Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masło orzechowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masło orzechowe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 listopada 2019

Kot na głowie i jasne brownie z masłem orzechowym i czekoladą






























Kot śpi na mojej głowie. Dookoła taka cisza, że można się pomylić i zapomnieć, że śpię w środku miasta. Zapominam, który to dzień tygodnia i jaki to miesiąc. Wsłuchuję się w miarowe mruczenie.
Brzuszek na moim uchu i dźwięki z niego płynące działają jak mantra. Coś tam pluśnie, coś się przeleje, coś zabulgocze. 
Leżę i zastanawiam się co daje posiadanie kota. Czy kot jest mi do czegoś potrzebny?

Jaki jest mój kot?

Mój kot do subtelnych nie należy. Wszystko u niego i w nim odbywa się w powiększonej skali. Kiedy mruczy, zapomnij o słuchaniu czegokolwiek innego. Jeśli jest zadowolony, to radością całego zastępu przedszkolaków. Gdy jest zły, to nawet będąc owczarkiem niemieckim, zastanowiłabym się, czy do niego podejść.

Jeśli nadepnie, to na pewno poczujesz. Jeśli się położy, to na bank trudno ci będzie się spod niego wysunąć. 
Mój kot to kawał kota. Jeśli chwilowo nie wiesz gdzie jest, idź za charakterystycznym dźwiękiem piłowanego drzewa. On chrapie. Na dodatek chrapie głośno. W domu, w konkurencji głośności zdobywa bezapelacyjne pierwsze miejsce.

Mój kot jest seksistą. Leje Citka i ani myśli mieć z tego powodu wyrzuty sumienia.

Mojego kota trudno sfotografować. Jego szarość jest szarością ołówkowego grafitu.

Największym wrogiem mojego kota jest szczotka. Szczotka i grzebień to wróg. A wroga traktuje się bez pardonu. Zęby i pazury bardzo w tym pomagają. A, do grona wrogów zapomniałam dodać cążki do pazurów.
Mój kot jest „nieleczalny”. Każda, absolutnie każda wizyta u weterynarza, to bitwa pod Stalingradem. Każda ze stron gotowa jest na wszystko byleby tylko osiągnąć cel.
Mimo całkiem niezłego wyposażenia (patrz kły i pazury), wszystkie bitwy na razie wygrał człowiek. Założę się jednak, że w tej małej szarej głowie powoli wylęga się plan krwawej zemsty. Jeśli nie dziś, to za rok, dwa. Kot nierychliwy ale mściwy…

Mój kot wygląda jak sfinks. Ma piękny profil i tyle.

Największą radością mojego kota jest miska. Nie jakaś tam miska. Pełna miska. Mój kot nie pogardzi kocią karmą, surowym mięskiem, rybą, kawałkiem ciasta czy twarogiem. Z tego powodu mój kot do szczupłych nie należy. I ma to w nosie.

Mój kot nie jest czyściochem. Ba, jest zaprzeczeniem czyściocha. Rzadko się myje. Czasem zacznie sobie lizać łapę, ale zazwyczaj po pierwszym lizie, zapomina o co mu właściwie chodziło. I to mu zupełnie nie przeszkadza.

Mój kot zna się na zegarku. Co prawda, jego zegarek śpieszy się o 2 godziny ale jak na kota, to i tak nieźle. Jeśli micha jest przewidziana o 18.00, on od 16.00 leży przed nią z wyrzutem w oku. Jeśli rano michę napełniają o 8.00, on od 6.00 rozpoczyna masaż głowy. Mojej.
Jak myślicie, kto się poddaje o 7.00? Jak wam się wydaje; kto ma kogo, on mnie, czy ja jego?
No właśnie.

Mój kot lubi być blisko. Blisko swojego człowieka. Bo człowiek jest po to, by dawał kotu ciepło, michę i mizianie.

A po co jest kot? Żeby był. Żeby się plątał między nogami. Żeby udawał głuchego, kiedy się go woła. Żeby chciał wyjść, kiedy właśnie zamknąłeś drzwi. Żeby właził na kolana i swoją obecnością przygładził wszystkie duchowe twoje kanty. Żeby dotknięciem kociego nosa wyprasował każdą życiową zmarszczkę. Choć na chwilę.

Kot w życiu jest obowiązkowy.

