryzyko” jest użyte bardzo na wyrost.
Po co ja to wszystko piszę? Ponieważ makaron Pad Thai jest tak dobry, że próbuję każdego namówić na zrobienie go we własnej kuchni.
Jeśli ktoś ma wątpliwości gdzie kupi składniki, to każdy supermarket zrealizuje waszą listę zakupową. W dziele „kuchnie świata” znajdziecie wszystko. A jeżeli na zdobędziecie np. makaronu soba, to spokojnie użyjcie innych nitek. Nie startujecie w konkursie MasterChef. Nikt was nie będzie oceniał.
Co począć zresztą sosów? Większość sosów używanych w kuchniach Azji może sobie postać na półce i poczekać na kolejny wasz krok. Może do kurczaka użyjecie sosu sojowego i zrobicie wersję teriyaki? Lub znudzi wam się mizeria z ogórka i zamiast śmietany dodacie do niego sosu rybnego. Możliwości jest ocean. Tylko trzeba do niego wejść. Potem będzie tylko przyjemniej i smakowiciej.





Pad Thai w stylu Phuket

2 łyżki oleju arachidowego
2 łyżki orzeszków ziemnych
kostka tofu pokrojonego na paseczki
3 ząbki czosnku, pokrojonego drobno
1 szalotka pokrojona w piórka
250 g obgotowanych krewetek
1 szklanka ugotowanych różyczek z brokuła
połowa czerwonej papryki pokrojona na kawałki
3 łyżki sosu rybnego
1 łyżka ciemnego sosu sojowego
2 łyżki loku z limonki
2 łyżeczki cukru palmowego lub jasnego cukru brązowego
300 g ugotowanego makaronu soba (może być też szeroki ryżowy)
1 szklanka kiełków sojowych
zielona cebulka, pocięta
liście świeżej kolendry

Rozgrzewamy patelnię i zanim wlejemy olej, na suchej patelni prażymy orzeszki ziemne aż staną się złote. Pilnujemy ich jak oka w głowie, bo chwila zamyślenia i orzeszki będzie można wyrzucić. Uprażone orzeszki przekładamy do blendera i mielimy na mniejsze kawałki (ja robię to w moździerzu, mam większą kontrolę nad wielkością kawałków).
Na patelnię wlewamy olej. Smażymy plastry tofu aż do zbrązowienia. Odkładamy usmażone tofu i na rozgrzanym oleju smażymy cebulę, paprykę, czosnek. Kiedy warzywa będą lekko podsmażone dodajemy krewetki i smażymy jeszcze minutę.
W miseczce mieszamy sos rybny, sojowy, sok z limonki, cukier. Wlewamy na patelnię z krewetkami. Mieszamy, zagotowujemy.
Ugotowany makaron dodajemy na patelnię z krewetkami. Dobrze mieszamy aby makaron wymieszał się z sosem. Dodajemy kiełki i kawałki ugotowanego brokuła. Smażymy kolejną minutę. Dorzucamy tofu.
Przekładamy makaron do miski i posypujemy kolendrą, cebulką i uprażonymi orzeszkami ziemnymi.


W Phukecie taki makaron podaje się zazwyczaj na jajecznym omlecie.  




Smacznego

sobota, 4 maja 2013

Chmury, metamorfoza i warzywa w tempurze






Jak tu nie wierzyć w złośliwość losu. Dano nam długi weekend ale nie zagwarantowano pogody. To tak, jakby zapewniono nam wyjazd do Tajlandii ale nie zarezerwowano noclegów. Radość z wyjazdu ogromna a rozczarowanie na miejscu nie mniejsze.
Spakowałyśmy koszyki piknikowe, zamroziły wino musujące, odprasowałyśmy letnie sukienki a tu figa z makiem. Zamiast romantycznego pikniku, ogień w piecu. W miejsce schłodzonych bąbelków przyrządzałam grzane wino. A ciepły polar okazał się najlepszym przyjacielem.
Siedzę przy piecu i widzę, że zaraz za tarasem, na las spadła chmura. Wszystko w niej utonęło.
Podobnie jak koty, czekam z niecierpliwością na spacer. Ile można siedzieć przy piecu? Ja mam kalosze, nasze futrzaki nie. Jestem w lepszej sytuacji. Idę. Sprawdzę czy ta chmura da się polizać.
Gdy byłam mała, byłam przekonana, że chmury są jadalne.
Deszcz nie pada, ale wystarczy 10 minut na zewnątrz a wszystko jest przemoczone. Tylko włosy lubią taką pogodę. Okazuje się, że mogą pokazać swoją drugą kręconą naturę. Chowam te dziwne loczki pod kapturem i dziwię się, że ciągle mnie to dziwi.
Z tej mokrej waty wynurzają się drzewka w naszym sadzie. Okazuje się, że nie tylko moje włosy przeszły metamorfozę. Rano sad zapowiadał się kwitnąco. Teraz po prostu kwitnie. Różowe i białe wiśnie i czereśnie, brzoskwinie i morele. I już nie jest mi smutno. Już nie przeszkadza mi kapiąca z liści woda. Sad jest piękny. Zamglony, nierzeczywisty, odrealniony. Jutro w słońcu będzie zupełnie innym miejscem. Cieszę się, że dziś wygląda jak na impresjonistycznym obrazie.
To, co dziś zrobię na obiad jest bezpośrednim efektem tego spaceru. Kwitnące wiśnie, chmury kierują moje myśli do lekkiego jedzenia. Japonia. Tempura. Tylko warzywa, kilka krewetek i super lekkie ciasto.



