Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 maja 2013

Chmury, metamorfoza i warzywa w tempurze






Jak tu nie wierzyć w złośliwość losu. Dano nam długi weekend ale nie zagwarantowano pogody. To tak, jakby zapewniono nam wyjazd do Tajlandii ale nie zarezerwowano noclegów. Radość z wyjazdu ogromna a rozczarowanie na miejscu nie mniejsze.
Spakowałyśmy koszyki piknikowe, zamroziły wino musujące, odprasowałyśmy letnie sukienki a tu figa z makiem. Zamiast romantycznego pikniku, ogień w piecu. W miejsce schłodzonych bąbelków przyrządzałam grzane wino. A ciepły polar okazał się najlepszym przyjacielem.
Siedzę przy piecu i widzę, że zaraz za tarasem, na las spadła chmura. Wszystko w niej utonęło.
Podobnie jak koty, czekam z niecierpliwością na spacer. Ile można siedzieć przy piecu? Ja mam kalosze, nasze futrzaki nie. Jestem w lepszej sytuacji. Idę. Sprawdzę czy ta chmura da się polizać.
Gdy byłam mała, byłam przekonana, że chmury są jadalne.
Deszcz nie pada, ale wystarczy 10 minut na zewnątrz a wszystko jest przemoczone. Tylko włosy lubią taką pogodę. Okazuje się, że mogą pokazać swoją drugą kręconą naturę. Chowam te dziwne loczki pod kapturem i dziwię się, że ciągle mnie to dziwi.
Z tej mokrej waty wynurzają się drzewka w naszym sadzie. Okazuje się, że nie tylko moje włosy przeszły metamorfozę. Rano sad zapowiadał się kwitnąco. Teraz po prostu kwitnie. Różowe i białe wiśnie i czereśnie, brzoskwinie i morele. I już nie jest mi smutno. Już nie przeszkadza mi kapiąca z liści woda. Sad jest piękny. Zamglony, nierzeczywisty, odrealniony. Jutro w słońcu będzie zupełnie innym miejscem. Cieszę się, że dziś wygląda jak na impresjonistycznym obrazie.
To, co dziś zrobię na obiad jest bezpośrednim efektem tego spaceru. Kwitnące wiśnie, chmury kierują moje myśli do lekkiego jedzenia. Japonia. Tempura. Tylko warzywa, kilka krewetek i super lekkie ciasto.



Tempura:

brokuły, kilka różyczek
1 cebula
10 krewetek
pół papryki
1 cukinia
kilkanaście małych pieczarek

ciasto:
szklanka wody i pół szklanki piwa (310 ml)
2 łyżki mąki ziemniaczanej
1 i 1/3 szklanki mąki pszennej
¼ łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki soli



Robienie tempury na obiad czy kolację łączy się z pewnymi niedogodnościami. Smaży się ją partiami czyli zajmuje nieco czasu. Nie lubi być podawana na zimno, bo przestaje być chrupka. Jeśli zechcecie nakarmić nią pół tuzina osób, to zapomnijcie o siedzeniu przy stole. Chyba, że możecie liczyć na czyjąś pomoc. Innym wyjściem jest smażenie tempury w kilku garnkach.
To tyle tytułem wstępu.  Może zabrzmiało to zniechęcająco, ale nie dajcie się zniechęcić. Obiecuję wam, że warto trochę postać przy piecu. W takiej wersji warzywa czy ryby są skończoną doskonałością.



Zaczynamy.
Przygotowujemy składniki. Brokuł (lub kalafior) dzielimy na różyczki. Cebulę obieramy i dzielimy na płatki. Paprykę czyścimy i dzielimy na kawałki wielkości np. kostki domina. Cukinię kroimy na plasterki. Możemy też użyć niedużych pieczarek. Rybę dzielimy na kawałeczki. Surowe krewetki obieramy z pancerzyków, zostawiając ogonek.
Potrzebujemy raczej wysokiego garnka na olej. Nalewamy go tyle, żeby różyczka brokułu mogła swobodnie popływać. Stawiamy garnek na piec i włączamy nieduży ogień. Niech się podgrzewa a my zajmiemy się ciastem. W wersji idealnej powinno przypominać mgiełkę, welon. Powinno otulać krewetę czy plasterek cukinii jak druga skóra.
Jak je zrobić? Szybko i w arktycznych okolicznościach. Potrzebujemy zimnego piwa i zimnej wody. A właściwie nie zimniej. Potrzebujemy lodowatej wody i prawie mrożonego piwa.
Lejemy je do miski i sypiemy mąkę pszenną. Dodajemy przyprawy i krótko mieszamy. Jaka powinna być konsystencja ciasta? Jak śmietany 18%. Nieco rzadsze niż ciasto naleśnikowe.
Nie katujcie ciasta mikserem. Wystarczy łyżka. Grudki są mile widziane.
Mając ciasto gotowe, podkręcamy na maksa ogień. Kawałki warzyw, ryby lub krewetki moczymy w garnku z ciastem. Lekko strącamy nadmiar ciasta i wrzucamy  otulone ciastem kawałki do oleju. Smażymy z minutę i obracamy na drugą stronę. Wyjmujemy na papierowy ręcznik a po chwili na talerz. Podajemy natychmiast i sosem teryaki. 