P.S. Na marginesie zaznaczam, że nie jestem przeciwniczką psów. Największą moją miłością był pewien Jarvis, najwspanialszy berneńczyk świata.

Koty to po prostu zupełnie inna bajka. I to one, a nie na odwrót wyprowadzały psa na spacer. Ale to temat na zupełnie inne opowiadanie.

Aby zgrabnie nawiązać do kulinariów, powiem, że bohater tego wpisu czyli ciasto z masłem orzechowym i czekoladą bardzo przypadło do gustu drugiemu bohaterowi tej historii. Wszystkie okruszyny na talerzu zostały skrzętnie wchłonięte.



jasne brownie z masłem orzechowym i czekoladą
(forma 22 X 33cm)
1 szklanka miękkiego masła orzechowego (czy z kawałkami orzechów, czy bez decydujecie sami)
225g miękkiego masła
1,5 szklanki drobnego cukru
1 łyżka wanilii
2 duże jajka plus 1 żółtko
250 g mąki pszennej
1 szklanka chipsów czekoladowych
pół łyżeczki soli

na polewę czekoladową:
200 g czekolady deserowej
100 ml kremówki
1 łyżka miękkiego masła

Włączamy piekarnik i rozgrzewamy do 180 stopni.
Blaszkę 22x33cm wykładamy papierem do pieczenia. Kilka maźnięć masłem blachy sprawi, że papier nie będzie się przesuwał.
Ubijamy na jasną, puszystą masę masło i cukier. Dodajemy, miksując masło orzechowe, wanilię. Potem dorzucamy lekko rozmącone jajka. Na koniec zmniejszamy obroty i dosypujemy przesianą mąkę i czekoladowe chipsy i mieszamy do połączenia się składników.
Wykładamy ciasto na blachę, wyrównujemy powierzchnię i wstawiamy do piekarnika na około 40 minut. Pieczemy do tzw. suchego patyczka.
Upieczone wyjmujemy z pieca i studzimy.
Kiedy wystygnie polewamy czekoladową polewą lub oprószamy cukrem pudrem.
By zrobić polewę mocno podgrzewamy kremówkę (prawie do zagotowania) i wrzucamy do niej połamaną czekoladę i masło. Mieszamy do powstania aksamitnej polewy, którą wylewamy na przestudzone ciasto.




Smacznego


A to Szarość w pełnej okazałości

wtorek, 20 października 2015

Nieoczekiwana interwencja i zapomniany satay z kurczaka z sosem orzechowym
























No i przeprowadziłam się.
Pewnie dziś bym też nic nie napisała, bo wciąż większość czasu zajmuje mi rozpakowywanie, przewożenie i rozkładanie po półkach. Jednak interwencja siły wyższej spowodowała, że siedzę na jednym miejscu i nie latam jak latawiec. Ingerencja jest bolesna, utrudnia leżenie i siedzenie ale stać mogę więc nie narzekam.
Siła wyższa dotknęła palcem swym mych pleców i najwyraźniej pokarała mnie za moją nadgorliwość.
Nie pozostaje mi nic innego jak przeczekać bolące krzyże a czas czekania zapełnić intensywnym planowaniem. Gdzie powiesić zdjęcia? Czy wazony wyżej czy niżej? Gdzie mogłam postawić pudło z herbatą i filiżankami?
Kuchnia moja nowa jest...piękna. Duża, jasna, z ogromną ilością schowków, półek i możliwości.
MMŻ stwierdził wczoraj, że właściwie nie ma w niej już miejsca. Nie wiem co miał na myśli, bo ja widzę w niej jeszcze mnóstwo miejsca. I jeszcze więcej planów.
Do finałowego powieszenia kapelusza jeszcze nam nieco brakuje ale trzeba się skupić na pozytywach. Komu po trzech latach czekania przeszkadzałby brak drzwi do łazienki?
Wolę cieszyć się nowym piekarnikiem niż planować zawieszenie zasłonki.
Powiem tak: miałam już piekarnik, z którym dogadywałam się jak z najlepszym przyjacielem. Rozstanie z nim było jednym z boleśniejszych doznań. Tęskniłam za nim tym intensywniej im większe nieporozumienia zdarzały się potem z innymi piekarnikami.
Pieczenie chleba odbywało się na oślep. Co ja mówię „chleba”, pieczenie wszystkiego tak się odbywało.
Ten czas mam za sobą. Mam nadzieję.
Nowy piekarnik na razie mnie onieśmiela. Odważyłam się już co prawda upiec pierwszy chleb ale z pewną taką nieśmiałością.
Chleb udał się wyśmienicie i myślę, że to dobra wróżba na przyszłość.
Powoli i z rozmysłem będę się zaprzyjaźniać z nowym piecem.
Zanim jednak rozpętam wszystkie kuchenne żywioły wrócę do potrawy, którą pożegnałam poprzednie życie.
Wtedy jeszcze świeciło słońce a biedronki pchały się do okien jakby przeczuwały, że za kilka dni spadnie śnieg.
Na szczęście śnieg stopniał, inwentarz i dobytek został przeprowadzony, mnie zaś dotknęła ręka opatrzności i dzięki temu siedzę teraz i piszę o satayach.
Swoją drogą dlaczego nie było o nich wcześniej?




