Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szparagi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szparagi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 maja 2016

To, co w maju najlepsze, czyli paj ze szparagami i szczawikiem zajęczym




















Tych, którzy tu czasami zaglądają przepraszam za ociąganie. Wiem, że przerwy w pisaniu mam nieprzyzwoite, ale wiosna walnęła mnie swoim różowo zielonym młotkiem i do teraz nie mogę się pozbierać.
Nie wiem czy porządkować swoje najbliższe okolice, czy pędzić na tzw łono chłonąć cuda przyrody, czy po prostu poddać się wiosennemu otępieniu.
Wszystko najchętniej razem zrobiłabym. Niestety to możliwe by było tylko w przypadku rozszczepienia jaźni.
Na razie ogarnął mnie stan pośredni między otępieniem a cielęcym zachwytem.
Dom na końcu nareszcie otwarł swoje zakurzone do granic podwoje a ja, zamiast wymiatać z kątów pająki, błąkam się po lesie i szukam fiołków.
Pikanterii w tradycyjnych porządkach po zimie dodaje remont, który sobie zafundowałam na dobry początek.
Dziś już etap narzekania mam za sobą, bo jako tako ogarnęliśmy nasze włości. Do końca pozostało jeszcze kilka wiader wody i na bank uczulenie na kurz.
Najbardziej zadowolone z wolności są oczywiście kudłaci ale oni są pod lasem zadowoleni zawsze.
Maj ma to do siebie, że jest zwiastunem. Zwiastunem wszelkiego dobrego. Szparagi, bunc majowy, szczawik zajęczy, bratki do sałatki, truskawki w perspektywie.
Tyle tego dobra przed nami, że trudno znaleźć powód do narzekania. Wyjątek stanowią politycy, ale oni nie wiedzą, jaka jest pora roku. W ich kalendarzu są tylko sezony przedwyborcze i wyborcze. A te jak wiadomo są jałowe. Nic w nich nie kwitnie, nie owocuje i nie przynosi radości.
Gdybym była politykiem to albo miałabym permanentne zatwardzenie, albo palnęłabym sobie w łeb. W przypadku zatwardzenia (politycznego oczywiście) też bym sobie palnęła.
Porzucam te absolutnie niestrawne rozważania i wracam do tematów pysznych, pyszniejszych i najpyszniejszych.
Co jest najprzyjemniejsze w maju?
Miłość!
Zdecydowanie potwierdzam. Lecz z perspektywy lat twierdzę, że miłość jest najlepsza zawsze. I w maju, i grudniu, i lutym.
Słońce!
Powiem krótko: jak powyżej.
Wiosna!
O tak, ona w maju jest najlepsza. Gdybym mogła wybrać sobie dzień urodzin, byłby to 21 maj.
Szparagi!
Podpisuję się obiema rękami. Szparagi majowe to cud natury. Tęsknię za nimi całe 11 miesięcy w roku. Kiedy nadchodzi ich czas, stają się podstawowym składnikiem mojej diety. Chyba nie ma drugiego produktu, od którego byłabym tak uzależniona.
Wyobrażacie sobie? Jedenaście miesięcy na szparagowym głodzie?
Moją tęsknotę nieco koją późniejsze morele. I one w postaci konfitury są namiastką lata. Tutaj więc tęsknota nie jest tak ogromna.
Ale jak zapuszkować szparagi? Zamrozić? Fe! Gdzie ich majowa chrupkość?
Zawekować? Toż to błoto nawet nie stało obok szparagów. I gdzie podziała się zieleń?
Kupować sprowadzane?
Pomijając zupełne chorą cenę, nie mogłabym się opędzić od myśli w jakich tajemniczych warunkach chemicznych zmuszono szparagi do wystawienia łepków nad powierzchnię ziemi.
Dziękuję.
Pozostanę przy moim szparagowym amoku. Cały maj będę się nimi cieszyć a od czerwca zacznie się tęsknota.











Paj ze szparagami i szczawikiem zajęczym
prostokątna forma 24x16cm

opakowanie ciasta francuskiego
pęczek szparagów zielonych
miseczka szczawiku zajęczego (dostępny w lesie) lub szpinaku sparzonego wrzątkiem
miseczka ziemniaczanego puree
1 łyżka angielskiej musztardy lub gruboziarnistej
pół szklanki kremówki
pół szklanki startego cheddara
1 jajko
sól, pieprz do smaku

Szparagi łamiemy. To pozwoli nam oddzielić część zdrewniałą od niezdrewniałej. Zielone są o wiele lepsze pod tym względem od białych. Praktycznie cała łodyżka nadaje się do zjedzenia bez obierania.
Jeżeli jednak część szparagów zostanie, nie wyrzucajcie jej. Świetnie wykorzystamy ją do risotta, zupy lub sałatki.
Na odrobinie oleju krótko smażymy szparagi i odstawiamy na bok.

