Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapary. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lutego 2017

On ci to jest czy nie on czyli kotlety z Kraju Kwitnącej Wiśni





  • Słonko, może zrobiłabyś w tym tygodniu na obiad mielone?
  • Co bym zrobiła?
  • Mielone , takie z zasmażanymi ziemniakami i mizerią z ogórka.
No, nie, nie robi się takich rzeczy osobie, z którą żyje się pod jednym dachem pół życia.
Potem zrobiło się jeszcze straszniej bo MMŻ rzucił od niechcenia:
  • hm...a schabowych też dawno nie było.
Poczułam się jak zając w świetle reflektorów. Zimny pot na karku i lodowate palce wzdłuż kręgosłupa.
Nie było mnie ze dwie godziny. Kiedy wychodziłam z domu MMŻ czuł się dobrze. Nic nie zapowiadało, że przeżywa jakiś wstrząs lub przewartościowuje swoje dotychczasowe życie.
Gdyby oznajmił mi, że od jutra zabiera się za wyplatanie koszy z recyklingowanych butelek lub rusza bronić żubra, moje zdumienie byłoby porównywalne.
Gorączkowo szukałam jakiegoś racjonalnego wyjaśnienia tej nierzeczywistej sytuacji.
I wtedy padło:
    - takie kotlety byś zrobiła z imbirem...
Odetchnęłam z ulgą. Może jeszcze nie wszystko stracone. Może to ciągle mój Mąż a nie impostor.
Pogarda do mielonych i poczciwego schabowego była w życiu MMŻ jak okręt flagowy. Mając to na względzie, trudno jest się dziwić mojej konsternacji.
Obiecałam zarówno mielone jak i schabowe a w myślach zaczęłam układać pytania testowe, mające na celu potwierdzenie tożsamości. Tak, na wszelki wypadek.

Kotlety cieszą się w naszym kraju niesłabnącą popularnością. Odważyłabym się je umieścić w pierwszej trójce, gdybym tworzyła ranking dań w Polsce pożądanych.
Nie mam nic przeciwko tradycji i kulinarnym gustom. Dobry kotlet, z dobrej jakości schabu wart jest niedzielnego obiadu. Ale ile można?
Czasem trzeba mrugnąć okiem i pójść ścieżką mniej uczęszczaną. Takim mrugnięciem jest tonkatsu. Też kotlet, też panierowany, też smażony ale inny.
Kto nie próbował, niech następnym razem kupując schabowego, umówi go na spotkanie z imbirem i sosem sojowym.












Tonkatsu czyli schabowy z Kraju Kwitnącej Wiśni

3 kotlety schabowe bez kości
pół szklanki sosu sojowego
kawałek imbiru wielkości kciuka, starty na tarce (nie trzeba go obierać)

oraz do panierki:
4 łyżki mąki pszennej
2 jajka
1 szklanka okruchów panko lub okruchów z białej bułki (tylko środek)
olej kokosowy do smażenia


Kotlety jak to kotlety zbijamy tłuczkiem.
W miseczce mieszamy sos sojowy i starty imbir. Wkładamy kotlety do woreczka, wlewamy marynatę i zamykamy.
Wkładamy do lodówki na kilka godzin.

Potem:
Wyjmujemy worek z lodówki a z worka kotlety. Zdrapujemy z nich imbir.
Przygotowujemy 3 miski: z mąką, rozmąconym jajkiem i panko.
Patelnię z olejem kokosowym rozgrzewamy.
Panierujemy kotlety najpierw w mące, potem w jajku a na końcu w panko.
Kładziemy na gorącą patelnię i smażymy jak tradycyjne kotlety, do zezłocenia.

Zdejmujemy kotlety z patelni i przekładamy na deskę. Od tego momentu nie mamy do czynienia z pospolitym schabowym. O tej chwili macie przed sobą japońskie tonkatsu.
Kroimy kotlety na paski.

Do małego rondelka wlewamy przez sitko marynatę. Odciskamy imbir. Zagotowujemy marynatę, dodając łyżeczkę angielskiej musztardy (jest ostra jak samurajskie noże), łyżkę octu ryżowego, łyżeczkę sosu worcestershire i pół łyżeczki brązowego cukru.
Lekko odparowujemy sos a potem polewamy nim nasze tonkatsu.