Życzę wam smacznego i wesołej soboty

wtorek, 8 maja 2012

Zupa japońska i moje kulinarne wpadki




- Jak ty możesz oglądać programy kulinarne?! - Zapytał MMŻ po raz kolejny. 
- Przecież ja byłbym  ciągle głodny. A właśnie, może mamy coś na przegryzkę?
Każde z nas patrzy a widzi coś innego. Ja widzę kolejne składniki  a MMŻ całość. Ja oglądam potrawy od strony kuchni a MMŻ od strony żołądka.  Czy żołądek ma strony? Czy oglądanie żołądkiem nie jest nieco makabryczne? Pomińmy może te poboczne rozważania.
Ważne jest to, że każdy z nas widzi świat po swojemu. Nawet żołądek ma coś do powiedzenia w tej kwestii.
Wracając do różnic między ludźmi, to nie omijają one stołu. Kocham gotować. Uwielbiam planować potrawę. Włącza się wyobraźnia i kojarzenie poszczególnych elementów podobne jest do rozwiązywania krzyżówki. Umiem sobie wyobrazić jak będzie smakowało połączenie jednego składnika z drugim.
Zaliczam przy okazji zarówno chwile uniesienia jak i totalnego rozczarowania. Pewne eksperymenty tylko w mojej głowie brzmią jednym głosem. Wpadka z buraczkami na kwaśno, posypanymi  vegetą (oj, dawno to było), przeszła do historii z lubością mi przypominanych. MMŻ po latach przyznał, że większego paskudztwa ze świecą trzeba by szukać. Miłość jednak czyni cuda i poświęcił się dla niej. Zjadł całą porcję bez mrugnięcia okiem.
Zrobiona przeze mnie ryba w soli na szczęście została oszczędzona całej rodzinie. Ofiarą (na szczęście jedyną i ocaloną)  tego eksperymentu była młodsza latorośl. Ona nie owijała w bawełnę. Po prostu walnęła prosto z mostu,  że ryba jest obrzydliwa.  Ale jak miała nie być, skoro do soli włożyłam filety!!!
Wyobrażacie sobie ? Filety! Zamiast całej ryby! Nikt nie jest doskonały.
Gdyby poszukać, jeszcze kilka takich kulinarnych perełek znalazłabym w swojej kuchni. Ale o tym cicho, sza.
Nie obawiajcie się, tutaj przedstawiam wam tylko to, co wyszło bez pudła. Nikogo nie otrułam, choć kisząc cytryny, ktoś miał wątpliwości, czy nie chcę go skrzywdzić solą. W ostateczności cytryny okazały się niegroźne.

Pewne przepisy wracają do mnie jak starzy znajomi. Inne przelatują jak meteory i nigdy do nich nie wracam. O niektórych nie pamiętam i dopiero ktoś przypomina mi,  że zjadłby to czy tamto.
Na marginesie, Daria, pamiętam o zasmażanych buraczkach i zupie z soczewicą. Będą już wkrótce.

Dzisiaj zrobiłam zupę japońską. Wieczorem odwiedzamy znajomych i do wyjedzenia jest lodówka pokomunijna, więc obiad gotuję symboliczny.
Jestem z pokolenia, dla którego obiad bez zupy jest niepełny. Ale sama zupa sprawuje się całkiem dobrze. Gotuję więc zupę japońską, bo jest w niej wszystko co potrzebne do pełnego dania: i makaron, i rosół, i zielenina i mięsko.