Tempura:

brokuły, kilka różyczek
1 cebula
10 krewetek
pół papryki
1 cukinia
kilkanaście małych pieczarek

ciasto:
szklanka wody i pół szklanki piwa (310 ml)
2 łyżki mąki ziemniaczanej
1 i 1/3 szklanki mąki pszennej
¼ łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki soli



Robienie tempury na obiad czy kolację łączy się z pewnymi niedogodnościami. Smaży się ją partiami czyli zajmuje nieco czasu. Nie lubi być podawana na zimno, bo przestaje być chrupka. Jeśli zechcecie nakarmić nią pół tuzina osób, to zapomnijcie o siedzeniu przy stole. Chyba, że możecie liczyć na czyjąś pomoc. Innym wyjściem jest smażenie tempury w kilku garnkach.
To tyle tytułem wstępu.  Może zabrzmiało to zniechęcająco, ale nie dajcie się zniechęcić. Obiecuję wam, że warto trochę postać przy piecu. W takiej wersji warzywa czy ryby są skończoną doskonałością.



Zaczynamy.
Przygotowujemy składniki. Brokuł (lub kalafior) dzielimy na różyczki. Cebulę obieramy i dzielimy na płatki. Paprykę czyścimy i dzielimy na kawałki wielkości np. kostki domina. Cukinię kroimy na plasterki. Możemy też użyć niedużych pieczarek. Rybę dzielimy na kawałeczki. Surowe krewetki obieramy z pancerzyków, zostawiając ogonek.
Potrzebujemy raczej wysokiego garnka na olej. Nalewamy go tyle, żeby różyczka brokułu mogła swobodnie popływać. Stawiamy garnek na piec i włączamy nieduży ogień. Niech się podgrzewa a my zajmiemy się ciastem. W wersji idealnej powinno przypominać mgiełkę, welon. Powinno otulać krewetę czy plasterek cukinii jak druga skóra.
Jak je zrobić? Szybko i w arktycznych okolicznościach. Potrzebujemy zimnego piwa i zimnej wody. A właściwie nie zimniej. Potrzebujemy lodowatej wody i prawie mrożonego piwa.
Lejemy je do miski i sypiemy mąkę pszenną. Dodajemy przyprawy i krótko mieszamy. Jaka powinna być konsystencja ciasta? Jak śmietany 18%. Nieco rzadsze niż ciasto naleśnikowe.
Nie katujcie ciasta mikserem. Wystarczy łyżka. Grudki są mile widziane.
Mając ciasto gotowe, podkręcamy na maksa ogień. Kawałki warzyw, ryby lub krewetki moczymy w garnku z ciastem. Lekko strącamy nadmiar ciasta i wrzucamy  otulone ciastem kawałki do oleju. Smażymy z minutę i obracamy na drugą stronę. Wyjmujemy na papierowy ręcznik a po chwili na talerz. Podajemy natychmiast i sosem teryaki. 




Życzę wam smacznego i wesołej soboty

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Ryż i ryba czyli kilka uwag na temat sushi




Opisywanie sushi zajmuje tyle czasu, że na dygresje liryczne nie ma już miejsca. Nie będę dziś zawracać wam głowy smokami, lasem czy nietoperzami, bo zejdę na manowce. Skłonności do błądzenia po bezdrożach i rozpraszania uwagi mam opanowane do perfekcji. A kuchnia japońska jest do bólu precyzyjna. Tam na dzikie improwizacje nie powinno być miejsca. Muszę się wziąć w karby i zdyscyplinować swoje zapędy.
Znudziło mi się robienie sushi maków. Robię je od tylu lat, że nieco się już znudziłam. Postanowiłam rozwinąć inny kierunek. Tym razem nigiri sushi.
Jak przygotować bazę do sushi znajdziecie tutaj. Jeżeli po zwinięciu pięćsetnej rolki maki sushi stwierdzicie, że pora na zmianę, to zapraszam dziś na nieco inny rodzaj ryby.



Potrzebujemy:
wasabi,
majonezu
nieco zielonej cebulki lub pociętych na paseczki płatków nori
ugotowany ryż do sushi

Do tej ilości sushi, która jest na zdjęciu użyłam 1 i 1/3 szklanki suchego ryżu. Żeby go przygotować zajrzyjcie tutaj, albo dokładnie przeczytajcie instrukcję obsługi.