Puree ziemniaczane mieszamy dokładnie z musztardą angielską lub gruboziarnistą.
W miseczce mieszamy kremówkę z jajkiem. Dodajemy ser i pieprz. Na koniec mieszamy z szczawikiem lub szpinakiem. Kilka liści zostawiamy do dekoracji.
Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni.
Wyjmujemy ciasto francuskie z lodówki a potem z opakowania. Wycinamy kawałek odpowiedniej wielkości (patrz foremka). Końce ciasta niech zwisają na boki.
Dno smarujemy musztardą. Potem kładziemy warstwę puree. Na ziemniakach układamy szparagi. Na górę wlewamy śmietanę z jajkiem, serem i szczawikiem.
Zawijamy do środka zwisające końce ciasta.
Wkładamy formę do piekarnika i pieczemy pół godziny.
Po upieczeniu zostawmy tartę na kwadrans by nieco wystygła.
Potem posypujemy szczawikiem i podajemy z sałatką.








Smacznego

środa, 3 czerwca 2015

Przepraszam, usterka czyli szparagi w tempurze z aioli i jajkiem w koszulce

Właściwie mogłabym zatytułować swoje kilka minionych dni jako dni ognia i wody.
Najpierw zepsuło się w łazience. Mokre nogi w czasie mycia zębów mogą być niepokojące. Z paszczy do kolan jest jednak daleko.
Najprostszym rozwiązaniem jest podłożenie miski.
Źródło przecieku nie trudno było znaleźć... to sparciała uszczelka w syfonie.
Miska załatwiła sprawę, ale po dwóch dniach zaczęła kłuć w oczy.
Można ją nawet jakiś czas ignorować a zęby myć na łonie (natury, oczywiście).
Jako, że ja dzielna kobieta jestem, położyłam się pod umywalką i zabrałam za rozkręcanie ustrojstwa. Cóż....wszystko szło nieźle. Nawet poczułam coś na kształt dumy, że niby ja, taka wszechstronna jestem... dopóki jedna śrubka nie rozbiła mojego dobrego samopoczucia. Żaden z ośmiu śrubokrętów nie dał jej rady. Reaktywowałam nawet wiertarkę! Też na nic. Śrubka jak zaklęta stała na drodze do mojego szczęścia.
Nie macie pojęcia jak trudno jest się przyznać do porażki.
Na szczęście inny kłopot sprawił, że miska zeszła na drugi plan.
Zepsuta umywalka otwierała dopiero worek z problemami.
Kolejnego dnia piec, zamiast grzecznie ogrzewać i cieszyć, postanowił przejść do funkcji „wędzenie”. Ilość dymu jaka rozpełzła się po kuchni z dwóch szczap drewna zadziwiłaby nawet kominiarza.
Naprawa pieca nie jest pracą łatwą. Najpierw potrzebna jest cierpliwość. Bo piec musi ostygnąć.
Potem trzeba się uzbroić w rękawice i z pogrzebaczem w ręce ruszyć do pracy.
Tak też zrobiłam.
Rękawice okazały się zupełnie niepotrzebne. Jedyne miejsce na mnie, w którym nie znalazłam popiołu i sadzy nie nadaje się do opisywania, bo skromność mi nie pozwala.
Włosy miałam sztywne a między zębami chrzęściło. Wydłubałam spod blach każdy okruch popiołu i odkryłam ze trzy tajemnicze komory, wypełnione po brzegi sadzą.
Wygarnęłam dodatkowo dwa wiadra tajemniczego pyłu i pełna nadziei na obiad odtrąbiłam zwycięstwo.
Przedwcześnie! Piec jak dymił tak dymi a umywalka jak przeciekała tak przecieka.
Nie dość, że nie będzie obiadu, to na dodatek jedynym sposobem by odzyskać ludzki wygląd jest prysznic.
Fachowcy, do których udało mi się dodzwonić, już zaczęli długi weekend. Empatia i chęć zarobku nie były ich motorem napędowym.
Nie mówcie mi, że ludzie szukają pracy! To praca szuka ludzi!
Na szczęście (to się nazywa optymizm) jest piękna pogoda, a obiad ugotowałam na kuchence gazowej. Trzeba było przypomnieć sobie czasy, kiedy gotowało się pod gołym niebem.
I przy tym chyba powinnam pozostać. Robić to, co umiem a to, na czym się nie znam, zostawić fachowcom. Szkoda tylko, że fachowcy do poniedziałku ogłosili wolne.



