Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sos sojowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sos sojowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 lutego 2021

Nieoczekiwane skutki braku światła czyli tofu, miód, imbir i sos sojowy

 















Obiad był w pełnym rozwoju. Talerze dymiły, potrawy pachniały, ślinka ciekła.

I wtedy zrobiło się ciemno. Nie żeby pstryk i koniec. Nie, nie. Najpierw zamrugało, potem lampy dostały czkawki a na koniec zapadł mrok. Widelce zawisły nad stołem w cichym niezrozumieniu.  Zamarliśmy w oczekiwaniu. A nuż wróci. Nie wróciło. 

Ruszyliśmy ku bezpiecznikom. W skrzynce zastaliśmy ciszę, spokój i pełen porządek. Jakby technika w ogóle nie zauważyła, że światło sobie poszło. 

Wylegliśmy na korytarz. A tu, co za ulga, też ciemno. Niestety wywiad na prędce zrobiony u sąsiadów szybko rozwiał nasze nadzieje, że ktoś dzieli z nami los. Oni mieli światło. My nie. 

Rzut oka na pobliskie mieszkania nie rozstrzygnął sprawy. Jedni mieli okna jasne, inni ciemne. 

Zagadka.

Sąsiedzi okazali się przydatni. Od razu namierzyli sprawców: "ci od domofonu". Jeden telefon i panowie sprawcy zostali wezwani na  miejsce zbrodni. Pozostało nam czekać.

Tymczasem na korytarzu (ciągle ciemnym) rozkwitło życie sąsiedzkie. 

Najpierw pojawiło się  współczucie. Potem propozycja kawy: co tam będziecie po ciemku siedzieć (nie tak znowu po ciemku, zapaliłam świece), napijecie sie u nas kawy.

Sąsiad z prawej przyniósł drabinę (bezpieczniki są wysoko), sąsiad z lewej pęk wytrychów (skrzynka z bezpiecznikami zamknięta na głucho). Panie w tym czasie omawiały romantyczne skutki zaistniałej sytuacji. 

Minęła godzina. Nic w kwestii rozjaśnienia sytuacji się  nie zmieniło ale poczuliśmy z MMŻ, że nie jesteśmy sami w nieszczęściu. Sąsiedzi zamiast zająć się swoimi sprawami, bo przecież w kwestii wspołczucia już swoje zrobili, ani myśleli zostawić nas samych sobie. 

Na korytarzu pojawiły się krzesła. Kto to widział stać tyle czasu? 

Może napijemy się wina? 

No i kieliszki trzeba było na czymś postawić. Więc obok krzeseł stanął stolik.

Skąd wzięła się taca z pączkami a po kolejnych trzech godzinach kanapki, nawet nie wiem.

Kiedy jednocześnie gada sześć osób, to robi się naprawdę gwarno.

I już byśmy o tym świetle a właściwie jego braku zapomnieli gdyby nie walenie w drzwi wejściowe piętro niżej. Zapomniałam dodać na początku, że domofon też padł.  

Odsiecz przybyła. Nowy, błyszczący i sprawny bezpiecznik przywiozła. I stała się światłość w domu i na korytarzu. 

Chcecie wiedzieć co było dalej?

Powrót jasności niczego na korytarzu nie zmienił. Rozmowy, śmiechy trwały w najlepsze. Około pół godziny po północy doszłam do wniosku, że trzeba oprzytomnieć i pogoniłam towarzystwo do łóżek. 

Ale zanim zgasiłam lampkę nocną doszłam do wniosku, że życie jest pełne niespodzianek.

Sąsiedzi mieszkają obok od lat. Mijamy się, kłaniamy sobie, zostawiamy liściki na Boże Narodzenie. Poprawne sąsiedzkie stosunki - tak nazywa się ten stan rzeczy.

Nic o sobie nie wiemy. A precyzyjnie mówiąc: nie wiedzieliśmy. Do tego tygodnia.

Na piątek jesteśmy umówieni na wspólne oglądanie filmu. Co wy na to?





Na dodatek, przygotowane w pełnym świetle pyszne tofu nie tylko dla nie jedzących mięsa. 