Bulion japoński z kurczakiem
(na dwie miski)

1 litr bulionu
1 płat nori (może być listek w który owijacie sushi)
2 filety z kurczaka
2 łyżki sosu sojowego
pęk makaronu soba
2 łyżki mirinu
1 łyżeczka oleju sezamowego
1 łyżeczka soku cytrynowego
2 cebule dymki
kilka brązowych pieczarek
garść świeżego szpinaku lub groszku cukrowego
szczypta przyprawy shichimi togarashi*
1 łyżeczka uprażonych ziaren sezamu

Gotujemy bulion z płatem nori przez jakieś 2 minuty. Wyjmujemy glona i dodajemy do gotującego się wywaru mirin, sos sojowy a na koniec pokrojone w paski filety z kurczaka. Ich ugotowanie potrwa około 6-7 minut. W tym czasie możemy ugotować makaron soba i przelać zimną wodą. Kiedy kurczak jest miękki, dorzucamy do ciągle gotującego się bulionu umyte i pozbawione nóżek pieczarki. Znów gotujemy ze trzy minuty i zdejmujemy zupę z pieca. Dodajemy sok z cytryny i degustujemy w celu dokonania ostatecznych poprawek.
Do miseczek kładziemy porcję makaronu, garść umytego szpinaku (lub groszku) i wlewamy bardzo gorącą zupę z kurczakiem i pieczarkami. Każdą miseczkę wzbogacamy kilkoma kroplami oleju sezamowego, posypujemy ukośnie pociętą dymką i szczyptą przyprawy shichimi togarashi. Jemy z przyjemnością.

To danie zawsze wychodzi rewelacyjnie. Nie ma obaw, że coś się nie uda. I nie przejmujcie się obco brzmiącymi składnikami. Raz kupione będą służyły niejednokrotnie.

*shichimi togarashi
Ta przyprawa w kuchni japońskiej nie ma stałego składu. W zależności od regionu zmieniają się jej składowe. Zazwyczaj zawiera minimum sześć elementów np. czarny i biały sezam, pieprz, ziarenka maku, gorczycę, konopie, algi i ewentualnie suszoną skórkę z cytryny. Tę mieszankę zastosowałam w swojej zupie.



Życzę smacznego i optymistycznego podejścia nie tylko do gotowania

środa, 14 marca 2012

Zupa miso na zakończenie



Po japońskim obiedzie już pozostało tylko wspomnienie. W międzyczasie w mojej kuchni inne klimaty zagościły, ale obiecałam sobie doprowadzić sprawę do końca. Żeby nie nudzić, przejdę od razu do konkretów. Dla dopełnienia obrazu dziś przedstawię wam moją wersję zupy miso i sałatkę ziemniaczaną z wasabi. Można je zastosować jako części dopełniające łososia w glazurze lub jako byty samodzielne. Sałatka jest dobra w całkowitym oderwaniu od obiadu. Nie wymaga żadnych uzupełnień i jest ciekawym wariantem zastosowania kartofla.


Zupa miso

zielenina:
por
zielona cebulka
fasolka
czewona papryka
kilka grzybków shitake
makaron soba
biała pasta miso spora łyżka
kilka kropel oleju sezamowego
bulion 1 litr


Zaczynamy od namoczenia przez kwadrans grzybków. Potem odcinamy ich nóżki. Brr.. (zabrzmiało okrutnie)
Do gotującego się bulionu wrzucamy pokrojone jak na zdjęciu warzywa i namoczone shitake. Po pięciu minutach dodajemy połamany makaron soba. Znów gotujemy pięć minut. Zdejmujemy z ognia i do zupy wkładamy łyżkę miso. Dokładnie mieszamy by pasta się rozpuściła. Nie gotujemy, ponieważ miso straci swój smak i aromat. Wzbogacamy smak kilkoma kroplami oleju sezamowego.
Kto ma tofu nałoży je do miseczek. Ja nie miałam i też było dobre. Posypujemy ukośnie ściętą zieloną cebulką lub szczypiorkiem i podajemy do stołu.


sałatka ziemniaczana z wasabi




6 ziemniaków ugotowanych w mundurkach
1 ogórek wężowy (nie musicie go obierać, wygląda wtedy efektowniej)
pęczek natki pietruszki

sos do sałatki

pół szklanki majonezu (dla dbających o poziom cholesterolu może być dobry jogurt)
1 łyżka octu ryżowego
pasta wasabi (tu sprawa jest trudniejsza, bo każdy lubi inny stopień ostrości), mnie zależało na zielonkawym kolorze, więc użyłam takiego wściekle zielonego chrzanu z wasabi, który znajdziecie w dziale z musztardami i chrzanem

Przepis oryginalny zawiera jeszcze pokrojone w paski plastry szynki, ale nigdy nie robiłam wersji szynkowej. Jeśli ktoś spróbuje, niech się podzieli wrażeniami.