Szparagi w tempurze z jajkiem w koszulce

wiązka szparagów
garnek wrzącej lekko osolonej wody

Gotujemy szparagi trzy minuty i odsączamy.

ciasto do tempury:

100 g mąki
100 ml lodowatej wody
2 szczypty soli
olej do smażenia

Mieszamy mąkę z lodowatą wodą (to ważne by była naprawdę lodowata). Ciasto powinno mieć gęstość kwaśnej śmietany. Nie mieszamy ciasta zbyt dokładnie, grudki są dobrze widziane.
Ugotowane szparagi dobrze osuszamy i moczymy w cieście.
Rozgrzewamy olej i do gorącego oleju wkładamy szparagi. Smażymy je minutę z obu stron i wyjmujemy na papierowy ręcznik.

sos aioli:

2 ząbki czosnku
1 żółtko
120 ml oliwy z oliwek
1 łyżeczka soku z cytryny
sól, pieprz do smaku

Rozcieramy czosnek z solą. Dodajemy żółtko i dalej ucieramy. Następnie powoli wlewamy cienką strużką oliwę. Trochę to przypomina robienie majonezu. Gdy sos zgęstnieje wlewamy sok z cytryny. Doprawiamy solą i pieprzem.

jajko w koszulce:

2 jajka
woda
2 łyżki octu

Do rondla wlewamy wodę i wlewamy ocet. Zagotowujemy wodę. Musi tylko delikatnie „mrugać”.
Jajka wbijamy do miseczki (przygotowujemy po jednym jajku) i delikatnie wlewamy do rondla z wodą.
Gotujemy 3 minuty lekko zgarniając białko na żółtko. Wyjmujemy jajko kiedy całe białko jest ścięte a żółtko w środku płynne.
Delikatnie odsączamy i kładziemy na szparagach.
Polewamy wszystko sosem
Absolutna wiosenna pycha.





Smacznego i cudnego weekendu


środa, 20 maja 2015

Makaron, tofu, szparagi, sezam czyli jak najdalej od sałatki sułtańskiej


Dziś jest dwudziesty maj i szparagi panoszą się w blogosferze jak perz na moich grządkach.
Zamiast je opisywać (nie grządki), postanowiłam w tym roku przede wszystkim zająć się ich zjadaniem.
Najpierw wybrzydzałam, że drogie a kiedy potaniały bezrozumnie rzuciłam się do kupowania.
I chyba osiągnęłam ten etap, że mogę już bez emocji i ślinienia się o nich mówić.
Przemknęła wam może myśl o cieście ze szparagami? Lub deserze?
Myszkując po książkach kucharskich przepisów na szparagi znalazłam mnóstwo. Niewiele się od siebie różnią. Raz są posypane jajkiem na twardo, raz parmezanem, raz pecorino, raz orzechami.
Ale ogólnie pierwsze skrzypce zawsze grają szparagi. I tak być powinno.
Jedynie zupy szparagowe nie wywołują mojego entuzjazmu, bo moim zdaniem szkoda marnować ich chrupkość w blenderze.
Deser szparagowy jakoś dotąd nie wpadł mi do głowy. Wymyślił go ktoś inny.
W książce* pamiętającej czasy poprzedniego systemu znalazłam kilkanaście przepisów. Wśród nich jak paw w kurniku pyszniła się sałatka ze szparagów po sułtańsku.
Wszystkie przepisy przeczytałam z uwagą. Dodatek cielęcego móżdżku, homara, mączki kokosowej czy bananów brzmiało w zapewne w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku równie niedorzecznie jak dziś pokojowo nastawiony poseł Kurski.
Pamiętam ten okres i jestem pewna, że homara znałam tylko z filmów przyrodniczych, banany bywały na święta a mączka kokosowa? Nawet nie wiedziałam, że istnieje takie dobro.
Czytanie książek poszerza horyzonty. O tak, na sto procent.
Sałatka ze szparagami znajdowała się między „budyniem ze szparagów „chantilly” a „sałatką ze szparagów po tyrolsku” Widać sułtan zaplątał się autorom między Francją a Niemcami.
Co zawierała owa bulwersująca sałatka? Cytuję: szparagi, kremówka, migdały, rodzynki, brzoskwinie z kompotu, „kocie języczki” lub rurki waflowe, cukier.
Opis jest krótki. Należało ubić śmietanę i udekorować pozostałymi składnikami, w tym ugotowanymi szparagami. Nie mówcie, że autorom brakowało wyobraźni!