Oprócz tego potrzebujemy:

około 500 g świeżego łososia ze skórką
10 surowych, dużych krewetek
4 świeże sardynki
1 łyżkę marynowanego imbiru

Nigiri sushi z łososiem:


Filet z łososia myjemy i wyjmujemy z niego ości. Odcinamy brzuszek (będzie o nim mowa niżej). Wykrawamy wzdłuż najgrubszy kawałek ryby. Bardzo ostrym nożem tniemy go po skosie na plastry. Powinny mieć wielkość około 2 x 4-5 cm. Nie martwcie się niepowodzeniami. Nie startujecie w konkursie a Gordon Ramsay z pewnością nie zajrzy do waszej kuchni. Za to zapewniam was, że rodzina czy znajomi padną z wrażenia. Nie wiedzieć czemu, ludziom się wydaje, że sushi to ósmy stopień wtajemniczenia. A to przecież tylko ryż z rybą.
Pokrojonego w plastry łososia używamy do przykrycia ryżowego wałeczka. Wałeczek smarujemy wasabi, odrobiną majonezu i przykrywamy rybą. I już!

Sardynki do nigiri sushi



4 świeże sardynki
gruboziarnista sól morska
1 łyżka octu ryżowego
To jest najgorsza robota w dzisiejszym menu. Kto nie lubi patroszenia, niech znajdzie entuzjastę robienia sekcji. Sardynki trzeba pozbawić głowy, środka, skóry i większości ości. Robota jest średnio estetyczna. Na szczęście, potem okazuje się, że warto było.
Wyfiletowane sardynki myjemy, dokładnie osuszamy i posypujemy solą. Układamy w miseczce i polewamy łyżką octu ryżowego. Przykrywamy miseczkę i zostawiamy rybę w spokoju na pół godziny. Po tym czasie, wyjemy sardynki i znów osuszamy np. papierowym ręcznikiem. Są gotowe do użycia.

Krewetki do nigiri sushi


10 surowych dużych krewetek
10 patyczków (takich jak do szaszłyków)
2 szklanki wody
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka octu
litr lodowatej wody

Krewetki obieramy z pancerzyków. Bierzemy jedną  obraną sztukę w lewą rękę (to wersja dla praworęcznych), a prawą nadziewamy krewetkę na patyczek wzdłuż całego krewetkowego ciała. Chodzi o to, by w czasie gotowania krewetka nie zwinęła się jak…krewetka. Ma być wyprostowana jakby kij połknęła. Wsadzenie w nią patyczka załatwia sprawę jak należy.
Zagotowujemy 2 szklanki wody z solą i octem. Gdy się zagotuje, wrzucamy do niej nadziane krewetki i gotujemy 2 minuty. Wyjmujemy krewetki i szybko zanurzamy w lodowatej wodzie. Po minucie wyjmujemy je i osuszamy. Po wyciągnięciu z nich patyczka otrzymujemy prościutki kawałek różowego owocu morza. Przecinamy wzdłuż krewetkę, ale nie do końca. Robimy to tak, jakbyśmy chcieli ją rozpłaszczyć.  Przygotowane krewetki przykrywamy i odkładamy na bok.

Brzuszki rybne z łososia do nigiri sushi


1 brzuszek z łososia czyli kawałek 5cm na 20 cm
1 łyżka sake, wina ryżowego lub po prostu białego wina
2 łyżki oleju
patelnia
Powiem szczerze, że nie planowałam ich przyrządzenia. Jednak filet z łososia, który wpadł mi w ręce, okazał się być szczodrze wyposażony w piękny biały brzuszek. Szkoda by było zmarnować taką okazję. Jego przyrządzeniem wyjątkowo zainteresowane było dziecko, jak sęp czekające na skrawki.
Nie będę opisywać jak wygląda brzuszekJ)). Jest tłuściutki, miękki i biały. Odcinamy go od reszty bardziej szlachetnej części ryby. Dokładnie czyścimy z łusek. Jedzenie łusek dobrze wychodzi tylko rekinom. Skrapiamy mięsko winem ryżowym lub sake. Rozgrzewamy patelnię z olejem i kiedy jest gorący, smażymy na nim rybę skórką do dołu. Zmniejszamy ogień i smażymy brzuszek około 4 minut. Nie odwracamy ryby. Nie wyobrażacie sobie co się dzieje ze skórką brzuszka. Jest chrupka do nieprzyzwoitości i aż słodka w smaku. Zdejmujemy rybę z patelni na papierowy ręcznik i studzimy. Potem kroimy na kawałki odpowiadające wielkością nigiri sushi.


Ta ostatnia pozycja okazała się totalnym przebojem obiadu. Sardynki były świetne, krewetki pyszne, ale brzuszki smakowały oszałamiająco. Jak żałowaliśmy, że ryba ma tylko jeden brzuszek!