Satay kurczaka z sosem orzechowym

2 piersi z kurczaka

marynata:

3 łyżki sosu sojowego jasnego
2 łyżeczki mielonej kolendry
2 łyżeczki mielonego kuminu
pół łyżeczki kurkumy
1 łyżeczka cukru
pół łyżeczki imbiru w proszku
kawałek trawy cytrynowej (tylko biała, dolna część, zmiażdżona)

Mieszamy składniki marynaty. Piersi kurczaka kroimy na paski 2 cm szerokości i wkładamy do marynaty. Marynujemy minimum godzinę.
Po godzinie nadziewamy paski mięsa na patyczki do szaszłyków i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni około 15 minut, przewracając mięso na drugą stronę w połowie pieczenia.
Piekarnik z funkcją grill jest tu jak najbardziej na miejscu.

Sos orzechowy:

3/4 szklanki masła orzechowego (ja lubię takie z kawałkami orzechów)
4 łyżki jasnego sosu sojowego
3 łyżki cukru palmowego (może być brązowy)
1 łyżeczka kuminu
1 łyżeczka galangalu w proszku (można zastąpić mielonym imbirem)
2 łyżeczki mielonej kolendry
sok z jednej limonki
1 szklanka mleczka kokosowego
1 ząbek czosnku
pół łyżeczki kurkumy
pół łyżeczki chilli

Wszystkie składniki sosu wkładamy do miksera i miksujemy do połączenia się składników. Jeśli sos jest za gęsty, dolewamy tyle mleczka kokosowego by osiągnął odpowiadającą nam gęstość.

Patyczki z mięsem kładziemy na talerze, stawiając obok miseczkę z sosem.
Aromatyczność tego dania ukoi wszelkie jesienne spliny i pomoże z godnością znosić ingerencje sił wyższych.

























Smacznego


poniedziałek, 12 stycznia 2015

Ryżowy eksperyment z kasztanami i pieczoną dynią czyli masło orzechowe jako gwiazda




Dziękuję pięknie wszystkim martwiącym się o moje zdrowie. Pragnę was uspokoić, że wszelkie poważne niebezpieczeństwa trzymam w bezpiecznej odległości. Nici i węzełki ciągle łaskoczące mnie w język mają swoją dobrą stronę: mniej jem. Może dzięki tej niecodziennej diecie wcisnę się do jeansów z lat szkolnych (nie moich szkolnych lecz moich dzieci). Plan jest i trzeba go zrealizować. 
To, co ostatnio gotuję zdecydowanie mu sprzyja. 

To danie jest czystej wody eksperymentem.
Zakaz wychodzenia z domu plus ograniczenia w przeżuwaniu wymusiły pewną kreatywność. 