Sałatka jak to sałatka. Kroimy, mieszamy, zalewamy, mieszamy, jemy. To w skrócie. Dla lubiących wdawać się w szczegóły mam rozwinięcie.
Ugotowane i wystudzone ziemniaki kroimy na ćwiartki, ogórka na półplasterki a natkę siekamy z grubsza. Składniki sosu mieszmy dokładnie i wylewamy na ziemniaki z ogórkiem. Delikatnie mieszamy, żeby nam się nie zrobił ziemniaczany hummus. Posypujemy resztą natki i podajemy z łososiem w glazurze.



Jeden obiad a ile pisania. Dochodzę do wniosku, że kucharzenie jest łatwiejsze niż pisanie. Jak do tego dodać latanie po piętrach w poszukiwaniu światła do zdjęć, to macie pełny obraz sytuacji.
A potem się dziwię, że moja porcja zdążyła wystygnąć.

Na tym kończę moją obiadową serię japońszczyzny. Obiecuję, że w tym tygodniu nie będzie więcej wasabi, nori, miso i samurajów. Za to będzie sernik. Czyli raczej swojsko.


Pozdrawiam wesołym  Ja mata i życzę smacznego


Wpis bierze udział w akcji Kuchnia japońska

poniedziałek, 12 marca 2012

Japonia po raz kolejny czyli wariacje na temat



Jeśli Japonia to sushi. Oczywista oczywistość. O sushi już pisałam. Zresztą, nie to było moim obiadowym zamierzeniem.
Kocham książki z obrazkami. A kulinarne spełniają moje wszystkie wymagania. Jest co poczytać, jest czym oko nasycić i jeszcze czegoś się uczę.
Dzisiejszy obiad miał być w zamierzeniu japoński. Zaczęło się nieźle. Przygotowałam sobie zaplecze teoretyczne czyli Kuchnię Japońską..... i byłam pewna, że posiadając kawałek świeżej ryby i jakieś atrybuty kuchni Kraju kwitnącej wiśni, obiad pójdzie jak po maśle. Niestety, nieco rozjechały się moje zamierzenia z wykonaniem. Świeża ryba i owszem jest niezastąpiona, ale brak tofu, kiełków i rzodkwi nieco mnie skonfudował. A myślałam, że w mojej spiżarni znajdę nawet stek z renifera (to dowcip, oczywiście).
Czyli przepisy swoje a ja swoje. Będzie kuchnia japońska w polskim wydaniu. Najtrudniej było z zupą. Miso, co prawda mam, ale samo miso to troszkę ubogo. Nie wiem, co na moją wersję powiedzieliby znawcy, na szczęście w naszym domu eksperymenty są przyjaźnie witane.
Żaden z elementów naszego obiadu nie wymagał długiego przygotowania czy znojnej pracy. Ale jeśli przygotowuje się kilka takich elementów, to suma wychodzi imponująca. Suma czasu i włożonego zapału, oczywiście.
Skupię się dziś na rybie. Łosoś zamarynowany a potem upieczony w glazurze okazał się najprawdziwszym majstersztykiem. Kurczę, myślałam, że umiem robić dobrego łososia. A ten zaskoczył nawet mnie. MMŻ stanowczo stwierdził, że od dziś już żadnej innej wersji tej ryby nie wybraża sobie na naszym stole. Miał rację. A jak pięknie taki kawał ryby, błyszczący od glazury, wyglądał! Zieloność w daniu reprezentowały fasola i brokuły w sosie miso i sezamie, a konkretnym dodatkiem była sałatka ziemniaczana z ogórkiem i sosem wasabi.
Inspiracja zatem była orientalna a wykonanie już swojskie. Takie domowe fjużyn.