We wszystkich wypadkach czyli przygotowując łososia, krewetki, sardynki czy brzuszek, robimy nigiri maki powtarzając te same czynności. Robimy wałeczek z ryżu, smarujemy wasabi o odrobiną majonezu. Kładziemy  jeden ze składników. Jeśli chce nam się zaszaleć, to wycinamy wąskie paseczki z nori i przewiązujemy każdy egzemplarz sushi. Możemy też zanurzyć w gorącej wodzie zieloną cebulkę i związać np. nori z brzuszkiem. Wybór zależy od was.
Potem przygotujcie sos teryaki do moczenia, nieco wasabi dla zaostrzenia smaku i marynowany imbir dla oczyszczenia kubków smakowych. Reszta pozostaje milczeniem.



Kolejna porcja sushi została zrobiona. Pozostaje życzyć dobrej zabawy i koniecznie smacznego

wtorek, 5 lutego 2013

Krewetki w prażonym pieprzu syczuańskim czyli znów Walentynki




Zaczęło się. Czerwono, różowo, słodko, misiowato, landrynkowo. Karnawał dostał przyśpieszenia. Tłusty czwartek już z niektórych kuchni pachnie smalcem i konfiturą z róży. Jeszcze się nie otrząśniemy z ostatniego weekendu karnawału, a już śledzia trzeba będzie powiesić pod lampą. Potem chwila memento mori, by w czwartek pogrążyć się złocie, słodkości i czerwieni. Już mnie zęby bolą.

Zrobiłam dziś wycieczkę do stoiska z prasą. Przejrzałam skrupulatnie każde kulinarne czasopismo. Ojejku! Pączki, desery z wylewającą się czekoladą i serca, serca, serca. Na słodko. Na słono. Z ryżu, kurczaka i brokułów. Luty to nieustający festiwal kardiologiczny. Choć element zwierzęcy w postaci pluszowych niedźwiedzi też jest przytłaczający.
I choć każda zapytana przedstawicielka mojej płci na pytanie o walentynki odpowiada lekceważąco: „komercja”, to biada mężczyźnie, który potraktowałby jej słowa poważnie. Ale my jesteśmy nieodgadnione. Jakie nieprzewidywalne! No, sfinksy po prostu. Tu twarde baby, rozstawiające chłopów po katach i oczekujące równego  (czytaj męskiego) traktowania. Tu znów lilie wątłe, oczekujące noszenia na rękach i pisania poematów.

Nikt, moi panowie, nie obiecywał, że będzie łatwo. Czas zrobić plan (najlepiej w czerwonym kolorze) i może upiec jakieś bezowe serduszko. Bo Ona na sto procent uszczęśliwi was słodkim (niekoniecznie smakowo) prezentem.
Ale potem już cisza i spokój przez najbliższe…..21 dni. Bo oto nadchodzi Dzień Kobiet. Którego też „nie lubimy”. Ha, ha, ha.

Mój wkład walentynkowy będzie adekwatny w kolorze. Słodko będzie gdzie indziej. Kuchnia walentynkowa ma być pikantna. 




krewetki z prażonym pieprzem syczuańskim
(na 2 porcje)

 pół kilograma surowych krewetki ( jeśli są zamrożone, to trzeba je rozmrozić)
3 ząbki czosnku
1 chili
1 łyżka pieprzu syczuańskiego (uprażonego na suchej patelni i zmielonego)
sok z połowy limonki
2 łyżki oliwy
sól, pieprz
cebula dymka
sos
wywar z pancerzyków zredukowany do połowy szklanki
tłuszcz po usmażeniu krewetek
50 ml wermutu
szczypta soli
2 łyżki zimnego masła

Krewetki obieramy z pancerzyków. Absolutnie ich nie wyrzucamy. One są podstawą zrobienia sosu.
Pancerzyki zalewamy wodą i gotujemy na małym ogniu 10 minut. Potem przecedzamy wywar. Pancerzyki wyrzucamy a wywar odparowujemy do objętości połowy szklanki.
Obrane krewetki przykrywamy i odstawiamy na bok.

Czosnek obieramy i kroimy na kawałki. Chili siekamy drobno. Na patelnię wlewamy oliwę i do zimnej wrzucamy czosnek, chili i pieprz syczuański. Podgrzewamy na małym ogniu aż oliwa nabierze aromatu. Czyli około 10 minut. Potem zwiększamy ogień i na gorącą oliwę wkładamy krewetki. Smażymy aż nabiorą różowo pomarańczowego koloru. Sypiemy szczyptę soli i wlewamy sok z połowy limonki. Wyjmujemy krewetki do miseczki a na patelnię wlewamy kieliszek wermutu. Odparowujemy alkohol i wlewamy wywar z krewetek. Zagotowujemy i dodajemy zimne masło. Sos dzięki temu będzie miał delikatną, aksamitną konsystencję. Polewamy krewetki i podajemy posypane dymką. 
Chlebki nan czy focaccia są tutaj idealnym dopełnieniem. Sos pięknie się wchłania. 