Szperanie w spiżarni często kończy się rozstrojem psychicznym. Najczęściej bywa tak, że potrzebuję np. kaszy jaglanej i rękę dałabym sobie uciąć, że jest na półce. Po kwadransie poszukiwań idę po latarkę by znaleźć zamiast kaszy paczkę kasztanów.
Zagubiona kasza odnajduje się za tydzień, kiedy ja przeszukuję spiżarkę by zamierzyć mirin.
W międzyczasie obdarzam (nie)swoją kuchnię, jej (nie)możliwości, ciasnotę i całą resztę najbardziej wymyślnymi epitetami. Zakończeniem jest stwierdzenie „jak już będę u siebie, to...” I tu następuje wyliczanka nieskończenie pozytywnych określeń o mojej przyszłej kuchni.
Na marginesie wspomnę, że moja kuchnia (ta planowana) ma się dobrze i chyba już wiem jakiego będzie koloru.
Tym razem musiałam przetrząsnąć zapasy by znaleźć ryż. To udało się za pierwszym podejściem. Przy wyłuskiwaniu go z dna półki w bosą stopę grzmotnął mnie słoik z masłem orzechowym.
Nie tak dawno szukałam go z obłędem w oku, chcąc zrobić sos do satajów.
Odstawiłam słoik, bo do czego może się przydać w gotowaniu risotta.
Kasztany miały to szczęście, że leżały obok masła orzechowego.
Takim sposobem, nieco przypadkowo, spotkały się w jednym miejscu i o tej samej porze składniki, których nigdy przedtem nie kojarzyłam ze sobą.
Kto wie, może przede mną przyszłość właścicielki biura matrymonialnego lub niespotykanej już dziś swatki?
W risotto pierwsze skrzypce miały przypaść dyni. I tak się stało. Jednak ona była tylko widoczna; smak należał do masła orzechowego.
Nikt nie domyślił się, że to ono nadaje daniu ten orzechowy posmak. Najbardziej podejrzane były kasztany, lecz one są równie mało przebojowe smakowo jak dynia. W zespole wszystkie składniki okazały się być na swoim miejscu. Kasztany błysnęły chrupkością i tajemniczością, dynia aksamitną subtelnością zaś masło orzechowe zdecydowaniem i charakterem. Szkoda, że nie miałam świeżej szałwii. Podpieczona na maśle byłaby w tym układzie poezją.
Zapewne danie nie powinno być nazwane risottem ale skoro jego podstawa to ryż i technika przygotowania też tradycyjna, to pozwolę sobie na podtrzymanie tej nazwy.
Proszę państwa oto:




orzechowe risotto z kasztanami i dynią

1 szklanka ryżu arborio
litr bulionu
1 szalotka
1 ząbek czosnku
ćwierć szklanki białego wytrawnego wina
kilka kasztanów upieczonych lub ugotowanych
1 solidna łyżka masła orzechowego
ćwierć łyżeczki tartej gałki muszkatołowej
świeżo zmielony pieprz
2 łyżki oliwy

Cebulę i czosnek kroimy w drobną kostkę i podsmażamy na oliwie. Na sąsiednim palniku stawiamy garnek z lekko gotującym się bulionem.
Kiedy cebula stanie się szklista wsypujemy ryż i mieszamy by każde ziarenko otuliło się oliwą. Potem wlewamy wino i mieszamy aż całe wino zostanie wchłonięte przez ryż.
Od tego momentu wlewamy do ryżu po chochli bulionu. Kiedy pierwsza porcja bulionu zniknie, wlewamy następną. I tak do momentu, aż ryż stanie się miękki na zewnątrz a w środku stawiający lekki opór.
Zdejmujemy risotto z ognia i dodajemy do niego łyżkę (solidną) masła orzechowego. Mieszamy by masło dobrze rozprowadzić w ryżu. Sypiemy gałkę muszkatołową i pieprz.
Na koniec dodajemy pokrojoną upieczoną dynię i kawałki kasztanów.
Na talerzu skrapiamy risotto dwiema kroplami oleju orzechowego.
Myślę, że dwa, trzy wiórki dobrego parmezanu nie zaszkodziłoby całości.

Sami powiedzcie: czy to jeszcze risotto czy może jakaś klon?




A tak zupełnie z innej beczki, zauważyliście, że masło orzechowe ma w sobie coś uzależniającego? Kiedy już otworzy się słoik, to jakieś tajemnicze nici oplatają nas i nie pozwalają wyjąć z buzi łyżeczki. I przypomina się dzieciństwo. 