Nie będę konkurować z oryginalnością. Nic nie przebije szparagów podanych z bitą śmietaną.
Moje danie jest bardziej tradycyjne i mniej wywrotowe.
I chyba smaczniejsze.

* książka nazywa się „Warzywa w kuchni” autorstwa Henryka Dębskiego i Danuty Dębskiej



Szparagi, tofu, makaron, sezam

dwie garści makaronu ryżowego
pęczek szparagów
kostka tofu
1 łyżka oleju sezamowego
2 łyżki sosu sojowego jasnego
łyżka ziół: bazylii tajskiej, mięty, kolendry
1 łyżka oleju arachidowego do smażenia
1 łyżeczka prażonego sezamu

Zaczynamy od ugotowania makaronu. Stosujcie się do instrukcji na opakowaniu a wszystko będzie dobrze.
Szparagi obieramy w ich dolnej części obieraczką do warzyw i kroimy na kawałki wielkości 2-3 centymetrów. Zostawiamy 10 centymetrowe górne części szparagów czyli główki.
Wyjmujemy tofu z opakowania i zawijamy w papierowy ręcznik.
Na zawiniątku kładziemy deskę (np. do krojenia) i obciążamy ją słoikiem z wodą. Wszystko po to, aby odsączyć tofu z wody.
Po kwadransie odwijamy tofu i kroimy na nieduże kawałki.
Rozgrzewamy olej arachidowy i wrzucamy kawałki szparagów. Smażymy je, podrzucając co pewien czas na patelni około 2 minut.
Odkładamy szparagi na bok.
Dolewamy łyżkę oleju arachidowego na patelnię i wrzucamy tofu. Smażymy aż osiągnie złoty kolor czyli około 3 minut.
Do tofu dorzucamy ugotowany makaron a potem kawałki szparagów. Główki szparagów zostawiamy na koniec.
Na patelnię z makaronem dolewamy sos sojowy i sos sezamowy. Mieszamy i zdejmujemy z pieca.
Zioła siekamy i dorzucamy do dania. Posypujemy uprażonym wcześniej sezamem i rozkładamy na górze główki szparagów.





Co wy na to?


Ja mówię: smacznego.

wtorek, 3 czerwca 2014

Szparagowe pesto z makaronem soba czyli czekając na słońce


























Jak co roku, początek czerwca jest pożegnaniem ze szparagami. Na horyzoncie już widać truskawki, więc rozstanie nie będzie zbyt bolesne.
Plany pozyskania syropu z kwiatów czarnego bzu napotkały na przeszkody pod postacią deszczu. Momenty kiedy przestaje padać są rzadkie a i wtedy złośliwość losu daje o sobie znać, bo słońce zastaje mnie poza wsią. Nie zrywam bzu w mieście bo życie mi miłe. Czekam więc cierpliwie aż przestanie mżyć.
Cała nadzieja w przyrodzie, że zostawi na krzakach nieco kwiatów do syropu.
Wrócę do czarnego bzu w bardziej optymistycznej i zdecydowanie cieplejszej atmosferze.
Kupiłam szparagi i to chyba ostatni pęczek.
Jeżeli macie już dość szparagów grillowanych, w cieście, zapiekanych, jeżeli najedliście już risotta ze szparagami a rodzina ucieka od tarty ze szparagami, może zrobicie pesto szparagowe. Na koniec sezonu, jako szparagową kropkę nad „i”.
Z dodatkiem oleju sezamowego i makaronem soba będą smakowały nieco orientalnie, zarówno na ciepło jak i na zimno.




Szparagowe pesto z makaronem soba

pęczek zielonych szparagów
garść rukoli
garść orzechów włoskich
4 łyżki oliwy
pół łyżeczki oleju sezamowego
łyżeczka soli
świeżo zmielony pieprz

makaron soba, ugotowany wg instrukcji
dla dwóch osób potrzebujemy dwie wiązki makaronu soba (każda wiązka jest opasana papierową taśmą)

Zaczynamy od szparagów. Na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy i wrzucamy szparagi. Niech się podpieką. Potem zdejmujemy je z patelni, odkrawamy główki a resztę wrzucamy do blendera razem z orzechami, rukolą, solą i oliwą i olejem sezamowym. Blendujemy chwilę ale nie za długo, żeby pesto nie było zbyt drobno zmiksowane.
Doprawiamy jeśli trzeba solą i pieprzem.