Smacznego i nie dajcie się zwariować



czwartek, 31 stycznia 2013

Sałatka orientalna z marynowanym imbirem czyli co z tego wyrośnie.





Człowiek to jednak niereformowalna istota. Wystarczy, że na moment zaświeciło słońce i na trawnikach pojawiły się plamy starej trawy, a ja już mimowolnie szukam czy coś tam może nowego nie wykiełkowało. Jeden dzień deszczu i temperatury powyżej (niewiele, ale zawsze) zera i już nadzieja w człowieku rośnie jak ilość wody na ulicach. Kalosze są niezbędne. Im bardziej kolorowe, tym lepiej. Parasol też bywa przydatny. Pojemny, żeby ochronił jeszcze koleżankę. I siatka pełna witamin. Kolorowych, żeby dodać sobie energii. Pomarańcze, cytryny, granaty, mango są wskazane. I jeszcze różowe okulary by się przydały, żeby pogody ducha nie brakło, zanim wypatrzymy pierwsze pączki na krzakach w parku.
Ja takie dziwo znalazłam kilka dni temu. Jeszcze termometr pokazywał minus jedenaście a tu na mojej drodze spotkałam egzemplarz, który jak nic wiedział więcej. I korzystając z tej wiedzy wypuścił na końcach gałązek małe kuleczki. Przez następne dni przyglądałam mu się uważnie. Czy to aby nie skamielina? A może jakiś omam poranny. Może w świecie roślinnym też się trafiają jednostki nieprzewidywalne? Akcja rozwija się powoli. Nic się na razie nie zmieniło, ale też nic nie odpadło.
Chyba jutro uszczknę gałązkę i przeniosę do cieplarnianych warunków. Ciekawe, co z niej wyrośnie. (Jako fanka serii o Obcych powinnam być ostrożniejsza).
Dalsze relacje wkrótce.


A na razie, zanim przejdę do następnego etapu w poszukiwaniu wiosny, muszę się poratować wiosną na talerzu.
Sałatka orientalna gości na naszym stole już od jakiegoś czasu. Jej pierwowzór jadłam kiedyś w Paryżu. Połączenie przegrzebków i marynowanego imbiru* bardzo mi się spodobało. W warunkach domowych daruję sobie przegrzebki. Reszta jest zieloną improwizacją. Jedynie marynowany imbir* łączy moją wersję z tą paryską.

Sałatka orientalna z marynowanym imbirem:

sos do sałatki orientalnej:
1 łyżeczka wasabi (w proszku lub w paście)
sok z 1 limonki
7 łyżek oleju arachidowego
pół łyżeczki soli
ćwierć łyżeczki cukru
2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
kilka kropel oleju sezamowego

składniki sałatki:
garść cienkiego makaronu ryżowy
2 garści liści szpinaku
1 papryczka chili
1 papryka, czerwona lub żółta
garść kiełków sojowych
mieszanka sałat (jakich lubicie)
garść poszatkowanej kapusty pekińskiej
1 marchewka, starta na mandolinie
pęczek rzodkiewek
1 nieduży por
pęczek kolendry
2 łyżki marynowanego imbiru

Jak zwykle w przypadku sałatki, dobrze jest się zaopatrzyć w sporą miskę i nieduży słoik. Do słoika ładujemy wszystkie składniki sosu. Wstrząsamy wstrząsająco i odkładamy na bok.
Makaron ryżowy przyrządźcie zgodnie z instrukcją. Chili posiekajcie drobniutko. Paprykę pokrójcie na drobne paski a pora i rzodkiewki na cienkie krążki. Imbir porwijcie na mniejsze kawałki. Kolendrę pokrójcie niedbale nożyczkami.
Wszystkie składniki sałatki przełóżcie do sporej misy i przemieszajcie rękami. Dodajcie dobrze odsączony makaron. Nalejcie sos i jeszcze raz wymieszajcie.




Sałatka gotowa.
Jest jej sporo ale jeżeli potrzebujcie do niej konkretu, to opakowanie krewetek koktajlowych będzie z nią dobrze współpracować.  Spokojnie można nią wykarmić kilka osób.
           
* Marynowany imbir można kupić w słoiku, ale można też zrobić samemu. Następnym razem o tym opowiem. I pokażę tajemnicze, pączkujące "coś".
                           Tak wygląda moja okolica 

                           A to znalazłam pod drzewem.