Tofu w miodzie, sosie sojowym i imbirze


opakowanie tofu (około 250 g)

2 łyżki sosu jasnego sojowego

1,5 łyżki płynnego miodu

3 ząbki czosnku, zmiażdżone

kawałek imbiru wielkości kciuka, starty

1 gruszka, starta na grubych oczkach

kilka dymek, tylko biała część

2 łyżki oleju sezamowego

1,5 łyżki pasty gochujang*

2 łyżki oleju

1 łyżka uprażonych ziaren sezamu (pół na pół, jasnych i ciemnych)


* gochujang to pasta koreańska, która odmienia życie, szczególnie tym, którzy lubią mocne wrażenia. Bez tej pasty kiszenie kimchi byłoby jeśli nie niemożliwe, to na pewno trudniejsze.


Tofu owijamy ręcznikami papierowymi i obciążamy np drewnianą deską. Niech pozbędzie się nadmiaru wody. Kroimy na centymetrowe plastry.

Na patelni rozgrzewamy olej i osuszone tofu smażymy na złoty kolor.

Przekładamy tofu na papierowy (kolejny) ręcznik. 

W miseczce mieszamy sos sojowy, miód, czosnek, imbir, pokrojone dymki, olej sezamowy, gochujang i 1 łyżkę wody.

Na gorącą patelnię z jedną łyżką oleju wlewamy zawartość miseczki. Wkładamy do sosu podsmażone tofu. Obtaczamy w sosie i na niedużym ogniu zagotowujemy. Gotujemy około 5 minut. Sos powinien się nieco zredukować. Posypujemy sezamem i zieloną częścią dymki i podajemy.

Smakuje nieziemsko z dodatkiem sałatki z brokułów lub ryżem 

Smacznego 






sobota, 21 kwietnia 2018

Kto rządzi światem i spring rolls na odtrutkę


























Szybki rzut oka i wszystko stało się jasne. Stałam się okropną zrzędą. Ostatnie wpisy to bezustanne jojczenie. A to smutno, a to staro, a to boleśnie. Ludzie be, pogoda be i świat do kitu.
Chyba na mózg mi padło.
Gruntowna inwentaryzacja życia mego i proszę oto bilans: nie mam się czego czepiać.
Nic tak dobrze nie robi na otrzeźwienie umysłu jak kartka papieru i pióro. Po lewej winien, po prawej ma. I co?
Otóż, prawa strona radosna jak kijanka w kałuży. Lewa kulawa i mikra. Czyli, Vincent? Cieszymy się?
Cieszymy, machamy ogonkiem i snujemy dalekosiężne plany. Światu wróciły kolory a mnie równowaga psychiczna. Na razie. Póki hormony są na „kiwnięciu” w górę;)
Z hormonami nie ma co zadzierać. To one rządzą światem. Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Chyba dlatego dzieciństwo zalicza się do najszczęśliwszych okresów w życiu. W tym beztroskim czasie hormonem lub hormoną może zostać np. tajemniczy stwór mieszkający sztucznej szczęce babci.
Obce nam w dzieciństwie są wszelkie szamotania i rozterki. Ale już wtedy, kiedyśmy jeszcze niewinni i nieświadomi one nami manipulują. Rośniemy…lub nie. A potem jest straszniej.
Kiedy pamięć rozgrzebuje lata nastoletnie, wtedy dopiero widać jaką nam hormony fundują jazdę. Bez trzymanki. Macie nastoletnie dziecię po dachem? Pięknie jest, prawda? Patrzysz na gnojka, który jest krew z krwi i kość z kości i myślisz czasami czy zarąbać od razu, czy może dać sobie jeszcze jedną szansę.
Kim się jest mając 14 lat? Ni to dziecko, ni dorosły, ni facet, ni kobitka. Przeciętnie niecałe 40 kg sprzeczności, frustracji i oczywiście, hormonów.
Amor vincit omnia, szczególnie w przypadku tej rodzicielskiej. Ależ świat jest przewrotnie urządzony.
I tak pchamy się przez życie, napędzani chemią. Najgorsze, że nie tylko swoją….Mąż, dzieci, rodzice, teściowie. Wszystko aż kipi. Te testosterony, progesterony, estrogeny, kortyzole, liberyny, insuliny! One stale mają coś do zrobienia. I nie pytają nas o zdanie.
Ile w nas jest wolnej woli a ile wewnętrznego przymusu.
Dopamina. Znacie ją? Wiecie, że to ona daje nam kopa. Motyle w brzuchu to jej zasługa. A w połączeniu z oksytocyną? Niech ciągle trwa maj! Jesteśmy aktywni socjalnie? Z własnej woli? Gdzie tam… to wazopresyna podobno.
Powiedzcie gdzie tu jest miejsce na wolną wolę.
Chyba, że za pomocą chemii spróbujemy zapanować nad tym wzburzonym światem. Z wszystkich znanych mi polepszaczy hormonalnych najlepsza jest czekolada. Płynna, stała, słodka, gorzka, pikantna i nadziewana. Obojętnie.
I herbata. No, ale ona jest dobra w każdej sytuacji.
Zanim więc w akcie kolejnej, ponurej desperacji sięgniecie po rozwiązania ostateczne i zaczniecie ostrzyć siekierę, weźcie głęboki oddech i pokażcie hormonom kto tu rządzi.
Od tygodnia mamy łatwiej. Jest ciepło, jest słonecznie, jest coraz bardziej zielono. Hormon szczęścia wylewa się niczym nie zmącony (alergie i wiosenne katary pominę).
Korzystajmy, bo za chwilę znów nas walnie jak obuchem w łeb.
Niech będzie kolorowo, lekko i przepysznie.