Idealnie do tego dania pasuje sałatka z kapusty pekińskiej z sosem wasabi.

Sałatka z kapusty pekińskiej z sosem wasabi:

2 szklanki pokrojonej kapusty pekińskiej
pęczek rzodkiewek w plasterki
2 łyżki kaparów
1 łyżeczka czarnego sezamu (niekoniecznie ale dobrze wygląda)
sos:
pół szklanki majonezu
pół słoiczka chrzanu wasabi (użyłam Wasabi- ostry sos chrzanowy w psychodelicznym zielonym kolorze. Stoi wszędzie obok zwykłych chrzanów)
2 łyżki zalewy z kaparów

Mieszamy składniki sosu a potem wlewamy do kapusty. Mieszamy, posypujemy sezamem.
Oto schabowe z drugiego krańca świata.



Smacznego

wtorek, 17 lutego 2015

Zupa fasolowa z harrisą czyli od czegoś trzeba zacząć


No i koniec. Wydawało się, że ciągle mamy czas, że jeszcze zdążymy a tu okazało się, że nawet butów nie zdążyłyśmy porządnie rozchodzić. Jak ocierały pięty tak ocierają. Trzeba będzie poczekać do następnego karnawału.
Raz, dwa i po karnawale. Pączki zaliczone, teraz jeszcze śledzik i już.
Od jutra zero słodyczy, ani kropli rozweselaczy. Zostanie tylko „memento mori”. Do Wielkanocy.
A może jednak niezupełnie?
Robicie krótki karnawałowy rachunek sumienia? Teraz jest nie gorsza okazja niż w noc sylwestrową.
Znów jest pretekst, żeby spróbować zmienić coś na lepsze. Przytyć, schudnąć, przeprosić, porzucić (tylko używki, oczywiście). I poczuć się lepiej.
Ale dopiero od jutra.
Dziś jeszcze zaszalejemy, pójdziemy na całość. Zjemy michę churros bo dieta dopiero od jutra. Wypijemy morze...wody, bo popiół to dopiero jutro.
Ile wytrwamy w twardych postanowieniach?
Niektórzy pewnie wytrwają. Potem z dumą będą obnosić swoje szczupłe talie i zdrowe cery.
Ci, którym znów się nie powiedzie, pocieszą się kolejną okazją do złożenia sobie kolejnej obietnicy.
Jak zwykle, jak co roku.
Próbujemy i próbujemy. Czasem nam się uda, czasem średnio.
Ale to dopiero jutro.
Dziś nie martwmy konsekwencjami. Dziś ważna jest zabawa. Dziś nie zastanawiajmy się nad postem i wyrzeczeniami.
Kiedy jutro wstaniemy, wypijmy dużą szklankę wody z miodem i cytryną i wróćmy do myśli o ascezie.
A potem zjedzmy zupę. Taką ratunkową. Od niej możemy zacząć czas wyrzeczeń i pokuty.
Jeżeli oczywiście mamy taką potrzebę.




Zupa z harrisą i fasolą

1,5 litra bulionu
1 puszka białej fasoli
1 łyżka harrisy
1 cebula
1 ząbek czosnku
2 łyżki kaparów
puszka pomidorów
1 liść laurowy
1 łyżeczka mielonej kolendry
pół łyżeczki zaataru (niekoniecznie)
2 łyżki oliwy

Na oliwie podsmażamy pokrojoną cebulę i czosnek. Dorzucamy liść, kapary i pomidory. Gotujemy 5 minut i dodajemy przyprawy. Odsączamy i przepłukujemy fasolę i dodajemy ją do garnka z cebulą i pomidorami. Następnie wlewamy bulion. Mieszamy i doprawiamy do smaku. Zagotowujemy zupę i wlewamy do miseczek.

Najlepiej przygotować sobie takie lekarstwo dzień wcześniej.
A potem spokojnie planować poprawę.