Przedstawiam wam łososia glazurowanego w japońskim stylu

kawałek filetu z łososia (ze skórką)
(na dwie porcje)

marynata:
6 łyżek jasnego sosu sojowego
6 łyżek mirinu
6 łyżek sake (nie posiadam, użyłam białego wina)
1 łyżka miodu
1 łyżka octu ryżowego
1 łyżka startego imbiru
olej do smażenia

oprócz tego:
zielona cebulka

W rondelku mieszamy wszystkie składniki marynaty. Zagotowujemy. Nie odchodźcie od pieca, bo marynata gotująca się, równa się marynata uciekająca z garnka. Zagotowaną marynatę studzimy. W tym czasie zajmiemy się rybą. Czeka nas pozbycie się łusek. Wiem, wiem, to niewdzięczne zadanie. Malutkie łuski strzelają dookoła, a znaleźć je można później nawet w bieliźnie. Niestety, inaczej się nie da. Skórka z ryby po upieczeniu będzie pysznie chrupiąca, więc warto trochę pocierpieć. Gołą i nieuzbrojoną rybę pozbawiamy jeszcze ości, myjemy i osuszmy. Wkładamy do marynaty. Niech sobie w niej leży od pół godziny do półtorej. W tym czasie ugotujmy fasolkę i brokuły (uwaga! al dente).

Mija w przybliżeniu godzina i możemy naszą rybę doprowadzic do finalnej postaci.Wyjmujemy łososia z marynaty. Marynatę przelewamy do niewielkiego garnuszka i stawiamy na piecu. Zagotowujemy ją i gotujemy aż stanie się gęsta i błyszcząca. Zajmuje to około 5 minut.
Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Patelnię stawiamy na piecu, wlewamy oliwę i rozgrzewamy. Kładziemy łososia skórką do dołu na gorącą oliwę lub olej. Uprzedzam uczciwie, że narobi bałaganu. Pryska jak diabli i na sto procent czeka was gruntowne mycie pieca. Smażymy dwie minuty na dość mocnym ogniu i odwracamy na drugą stronę. Znów smażymy dwie minuty. Jeśli używamy patelni bez rozpuszczalnych dodatków, możemy ją włożyć do piekarnika. Gdy wasza patelnia ma delikatny uchwyt, poszukajcie blaszki, na której bezpiecznie możecie dopiec rybę. Potrwa to około 5-7 minut (pieczenie nie szukanie). W czasie tych kilku minut pomarujcie ze dwa razy rybę zagęszczoną marynatą. Zobaczycie jakiego nabierze koloru i jak pięknie będzie się błyszczeć. To zapowiedź tego, jak smakuje.
Jako dekoracji użyjcie zielonej cebulki a dodatkiem będzie fasolka i brokuły z sosem miso.


fasolka i brokuły w sosie miso z sezamem

fasolka (lub groszek cukrowy)
brokuł podzielony na różyczki
2 łyżki białego miso
3 łyżki mirinu
1 łyżeczka octu ryżowego
1 łyżeczka sezamu (uprażonego na złoto na suchej patelni)

Gotujemy fasolkę  krótko. Powinna być jędrna. Po ugotowaniu przelejcie ją zimną wodą, żeby przerwać proces. To samo zróbcie z brokułami. Dokładnie odsączcie. W rondelku zmieszajcie miso z mirinem. i octem Podgrzejcie aż składniki się połączą. Nie gotujcie sosu, bo miso tego nie lubi. Wymieszajcie sos z zielonymi warzywami i posypcie uprażonym sezamem.

Nie ma chyba bardziej widowiskowej kuchni niż japońska. Potrawy na talerzu wyglądają pięknie. I wierzcie mi, smakują równie dobrze. A na dodatek są zdrowe. Pełnia szczęścia.


Zachęcam i życzę smacznego.