Smacznego i wypatrujcie niebieskiego nieba.

piątek, 20 lipca 2012

Gdzie jest patelnia? Krewetki z pieprzem syczuańskim




Kiedy czas pędzi jak szalony, a człowiek krąży rozdarty pomiędzy przeszłością a przyszłością, na celebrowanie posiłków nie ma już czasu.
Celebra w ogóle nie wchodzi w grę, kiedy nie wiem gdzie wpakowałam talerze. Przyjście gościa wprawiło mnie w nie lada konsternację. Gość napiłby się kawy. Ojejku! Wszystkie filiżanki mieszkają już pod innym adresem! Gość był na szczęście z rodzaju „nie dziwię się niczemu” i grzecznie wypił kawę z blaszanego garnuszka.
Obiady też trzeba jeść. Nawet jeśli nie wiesz, gdzie może być ulubiona patelnia. Jeszcze tu, czy może już tam?
Krewetki z patelni są świetnym rozwiązaniem. Robi się je szybko i można je wyjadać z patelni. Jeśli ją znajdziecie.  Korzystając więc z zapasów lodówkowych robimy krewetki. Przyprawy nieliczne jeszcze gdzieś znajdę i zrobimy improwizowany obiad.

Krewetki z patelni z pieprzem syczuańskim

surowe lub mrożone krewetki (nie obgotowane)
czosnek
chili
pieprz syczuański
sos rybny
sok z limonk
oliwa
pieprz

Nie podałam żadnych konkretów jeśli chodzi o ilość, bo w tym daniu każdy doprawia jak lubi. Mniej czosnku czy chili jest sprawą zupełnie indywidualną.

Pierwszą czynnością będzie uprażenie pieprzu syczuańskiego. Na suchej patelni prażymy pieprz, aż nie uwolni aromatu. Potem w moździerzu rozdrabniamy przyprawę. Nadmiar możemy przechować w słoiczku.

Zaczynamy od obrania krewetek z pancerzyków. Obierzcie je ładnie, usuńcie czarną żyłkę i pod żadnym pozorem nie wyrzucajcie pancerzyków. Ugotujecie z nich przepyszny bulion krewetkowy*.
Na patelni rozgrzewamy trochę oliwy. Obrany i pokrojony czosnek lekko rumienimy. Dodajemy pokrojone chilii, pieprz syczuański i smażymy przez chwilę.
Teraz wsypujemy krewetki i mieszamy aż zaczną różowieć. Dolewamy sos rybny (ostrożnie bo jest słony) i sok z limonki. Odparowujemy. 
Cała zabawa od momentu wrzucenia krewetek, nie powinna zająć więcej niż pięć minut. Krewetki będą jędrne i soczyste a nie gumowate i twarde. Nie przegapcie tego momentu.

Jeszcze tylko szczypta pieprzu i np. pietruszki i już można zajadać. Bagietka jako dodatek jest wysoce wskazana. I ten sosik!



Potem weselej człowiek spogląda na puste kąty.


*bulion krewetkowy
Wszystkie pancerzyki zalać wodą i zagotować. Pogotować 5 minut i odcedzić. Pancerzyki wyrzucić. Bulion ostudzić, wlać do słoika i zamrozić. Kiedy przyjdzie wam ochota na zupę tajską, wyciągacie słoik z lodówki i gotujecie chwilkę z imbirem i trawą cytrynową.  Dolewacie mleczko kokosowe i... ale to już zupełnie inna historia.



Smacznego 

poniedziałek, 19 grudnia 2011

"Kochane zdrowie, nikt się nie dowie..".Klasyk i czarny makaron


Planuj sobie planuj. A bogowie będą mieli uciechę mogąc ci pokrzyżować plany. Mądrzy byli ci Chińczycy.
Poniedziałek zapowiadał się całkiem poniedziałkowo. Praca jak zwykle, obowiązki jak co tydzień.
Mówi się, że drobiazg a cieszy. Dobrze jest pamiętać,że jest jest druga strona tego medalu. Taki drobiazg a może uprzykrzyć życie. Ząb. Zastanawiacie się na co dzień, że macie zęby? Nie. Póki nie dadzą o sobie znać. I to od razu przy dźwiękach trąb jerychońskich i mękach piekelnych. Jak boli ząb, to cała reszta świata może spokojnie udać się dokąd oczy poniosą. Cały kosmos koncentruje się na tych kilku centymetrach szanownej jamy ustnej. A jeśli do tego dodać, że cierpiącym jest mężczyzna, to macie pełny obraz dramatu. MMŻ jest typowym przedstawicielem swojej płci i cierpienie to nie jest to, co jest wkalkulowane w jego rozkład dnia.
Byle do wieczora. A wieczorem cudowne ręce, które leczą dokonają kolejnego cudu i na świecie znów zapanuje pokój i zgoda.
Jedzenie dziś odpada. Na moje pytanie, czy zjemy obiad, MMŻ filozoficznie stwierdził, że tylko przez skórę. Znam tylko jedną osobę która wchłania pokarm przez skórę. I to w bardzo wybiórczym czekoladowym asortymencie. Ja jestem tradycjonalistką. Wymyśliłam więc coś, co może nie jest zjadalne tak niekonwencjonalnie, ale też nie sprawi kłopotu. Nie wymaga gryzienia i całkiem dobrze się wciąga. Pomyślałam o makaronie z przysmażonymi pomidorkami, oliwą czosnkową i grubo tartym parmezanem. Niestety nawet ta wersja okazała się niezjadalna przez mojego cierpiącego MMŻ. Więc skoro obiad miał być tylko dla mnie, postanowiłam zaszaleć. Z makaronu nie zrezygnowałam. Dodałam tylko jeszcze jeden składnik, zrezygnowałam z parmezanu i danie okazało się świetne. 