Smacznego z lekkim przymrużeniem oka.

sobota, 7 lutego 2015

A może by coś zmienić czyli sałatka z brokuła, papryki i mozzarelli

























Długie nogi. O tak. Chciałabym mieć długie nogi. Pończochy i jeansy rurki nosiłabym od rana do nocy. Niekoniecznie razem.
I chciałabym być wyższa. Nie jakoś ekstremalnie, ale te 10 centymetrów byłoby mile widziane.
I chciałabym być szczuplejsza. To akurat łatwo osiągnąć. Przynajmniej teoretycznie. Nie jem od zaraz ciastek, ograniczam obiady a drinki wylewam do zlewu. I biegam, dużo biegam. Niekoniecznie od razu maratony (choć to one są najbardziej modne teraz), ale wchodzenie po schodach zamiast windy też się liczy.
No i chciałabym być młodsza. Tu niestety mam problem. Tego faktu nie da się zignorować. Co prawda data w dowodzie przeszkadza mi tylko w mocnym świetle i po założeniu okularów ale nieco mnie to uwiera.
Pocieszanie się, że młodość nie wieczność a teraz do uroku osobistego doszło doświadczenie brzmi nieco fałszywie.
Zapytajcie mnie czy chciałabym mieć np. 20 lat mniej. Nie łatwo jest odpowiedzieć. Czy chodzi tylko o lata czy może o to, co się nagromadziło w głowie również. Bo moja głowa dziś i głowa kiedyś to dwie różne głowy. Moja głowa lubi mieć tyle lat ile ma.
Co do reszty pewne zmiany mogłyby mi wyjść na dobre.
Tak więc nogi mi nie urosną. Wzrost jaki mam taki mam. Z wagą bywa różnie.
Teraz wszystko zależy od siły woli. Ta, nie rozpraszana usilnym skupianiem się na wydłużaniu nóg, powinna dać radę zmienić to, co zmienić można. Czyli nastawienie do samej siebie.
Może podejdę do tego tak... zużywam mniej plastrów depilacyjnych (bo mam mniej nóg), potrzebuję mniej materiału na uszycie sukienki (bo wzrost mam mikry), nikt nie nabije sobie guza w zderzeniu ze mną (bo jestem miękka). Nad pożytkiem z wieku nawet się nie zastanawiam bo to on daje mi dystans do samej siebie. Czyli krótko mówiąc jest dobrze.
Na wszelki wypadek zamiast ciasta w sobotę będzie dziś przepis, który można zastosować w parze z chodzeniem po schodach ( na wszelki wypadek gdybym jednak uznała, że pięć kilo mniej jest wskazane).



Sałatka z brokułów z papryką i mozzarellą

1 brokuł
3 ząbki czosnku
1 słodka papryka czerwona (teraz można kupić długie hiszpańskie)
1 papryczka chilli
1 łyżka kaparów
1 kulka mozzarelli
sok z połówki cytryny
5 łyżek oliwy
sól, pieprz
listki bazylii

Brokuły gotujemy (najlepiej na parze). Mam nadzieję, że lubicie chrupiące, bo inaczej wszystko w efekcie końcowym zamieni się w papkę. Pilnujcie więc brokułów a po ugotowaniu przelejcie je lodowatą wodą. Dzięki temu zatrzymacie proces gotowania a brokuły będą pięknie zielone.
Na oliwie smażymy paprykę pokrojoną w paseczki, czosnek pokrojony w plasterki i drobno pokrojone chilli (ilość zależy od waszej tolerancji ostrości). Dorzucamy kapary i smażymy minutę, mieszając.
Na koniec wyłączamy ogień i na patelnię z papryką i czosnkiem dodajemy brokuły. Solimy, pieprzymy i polewamy sokiem z cytryny.
Wstrząsamy zawartość i przekładamy do miski. Dodajemy porwaną na kawałki mozzarellę i listki bazylii. Polewamy 2 łyżkami dobrej oliwy i podajemy.

Co wy na taką propozycję zamiast sernika?
Ja uważam, że słowo „zamiast” jest tu niepotrzebne. Można przecież mieć jedno i drugie.