Gotujemy makaron. Mieszamy pesto z odrobiną wody z gotowania makaronu. Mieszamy makaron z sosem z pesto. Posypujemy główkami szparagów i polewamy oliwą.





Smacznego i trzymajmy kciuki za słońce.

sobota, 24 maja 2014

Co rośnie na łące czyli tarta z pokrzywą i szparagami



























Przepis na to wegetariańskie danie pochodzi z majowego Delicious. Nieco go wzbogaciłam dodając pokrzywy. Rozrosły się w jednym z kątów jak przysłowiowe „tryfidy”. Zanim zdążą zakwitnąć, ja wykorzystam je kulinarnie.
Namawiam was do zainteresowania się tym zielskiem, bo ma spore możliwości. Kto ma kłopoty z ilością krwi, powinien się nimi zainteresować i pić regularnie koktajl z ich udziałem.
Pamiętajcie tylko, by uzbroić się w grube rękawice, bo pokrzywa będzie się bronić.
Potraktowana wrzątkiem, zachowa piękną zieleń i zaskakujący smak.
Dodana do tej tarty okazała się bardzo delikatna i uległa. W sam raz do szparagów.
Aha, zbierajcie pokrzywy tylko z dala od dymu, spalin i innych trucizn. I jeszcze jedno. Tam gdzie rosną pokrzywy, tam ziemia jest bogata. One zdecydowanie gustują w ziemi najlepszego gatunku.
Jako totalnie egzotyczny element, dodałam dzikie szparagi. Skąd je wzięłam? Z pola. A precyzyjniej, z chaszczy koło naszej łąki. Rosną tam nie tylko szparagi ale wyjątkowej urody truskawki. Kiedyś ścigałam się rankami z lisicą, która pierwsza zerwie te łąkowe truskawki.
Co do szparagów zagadka ich istnienia jest prosta do wyjaśnienia. Owoce z rosnącego przed domem krzaczka były regularnie zjadane przez ptaki. Wiecie jaki był dalszy ciąg? Dzisiaj miejsce wśród jeżyn i dzikich truskawek bardziej mu odpowiada niż grzeczna grządka przed domem. Nie wyrasta w ilościach hurtowych i nie wykarmiłabym niż czteroosobowej rodziny ale niespodzianka w postaci własnych szparagów jest newsem ostatniego tygodnia.
Mieszkanie pod lasem ma wiele zalet. Jedną z nich jest odpowiedź na pytanie: 
- Co dziś na obiad?
- Idź i przynieś coś z ogródka (lasu, łąki, zarośli).
Lecz nawet bez tego możecie wykombinować taką tartę, bo szparagi w maju, w sklepie są oczywistością. I są pyszne.


Tarta ze szparagami, pokrzywą i sosem holenderskim

opakowanie ciasta francuskiego
12 sztuk szparagów zielonych
400 ml kremówki
4 żółtka
15 g parmezanu
1 łyżka posiekanego szczypiorku
garść (w rękawiczce) liści pokrzywy

sos holenderski
1 łyżka białego octu winnego
55 g masła, pokrojonego w kostkę
1 łyżka soku cytrynowego


Zaczniemy od pokrzywy. Jeżeli zdobyliście (mam nadzieję, bez ofiar) sporą garść pokrzywy, to oderwijcie z niej liście, opłuczcie je zimną wodą a potem zalejcie wrzątkiem. Po kilku minutach możecie wylać wrzątek i odcisnąć liście z nadmiaru wody.

Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Prostokątną foremkę 35 x 12 cm wykładamy ciastem francuskim. Kładziemy na ciasto papier do pieczenia i przyciskamy mniejszą foremką. Ten sposób jest lepszy od wsypywania fasoli czy grochu jako obciążenia.
Wkładamy ciasto do piekarnika i pieczemy 15 minut. Zdejmujemy papier i mniejszą foremką i pieczemy ciasto kolejne 5 minut. Powinno być lekko złote.
Wyjmujemy ciasto z piekarnika. Zmniejszamy temperaturę do 150 stopni.
W czasie pieczenia się ciasta zajmujemy się wypełnieniem.
Szparagi obieramy i gotujemy 3 minuty w lekko osolonym wrzątku. Potem odcedzamy i przelewamy zimną wodą. Kroimy na kawałki.
W misie mieszamy kremówkę, żółtka, starty parmezan i szczypiorek i pokrzywę.
W małym rondelku podgrzewamy łyżkę białego octu i kiedy jest ciepły dodajemy po kawałku zimnego masła, ciągle mieszając. Kiedy zużyjemy cała masło, otrzymamy gęsty, aksamitny sos. Dodajemy do niego szczyptę soli oraz sok z cytryny i wlewamy, mieszając, do mieszaniny jajek z parmezanem.
Wlewamy sos na podpieczoną tartę (nie martwcie się, że jest rzadki, zgęstnieje w czasie pieczenia). Na sos wykładamy pokrojone na kawałki szparagi i wstawiamy formę do piekarnika rozgrzanego do 170 stopni na 45 minut.
Po upieczeniu dobrze jest zostawić tartę na 15 minut w spokoju. Dzięki temu sos ładnie się zwiąże.