czarny makaron z krewetkami i pomidorami

porcja na jedną osobę

mała garść makaronu z sepią
mała cebula
1 ząbek czosnku
kilka krewetek (mogą być rozmrożone)
4 łyżki oliwy
2 łyżki masła
1 łyżka soku z cytryny
otarta skórka z połowy cytryny
3-4 pomidorki koktailowe
dwie łyżki posiekanej natki pietruszki
sól, pieprz

Pierwszym naszym krokiem będzie zamarynowanie na parę minut krewetek. Jeśli macie mrożone, to wyciągnijcie je wcześniej i nich się powoli rozmrażają. Potem tylko włożycie je do marynaty i będą gotowe do użycia. Marynata to sok z cytryny, przeciśnięty czosnek, sól i odrobina skórki cytryny. Mieszamy wszystkie składniki i moczymy w nich krewetki.
Stawiamy gar na ogień, wsypujemy szczyptę soli. Wiecie, żeby makaron gotować w dużym garze? Pasta nie lubi ścisku i tłoku. Nie oszczędzajcie na zmywaniu i zawsze używajcie dużego naczynia. Zagotowujemy wodę i wkładamy do niej makaron. Gotujemy al dente czyli żebyśmy czuli lekki opór, biorąc go na ząb.
Na patelni rozgrzewamy oliwę z masłem i smażymy cebulę przez chwilkę. Niech się zeszkli. Dodajemy pomidorki koktailowe pokrojone na ćwiartki i znów krótko smażymy. Podkręcamy ogień na maksa i dodajemy krewetki z marynatą. Niech się szybko zagotują. dosmakowujemy solą i pieprzem. Zdejmujemy z ognia. Do rondla z sosem dokładamy ugotowany makaron i mieszamy. Sypiemy na górę posiekaną natkę i resztę startej skórki z cytryny. Machamy łyżką żeby smaki się połączyły i nakładamy sobie słuszną porcję.



Zjadłam obiad z wyrzutami sumienia. MMŻ zadowolił się dziś tylko pokarmem płynnym. Ale sytuacja została opanowana przez fachowca i myślę, że jutro wszystko wróci do normy.


Wam życzę smacznego i nie myślenia o zębach

poniedziałek, 7 listopada 2011

Makaronowy fast food


Jedzenie w fast foodach to nie moja bajka. Kiedy nie mam czasu lub robię sobie wagary od garów, wybiorę raczej szybką chińszczyznę niż McDonald's. Czasy, kiedy dzieci uważały zjedzenie Big Mac'a za niezbędny element dzieciństwa mamy już za sobą. Zawsze uważałam, że na naszym restauracyjnym i barowym rynku za mały jest wybór. No, bo albo wypasiona restauracja, albo śmieciowe jedzenie. Na szczęście zmiany idą i powoli zapełniają luki. Odnoszę, co prawda wrażenie, że te zmiany mają dość jednorodne oblicze, przywodzące na myśl  imperium Osmańskie , bo w większości naszych miast królują kebaby. Skąd w ludzie nad Wisłą takie upodobanie do tureckiego jedzenia?  Tym bardziej, że sugerując się kebabowym menu, można sądzić, że kuchnia turecka to tylko mięso z kija. Są jeszcze nieśmiertelne  KFC i wspomniany Mc Donald's. Gdzieś tam oferują szybką pizzę w kawałkach lub placki na tacce. Tym entuzjastyczniej witam wszelkie zmiany na tym polu.
Do mojej skrzynki ostatnio wpadła ulotka, inna niż wszystkie. Już myślałam, że to kolejna promocja pizzy na raty. Jej reklama brzmiała intrygująco a nazwa wprawiła w dobry nastrój:  "Noodle w pudle." Powiedzcie, że nazwa nie jest pyszna. Czytasz i już wiesz, czego się spodziewać. Tego jeszcze nie było. Makaronowy fast food. Jak na ulicach Bangkoku. I na dodatek prawie w moim sąsiedztwie.
MMŻ nie musiałam długo namawiać. Jako zadeklarowany miłośnik wszystkiego co azjatyckie i zwolennik makaronu, zgodził się w ciemno.
Noodle w pudle najlepiej kupić i zabrać do domu. Jeśli szukacie atmosfery chińskiej, ulicznej jadłodajni, to tu jej nie znajdziecie. To po prostu fast food, jak wiele innych. Kupuj i znikaj. Oferta nie jest bogata. Zawiera 5 dań makaronowych i nieśmiertelne hamburgery, hod dogi, zapiekanki i frytki. Jak mi smakowało? Kupiliśmy zestaw z kaczką, zestaw ze smażonym tofu i zestaw z sosem teriyaki. Wiem, że na pewno nie kupię już makaronu ryżowego ze smażonym tofu, bo makaron był rozgotowany. To nietrafiona propozycja. Mdła i bez wyrazu. Makaron udon, który jest moim faworytem podano tutaj z wołowiną i sosem teriyaki. Sos bardzo dobry, tym bardziej w swojej pikantnej wersji (musicie zaznaczyć, że chcecie na ostro), warzywa świetnie chrupkie. Ale ta wołowina. Nie wiem z jakiego wołu była zrobiona, ale bardziej przypominała oponę niż jakiekolwiek mięso. Całość grzecznie zjadłam, omijając to nieszczęscie. Zestaw z kaczką był bez zarzutu. Sos curry i owoce liczi usatysfakcjonowały Dziecko, które stwierdziło, że na pewno tu wróci. Podsumowując, jeśli macie już dość kebabów, pizzy i frytek, wybierzcie się do miejsca, gdzie sprzedają nudle. Podobno realizują też zamówienia telefoniczne. Ale podobno też, dostarczają je rowerem. Z Katowic do Bytomia? Jakoś tego nie widzę. W każdym razie polecam wam ten sposób szybkiego i niezłego jedzenia.
A jeśli chcecie sami poeksperymentować z makaronem, to zapewniam was, że przygotowanie samodzielnie sporej porcji jest nie tylko łatwe ale i w zasięgu waszych możliwości.
Mam dla was propozycję.