Smacznego

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Coś wisi w powietrzu czyli grillowana papryka z kaparami i rodzynkami



Niby świeci słońce. Ale jakieś takie mało gorące. Niby wszystko dookoła jest zielone. Ale jakby żółcią podszyte.  Wiatr wieje zupełnie nie letni.
Nic na razie nie wskazuje na kategoryczne zmiany ale pod skórą czuję, że lato zaczyna nam machać ręką na pożegnanie. Owoce i warzywa na straganach zupełnie inne niż przed miesiącem.
Czekałam na renklody i czekałam. Odwiedzałam je codziennie pilnując, żeby mi je ptaszyska nie zjadły. I już po renklodach. Tydzień cieszyłam się ich słodyczą. Teraz pora na węgierki. Jest ich w tym roku tak dużo, że rozdaję je znajomym. Coś mi się wydaje, że szykuje się ciasto ze śliwkami.
Absolutnie mi w tym roku nie wyszły dynie. Odbieram to jako osobistą porażkę. Pierwszy raz nie udało mi się wyhodować ani jednej sztuki. Zupełnie jakby wiedziały, że ich obecność na grządce jest na kredyt.  Kto jest ciekawy rozwinięcia tematu niech zajrzy tutaj.
Pakowanie owoców i warzyw weszło w fazę szczytową. Ogórki pod postacią sałatki meksykańskiej już zajmują swoje miejsce na półce. Z ostatnim słoikiem zeszłorocznego sosu pomidorowego przytaszczyłam do kuchni skrzynię pomidorów. Adio pomidory!  (zeszłoroczne) Niech żyją pomidory! (tegoroczne). Teraz jest wasz czas.
A papryka? Całe siatki można kupić za grosze. Przy niewielkim wysiłku sos paprykowy czy grillowaną paprykę w oliwie możemy mieć na wyciągnięcie ręki.
Trzeba korzystać póki czas, bo ten mija za szybko. Ma w nosie nasze wahania i wątpliwości. Jest nieczuły na zły i dobry humor. Po pomidorach i papryce podzieli się z nami dyniami i gruszkami.
Potem ześle nam pierwsze przymrozki i szaliki. Na pewno niejednego z nas zaskoczy datą na kalendarzu. To znów jest październik!? Zapytamy zdumieni. 
Tak, tak, moi drodzy. Siedzę na tarasie. Jeszcze nie kulę się z zimna. Ale wiejący dziś porywczo wiatr mówi mi, że to tylko kwestia czasu.
Wracam do słonecznej i słodkiej papryki.




Grillowana papryka w oliwie:
wersja z kaparami i rodzynkami, na później:

6 papryk czerwonych lub żółtych
kilka ząbków czosnku
5 ziaren pieprzu
3 łyżeczki białego octu
2 łyżki kaparów
2 łyżki rodzynków
1 szklanka oliwy zmieszanej pół na pół z olejem roślinnym

Najważniejszą czynnością jest upieczenie papryki. Najbardziej ekonomiczne jest upieczenie jej na grillu. Pieczemy póki skórka nie sczernieje. Kiedy z każdej strony skórka jest przypalona, wkładamy paprykę (ostrożnie, bo gorąca) do miski i szczelnie przykrywamy. Zostawiamy na 20 minut. Sauna, która się wytworzy, sprawi, że skórka zejdzie z papryki jak płaszcz przeciwdeszczowy. Grill można zastąpić piekarnikiem. Wtedy rozgrzewamy górną grzałkę i wkładamy papryki. 
Czyścimy paprykę z nasion i kroimy na paski. Teraz możemy je wykorzystać jak nam się podoba.

Wkładamy upieczoną paprykę do słoika, przekładając warstwy czosnkiem, kaparami, ziarnami pieprzu i rodzynkami. Delikatnie solimy i posypujemy mielonym pieprzem. Skrapiamy warstwy octem.
Do garnka wlewamy oliwę z olejem i mocno podgrzewamy. Bądźcie czujni, nie zagotujcie oleju. Bardzo gorącym olejem zalewamy paprykę w słoiku. Mocno zakręcamy i odstawiamy do wystygnięcia. Potem stawiamy na półce w szafce i kiedy zawieje i zaśnieży wyjmujemy jak ciepły letni promyczek.