Dzisiaj ktoś jeszcze przymierzał się do upieczenia tej tarty. Ciekawa jestem jak wyszło.























Wszystkim życzę smacznego i cudnej soboty

wtorek, 4 czerwca 2013

Niezbyt krótka relacja z Borough market




Co wybrać? Gorącą zupę kokosową czy chrupiące panini? Zapachy wdzierają się do nosa czy tego chcesz czy nie. Oczy atakowane są huraganem kolorów, kształtów a dookoła brzęczy różnojęzyczny gwar. Lekko nie jest.
Zapuszczamy się w alejki wszelakiego dobra.  I zaraz na początku staję jak zamurowana przed stosami warzyw i owoców. Niby nic, po prostu pomidory, bakłażany, dynie, szparagi, morele, truskawki. Ale są też okazy, których nie umiem nazwać. Rzepa melonowa? Melon rzepowy? Kolor porażający. Pachnie…jak melon. Wygląda jak…sami zobaczcie.



Bakłażany kocham miłością bezkrytyczna. A tu leżą ich różne wcielenia. Prawie mdleję z podniecenia. I już postanawiam, że za rok wyhoduję sobie takie na grządce.


Szparagi nie leżą w smętnych pęczkach. Leżą w stosach. Są ich całe ciężarówki. A wśród nich dzikie szparagi. Bladozielone, smukłe, o połowę mniejsze od swoich oswojonych kuzynów. Wiedzieliście, że szparagi mają swoją dziką stronę?


Obok Włosi przekrzykują się zachwalając trufle. Odwracam głowę i widzę schowane w słojach czarne i białe bulwy. Są duże i zapewne kosztują majątek. Zamyślam się nad ich unikalnością.
I w tym momencie świat na ułamek sekundy zastyga. Jeden z roześmianych sprzedawców uchyla szklane wieczko. Wszystkie głowy jak za przyciśnięciem niewidzialnego guzika odwracają się w kierunku włoskiego stoiska. A ze słoika wypływa strumień truflowego powietrza. Prawie je widać. Chłoniemy zapach nosem, ustami. Sprzedawca jest całkowicie usatysfakcjonowany spektaklem, który nam zafundował. To tak jakby na moment uchylił nam drzwi do innego wymiaru.
Wszystko trwa kilka sekund i wieczko opada przywołując nas do rzeczywistości. Tłum rusza do kupowania miodów truflowych, serów z dodatkiem tego rarytasu i aromatyzowanej oliwy.


Z truflami sąsiaduje kolejny Włoch. To stoisko z wypiekami. Focaccie piętrzą się jak schody do nieba. Jedne są z oliwkami, inne z peperoncino, te są z rozmarynem, a tamte  z anchois. I chleby. Ogromne, pękate i pachnące. Już zapomniałam o zapachu trufli. Teraz chcę chleba. Poproszę ze świeżo skrojonym prosciutto.


Ale, zaraz, zaraz. Pachnie morzem. Krok w lewo i jestem w raju. Teraz już na pewno nie ruszę się z miejsca. Stworzenia morskie wszelakiej maści. Krewetki znane mi  i nie znane. Małże, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Próbowaliście małży brzytw? Tu możecie spróbować. Chcecie miecznika? Jest. Marzy wam się okoń morski? Proszę bardzo.





Ojejku! Ośmiornica! Świeżutka. A obok małże św. Jakuba. Sprzedawcy prześcigają się w dawaniu rad klientom. To absolutne piękne. Patrzę na ten balet i prawie płaczę wiedząc, że na podobny w moim mieście nie mam szans.