Zapraszam do wypróbowania i życzę smacznego

czwartek, 23 października 2014

Słodki smak grzechu czyli boczek w sezamowo orzechowej marynacie z marchewką w pomarańczowej glazurze

























Pork belly. 
Nie mówcie, że to nie brzmi słodko.
W zeszłym roku były przebojem w londyńskich restauracjach. Podawano je na ostro, na słodko, w ziołach, sosie śliwkowym. W stylu kolonialnym i po azjatycku. Wykwintnie z dodatkiem fenkułu i swojsko, w hamburgerach.
Zawsze smacznie.
A to przecież tylko boczek. Od zawsze obecny w naszej kuchni. Wyklinany przez dietetyków i poszukiwany przez smakoszy.
Podobno nawet wegetarianie nie są obojętni na jego zapach, krążący jak grzech po kuchni w czasie smażenia.
Podobno jego zapach, obok zapachu chleba kojarzy się z bezpieczeństwem, domem, błogością.
Nawet wegetarianom. Nawet tym, którzy nigdy nawet go nie wąchali.
Chłód i ciemne, posępne dni są jego sprzymierzeńcami. Ani w głowie mi wtedy szczypiorkowe klimaty i chłodzone sałatki z grejpfrutem.
Łaknę wtedy mięcha. Chrupiący boczek, skwierczący na patelni jest spełnieniem moich fantazji. To pokusa tak silna, że nawet nie myślę o walce. Poddaję się, przełykam wyrzuty sumienia, pogardzam sobą i...z błogością wylizuję garnek z dowodami mojej słabości.
Jeden obiad z udziałem plastra słodkiego boczusia i jestem usatysfakcjonowana.
Żadne załamanie pogody z pierwszym śniegiem nie jest mi straszne.
Potem mogę wrócić do korzonków i wegetariańskiego bulionu.
Na uspokojenie sumienia dodaję do niego marchewkę. I już.

















































Boczek w sezamowo orzechowej marynacie i marchewka w pomarańczowej glazurze

8 plastrów surowego boczku

marynata:
4 łyżki tahini
2 łyżki masła orzechowego
4 łyżki jasnego sosu sojowego
sok z jednej cytryny
sok z jednej limonki

Przygotowujemy naczynie, w którym zmieści się rozłożony boczek. Najlepiej nadaje się do tego naczynie żaroodporne.

W misce mieszamy wszystkie składniki marynaty. Ich połączenie trochę potrwa, bo tahini i masło orzechowe do łatwo współpracujących nie należą.
Ale cierpliwości. Po kilku chwilach cierpliwego rozcierania marynata osiągnie jednolitą konsystencję.
Marynatą smarujemy plastry boczku i przykrywamy folią. Naczynie odkładamy w chłodne miejsce do następnego dnia.

Na drugi dzień wyjmujemy je z lodówki by wróciło do temperatury pokojowej. Rozgrzewamy piekarnik do 160 stopni.
Naczynie z boczkiem wkładamy do piekarnika (folię zdejmujemy) i pieczemy 1,5 godziny.
Ostatnie 20 minut podwyższamy temperaturę do 220 stopni.
To co dzieje się z marynatą jest kolejnym cudem świata.
To absolutna ambrozja.

Do boczku dobrze jest podać coś kwaskowatego np. marchewkę w pomarańczowej glazurze.

Marchewka w pomarańczowej glazurze:
6 marchewek
sok z 6 pomarańczy
2 łyżki brązowego cukru
skórka otarta z jednej pomarańczy

Ścieramy skórkę z jednej dobrze umytej pomarańczy. Wyciskamy sok z niej i 5 następnych. Dodajemy cukier i stawiamy garnek z sokiem i skórką na piec. Czekając aż się sok zagotuje obieramy marchewkę. Kroimy ją na kawałki i wrzucamy do gotującego się soku.
Gotujemy do momentu aż marchewka zmięknie ale wciąż będzie jędrna. Wtedy łyżką cedzakową wyjmujemy marchewkę a resztę soku redukujemy.
Kiedy osiągnie gęstość syropu, wrzucamy do niego marchewkę i dokładnie mieszamy. Wyłączmy piec i wracamy do boczku.