Grillowana papryka z kaparami, zieloną pietruszką i anchois, na teraz:

To właściwie jest sałatka z papryki. Przechowana przez noc w lodówce jest rewelacyjną częścią obiadu czy drugiego śniadania.
Jak w poprzednim przepisie najpierw grillujemy bądź opiekamy paprykę. Kiedy już leży przed nami  goła i wesoła, układamy ją w misce warstwami z:

garścią posiekanych kaparów
dwiema garściami posiekanej pietruszki
kilkoma posiekanymi  filetami anchois (nie są konieczne, bez nich sałatka też smakuje bosko)

Potrzebujemy też czosnku i oliwy. Czosnek obieramy i kroimy na plastry. Do rondla wlewamy oliwę i umieszczamy czosnek. Włączamy ogień i podgrzewamy oliwę do momentu aż czosnek nieco się zeszkli. Zdejmujemy rondel z ognia.
Warstwy papryki uzupełniamy czosnkiem, solą i pieprzem oraz posypujemy  pietruszką, kaparami i filetami. Na koniec zalewamy oliwą i i łyżką octu. Przykrywamy i odkładamy na noc do lodówki.
Następnego dnia paprykowa sałatka smakuje jak ósmy cud świata.



P.S.

Z pieczonej papryki zostaje sporo sosu. Nie wylewajcie go. Połączony z sosem pomidorowym i kilkoma paskami pieczonej papryki  da wam taka zupę, że jutro polecicie kupować następny worek papryki. 

Smacznego 

wtorek, 12 lutego 2013

Ostry makaron z tuńczykiem czyli książki są super




Zapewne niektórym z was nieobcy jest niepokój, że jeszcze tylko 60 stron i nie będzie co czytać.
Na naszych szafkach nocnych stoją stosy książek. Po lewej panują trudne warunki wojenne przeplatane ironią Clarksona i okraszone mądrymi wywodami giełdowych guru. Po prawej losy śmieszne, dramatyczne i łzawe mieszają się z recepturami na truciznę doskonałą i mrokami skandynawskiej prowincji.
Sytuacja, że za chwilę nie będzie co czytać jest porównywalna w swojej grozie do informacji, że za trzy godziny skończy się na Ziemi tlen.
Jak tu żyć bez tlenu?
Jak żyć bez książek?
Biorąc pod uwagę, że 100 % naszych dobrych książkowych znajomych śpi snem zimowym na pewnym poddaszu, to łatwo zrozumieć, że uratować nas może tylko świeża książkowa krew.

Wyruszyliśmy na zakupy. Efekt to spory zapas kupiony za śmieszne pieniądze. Od Hellera za 3,99 do albumu Rolling Stone’sów za 29,99.
Pisałam kiedyś o wyprzedażach. Niech niebiosa błogosławią dobrym ludziom, którzy przeceniają sezonowo książki.
Z nieukrywaną satysfakcją zmierzyliśmy z MMŻ wzrokiem nasze dzisiejsze łupy.
Śmierć z książkowego głodu została odroczona. Uf.



Wśród stosu widocznego na zdjęciu jest malutka książeczka (cena to 6,99) BBC Pikantne dania. To z niej jest dzisiejsza propozycja.



Ostry makaron z tuńczykiem:

3 szklanki makaronu (w moim przypadku tagliatelle z chili)
garnek wody
1 łyżka soli
2 łyżki oliwy
1 cebula, pokrojona w kostkę
2 ząbki czosnku, pokrojone drobno
2 łyżki kaparów
1 malutka papryczka chili, drobno pokrojona
skórka otarta z jednej wyszorowanej cytryny
1 puszka tuńczyka w oleju
3 łyżki natki pietruszki, pokrojonej z grubsza
pieprz i sól

Stawiamy garnek na piecu i zagotowujemy wodę. Sypiemy sól. Wrzucamy makaron. Nie przykrywamy garnka, ale co jakiś czas mieszamy. Gotujemy makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu lub tak, jak lubimy.
W czasie kiedy makaron się gotuje, robimy sos. Na zimną oliwę sypiemy cebulę, czosnek i chili. Po pięciu minutach rozgrzewamy oliwę i szklimy cebulę i jej koleżanki. Dodajemy kapary i skórkę z cytryny. Na końcu wkładamy tuńczyka razem z oliwą. Odcedzamy makaron (nieco wody zostawiamy). Dokładamy makaron do sosu i mieszamy. Jeśli macie wrażenie, ze sosu jest mało, dolejcie nieco wody z gotowania makaronu.  Posypcie świeżo zmielonym pieprzem, solą do smaku i natką pietruszki.