Jest zimno i pada, a prosecco leje się strumieniami. Zbliża się pora lunchu i stoisko ze świeżymi ostrygami jest oblegane. Otwieranie muszli odbywa się przy akompaniamencie głośno śpiewanego „O sole mio”.  Kilka kropli cytryny i chlup, ostryga ląduje w ustach. Jeszcze łyk wina i błogi uśmiech wypełza na twarz. Jak tu się nie uśmiechać.
Idziemy dalej. Trudno dostrzec do czego następna kolejka. W końcu docieramy do lady. Przed nami długi sznur musztard. Już wiem, że na pewno którąś kupię. Tylko którą? Może z figami, albo dyniową. Tajemnicze wow wow też robi wrażenie. Szczególnie na kubkach smakowych. Każdej musztardy można spróbować.


Zresztą, ta zasada jest na targu obowiązująca. Próbuj i kupuj. Nie jesteś pewien czy wolisz pecorino sześcio czy trzydziestocztero miesięczne? Spróbuj. Nie wiesz jak może smakować beza z kandyzowanymi malinami ? Zjedz kawałek i kup torbę.


Są nawet przybysze z innej planety. Gwiezdne wojny jak na dłoni. Enoki to grzyby ale czy ich nazwa nie daje do myślenia?


Zapachy, smaki, kolory, dźwięki składają się na nieprawdopodobny patchwork. To połączenie uderza do głowy jak najlepsze bąbelki.
Potrzebuję kawy. I chwili spokoju, żeby umysł ogarnął to wszystko, czego przed chwilą był świadkiem.
Idziemy na lunch a ja w końcu decyduję się na pachnącą trawą cytrynową zupę kokosową.

Borough Market w Londynie najlepiej odwiedzić rankiem, kiedy jeszcze nie jest zatłoczony lub krótko przed zamknięciem. Wtedy na dodatek ceny spadają na łeb na szyję, bo przecież towary trzeba sprzedać.
Opuszczamy targ. Jeszcze tylko krótka wizyta na stoisku z najbardziej egzotycznymi gatunkami mięsa i z żalem idziemy do metra.


Nie miałam pojęcia, że pyton jest jadalny. A zjedzenie zebry wydaje mi się równie niezrozumiałe jak zjedzenie własnego psa. Sądząc z kolejki przed stoiskiem, niektórzy nie mają takich rozterek. Ja zostanę przy bakłażanach  i małżach.
Ostatnią sobotę maja spędziłam w miejscu tak obfitującym w doznania, że kolejny tydzień nie wyściubiałam nosa z lasu. Musiałam sobie poukładać wrażenia i dojść do ładu z poczuciem niesprawiedliwości. W tę ostatnią sobotę walczyłam z pokusą porzucenia kraju nad Wisłą i zamieszkania w kartonie na którejś stacji londyńskiego metra. 
Na szczęście każde uczucie jest przemijające. Zdrowy rozsądek dogonił mnie na Oxford Street.
Postanowiłam tu wrócić i nie marudzić na nieobecność świeżej lukrecji w moim warzywniaku.



W końcu od tego są podróże.

Tyle na dzisiaj. Zero przepisów ale za to ogrom wrażeń. Teraz czas wrócić do truskawek i groszku cukrowego.
Wszystkie piękne zdjęcia zrobiła MidnightCookie.

Smacznego

czwartek, 30 maja 2013

Orkiszowa tarta z szparagami i taleggio czyli krótkie pożegnanie






Boję się. Boję się bardzo. Obawiam się, że nadchodzi czas rozstania. Aż zimny pot mnie oblewa na samą myśl. I to nie ja będę tą, która powie żegnaj. Zostanę porzucona.
Co zrobię kiedy ich zabraknie? Rok męki oczekiwania i zaledwie miesiąc zielonego szczęścia. Szparagowego. Krótko. O wiele za krótko.
Jem, jem i nie mogę się nasycić.  A koniec już blisko. Oczywiście szparagów, nie mój.
Moje dramatyczna rozpacz jest na szczęście krótkotrwała. Jestem niezbyt stała w uczuciach. Po gorącym szparagowym afekcie przyjdzie czas płomiennej fascynacji groszkiem cukrowym. A po nim cukinią. Wiśniami, morelami, poziomkami. I tak dalej, tak dalej.
Samo oczekiwanie na przyjemność już jest przyjemnością. Już za chwilę pojawią się w ogródku truskawki. Wtedy moje szczęście będzie miało ich smak.
Zanim jednak siądę z koszykiem truskawek na kolanach pokażę wam tartę ze szparagami. Opowiadała mi kiedyś o niej MidnightCookie i tak mnie zaciekawiła, że postanowiłam ją sama upiec.
W końcu szparagi to moja miłość. Chwilowa.