Spring Rolls czyli wietnamskie ryżowe zawijańce

paczka papieru ryżowego (ma go każdy nieco większy od kiosku sklep)
kiełki sojowe
ogórek, obrany i pokrojony w słupki 5-7 cm
marchewka, pokrojona zapałkę
garść ryżowego makaronu vermicelli, ugotowanego i odsączonego
garść poszatkowanej kapusty pekińskiej lub sałaty lodowej
kilkanaście obgotowanych krewetek bez pancerzyków
garść grzybków shimeji lub enoki (krótko obgotowanych)
liście tajskiej bazylii
liście mięty
liście kolendry
szczypiorek
kilkanaście liści młodego szpinaku
sos do kapusty i marchewki z makaronem:
1 łyżka sosu rybnego
1 łyżka brązowego cukru
sok z jednej limonki

sos do maczania nuoc cham:
2 łyżki soku z limonki
2 łyżki sosu rybnego
2 łyżki wody
1 łyżka brązowego cukru
1 łyżeczka posiekanego imbiru
1 ząbek czosnku, drobno posiekany
pół papryczki chilli, posiekanej drobno

Powiem tak: co włożycie do papieru ryżowego i podacie z sosem do maczania będzie i tak smakowało genialnie. MMŻ twierdzi, że ten sos uszlachetniłby nawet rozgotowanego kurczaka.
Kombinacja składników do rollsów jest ograniczona tylko wyobraźnią wykonującego.
Niech mój przepis będzie wstępem do tematu.

W misce zmieszajcie kapustę, marchewkę i ogórka i makaron. Wymieszajcie z sosem.
Przygotujcie sobie resztę składników. Niech stoją przed wami miseczki z krewetkami, grzybkami, kiełkami i zieleniną.
Do dużej płaskiej miski nalejcie letniej wody. Włóżcie jeden płat papieru ryżowego i popchajcie palcem by się cały zanurzył.
Po minucie wyjmijcie płat (będzie bardzo omdlały) na czysty ręcznik kuchenny. Na brzegu ryżowego płatka nałóżcie łyżeczkę mieszanki makaronowo kapuścianej. Obok dodajcie po krewetce i grzybku.
Uzupełnijcie liściem szpinaku i ziołami wedle upodobania.
Teraz część teoretycznie najtrudniejsza. Jak zwinąć wymykającego się i delikatnego ryżowego placka.
Przede wszystkim nie należy tracić głowy. Nawet jeśli coś się rozerwie, to nie będzie to miało wpływu na smak. Wietnamczycy znają pojęcie „otwartych rollsów”. Mówiąc w skrócie, to, co teraz widzicie przed sobą czyli miseczki ze składnikami a obok papier ryżowy daje wam pełne danie. Już dobrze wygląda.
Jeśli jednak jesteście uparci i dążycie do ideału, to nie pozostaje nic innego jak, ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć.
Jeżeli umiecie zwijać krokiety z kapustą i grzybami, spring rollsy też zwinicie.
Gotowe zawijańce podajemy z sosem nuoc cham.
Jeśli coś zostanie (ha, ha, ha) usmażcie na głębokim oleju. Takie sajgonki to kolejny krok w kuchni wietnamskiej. 


Smacznego

P.S.
Na zdjęciu, w miseczce jest sos na bazie sosu hoisin. Pierwszą porcję nuoc cham (zanim złapałam na aparat fotograficzny) MMŻ wypił jako napój chłodzący.