Wpis bierze udział w akcji Kuchnia japońska

piątek, 11 listopada 2011

Domowa susharnia



Obiecałam Darii, że napiszę o sushi. Z obietnic trzeba się wywiązywać. Nie będzie to intrukcja obsługi jak zrobić sushi. Raczej kilka praktycznych uwag kogoś, kto ciągle próbuje. Kuchnia japońska jest zadziwiająca w swojej prostocie. Oparta na liczbie 5, zawiera wszystko, co razem tworzy pełną harmonię smaków. W przygotowaniu posiłków obowiązuje zasada pięciu kolorów, pięciu smaków, pięciu technik gotowania i pięciu zmysłów. Warunek konieczny w kuchni japońskiej, to świeże produkty. To ci dopiero. Znajdź na Śląsku świeżą rybę. Świeżą czyli jaką? Ile czasu może upłynąć od momentu, kiedy dajmy na to halibut, pożegnał się z kolegami i zmienił otoczenie? Godzina? Dzień? Wiecie gdzie łowią halibuta? Daleko, dużo dalej niż morze Bałtyckie. Czyli, zanim on dotrze na naszą deskę upłynie więcej niż godzina. Zawsze mogę pójść na targ rybny i u rybaka kupić np świeżego tuńczyka. Jasne, tak mogę zrobić, jeśli będę miałą na imię Tanako albo Paola, albo przynajmniej Mary. Czy na Śląsku znajdę świeżą rybę? Podobno najbezpieczniej jest jej szukać w wyznaczone dni w Makro. Taki jest mój sposób. Łososia dostanę na pewno. Nawet tuńczyk i halibut się znajdzie. W papiery im nie zaglądam, żeby się nie sfrustrować, bo kto wie z jakich wód i jak długo do nas docierały. Obawiam się, że rodowity Japończyk zrobiłby sepuku, gdyby mu kazano korzystać z tego, co w naszych sklepach. Na świeżą krewetkę przestałam już liczyć dawno, bo ktoś chyba uznał, że na nią nie zasługujemy. A może ja nieskutecznie szukałam. W każdym razie, świeża ryba to w przypadku sushi mus.  O świeżego ogórka łatwiej, więc część problemu nam odpada.
Podsumujmy, co musimy mieć. Ryba, ogórek. Trochę mało, żeby błysnąć mistrzowskim kunsztem. Potrzebujemy ryżu, nie byle jakiego, tylko takiego do sushi. Kiedy się dobrze zastanowić, wszystkie składniki są inne niż te, których używamy zazwyczaj. Zresztą, cała Japonia, z jej historią, sztuką, mentalnością jest inna. Nie dość, że daleko, to na dodatek niezrozumiale. Co obce to dziwne. Wiecie, że w tym kraju jest jedno słowo na określenie zarówno koloru niebieskiego jak i zielonego? Chyba jestem trochę Japonką, bo całe życie mam problem z tymi kolorami.
Wracając do naszego zadania, potrzebujemy jeszcze kilku elementów kuchni japońskiej i już możemy zaczynać. Na szczęście poza super świeżą rybą, reszta potrzebnych nam składników jest ogólnie dostępna. Płatki nori, wasabi, marynowany imbir, mata do zwijania - to wszystko. Właściwie każdy szanujacy się supermarket ma na swojej półce z egzotyką potrzebne nam składniki. Jest nawet bardzo europejski składnik, czyli majonez. Podobno, bez niego żaden szanujący się Japończyk nie wyobraża sobie pudełka z lunchem. Ciekawe, czy oni znają powiedzenie o "nowej świeckiej tradycji", bo majonez nie figurował w podstawowym składzie sushi.
Rybę mamy. Trzeba ją tak przygotować, by nadawała się do użycia. Tym, którzy nie lubią wdawać się w analizy i syntezy mam propozycję. Niech kupią rybę w postaci filetu. Sprawa będzie prosta po wyjęciu ości i pokrojeniu fileta na słupki szerokości 2 cm i szerokości płatków nori. Acha, skóra też nie jest nam potrzebna. Gdzieś przeczytałam, że nie powinno się dotykać składników rękami. To czym, przepraszam, mam to sushi zwinąć? Dziwni ci Japończycy.