Tarta ze szparagami i taleggio (forma 23 cm)

Ciasto:

1 szklanka mąki pszennej
pół szklanki mąki orkiszowej razowej
1 żółtko
3 łyżki zimnej kwaśnej śmietany
1 łyżeczka soli

Siekamy składniki i zagniatamy ciasto. Tym razem nie bawiłam się w kulkę, tylko od razu rozwałowałam ciasto i wyłożyłam nim formę do tarty.  Ponakłuwałam widelcem i włożyłam do lodówki na godzinę.
Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni. Na wyjętą z lodówki tartę położyłam papier do pieczenia i wysypałam suszonym groszkiem. To zapobiegnie zbytniemu wyrośnięciu ciasta.

Piekłam ciasto 15 minut i wyjęłam z piekarnika.

Nadzienie:

pęczek szparagów (preferuję zielone, ale to kwestia gustu)
3 ziemniaki ugotowane i rozgniecione na puree
2 łyżki startego parmezanu
szczypta gałki muszkatołowej
2 łyżki kremowego serka twarogowego (np. piątnica lub philadelphia)
1 jajko
serek taleggio (około 200 g)
200 ml kremówki
sól
pieprz

Moim ulubionym sposobem na szparagi jest grillowanie, ale jeśli lubicie ugotowane też mogą być. Po umyciu i odłamaniu twardych końcówek zanurzacie je na trzy minuty do wrzącej lekko osolonej i posłodzonej wody a potem przelewacie lodowatą wodą. Nie stracą zabójczego, zielonego koloru.
Kiedy mamy gotowe szparagi, możemy zacząć układać składniki na tarcie.
Ziemniaki puree zmieszać z parmezanem, gałką i serkiem. Na tarcie rozsmarować puree. Na nim rozłożyć szparagi. A pomiędzy nie położyć po plasterku taleggio.
W misce rozmieszać jajko z kremówką, solą i pieprzem. Wylać na szparagi.
Włożyć do piekarnika na 20 minut lub do momentu ścięcia się jajek.



Zanim podacie tartę na stół, odczekajcie 10 minut. Danie nie będzie za gorące a składniki ładnie się połączą.
Świetnie taka tarta smakuje z najprostszą sałatką na świecie czyli:



1 sałata masłowa
spory pęk zielonej cebulki

Sos:

1 łyżka białego octu winnego
1 łyżka sosu sojowego
3 łyżki oliwy
szczypta curry
szczypta pieprzu

Wszystkie składniki sosu pakujemy do słoika, zakręcamy i wstrząsamy. Sałatę myjemy i porządnie osuszamy, rwiemy na mniejsze kawałki. Cebulkę siekamy na kawałki.
W sporej misce mieszamy sałatę z cebulką i sosem.



Wykładając formę ciastem, zawsze mi jakaś resztka zostaje. Tym razem wyłożyłam nią dwie foremki tarteletkowe. Wypełniłam je karmelizowaną czerwoną cebulą i kozim serem.



Karmelizowana czerwona cebula:

2 czerwone cebule, obrane i pokrojone w półplastry
1 łyżeczka octu balsamicznego
1 łyżeczka cukru
szczypta soli
szczypta cynamonu
1 łyżeczka oliwy
1 łyżeczka masła

Oliwę i masło podgrzewamy w rondelku. Wrzucamy cebulę i podsmażamy 20 minut aż zmięknie i lekko zbrązowieje. Dodajemy cukier, ocet, sól i cynamon. Smażymy jeszcze przez 2 minuty.
Gotową cebulkę nakładamy do podpieczonych  tarteletek, posypujemy kozim serkiem lub pokruszoną fetą. Wlewamy po łyżce płynu śmietanowego użytego przy dużej tarcie i pieczemy razem z większą siostrą (czyli tartą szparagową) 20 minut.



Dla wzmocnienia efektu, każdy kawałek na talerzu możecie skropić sosem z octu balsamicznego.



Wygląda na to, że powoli przygotowuję się na pożegnanie. Może jeszcze jakieś risotto zrobię i powiem żegnajcie szparagi. I znów będę niecierpliwie na nie czekać.

Jakoś tak się porobiło, że zamiast jednego przepisu wyszły mi trzy. Rozpędziłam się, ale to dlatego, że za oknem ciągle leje i grzmi.
Może jutro nareszcie wyjdzie słońce.

Tego wam życzę i smacznego