Wyjmujemy go z foremki na talerz i podajemy z pomarańczową marchewką.



























smacznego i nie słuchajcie prognozy pogody

sobota, 18 stycznia 2014

Merdający ogon we mgle i sierpik nieco egzotyczny w czerwonym curry
























Mgła rano zalegała taka, że po drugiej stronie ulicy widziałam tylko merdający ogon. Gdzieś tam, poza moim wzrokiem, znajdowała się reszta psa. Mam nadzieję, że równie radosna jak ogon. Zapewne był tam również jakiś właściciel. Ale o jego nastroju nie świadczyło nic. Zresztą o właścicielu też nic nie świadczyło, bo sam merdający ogon nie jest gwarancją posiadania.
Dziwne takie nieme kino. Żadne dźwięki nie dochodziły z tej mgły. Samochody nie jeździły. A kiedy już jakiś przemknął, to z dość niemrawym pomrukiwaniem. Mgła jak wata. Pożarła nie tylko dźwięki ale też kolory. Moje niebieskie choinkowe dziwo naprzeciw okien stało się błękitnym obłoczkiem. Tajemniczo wyglądało. Niby widok zamknięty w kwadrat oka nudny do bólu. Oglądany codziennie bez emocji. A wystarczyła gęsta mgła i chwila zastanowienia w sobotni ranek i ruszyła wyobraźnia.
Pamiętacie opowiadanie, w którym ktoś znalazł guzik i do niego sprawił sobie płaszcz? Ja dorobiłam sobie psa do ogona.
Moja wyobraźnia ruszyła za tym merdającym ogonem. Ciekawe czy to pies machał ogonem czy ogon machał psem? Z mojej perspektywy kubka z poranną herbatą, zdecydowanie to drugie.
Jaki był ten pies? Duży czy mały? Kudłaty czy może bezwłosy? Ogon majtnął tylko przez moment. Nie miałam czasu przyjrzeć się szczegółom. Zresztą detale we mgle zmieniają swój charakter. Może tam nie było wcale psa? Może to moja wyobraźnia dorobiła sobie ogon do owianej kłębem mgły gałązki? Mgła jest zwodnicza. Nawet w mieście.

Po dwóch godzinach wszystko wróciło do szarej, styczniowej normy. Trochę szkoda, bo mgła zatarła kontury i przydała codzienności tajemnicy. Nawet pies mógł być nie psem a rybą. W końcu one też mają ogony.

Dziś tajemniczy sierpik na obiad. Ryba do zeszłego tygodnia mi nieznana. A od dzisiaj moja ulubiona. Kupiłam ją z czystej ciekawości w Tesco. Przy czyszczeniu poddałam się i porzuciłam filetowanie czy obcinanie płetw i ogona. Musiałabym mieć uścisk obcęgów żeby dać temu radę.
Jeżeli macie silne męskie ramię w okolicy lub regularnie ćwiczcie na siłowni, to spróbujcie się z nią zmierzyć, choć nie jest to konieczne. Upieczona w całości wygląda dość atrakcyjnie.


 sierpik blocha w czerwonym curry

2 sierpiki ( są pakowane próżniowo i mrożone)
sok z jednej cytryny
skórka starta z jednej cytryny
pół łyżeczki soli
1 łyżka czerwonej pasty curry
2 łyżki oleju arachidowego
1 czerwona cebula

Czystą i osuszoną rybę nacięłam nożem jak widać na zdjęciu. Skropiłam sokiem z cytryny i posypałam otartą skórką. Potem delikatnie posoliłam. Odłożyłam ją do lodówki na dwie godziny.
Potem rozgrzałam piekarnik do 190 stopni. Blaszkę wyłożyłam papierem do pieczenia. Cebulę pokroiłam w półksiężyce i wsypałam na blaszkę. Rybę wyjęłam z lodówki i posmarowałam czerwoną pastą curry od zewnątrz i od środka. Ułożyłam na cebuli, polałam olejem i włożyłam do piekarnika na pół godziny.

Po 30 minutach sierpik był gotowy do jedzenia.


Do niego zrobiłam szpinak z sezamem i miso:

opakowanie szpinaku
1 łyżka masła orzechowego
1 łyżka pasty miso
kilka kropli octu ryżowego
1 łyżeczka ziaren sezamowych

Zblanszowany szpinak dobrze osączyłam. W miseczce połączyłam 1 łyżkę masła orzechowego z 1 łyżką pasty miso i octem ryżowym.
1 łyżeczkę sezamu uprażyłam na suchej patelni.
Szpinak nałożyłam w kopczyk i polałam pastą orzechową. Na górę nasypałam ziarenka sezamu.

Gdybym mogła dałabym ogłoszenie reklamowe do prasy. Ryba pod tytułem sierpik jest genialna. Zwartość halibuta ale bez jego tłuszczowej otoczki. Absolutna rewelacja i oczarowanie. Koniecznie spróbujcie tej ryby.
