środa, 1 lutego 2017

On ci to jest czy nie on czyli kotlety z Kraju Kwitnącej Wiśni





  • Słonko, może zrobiłabyś w tym tygodniu na obiad mielone?
  • Co bym zrobiła?
  • Mielone , takie z zasmażanymi ziemniakami i mizerią z ogórka.
No, nie, nie robi się takich rzeczy osobie, z którą żyje się pod jednym dachem pół życia.
Potem zrobiło się jeszcze straszniej bo MMŻ rzucił od niechcenia:
  • hm...a schabowych też dawno nie było.
Poczułam się jak zając w świetle reflektorów. Zimny pot na karku i lodowate palce wzdłuż kręgosłupa.
Nie było mnie ze dwie godziny. Kiedy wychodziłam z domu MMŻ czuł się dobrze. Nic nie zapowiadało, że przeżywa jakiś wstrząs lub przewartościowuje swoje dotychczasowe życie.
Gdyby oznajmił mi, że od jutra zabiera się za wyplatanie koszy z recyklingowanych butelek lub rusza bronić żubra, moje zdumienie byłoby porównywalne.
Gorączkowo szukałam jakiegoś racjonalnego wyjaśnienia tej nierzeczywistej sytuacji.
I wtedy padło:
    - takie kotlety byś zrobiła z imbirem...
Odetchnęłam z ulgą. Może jeszcze nie wszystko stracone. Może to ciągle mój Mąż a nie impostor.
Pogarda do mielonych i poczciwego schabowego była w życiu MMŻ jak okręt flagowy. Mając to na względzie, trudno jest się dziwić mojej konsternacji.
Obiecałam zarówno mielone jak i schabowe a w myślach zaczęłam układać pytania testowe, mające na celu potwierdzenie tożsamości. Tak, na wszelki wypadek.

Kotlety cieszą się w naszym kraju niesłabnącą popularnością. Odważyłabym się je umieścić w pierwszej trójce, gdybym tworzyła ranking dań w Polsce pożądanych.
Nie mam nic przeciwko tradycji i kulinarnym gustom. Dobry kotlet, z dobrej jakości schabu wart jest niedzielnego obiadu. Ale ile można?
Czasem trzeba mrugnąć okiem i pójść ścieżką mniej uczęszczaną. Takim mrugnięciem jest tonkatsu. Też kotlet, też panierowany, też smażony ale inny.
Kto nie próbował, niech następnym razem kupując schabowego, umówi go na spotkanie z imbirem i sosem sojowym.












Tonkatsu czyli schabowy z Kraju Kwitnącej Wiśni

3 kotlety schabowe bez kości
pół szklanki sosu sojowego
kawałek imbiru wielkości kciuka, starty na tarce (nie trzeba go obierać)

oraz do panierki:
4 łyżki mąki pszennej
2 jajka
1 szklanka okruchów panko lub okruchów z białej bułki (tylko środek)
olej kokosowy do smażenia


Kotlety jak to kotlety zbijamy tłuczkiem.
W miseczce mieszamy sos sojowy i starty imbir. Wkładamy kotlety do woreczka, wlewamy marynatę i zamykamy.
Wkładamy do lodówki na kilka godzin.

Potem:
Wyjmujemy worek z lodówki a z worka kotlety. Zdrapujemy z nich imbir.
Przygotowujemy 3 miski: z mąką, rozmąconym jajkiem i panko.
Patelnię z olejem kokosowym rozgrzewamy.
Panierujemy kotlety najpierw w mące, potem w jajku a na końcu w panko.
Kładziemy na gorącą patelnię i smażymy jak tradycyjne kotlety, do zezłocenia.

Zdejmujemy kotlety z patelni i przekładamy na deskę. Od tego momentu nie mamy do czynienia z pospolitym schabowym. O tej chwili macie przed sobą japońskie tonkatsu.
Kroimy kotlety na paski.

Do małego rondelka wlewamy przez sitko marynatę. Odciskamy imbir. Zagotowujemy marynatę, dodając łyżeczkę angielskiej musztardy (jest ostra jak samurajskie noże), łyżkę octu ryżowego, łyżeczkę sosu worcestershire i pół łyżeczki brązowego cukru.
Lekko odparowujemy sos a potem polewamy nim nasze tonkatsu.

Idealnie do tego dania pasuje sałatka z kapusty pekińskiej z sosem wasabi.