Jeśli nie jesteście fanami ostrych doznań, użyjcie zamiast makaronu z chili, zwykłego makaronu. I nie dodawajcie chili. Założę się, że w tej, łagodnej wersji, też będzie pyszny.
I zrobienie tego dania trwa tyle, ile gotuje się makaron. Czyli w tygodniu pełnym pracy, danie idealne.



Smacznego

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Sposób na upały czyli carpaccio z łososia




Raniutko wyjeżdżaliśmy z domu pod lasem do miasta. Po ósmej na tarasie było już niepokojąco gorąco. Rzut oka na termometr i mamy pełną jasność sytuacji proszę państwa. Jest 26 stopni. O ósmej rano. Nawet nie próbowałam wyobrazić sobie południa w mieście.  U tak zwanych bram miasta (ciekawe gdzie Katowice mają swoje bramy), słupek w termometrze pokazał 32 stopnie.
No, w tym tempie, koło dwunastej będzie prawie czterdziestka. Niby słońce świeci niemrawo, niby nawet wietrzyk podwiewa, a temperatura rośnie. W mieście wszystko jest gorące. Okazuje się, że w takie dni najprzyjemniejszym miejscem w mieście są supermarkety. A szczególnie ich działy z chłodziarkami.

Przypomniało mi się, że kilka lat temu zwabieni przez przyjaciół pojechaliśmy z nimi na wakacje na włoskie wybrzeże. Zapeklowaliśmy się w małym mieszkanku w bloku, ale za to plaża była pod oknem. Gorąc panował niemiłosierny. Po pierwszej próbie oswojenia plaży, MMŻ i dziewczynki nabrali koloru zachodzącego słońca i awersji do opuszczania mieszkania przed zmrokiem. Cóż kiedy godziny wieczorno nocne przynosiły słabe ochłodzenie. Wentylatory chodziły pełną mocą a nam i tak było za gorąco. I pewnej nocy obudził mnie hałas z kuchni. Na palcach podkradłam się do drzwi i co zobaczyłam. Najpierw światło. Z lodówki. Potem tylną część ciała w piżamie. Reszta osobnika tkwiła w lodówce. Nasze dzieci ,mając dość gorąca, urządziły sobie leżkowanie w zamrażalniku. Na zmianę kładły głowę między chłodzące się napoje i lody.  Taka zgodność między nimi panowała jeszcze tylko raz w życiu (dziwnym trafem też we Włoszech), kiedy czytały wspólnie 5 tom Harrego Pottera.

Chłodziarka dziś najlepszym przyjacielem człowieka.

Jak tu stać przy piecu, kiedy w domu temperatura przypomina tropiki?
Ręka w górę, kto dziś gotuje pełny obiad. Na szczęście, nasz organizm też daje się upałowi omamić i wystarczy mu bagietka i nieco dobrej oliwy. I zimna woda z lodem i cytryną.
Dla ludzi pracy będzie carpaccio z łososia*. Kocham MMŻ ale nawet moja miłość nie sięga poza temperatury powyżej 35 stopni. Żadne zupy czy kotlety nie wchodzą dziś w grę. Łosoś i bagietka muszą wystarczyć.  I są pyszne.



Carpaccio z łososia

(jedna porcja)

100 g plastrów wędzonego łososia
pół łyżeczki soku z cytryny
otarta skórka z cytryny
1 łyżka kaparów
2 łyżki dobrej oliwy
świeżo zmielony pieprz
1 łyżka posiekanego koperku
1 łyżka musztardy dijon

Praca jest ława, lekka i przyjemna. A efekty wysoce zadowalające.
Wyciągamy płaski talerz. Smarujemy go musztardą.  Rozkładamy plastry łososia. To jedyna część pracy wymagająca nieco skupienia. Łosoś powinien przykryć talerz i ładnie się prezentować. Posypujemy rybę kaparami. Skrapiamy cytryną i oliwą. Posypujemy pieprzem i odrobiną soli. Zamiast parmezanu, jak w tradycyjnym carpaccio, ścieramy na tarce nieco skórki z cytryny. Dekorujemy koperkiem i pałaszujemy z bagietka maczaną w oliwie.
Ale dobre! Polecam.