Makaron udon z krewetkami i rybą
(na dwie spore porcje)

2 wiązki makaronu udon
garść krewetek
kawałek łososia
kawałek tofu
2 łyżki sosu sojowego
pół strąka czerwonej papryki
mały kawałek strączek papryczki chili  (jeśli nie lubicie ostrości, pomińcie chili)
1 cebula,
3 ząbki czosnku
5 centymetrowy kawałek imbiru
garść groszku cukrowego (można zastąpić zieloną szparagową fasolką)
zielona cebulka
olej do smażenia

limonka do zamarynowania krewetek i ryby
ziarno białego i czarnego sezamu lekko uprażone (ale to fanaberia, nie musicie jej stosować)
sos:
5 łyżek sosu teriyaki
2 łyżki sosu ostrygowego
2 łyżki soku z limonki
Proporcje można sobie dobrać samemu, najważniejsze, żeby sosu było pół szklanki.
Krewetki rozmrażmy i pozbawiamy ogonków, rybę kroimy na duże kawałki.
Krewetki i rybę wkładamy do  miski i zalewamy sokiem z limonki i startą skórką. To nie jest konieczne, bo i bez tego danie będzie dobre. To tylko jedna z możliwości.
Tofu kroimy na 3-4 cm kawałki i zalewamy sosem sojowy.

Stawiamy wodę na makaron. Gotujemy udon zgodnie z instrukcja.

Przygotowujemy warzywa. Papryki kroimy na wąskie paseczki, cebulę w piórka, a czosnek i imbir w cieńkie plasterki. Rozgrzewamy na patelni dwie łyżki oleju i kiedy będzie gorący wrzucamy pokrojowe warzywa. Smażymy je jakieś dwie minuty, mieszając i dodajemy groszek cukrowy. Smażymy jeszcze minutę i zdejmujemy z ognia i z patelni. Wycieramy patelnię papierowym ręcznikiem (ostrożnie, ciągle jest gorąca), wlewamy kolejne dwie łyżki oleju i smażymy rybę i krewetki. Przygotujcie się na skwierczenie i pryskanie, bo sok limonkowy robi swoje. Nie smażcie za długo krewetek. Zapewne kupiliście różówe, czyli już ugotowane. Wystarczy jeśli tylko dobrze je rozgrzejecie. Gotowe dary morza odłóżcie na osobny talerz i szybko włóżcie na olej tofu. Doprowadźcie je do złotego koloru i wyjmijcie na ręcznik papierowy.

Jeśli dysponujecie dużą patelnią lub wokiem, to nadszedł czas ich użycia. Rozgrzewamy wok, lejemy łyżkę oleju, wkładamy ugotowany i odcedzony makaron i dopełniamy warzywami. Mieszamy, żeby się nie przypalił.  Wlewamy wcześniej przygotowany sos oraz wkładamy rybę i krewetki. Podrzucamy na woku lub delikatnie mieszamy. Posypujemy zieloną cebulką i smażonym tofu. Jako grande finale okraszamy sezamem.





Możliwe, że wyjazd do najbliższego baru z nudlami trwałby krócej, niż samodzielne przygotowanie tego dania, ale musielibyście ubrać buty, czapkę lub co gorsza wziąć parasol. Przecież wam się nie chce. Wyciągajcie gary i do roboty. Za pół godziny siądziecie nam miską pachnącego, sycącego makaronu.
Smacznego