Sałatka z kapusty pekińskiej z sosem wasabi:

2 szklanki pokrojonej kapusty pekińskiej
pęczek rzodkiewek w plasterki
2 łyżki kaparów
1 łyżeczka czarnego sezamu (niekoniecznie ale dobrze wygląda)
sos:
pół szklanki majonezu
pół słoiczka chrzanu wasabi (użyłam Wasabi- ostry sos chrzanowy w psychodelicznym zielonym kolorze. Stoi wszędzie obok zwykłych chrzanów)
2 łyżki zalewy z kaparów

Mieszamy składniki sosu a potem wlewamy do kapusty. Mieszamy, posypujemy sezamem.
Oto schabowe z drugiego krańca świata.



Smacznego

piątek, 26 lutego 2016

Jak pokonać niemoc czyli orientalna sałatka na kolację




















Zapuściłam się ostatnio do marketu budowlanego. Lubię wszelkiego rodzaju piły, strugi, szlifierki i opalarki.
Kiedyś nie było nic nudniejszego niż wyprawa z moim tatą do działu z narzędziami. Kiedyś...
Jak ludzie się zmieniają. Co prawda jeszcze nie umiem wykrzesać entuzjazmu do siekier i pił spalinowych, ale to tylko kwestia czasu.
Co mnie przywiodło do stoiska budowlanego, skoro obecnie nawet ołówka nie umiem utrzymać w palcach? Ha, myślę, że to jest część wytłumaczenia. Właśnie dlatego mnie tam przywiodło, że nie groziło to żadnymi konsekwencjami.
Moja wyprawa była właściwie teoretyczna. Żadna z rzeczy, wzbudzających moją ciekawość nie może być na razie użyta. Z wiadomych względów.
Czyżbym tęskniła za remontem? Jakieś rozwalanie ścian mi się marzy? Spokój mi się znudził?
A może to wiosna się we mnie obudziła i chęć jakiejś, choćby minimalnej zmiany.
Może chociaż paczkę gwoździ kupię? Obrazki powieszę.
Nie wiem jak wy, ale ja czuję przypływ sił pod koniec lutego. Coraz częściej zerkam w kalendarz i powtarzam sobie jak mantrę: już niedługo, jeszcze tylko kawałek i wskoczymy do marca. A marzec brzmi dużo lepiej niż luty. I jakie w nim kryją się treści: zielono, słonecznie, jaśniej, cieplej.
Chyba jednak kupię te gwoździe. I coś zielonego do zjedzenia.







Orientalna sałatka na kolację

1 marchewka pokrojona w cienkie słupki
1 ogórek pokrojony wzdłuż na cienkie plastry (niezastąpiona jest tu obieraczka do warzyw)
1 szklanka pokrojonej kapusty pekińskiej
kostka tofu około 80 g (posypujemy tofu przyprawą pięciu smaków i owijamy na godzinę folią spożywczą)
ćwierć szklanki grzybów mun (namoczonych a potem ugotowanych zgodnie z opisem na opakowaniu)
2 łyżki zielonej kolendry
2 łyżki pokrojonej dymki
2 łyżki liści tajskiej bazylii (jeśli nie macie w zasięgu, użyjcie zwykłej bazylii)
1 łyżka liści świeżej mięty
1 łyżka uprażonych ziaren sezamu
szczypta uprażonego pieprzu syczuańskiego
sól, pieprz

marynata do ogórka i marchewki:
1 łyżeczka soli
ćwierć szklanki cukru
1 szklanka octu ryżowego

Wszystkie składniki marynaty umieszczamy w garnku i na małym ogniu doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy mieszankę około 10 minut aby nieco odparowała. Jeśli płyn zgęstniał, zdejmujemy garnek z ognia i studzimy.

W czasie kiedy marynata stygnie, posypujemy marchewkę szczyptę soli, mieszamy i odstawiamy na godzinę. To samo robimy ogórkowi: sól, mieszanie i godzina spokoju.
Po godzinie odciskamy delikatnie marchewkę i ogórka z wody (nieco jej się wyprodukuje pod wpływem soli) i wkładamy do miski z marynatą. Mieszamy i odstawiamy w chłodne miejsce.

sos do sałatki:
1 łyżka jasnego sosu sojowego
1 łyżka octu ryżowego
pół łyżeczki oliwy chilli
pół łyżeczki oleju sezamowego

Do sporej miski wkładamy marynowaną marchewkę i ogórka. Dodajemy kapustę pekińską, pociętą dymkę i resztę zieleniny. Grzyby odsączamy i kroimy na paski. Tofu odwijamy z folii i kroimy w kostkę.
Mieszamy wszystko delikatnie.
W miseczce mieszamy składniki sosu. Polewamy sałatkę, posypujemy sezamem i pieprzem syczuańskim. Podajemy.
Do tej sałatki, na większego głoda, możemy dodać pieczoną pierś z kurczaka, pokrojoną w paseczki lub kilka krewetek.
Zapewniam, że będziecie do niej wracać. Uzależnia.