I nie dajcie się upałom. Smacznego

* tak naprawdę, marzyło mi się carpaccio z surowego łososia. Niestety temperatura ostudziła(!) moje zapędy. Wędzony jest równie dobrym materiałem a na sto procent bezpieczniejszym.

** Midnightcookie, dziękuję za smaczne zdjęcia.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Ryba bez komplikacji


Łosoś jest wdzięczną rybą. I wszechstronną. Oczywiście nie w dziedzinie talentów malarskich, czy zamiłowania do starych parowozów. Jest wszechstronny pod względem zastosowania. Jest kompatybilny z pieczywem, makaronem, ryżem, czy tortillą. Cudo nie ryba. Nie wymaga obróbki, ości z niego wyłażą prawie na zawołanie i trudno jest go zepsuć. Choć portugalczycy potrafią. Ale to temat na zupełnie inny post.
Kiedy opuszcza mnie kulinarna wena, kiedy nie mam czasu i ochoty na celebrowanie obiadu, biorę się za łososia. Ponieważ to jest w nim pociągające, że moze być bazą dla sushi, jak i składnikiem zupełnie przyzwoitej paelli. Daje pole do popisu zarówno w formie surowej jak i wędzonej.
Sądząc po kilku ostatnich dniach, można by dojść do wniosku, że moje podstawowe menu ma postać płynną. Nic podobnego. Tak się złożyło, że to co mi przychodziło do głowy dobrze się komponowało z napojami.
Ale strawa podstawowa ma się całkiem dobrze. Mogę was zapewnić, że nie głodujemy a napitki są tylko na marginesie.
Po kombinacjach z kuchnią japońską apetyt na rybę pozostał. Pod ręką był świeży łosoś i tak post sam się napisał. To danie jest dobrym wyjściem, kiedy macie mało czasu, a wielki apetyt. Skombinujcie tylko odpowiednio solidny kawał ryby a ja wam zapewnię przepis na błyskawiczne i niekonwencjonalne danie.

Łosoś w sosie kaparowym
(przepis na jedną porcję)

filet z łososia, czyściutki, umyty i bez ości
sok z połowy cytryny
1 duża łyżka kaparów + 3 łyżki kaparowej zalewy (kapary kupujecie w słoiku w zalewie)
3 łyżki śmietany kremówki
sól, pieprz biały mielony
olej do smażenia
To nieskomplikowane danie zaczynamy od przygotowania ryby. Skrapiamy ją sokiem cytrynowym i posypujemy solą. Odstawiamy na chwilkę. Rozgrzewamy patelnię oraz stawiamy na piecu rondelek. Patelnia będzie na rybę, rondelek na sos. Do rondla wkładamy śmietanę. Dlaczego napisałam "wkładamy"? Bo najlepiej użyć śmietany bardzo gęstej. Jest taka na rynku w biało czerwonym opakowaniu, chyba produkcji Piątnicy.Jej ogromną zaletą jest to, że sos na niej zrobiony jest gęsty i nie trzeba go ani odparowywać ani zagęszczać mąką. Podgrzewamy śmietanę i dodajemy kapary, nieco zalewy kaparowej oraz dosmakowujemy solą i pieprzem. Kiedy sos wykazuje pierwsze objawy zagotowania zdejmujemy go z ognia i przykrywamy, by uchronić od kożucha.
Na patelnię wlewamy nieco oleju i smażymy łososia z obu stron. Smażenie zajmuje około 6 minut. Po trzy minuty na każdą stronę ryby.
Po tym czasie odkładacie rybę na papierowy ręcznik, żeby ten wchłonął ewentualny tłuszcz. Wszystko jest gorące i tylko czeka, żeby zostać zjedzonym. Bierzemy talerz, kładziemy rybę, lejemy sos. I jemy.


Ciekawe doznania smakowe gwarantowane
A tak na marginesie daleko od napojów nie odeszłam. Ryba przecież lubi pływać.
I tym nieco niepoprawnym wnioskiem was żegnam i życzę smacznego