Dobrej soboty, słonecznej niedzieli i dużo smacznego

piątek, 18 października 2013

Co łaskocze w zęby i orzechowe blondies z karmelowym kremem



Podobno od jutra ma być lepiej. Nie żebym narzekała, ale fajnie będzie porzucić rękawiczki i czapkę. Parasol też z przyjemnością zostawię w kącie.
Jakieś odwrócenie meteorologiczne nastąpiło. Całe lato przez pięć dni tygodnia była piękna pogoda, a gdy zbliżał się piątek, nadciągały chmury deszczowe.
Teraz jest odwrotnie. Deszcz przez cały tydzień a weekend zapowiada się ciepło i słonecznie. Czyli moje ostateczne pożegnanie z lasem nie będzie mokre.
Ogniska się palą a ilość liści nie ulega zmianie. Są i są. Reszta, która nie wylądowała w ogniu posłuży jako kołderka dla róż.
Wiewiórki jak co roku posprzątały orzechy laskowe co zazwyczaj bywa kwestią jednej nocy. Wieczorem jeszcze wiszą a rano ani śladu. Ale w wyścigu do owoców i orzechów, wszyscy są szybsi ode mnie i szpaki, i sójki, i wiewióry i cała skrzydlata i futerkowa reszta.
Dobrze, że udaje mi się przypilnować orzechów włoskich. Wiecie, że orzechy włoskie nie pochodzą z Włoch? Powinny się nazywać wołoskie (albo rumuńskie) bo zostały przewiezione z wołoszczyzny. Całe życie się człowiek uczy. Ja myślałam, że Wołoszczyzna dała nam przede wszystkim wampiry.
Orzechy włoskie są silnie uczulające, dość tłuste i łaskoczą w zęby. Nie każdemu jest dane cieszyć się ich smakiem. Tym, niestety, współczuję. W połączeniu z karmelem są lepsze od każdego cukierka.
Sezon leśny pożegnam ciastem bardzo orzechowym i bardzo karmelowym.
Midnightcookie, to nie jest ciasto dla ciebie. Tym, którzy nie są z orzechami na bakier mogę je polecić z czystym sumieniem.





Blondies z kremem fistaszkowym i kamelizowanymi orzechami

ciasto:

1,5 tabliczki białej czekolady
pół kostki masła
2 jajka
2 łyżki cukru
3/4 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli

W garnuszku topimy masło. Zdejmujemy garnuszek z ognia i wrzucamy do masła połamaną czekoladę. Mieszamy aż cała się rozpuści i studzimy.
Ubijamy jajka z cukrem i szczyptą soli. Do ubitych jajek wlewamy czekoladę i chwilę ubijamy całość.
Mieszamy ze sobą mąkę i proszek. Przesiewamy przez sito i dodajemy do mieszanki czekoladowo jajecznej. Mieszamy do połączenia się składników.
Okrągłą foremkę wykładamy papierem do pieczenia (tylko dno) i wlewamy ciasto. Wkładamy na 40 minut do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni.
Wystudzone ciasto kroimy na dwie części (najpierw odkrójcie krawędź, która urosła na brzegach; jest świetna i można ją schrupać na stojąco, miksując krem).

krem karmelowo fistaszkowy:

pół szklanki kajmaku
pół kostki miękkiego masła
3 łyżki masła orzechowego.

Wszystko razem miksujemy na krem i wykładamy na dolny krążek ciasta. Przykrywamy drugim krążkiem i odkładamy do lodówki.

Przygotowujemy polewę karmelową z orzechami.

1 szklanka orzechów włoskich
3 łyżki masła
pół szklanki cukru
100 ml szklanki kremówki

Zaczynamy od obrania orzechów. Kiedy pozbędziemy się łupinek, wykładamy orzechy na wyłożoną papierem blaszkę i pieczemy 10 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni. W połowie pieczenia, mieszamy orzechy. Wyjmujemy orzechy i przykrywamy folią aluminiową. Kiedy się wystudzą będzie można złuszczyć z nich skórkę, trąc orzechy między dłońmi.
Robimy karmel.
Do rondla wlewamy wodę i sypiemy cukier. Zagotowujemy i nie mieszając czekamy aż zawartość nabierze złotego koloru. Wtedy wrzucamy do karmelu masło i wlewamy śmietanę. W tym momencie możemy już użyć sprzętu kuchennego do mieszania. Robimy to ostrożnie, bo mieszanka bulgocze z wielkim entuzjazmem. Kiedy masło się rozpuści wyłączamy ogień i wrzucamy orzechy.
Po dwóch, trzech minutach wlewamy orzechowy karmel na ciasto. Nie czekajmy dłużej, bo wszystko zastygnie i zamiast rozsmarować masę na cieście, będziecie musieli ją kroić nożem.