Jeśli kupicie ryż z adnotacją: do sushi, to ułatwiliście mi pracę, bo na opakowaniu jest szczegółowa instrukcja. Stosujcie się do niej a jest nadzieja, że ryż będzie zjadalny. Kiedy go już ugotujecie, nie mieszajcie go łychą. Możecie go delikatnie posmyrać widelcem i schłodzić wachlarzem!!!(gazeta też jest dobra), ale za nic nie schładzajcie go w zimnej wodzie, czy w lodówce. Jego przeznaczeniem jest stapiać się temperaturowo z otoczeniem. Ciepły jeszcze ryż dobrze jest połączyć z tezu czyli wodą zmieszaną z octem ryżowym i cukrem. Potem pozostaje nam czekać aż ryż wystygnie. Jeśli ugotujecie go po południu, to wieczorem romantyczna kolacja z udziałem ostrych noży stanie się waszym udziałem.
Moja praktyczna rada jest następująca. Całe zaplecze do zrobienia sushi dobrze jest sobie przygotować wcześniej.
Wyobraźmy sobie, że ryż mamy ugotowany, ryba pokrojona, dodatki czekają. Cała magia polega na zręczności. Przecież zrolowanie wodorostów zapełnionych ryżem i rybą nie może być trudniejsze od ulepienia pierogów. Ktoś nam kiedyś wmówił, że sushi to taka elitarna kuchnia. Nic bardziej mylącego. To pierwotnie jedzenie biedaków. A oni nie bawili się w subtelności. No chyba, że bieda japońska rządziła się innymi prawami. W każdym razie rączki mamy, chęci również, a jeśli na początku coś pójdzie nie tak, to pamiętajmy, że uczymy się na błędach.
Do zwinięcia kruchych płatków nori niezbędna nam będzie mata, najlepiej bambusowa.
Matę kładziemy przed sobą, na niej płatek nori, błyszczącą stroną do dołu. Na wodorosty cienką, równomierną warstwą rozkladamy ryż, zostawiając 3 cm od brzegu wolne. UWAGA! Miseczka z tezu stoi obok, żebyśmy mogli zwilżyć ręce. W przeciwnym razie czeka nas nieprzyjemne oblepienie klejącym się ryżem. Pora na wypełnienie rulonu treścią czyli rybą z dodatkami.Sprzedam wam mój sposób. Najpierw robię cieniutką kreskę z wasabi na ryżu. Dla złagodzenia jego ostrego smaku, obok robię kreskę z majonezu. Wzdłuż obu kresek kładziemy pasek ryby i słupek ogórka. Zawijamy całość w ścisły rulon. Bardzo podobnie wygląda zwijanie papierosów(!), cygar(!) czy strucli z jabłkami. Nie posmarowaną ryżem końcówkę nori zwilżamy wodą i sklejamy. Pozostaje nam mieć nadzieję, że nóż jest ostry. Nie wystarczająco ostry, ale bardzo ostry. W innym wypadku zamiast gładkich krawędzi będziemy mnieli poszarpane klify i cały efekt wizualny diabli wezmą. Jeśli nóż przeszedł próbę dzielenia włosa na czworo, kroimy rulony na 4-5 centymetrowe kawałki. 
Właśnie stworzyliśmy swoje pierwsze sushi.
Kolejny płatek wymaga podobnego potraktowania. Jeśli marzy wam się urozmaicenie, to proponuję najpierw rybę zamoczyć w mirinie, potem usmażyć a następnie zawinąć w rulonik z całą resztą. Zamiast ryby może w roli głównej wystąpić omlet, paluszek krabowy, a ogórka z powodzeniem zastąpi awokado.
Wariacji jest bez liku. Wasze kombinacje raczej nie wywołają oburzenia, chyba, że na kolację zaprosiliście rodowitego Japończyka. W takim przypadku lepiej podajcie bigos.
Niestety, maki, bo tak nazywa się dzieło, które właśnie stworzyliście, to nie jedyna atrakcja susharni. Jest jeszcze nigiri. Czyli kulka ryżu posmarowana wasabi i uwieńczona kawałkiem np ryby. Nie rezygnujcie! To bułka z masłem w porównaniu do zwijania maków. Rączki zmoczcie wodą, weźcie w zagłębienie dłoni porcję ryżu wielkości łyżeczki. Ryż do sushi ma tę wspaniałą cechę, ze wspaniale się lepi. Utoczenie wałeczka z ryżu nie będzie trudne. Z kuleczki formujemy wałeczek. Ten muskamy wasabi (bo ostre jest jak japońskie noże) i kładziemy cieniuteńki płatek ryby lub omleta. Krewetka też się sprawdzi, lecz najpierw trzeba ją do takiego zadania przygotować. Jeden z płatków nori tniemy nożyczkami na cienkie 5 mm paseczki i nimi obwiązujemy nigiri. Na zdjęciu widać jak to wygląda.
Troszkę epicko się wzięłam do opisywania, więc może jeszcze raz powtórzę w punktach.