Smacznego

wtorek, 20 października 2015

Nieoczekiwana interwencja i zapomniany satay z kurczaka z sosem orzechowym
























No i przeprowadziłam się.
Pewnie dziś bym też nic nie napisała, bo wciąż większość czasu zajmuje mi rozpakowywanie, przewożenie i rozkładanie po półkach. Jednak interwencja siły wyższej spowodowała, że siedzę na jednym miejscu i nie latam jak latawiec. Ingerencja jest bolesna, utrudnia leżenie i siedzenie ale stać mogę więc nie narzekam.
Siła wyższa dotknęła palcem swym mych pleców i najwyraźniej pokarała mnie za moją nadgorliwość.
Nie pozostaje mi nic innego jak przeczekać bolące krzyże a czas czekania zapełnić intensywnym planowaniem. Gdzie powiesić zdjęcia? Czy wazony wyżej czy niżej? Gdzie mogłam postawić pudło z herbatą i filiżankami?
Kuchnia moja nowa jest...piękna. Duża, jasna, z ogromną ilością schowków, półek i możliwości.
MMŻ stwierdził wczoraj, że właściwie nie ma w niej już miejsca. Nie wiem co miał na myśli, bo ja widzę w niej jeszcze mnóstwo miejsca. I jeszcze więcej planów.
Do finałowego powieszenia kapelusza jeszcze nam nieco brakuje ale trzeba się skupić na pozytywach. Komu po trzech latach czekania przeszkadzałby brak drzwi do łazienki?
Wolę cieszyć się nowym piekarnikiem niż planować zawieszenie zasłonki.
Powiem tak: miałam już piekarnik, z którym dogadywałam się jak z najlepszym przyjacielem. Rozstanie z nim było jednym z boleśniejszych doznań. Tęskniłam za nim tym intensywniej im większe nieporozumienia zdarzały się potem z innymi piekarnikami.
Pieczenie chleba odbywało się na oślep. Co ja mówię „chleba”, pieczenie wszystkiego tak się odbywało.
Ten czas mam za sobą. Mam nadzieję.
Nowy piekarnik na razie mnie onieśmiela. Odważyłam się już co prawda upiec pierwszy chleb ale z pewną taką nieśmiałością.
Chleb udał się wyśmienicie i myślę, że to dobra wróżba na przyszłość.
Powoli i z rozmysłem będę się zaprzyjaźniać z nowym piecem.
Zanim jednak rozpętam wszystkie kuchenne żywioły wrócę do potrawy, którą pożegnałam poprzednie życie.
Wtedy jeszcze świeciło słońce a biedronki pchały się do okien jakby przeczuwały, że za kilka dni spadnie śnieg.
Na szczęście śnieg stopniał, inwentarz i dobytek został przeprowadzony, mnie zaś dotknęła ręka opatrzności i dzięki temu siedzę teraz i piszę o satayach.
Swoją drogą dlaczego nie było o nich wcześniej?




Satay kurczaka z sosem orzechowym

2 piersi z kurczaka

marynata:

3 łyżki sosu sojowego jasnego
2 łyżeczki mielonej kolendry
2 łyżeczki mielonego kuminu
pół łyżeczki kurkumy
1 łyżeczka cukru
pół łyżeczki imbiru w proszku
kawałek trawy cytrynowej (tylko biała, dolna część, zmiażdżona)

Mieszamy składniki marynaty. Piersi kurczaka kroimy na paski 2 cm szerokości i wkładamy do marynaty. Marynujemy minimum godzinę.
Po godzinie nadziewamy paski mięsa na patyczki do szaszłyków i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni około 15 minut, przewracając mięso na drugą stronę w połowie pieczenia.
Piekarnik z funkcją grill jest tu jak najbardziej na miejscu.