Wyszło pyszne ciasto. Chrupiące, orzechowe. Bardzo słodkie. Dla mnie bardziej jak batonik niż ciasto. Ale dla łasuchów idealne.




Smacznego

sobota, 24 listopada 2012

Jak leczyłam bolące plecy i piekłam bataty



Ostatnie dni spędziłam głównie na stojąco. Jakaś cholera opanowała moje plecy i każda pozycja inna niż stanie nie wchodziła w rachubę. Czyżby klimat londyński nie był mi sprzyjający? Prochy, plastry i ciepłe okłady miały dokonać cudów. Dziś, po pięciu dniach życia na stojąco, nareszcie mogłam sobie samodzielnie ubrać skarpety.  Jaka satysfakcja!  Ostatni raz dotykałam swoich stóp w niedzielę. Witajcie stopy!
Miało to swoje dobre strony, bo właściwie mogłam nie spać i nie siedzieć.  Mogłam mieszać w garach i analizować przepisy zwiezione z ostatniej wycieczki.  Gdyby jeszcze mniej bolało, to szczęście byłoby kompletne.  Stosowałam medycynę konwencjonalną i zaklęcia. Próbowałam ignorować i iść w zaparte. A wystarczyło tylko wypić trzy szybkie tequille* w piątkowy wieczór. Rano w sobotę obudziłam się nowym, nie cierpiącym człowiekiem.  
Aż z wrażenia upiekłam ciasto z musem brzoskwiniowym, zrobiłam na obiad łososia w kokosie i zachwyciłam się batatami wg. Hugh Fernley-Whittingstall'a i midhnightcookie.

MMŻ popędzał mnie bardzo, więc zamiast planowanego opisu ciasta, będzie opis batatów zapiekanych z masłem orzechowym. Trochę mu się nie dziwię. Trzeba było wykorzystać moje cudowne ozdrowienie, bo nie wiadomo jak długo potrwa.
Zamiast robienia zdjęć było poszukiwanie stolika do kawy.
Ciasto będzie jutro.



Zapiekane bataty z masłem orzechowym

Aby napełnić dwa naczynka do zapiekania potrzebujemy:

1 dużego batata
1 łyżkę oleju słonecznikowego
0,5 ostrego chilli, posiekanego drobno
1 ząbek czosnku, posiekany drobno
50 ml śmietany kremówki płynnej
50 g masła orzechowego z kawałkami orzechów (bez dodatku cukru)
starta skórka z jednej limonki + 2 łyżeczki wyciśniętego soku
sól morska i pieprz świeży



Piekarnik nastawiamy na 190 stopni. Bataty obieramy i kroimy w plastry grubości ok. 3 mm.
Wrzucamy plastry do miski z 1 łyżką oleju, chilli, czosnkiem, odrobiną soli, pieprzem i śmietaną. Mieszamy wszystko razem. W osobnej misce mieszamy  masło orzechowe z sokiem i skórką z limonki.
Naczynia do zapiekania smarujemy masłem. Układamy w naczyniach równo połowę batatów. Łyżką wykładamy miksturę masła orzechowego na batatki i rozsmarowujemy (mniej więcej, bez jakiejś perfekcyjności i przesady). Wykładamy resztę batatków na górę, starając się ułożyć je równo. Wylewamy resztę mieszanki śmietanowej na górę.

Przykrywamy naczynie folią i pieczemy ok.20 minut. Ściągamy folię i pieczemy jeszcze przez 30 minut aż batatki zrobią się całkiem miękkie i zbrązowieją z góry.  Posypujemy resztą otartej skórki z limonki. Podajemy z sałatką z winogronami i serem pleśniowym. Pycha.



Smacznego



* Kuracja była z gatunku obciążonych sporym ryzykiem, więc nie zachęcam do naśladowania. No i nie daję żadnych gwarancji powodzenia ;))