 
Żeby zrobić sushi maki:

 1. kupujemy świeżą rybę, ryż i dodatki w postaci: ogórka zielonego, nori, wasabi, marynowanego imbiru.

 2. gotujemy ryż zgodnie z instrukcją

 3. robimy tezu czyli mieszamy pół szklanki wody z pół szklanki octu ryżowego i 3 łyżkami cukru

 4. łączymy ryż z tezu delikatnie mieszając (część płynu zostawcie do zwilżania rąk)

 5. ostrzymy noże

 6. przygotowujemy plac budowy: kroimy rybę na paski o takiej długości jakiej są płaty nori. Ogórka obieramy, pozbawiamy  pestek i kroimy na słupki długości nori.

 7. rozwijamy matę bambusową, kładziemy na nią pierwszy płat wodorostów. Zwilżamy ręce w misce z tezu i kładziemy  równomierną cienką warstwę ryżu na nori, zostawiają z drugiego końca 3 cm wolne.

 8. nabieramy na palec wasabi i przeciągamy wzdłuż jednej krawędzi, smarując ryż. Jeśli w połowie wasabi się skończy, sięgnijcie po nie ponownie.

 9. to samo róbimy z majonezem

10. na zielono-kremowy pasek kładziemy rybę i przytulamy do niej słupek ogórka

11. łapiemy kraniec maty i wodorostów i zawijamy jak roladkę, tak ciasno jak umiemy. Pamiętamy, żeby nie wciągnąć maty, bo z jej konsumpcją byłby kłopot. Mata składa się z segmentów, więc jej zwijanie nie jest trudne.

12. zwilżamy wolny koniec nori wodą i sklejamy tak, by rulonik się nie rozwinął

13. ostrym nożem kroimy roladkę na 3 cm kawałki (czyśćcie nóż jak najczęściej, to ułatwi wam krojenie)

14. układamy na talerzu



Żeby zrobić sushi nigiri:

 1. z rybnego fileta, krojąc go w poprzek odkrawamy cieniutkie plastry. Jeśli wątpicie w swoje umiejętności, kupcie wędzonego łososia w plastrach i tylko go odpowiednio dostosujcie rozmiarem do wałeczków ryżowych 

 2. nabieramy kuleczkę ryżu wielkości łyżeczki do herbaty i zwilżonymi dłońmi formujemy wałeczek
 
 3. smarujemy wałeczek pastą wasabi i kładziemy cieniutki plaster ryby

 4. z jednego arkusza nori kroimy nożyczkami paski szerokości 5 mm i dostosowujemy jego długość do naszych wałeczków z rybą. Czyli owijamy nigiri w połowie czarnym kawałkiem nori.To nie tylko ładnie wygłąda ale i wzbogaca smak o glony.

 5. kładziemy w karnym szeregu na talerzu obok sushi maki.

Na zdjęciu są jeszcze czarne kwadraciki. Już wyjaśniam jak powstały. Na arkuszu nori rozłożyłam tradycyjnie ryż, posmarowałam go majonezem z wasabi( zmieszałam je, żeby było łatwiej). Następnie rozłożyłam plastry wędzonego łososia. Na nim plastry marynowanego imbiru. To wszystko przykryłam kolejnym arkuszem nori. Wzięłam do ręki wałek do ciasta i przewałkowałam całość. Potem położyłam kolejną warstwę ryżu, majonez z wasabi i ryba. Na wierzchu wylądowało trzecie nori. Znów użyłam wałka i całość włożyłam na chwilę do lodówki. Potem tylko pokroiłam.



Trochę to trwało zanim doszłam do momentu najważniejszego, czyli jedzenia. Do pełni szczęścia potrzebujemy jeszcze ozdobników. Te w kuchni japońskiej są nie mniej ważne od świeżości ryby. Je się nie tylko palcami ale przede wszystkim oczami. To, co mamy zjeść powinno dostarczyć nam również wrażeń wizualnych. Samo sushi jest piękne a jeśli jest jeszcze pięknie podane, to siadając do stołu będziecie się zastanawiać podziwiać czy jeść.



Użyjcie więc kiełków, ozdobnie wyciętego ogórka, marchewki czy ziaren sezamu. Zielona cebulka zanurzona w wodzie z lodem będzie wyglądała jak szmaragdowe kędziory. Ważne są naczynia, na których zaserwujecie wasze danie. Wystarczy deska, a już wasz trud nabierze innego charakteru. I nie jedzcie sushi sztućcami. Jeśli nie opanowaliście sztuki jedzenia pałeczkami, użyjcie palców. Bierzecie jedno z waszych dzieł do ręki, nakładacie ociupinkę wasabi i delikatnie moczycie z jednej strony w sosie sojowym. Nie zanurzajcie całego kawałka w sosie, bo wszystkie smaki zdominuje soja.
Kładziecie talerze na stole, w miseczce podajecie marynowany imbir, żeby oczyszczać kubki smakowe, porcje wasabi i sos sojowy. Wszystko gotowe, można cieszyć zarówno oko jak i podniebienie. Nie szukajcie teraz aparatu, żeby uwiecznić swoje dzieło. Na pewno zrobicie je jeszcze nie raz. Przecież okazało się, że nie taki samuraj straszny jak go malują.



Życzę wam odwagi i smacznego
P.S
w supermarketach widziałam gotowe zestawy sushi, zamrożone nie wiedzieć kiedy. To dopiero powód, żeby popełnić harakiri. Omijajcie je z daleka, bo ze sztuką kulinarną Japonii mają tyle wspólnego co tombak ze złotem.