Sos orzechowy:

3/4 szklanki masła orzechowego (ja lubię takie z kawałkami orzechów)
4 łyżki jasnego sosu sojowego
3 łyżki cukru palmowego (może być brązowy)
1 łyżeczka kuminu
1 łyżeczka galangalu w proszku (można zastąpić mielonym imbirem)
2 łyżeczki mielonej kolendry
sok z jednej limonki
1 szklanka mleczka kokosowego
1 ząbek czosnku
pół łyżeczki kurkumy
pół łyżeczki chilli

Wszystkie składniki sosu wkładamy do miksera i miksujemy do połączenia się składników. Jeśli sos jest za gęsty, dolewamy tyle mleczka kokosowego by osiągnął odpowiadającą nam gęstość.

Patyczki z mięsem kładziemy na talerze, stawiając obok miseczkę z sosem.
Aromatyczność tego dania ukoi wszelkie jesienne spliny i pomoże z godnością znosić ingerencje sił wyższych.

























Smacznego


środa, 26 sierpnia 2015

Sałatka z zielonej sałaty czyli kolor nadziei


























Większości z nas wydaje się, że otacza nas parasol ochronny. Życzeniowo i zdecydowanie naiwnie łudzimy się, wszelkie nieszczęścia i pechowe sytuacje będą nas omijały szerokim łukiem. Jesteśmy w tym naprawdę dobrzy.
W szkole rozwód rodziców to coś, co przydarza się innym. Nasi rodzice są nam dani na całe życie.
W liceum nie zdana matura nie mieści się nam w głowach. Już prędzej spodziewalibyśmy się białego niedźwiedzia na dużej przerwie.
Niechciana ciąża na studiach? Ha, ha,ha. To nie my. To inni.
Wszystko co niechciane zdarza się zawsze innym.
W takim razie powiedzcie mi komu przydarzają się kłopoty? No tak, innym.
Rozumiem, że tak myślą dzieci, ale my?
Dlaczego wydaje nam się, że będziemy przemykali między niefortunnymi zdarzeniami jak między kroplami deszczu. I jedno i drugie jest nierealne. W końcu i tak zmokniemy.

Wiecie jaka jest różnica między zapalonym światłem a zgaszonym? Ogromna.
A wiecie ile twa zgaszenie światła? Mgnienie oka. Tyle samo trwa jego zapalenie.
Sekundę temu było jasno, teraz panuje ciemność.
Kłopoty rzadko pojawiają się zapowiadane. Najgorsze są takie, na które niewiele można poradzić.
Czy zachowana czujność w czymkolwiek by pomogła? Czy martwienie się na zapas ma sens?
Gdyby miało, martwiłabym się wszystkim przez 24 godziny na dobę.

Wiecie co powoduje, że nie zakładamy nieszczęścia przy każdym przechodzeniu przez ulicę?
Optymizm, zdrowy rozsądek i odrobina nonszalancji.
Na szczęście bardzo często po zgaszeniu światła tylko przez chwilę wydaje nam się, że zapadły totalne ciemności.
Po chwili zaczynamy zauważać, że w kącie pali się świeczka a w kieszeni mamy latarkę. A co ważniejsze, za rękę trzyma nas ktoś, kto pomoże znaleźć włącznik.

Dodatek kulinarny do tego nieco filozoficznego wpisu jest w kolorze nadziei czyli na wskroś zielony.
Jest prosty, łatwy do zrobienia w 10 minut i smaczny do tego stopnia, że jemy go od wielu lat i wciąż jest naszym ulubionym.



Sałatka z zielonej sałaty

1 masłowa sałata, umyta i porwana na duże kawałki
1 pęczek zielonej cebulki, umyty i pokrojony na kawałki

sos:
2 łyżki białego octu
3 łyżki oliwy
3 łyżki oleju słonecznikowego
1 łyżka sosu sojowego
pół łyżeczki curry

Wszystkie składniki sosu mocno wstrząsamy w słoiku i polewamy sałatę. Delikatnie mieszamy z sałatką i podajemy jako lekką kolację lub dodatek do obiadu.





Smacznego  

środa, 20 maja 2015

Makaron, tofu, szparagi, sezam czyli jak najdalej od sałatki sułtańskiej


Dziś jest dwudziesty maj i szparagi panoszą się w blogosferze jak perz na moich grządkach.
Zamiast je opisywać (nie grządki), postanowiłam w tym roku przede wszystkim zająć się ich zjadaniem.
Najpierw wybrzydzałam, że drogie a kiedy potaniały bezrozumnie rzuciłam się do kupowania.
I chyba osiągnęłam ten etap, że mogę już bez emocji i ślinienia się o nich mówić.
Przemknęła wam może myśl o cieście ze szparagami? Lub deserze?
Myszkując po książkach kucharskich przepisów na szparagi znalazłam mnóstwo. Niewiele się od siebie różnią. Raz są posypane jajkiem na twardo, raz parmezanem, raz pecorino, raz orzechami.
Ale ogólnie pierwsze skrzypce zawsze grają szparagi. I tak być powinno.
Jedynie zupy szparagowe nie wywołują mojego entuzjazmu, bo moim zdaniem szkoda marnować ich chrupkość w blenderze.
Deser szparagowy jakoś dotąd nie wpadł mi do głowy. Wymyślił go ktoś inny.
W książce* pamiętającej czasy poprzedniego systemu znalazłam kilkanaście przepisów. Wśród nich jak paw w kurniku pyszniła się sałatka ze szparagów po sułtańsku.
Wszystkie przepisy przeczytałam z uwagą. Dodatek cielęcego móżdżku, homara, mączki kokosowej czy bananów brzmiało w zapewne w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku równie niedorzecznie jak dziś pokojowo nastawiony poseł Kurski.
Pamiętam ten okres i jestem pewna, że homara znałam tylko z filmów przyrodniczych, banany bywały na święta a mączka kokosowa? Nawet nie wiedziałam, że istnieje takie dobro.
Czytanie książek poszerza horyzonty. O tak, na sto procent.
Sałatka ze szparagami znajdowała się między „budyniem ze szparagów „chantilly” a „sałatką ze szparagów po tyrolsku” Widać sułtan zaplątał się autorom między Francją a Niemcami.
Co zawierała owa bulwersująca sałatka? Cytuję: szparagi, kremówka, migdały, rodzynki, brzoskwinie z kompotu, „kocie języczki” lub rurki waflowe, cukier.
Opis jest krótki. Należało ubić śmietanę i udekorować pozostałymi składnikami, w tym ugotowanymi szparagami. Nie mówcie, że autorom brakowało wyobraźni!

Nie będę konkurować z oryginalnością. Nic nie przebije szparagów podanych z bitą śmietaną.
Moje danie jest bardziej tradycyjne i mniej wywrotowe.
I chyba smaczniejsze.

* książka nazywa się „Warzywa w kuchni” autorstwa Henryka Dębskiego i Danuty Dębskiej



Szparagi, tofu, makaron, sezam

dwie garści makaronu ryżowego
pęczek szparagów
kostka tofu
1 łyżka oleju sezamowego
2 łyżki sosu sojowego jasnego
łyżka ziół: bazylii tajskiej, mięty, kolendry
1 łyżka oleju arachidowego do smażenia
1 łyżeczka prażonego sezamu

Zaczynamy od ugotowania makaronu. Stosujcie się do instrukcji na opakowaniu a wszystko będzie dobrze.
Szparagi obieramy w ich dolnej części obieraczką do warzyw i kroimy na kawałki wielkości 2-3 centymetrów. Zostawiamy 10 centymetrowe górne części szparagów czyli główki.
Wyjmujemy tofu z opakowania i zawijamy w papierowy ręcznik.
Na zawiniątku kładziemy deskę (np. do krojenia) i obciążamy ją słoikiem z wodą. Wszystko po to, aby odsączyć tofu z wody.
Po kwadransie odwijamy tofu i kroimy na nieduże kawałki.
Rozgrzewamy olej arachidowy i wrzucamy kawałki szparagów. Smażymy je, podrzucając co pewien czas na patelni około 2 minut.
Odkładamy szparagi na bok.
Dolewamy łyżkę oleju arachidowego na patelnię i wrzucamy tofu. Smażymy aż osiągnie złoty kolor czyli około 3 minut.
Do tofu dorzucamy ugotowany makaron a potem kawałki szparagów. Główki szparagów zostawiamy na koniec.
Na patelnię z makaronem dolewamy sos sojowy i sos sezamowy. Mieszamy i zdejmujemy z pieca.
Zioła siekamy i dorzucamy do dania. Posypujemy uprażonym wcześniej sezamem i rozkładamy na górze główki szparagów.





Co wy na to?


Ja mówię: smacznego.